Winnetou/Tom II/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Winnetou
Podtytuł czerwonoskóry gentleman
Data wydania 1910
Wydawnictwo Wydawnictwo
„Przez Lądy i Morza“
Druk Aleksander Ripper
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom II jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)

Cała powieść
Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)

Indeks stron
ROZDZIAŁ II.
Kukluksi.

Powyższe słowo jest do dziś jeszcze językową zagadką, którą rozmaicie już rozwiązywano. Nazwa osławionego Kukluksklanu, czyli Ku-kluks-klanu, ma być wedle jednych naśladowaniem szmeru, wywołanego odwodzeniem kurka rewolwerowego, inni składają go z cuc, ostrzeżenie, gluck, bełkot, i klan, szkockie słowo: szczep, ród, albo banda. Jak się ta sprawa ma w rzeczywistości, tego ja nie chcę rozstrzygać, sami zresztą członkowie Kukluksklanu nie wiedzieli, skąd pochodzi ich nazwa i jakie jest jej pierwotne znaczenie. Może nawet było im to obojętnem. Nie jest wykluczone, że któremuś z nich przyszło na język to słowo, drudzy je podchwycili i powtarzali potem, nie troszcząc się o sens, czy brak sensu w tem określeniu.
Nie tak niejasnym był już cel tego stowarzyszenia, które powstało w kilku hrabstwach Karoliny północnej, a potem rozszerzyło się na Karolinę południową, Georgię, Alabamę, Kentucky, Mississipi, Tennessee, a wkońcu nawet do Teksas wysyłało swe oddziały. Związek jednoczył w sobie mnóstwo zapamiętałych wrogów Stanów północnych, a celem ich była walka z porządkiem, jaki nastał po wojnie domowej. I rzeczywiście utrzymywali Kukluksi przez szereg lat całe Południe w ciągłem rozdrażnieniu, zagrażali wszelkiemu mieniu, tamowali przemysł i handel, nawet najsroższe kary nie zdołały przez długi czas położyć końca niesłychanym nadużyciom.
Tajny ten związek powstał wskutek zarządzeń rekonstrukcyjnych, narzuconych zwyciężonemu Południu przez rząd, a rekrutował się ze zwolenników niewolnictwa, wrogów Unii i stronnictwa republikańskiego. Członków zobowiązywano surowemi przysięgami do posłuszeństwa dla tajnych przepisów, a groźbą kary śmierci do ukrywania organizacyi. Nie cofali się oni przed żadnym aktem gwałtu, podpalaniem lub morderstwem, odbywali regularnie zebrania, a ukazywali się, gdy wykonywali swe bezprawne czyny, zawsze na koniach i w zupełnem przebraniu. Strzelali księży na ambonach, sędziów w urzędowaniu, napadali na zacnych ojców rodzin, aby ich, poszarpanych do kości, zostawić rodzinom. Wszystkich awanturników i rozbójników razem wziętych nie obawiano się tak, jak tego Kukluksklanu, który w końcu tak strasznie sobie poczynał, że gubernator Karoliny południowej poprosił prezydenta Granta o pomoc wojskową, gdyż z tajnym związkiem, przybierającym coraz większe rozmiary, nie można było sobie inaczej poradzić. Grant przedłożył tą sprawę kongresowi, a ten wydał ustawę przeciw Kukluksom, mocą której powierzono prezydentowi władzę dyktatorską celem zniszczenia tej bandy. Ta okoliczność, że musiano się uciec do tak drakońskiego środka, dowodzi napewno, jakie niebezpieczeństwo tkwiło w działalności Kukluksów zarówno dla poszczególnych obywateli, jakoteż i dla całego narodu. Z czasem stał się Kukluksklan piekielną otchłanią, w której schodziły się wszystkie przewrotowo usposobione duchy. Pewien kapłan, nim go zastrzelono na ambonie, modlił się po kazaniu za zbawienie dusz rodziny, której członków wymordowali Kukluksi w biały dzień. W pobożnym zapale i zgodnie z prawdą nazwał on działalność klanu walką dzieci szatana z dziećmi Boga. Wtem zjawiła się po przeciwnej stronie kościoła zamaskowana postać i przeszyła mu kulą głowę. Zanim wierni zdołali się opamiętać z przerażenia, zniknął ten szatan.
Nasz kołowiec dopłynął do La Grange już pod wieczór, a kapitan oświadczył, że z powodu niebezpiecznego stanu koryta rzeki dalej jechać nie może. Musieliśmy zatem wysiąść w tej miejscowości. Winnetou wyjechał konno przed nami i zniknął w ciemnościach nocy pomiędzy poblizkimi domami.
W La Grange był także komisyoner w przystani. Old Death zwrócił się doń natychmiast:
— Sir, kiedy przybył tu ostatni statek z Matagordy i czy wszyscy podróżni wylądowali?
— Wczoraj o tym samym czasie; wszyscy pasażerowie wysiedli, ponieważ steamer ruszał dalej dopiero nazajutrz.
— A byliście tutaj, kiedy rano wsiadali?
— Oczywiście, sir!
— To może udzielicie mi pewnej wiadomości. Szukamy dwu przyjaciół, którzy tym statkiem płynęli, a więc także tutaj zostali. Chcielibyśmy wiedzieć, czy rano także odjechali.
— Hm, to nie łatwo powiedzieć. Było dość ciemno, a podróżni tak się na ląd cisnęli, że trudno było przypatrzyć się każdemu z osobna. Prawdopodobnie wszyscy odjechali z wyjątkiem niejakiego Clintona.
— Clintona? O niego nam właśnie chodzi. Proszę was, podejdźcie-no tu do światła! Mój przyjaciel pokaże wam fotografię, aby się przekonać, czy to był rzeczywiście Clinton.
W istocie potwierdził komisyoner, że to wizerunek człowieka, o którym Death mówił.
— Czy wiecie, gdzie się zatrzymał? — spytał Death.
— Napewno, nie, ale przypuszczam, że u sennora Cortesio, gdyż jego ludzie ponieśli kufry. Jest to ajent od wszystkiego i Hiszpan z rodu. Zdaje mi się, że się teraz trudni tajnem dostarczaniem broni do Meksyku.
— Poznamy w nim prawdopodobnie gentlemana.
— Sir, w dzisiejszych czasach każdy chce być gentlemanem, nawet wówczas, kiedy siodło nosi na plecach.
To powiedział komisyoner oczywiście pod naszym adresem, choć nie w złej myśli. Old Death zapytał znowu z niemniejszą jak dotąd uprzejmością:
— Czy w tem błogosławionem miejscu, gdzie prócz waszej latarni niema, jak się zdaje, żadnego światła, jest jaki zajazd, gdzie możnaby się przespać bez przeszkód ze strony ludzi i owadów?
— Jest tylko jeden, a ponieważ staliście tu ze mną tak długo, wyprzedzili was już zapewne inni podróżni i zajęli tych parę wolnych pokoi.
— O to zaiste niezbyt przyjemne — rzekł Old Death, który nie odczuł i tego docinku. — A w domach prywatnych nie można liczyć na gościnę?
— Hm, sir, ja was nie znam. Sam nie mógłbym was przyjąć, gdyż moje mieszkanie bardzo małe, ale mam znajomego, któryby was nie odprawił, jeśli jesteście ludźmi rzetelnymi. To Niemiec, kowal, który się tu przeniósł z Missouri.
— No, — odparł mój przyjaciel, — mój towarzysz i ja nie jesteśmy opryszkami. Chcemy i możemy zapłacić, przypuszczam więc, że wasz znajomy spróbuje. Czy nie opisalibyście nam jego mieszkania?
— To jest nawet konieczne. Poszedłbym z wami, ale mam jeszcze do czynienia na statku. Master Lange, tak się ten człowiek nazywa, jest zwyczajem niemieckim o tym czasie poza domem, w gospodzie. Tam więc o niego spytajcie i powiedźcie mu, że przysłał was komisyoner. Idźcie prosto, potem na lewo poza drugi dom i poznacie gospodę po światłach. Okiennice jeszcze otwarte.
Odwdzięczywszy mu się za wiadomość napiwkiem, poszliśmy dalej z naszemi uprzężami. O istnieniu gopody świadczyła nie tylko jasność w oknach, lecz także zgiełk, wydobywający się przez otwarte okna. Nad drzwiami wyobrażone było zwierzę, podobne do olbrzymiego żółwia, ze skrzydłami i dwiema nogami. Pod tem był napis: „Hawks inn“. Żółw przedstawiał zatem drapieżnego ptaka, a dom był gospodą: „Pod sępem“.
Gdy otworzyliśmy drzwi, buchnęła ku nam chmura smrodliwego dymu tytoniowego. Goście cieszyli się widocznie silnemi płucami, skoro mogli wytrzymać i nie udusili się w tej atmosferze. Zresztą na dobry stan ich płuc wskazywała także czynność narządów mowy, gdyż nikt prawie nie mówił, lecz każdy krzyczał, nie robiąc nadziei, że zamilknie choć na sekundę, aby wysłuchać drugiego. Wobec tego miłego towarzystwa zatrzymaliśmy się w drzwiach przez kilka minut, aby oczy przyzwyczaić do dymu i rozpoznać ludzi i przedmioty. Potem zauważyliśmy, że w gospodzie są dwie izby, większa dla zwyczajnych, a mniejsza dla lepszych gości, co w Ameryce było zarówno niezwykłem, jak niebezpiecznem urządzeniem, gdyż obywatel wolnych państw nie uznaje różnic towarzyskich, ani moralnych.
Ponieważ w pierwszej izbie nie było miejsca, udaliśmy się do drugiej, gdzie znaleźliśmy jeszcze dwa wolne krzesła, które też prędko objęliśmy w posiadanie, poskładawszy siodła w kącie. Koło stołu siedziało kilku mężczyzn przy piwie i rozmawiali z sobą po niemiecku. Rzucili na nas tylko przelotne, badawcze, spojrzenie, przyczem nam się wydało, że na nasz widok przeszli czemprędzej na inny przedmiot rozmowy. Dowodził tego jakiś niepewny, szukający dopiero wyrazów, sposób mówienia. Dwaj z nich tak byli do siebie podobni, że na pierwszy rzut oka musiało się ich uważać za ojca i syna. Były to dwie rosłe i silne postaci z ciężkiemi pięściami, co dowodziło, że żyli w pilnej i ciężkiej pracy. Twarze ich z wyrazem dobroduszności były teraz lekko zarumienione podnieceniem, jak gdyby roztrząsano jakiś niemiły temat.
Gdyśmy usiedli, przysunęli się bliżej siebie, zasłaniając pomiędzy nami sobą wolne miejsce, czem zaznaczyli dyskretnie, że o nas nic wiedzieć nie chcą.
— Zostańcie na swoich miejscach, panowie! — rzekł Old Death. — Nie grozi wam z naszej strony żadne niebezpieczeństwo, chociaż nie jedliśmy od rana. Może nam powiecie, czy sprzedadzą nam tu do jedzenia coś takiego, coby nie nadwerężyło zbytecznie naszych przewodów pokarmowych.
Ten, którego wziąłem za ojca, przymrużył prawe oko i odrzekł z uśmiechem:
— Co się tyczy spożycia naszych czcigodnych osobistości, to spróbowalibyśmy przeciwko temu cokolwiek się bronić. Zresztą wyglądacie jak drugi Old Death; wątpię, czybyście się wstydzili porównania z nim.
— Old Death? Któż to taki? — spytał mój przyjaciel z najgłupszą w świecie miną.
— W każdym razie sławniejsza od was figura, westman i odnajdywacz ścieżek, który więcej przebył w jednym miesiącu swojej włóczęgi, aniżeli inni przez całe życie. Widział go mój chłopiec Will.
Ten „chłopiec“ miał ze dwadzieścia sześć lat, ciemno ogorzałą twarz i robił ogółem wrażenie, że mógłby stanąć do walki z sześcioma takimi jak on. Old Death spojrzał nań z ukosa i spytał:
— On go widział? A gdzież to?
— W roku sześćdziesiątym drugim w Arkanzas, na krótko przed bitwą pod Pea Ridge. Ale o tych zdarzeniach wy nie wiele chyba wiecie.
— Czemu? Dużo wędrowałem po Arkanzas i zdaje mi się, że w owym czasie byłem niedaleko stamtąd.
— Tak? A po czyjej stronie staliście wówczas? Stosunki u nas teraz takie, że trzeba dokładnie znać polityczną barwę człowieka, z którym się siedzi przy jednym stole.
— Nie obawiajcie się, master! Sądzę, że nie jesteście stronnikiem zwyciężonych hodowców niewolników, a ja żywię te same przekonania. Że zresztą nie należę do tego gatunku ludzi, poznajecie już chyba po tem, że mówię po niemiecku.
— To jeszcze niczego nie dowodzi, sir! Język niemiecki to niebezpieczny sposób porozumiewania się. W tamtym obozie jest także sporo ludzi, którzy władają dość znośnie naszym językiem, a korzystają z tego, żeby sią wkraść w nasze zaufanie. Przekonałem się o tem dostatecznie. Ale mówiliśmy o Arkanzas. Wiecie może o tem, że to państwo sprzyjało na początku wojny domowej Unii? Tymczasem stało się niespodzianie całkiem inaczej. Wielu dzielnych ludzi, dla których niewolnictwo, a szczególnie postępowanie południowych baronów, było okropnością, zebrało się i oświadczyło się przeciwko secesyi. Ale mob[1], do którego także zaliczam owych baronów, opanował corychlej całą władzę publiczną, zastraszył rozumnych, skutkiem czego Arkanzas przyłączył się do Południa. Rozumiało się samo przez się, że w szeregach obywateli niemieckiego Południa wywołało to wielkie rozgoryczenie. Nie mogli oni jednak z początku nic na to poradzić i musieli pogodzić się z tem, że zwłaszcza północna strona kraju nadzwyczajnie ucierpiała z powodu wojny. Ja mieszkałem w Missouri w Poplar Bluff, niedaleko granicy Arkanzasu. Siedzący tu przed wami chłopak wstąpił oczywiście do jednego z pułków niemieckich. Chciano przyjść z pomocą unionistom z Arkanzasu i wysłano poza granicę na zwiady niewielki odział, w którym znajdował się Will. Wywiadowcy natknęli się jednak niespodzianie na przeważne siły i ulegli po morderczej obronie.
— I dostali się do niewoli? To podówczas była ciężka rzecz. Wiadomo, co wyprawiały Stany południowe z wojennymi jeńcami, gdyż na stu umierało przynajmniej ośmdziesiąciu z powodu złego obchodzenia się z nimi. Ale wprost nie godzono na życie?
— Oho! Jesteście w grubym błędzie. Te zuchy trzymały się bardzo dzielnie, wystrzelały wszystką amunicyę, a potem walczyły kolbami i nożami. Secesyoniści ponieśli ogromne straty i rozgniewani tem postanowili jeńcom życie odebrać. Will był jedynakiem, więc mnie jako ojcu groziło osierocenie, a że się to nie stało, zawdzięczam jedynie Old Deathowi.
— Jakto, master? Bardzo mnie tem zaciekawiliście. Czy ten skut sprowadził może większy patrol celem wyswobodzenia jeńców?
— W ten sposób byłby nic nie wskórał, gdyż zanimby pomoc tego rodzaju była nadeszła, morderstwo zostałoby już spełnione. Nie, on zabrał się do tego, jak prawdziwy, zuchwały westman. Sam wydobył jeńców z rąk nieprzyjaciół.
— Do stu piorunów! To była sztuczka!
— Jeszcze jaka! Zakradł się do obozu na brzuchu tak, jak się Indyan podchodzi, a podstęp ten ułatwił mu deszcz, który lał tego wieczora jak z cebra i pogasił ognie. Że przytem kilku ze straży przednich poczuło w ciele nóż Deatha, to się samo przez się rozumie. Cały batalion secesyonistów obozował w farmie. Oficerowie zajęli dom mieszkalny, a żołnierze umieścili się, gdzie mogli. Jeńców zamknięto w tłoczni trzciny cukrowej. Pilnowali ich czterej strażnicy, każdy na jednym rogu budynku. Nazajutrz mieli biedacy ponieść śmierć. W nocy zaraz po zmianie warty usłyszeli nad sobą na dachu niezwykły szmer, który nie mógł pochodzić od deszczu. Zaczęli więc uważnie nadsłuchiwać. Nagle zatrzeszczało, ktoś załamał część dachu, zrobionego z gontów z miękkiego drzewa, a potem pracował nad wybiciem dziury w powale, dopóki deszcz nie zaczął padać do izby. Potem nastała cisza na kilka chwil. Przez otwór wsunął się do wnętrza pień młodego drzewa z zostawionymi kawałkami gałęzi, po którym wydostali się jeńcy na dach nizkiego budynku, a stamtąd na ziemię. Tam ujrzeli czterech strażników, leżących bez ruchu, nie pogrążonych zapewne we śnie i zabrali zaraz broń ich sobie. Zbawca przeprowadził uwolnionych z wielką zręcznością przez obóz do granicy na drogę, znaną im wszystkim. Dopiero tutaj dowiedzieli się szczęśliwcy, że to poszukiwacz dróg, Old Death, wystawił na szwank swoje życie, aby ich ocalić.
— Czy poszedł z nimi? — spytał Old Death.
— Nie. Powiedział, że ma jeszcze ważne sprawy załatwić i zniknął w ciemnej i dzikiej nocy, nie zostawiając im czasu na podziękowanie i przypatrzenie się, jak wyglądał. Noc była tak ciemna, że nie można było rozpoznać ludzkiej twarzy. Will zauważył tylko długą i chudą postać, ale rozmawiał z Deathem i do dziś jeszcze pamięta słowa tego dzielnego męża. Gdyby Old Death znalazł się kiedy wśród nas, przekonałby się, że jesteśmy ludźmi wdzięcznymi.
— Będzie o tem wiedział i bez tego. Przypuszczam, że syn wasz nie jest pierwszym, spotkanym przez tego człowieka, Niemcem. Ale, sir, znacie tu może niejakiego master Langego z Missouri?
Nieznajomy zaczął nadsłuchiwać.
— Langego? — powtórzył. — Czemu o niego pytacie?
— Obawiam się, że tu „Pod sępem“ nie znajdziemy miejsca, a komisyoner nad rzeką wskazał nam jego jako człowieka, ktorego możnaby poprosić o nocleg.. Radził nam powołać się na swoją znajomość z master Langem i nadmienił, że najpewniej tutaj go zastaniemy.
Stary zwrócił na nas jeszcze raz baczne spojrzenie i powiedział:
— W takim razie miał słuszność, sir, gdyż ja właśnie jestem master Lange. Ponieważ przysyła was komisyoner, a ja uważam was za ludzi uczciwych, przeto witam was w nadziei, że się na was nie zawiodę. Kim jest wasz towarzysz, który nie przemówił jeszcze ani słowa?
Wasz rodak, nawet uczony, który przybył tu szukać szczęścia.
— O biada! Ci z poza Oceanu myślą, że tutaj pieczone gołąbki same lecą do gąbki. Zapewniam was, sir, że tutaj trzeba o wiele ciężej pracować i więcej wycierpieć rozczarowań, zanim się dojdzie do czego, niżeli u nas. Ale to nic! Życzę powodzenia i pozdrawiam was!
Podał mi także rękę, a Old Death uścisnął ją ponownie, mówiąc:
— A gdybyście mieli wątpliwości, czy warci jesteśmy waszego zaufania, to ja zwrócę się do waszego syna, a on poświadczy, że na nie zasługujemy w całej pełni.
— Mój syn, Will? — spytał Lange zdumiony.
— Tak on, nikt inny. Wspomnieliście, że rozmawiał z Old Deathem i pamięta jeszcze każde jego słowo. Może mi powtórzycie, młodzieńcze, tę rozmowę? Żywo mnie to zajmuje.
Na to odrzekł Will z zapałem:
— Wprowadziwszy nas na drogę, szedł Old Death na przedzie. Ja otrzymałem postrzał w rękę, który mi bardzo dolegał, gdyż nie opatrzono mnie, a rękaw przylepił mi się do rany. Przechodziliśmy przez zarośla. Old Death puścił poza siebie konar, który odginając się, uderzył mnie w miejsce zranione. To mnie tak zabolało, że krzyknąłem głośno i...
— Za to nazwał was poszukiwacz dróg osłem! — wtrącił Old Death.
— Skąd wy o tem wiecie? — zapytał Will w zdumieniu.
Stary westman ciągnął dalej:
— Na to wy tłumaczyliście się, że was postrzelono i że rana się zaogniła, a on poradził wam rozmiękczyć rękaw i ochładzać starannie ranę sokiem z way bread,[2] co zapobiega tworzenia się zgorzeli.
— Tak jest, tak! Skąd wy to wiecie, sir? — zawołał młody Lange, zaskoczony niespodzianką.
— Wy jeszcze pytacie? To ja właśnie dałem wam tę dobrą radę. Wasz ojciec wyraził się przedtem, że mogę siebie porównać z Old Deathem, w czem leży cała prawda, gdyż jestem podobny do tego starego hultaja jak małżonka do żony.
— Ach... tak... więc to wy jesteście? — zawołał Will, zrywając się ze stołka, by podejść do Old Deatha. Ale ojciec go zatrzymał, ściągnął napowrót na krzesło i powiedział:
— Siedź, mały! Jeśli chodzi o uścisk, to ojciec ma pierwszy prawo i obowiązek zarzucić twemu zbawcy przednie łapy na szyję. Zaniechamy tego jednak, bo wiesz, gdzie się znajdujemy i jak tu na nas uważają. Siedź więc spokojnie! Zwróciwszy się zaś do Old Deatha, dodał:
— Chciałbym, żebyście nie pojęli mylnie mego stanowiska w sprawie wdzięczności syna. Mam po temu powody. Wierzcie mi, że jestem wam nader wdzięczny, ale właśnie dla tego muszę unikać wszystkiego, coby mogło was narazić na niebezpieczeństwo. O ile wiem i dość często słyszałem, jesteście znani jako stronnik abolicyonistów. Podczas wojny dokonywaliście czynów, które wam sławę przyniosły, a południowcom wielką wyrządziły szkodę. Dawano was oddziałom armii północnej za przewodnika i odnajdywacza ścieżek, a wy prowadziliście je na tyły nieprzyjaciół drogami, na które nikt inny nie odważyłby się wchodzić. Czciliśmy was za to wysoce, ale południowcy nazywali i nazywają was jeszcze szpiegiem. Wiecie chyba, jak teraz stoją sprawy. Gdybyście się dostali w towarzystwo secesyonistów, gotowiby was powiesić.
— Wiem o tem dobrze, master Lange, lecz na mnie wcale to nie robi wrażenia — odrzekł Old Death bardzo chłodno. — Nie pragnę wprawdzie zawisnąć na stryczku, grożono mi tem już często, choć do wykonania groźby nigdy nie przyszło. Nie dawniej jak dziś chciała nas banda rowdies powiesić na okrętowym kominie, ale i oni tego nie potrafili.
Old Death opowiedział wypadek na parowcu, a kiedy skończył, rzekł Lange po głębokim namyśle:
— To było bardzo zacnie ze strony kapitana, lecz niebezpiecznie dla niego. On pozostanie tutaj w La Grange do jutra, rowdies przybędą zapewne już w nocy, a w takim razie powinien się przygotować na ich zemstę. Wam zaś może się jeszcze coś gorszego wydarzyć.
— Eh! Nie boję się tych kilku ludzi. Nie z takimi jak oni miałem już do czynienia.
— Nie bądźcie zbyt pewni siebie, sir! Rowdies dostaną tu znaczną pomoc. Od kilku dni nie bardzo tu w La Grange bezpiecznie. Ze wszystkich stron przybywają jacyś obcy, których nikt nie zna, wystawają po wszystkich kątach i radzą nad czemś potajemnie. Nie są tu dla interesów, gdyż włóczą się tylko, całe ich zachowanie wyklucza myśl, jakoby w tym celu się tu znajdowali. Teraz siedzą tam w izbie i rozdziawiają pyski, że szary niedźwiedź mógłby sobie w nich legowisko urządzić. Poznali już, że jesteśmy Niemcy i usiłowali nas drażnić. Gdybyśmy im byli odpowiedzieli, przyszłoby pewnie do morderstwa i zabójstwa. Ja nie czuję zresztą dzisiaj ochoty dłużej tu bawić, a wam także pewnie tęskno do spoczynku. Tylko z wieczerzą będzie gorzej. Ponieważ jestem wdowcem, prowadzimy gospodarstwo kawalerskie i chodzimy na obiad do gospody. Sprzedałem także dom przed kilku dniami, gdyż zaczyna mi tu być już za gorąco pod nogami. Nie mówię przez to, jakoby mi się tutejsi ludzie nie podobali. Ci nie są właściwie gorsi aniżeli inni gdziekolwiek, ale wojna zakończyła się w Stanach zaledwie, a skutki ciężą jeszcze na kraju, w Meksyku zaś rzną się teraz na dobre. Teksas leży między tymi krajami. Burzy się, gdzie tylko spojrzeć; ze wszystkich stron ściąga się tu hołota i obmierza nam pobyt. Dlatego postanowiłem wszystko sprzedać i udać się do córki, która wyszła za mąż bardze szczęśliwie. U jej męża dostanę zajęcie, że lepszego życzyć sobie nie mogę. W dodatku znalazłem tutaj na miejscu kupca, dla którego ta realność bardzo się nadaje. Ponieważ zapłacił mi gotówką już onegdaj, mogę więc odjechać, kiedy mi się spodoba. Udaję się do Meksyku.
— Co wam do dyabła, sir? — zawołał Old Death.
— Mnie? Jakto?
— Bo skarżyliście się przedtem na Meksyk z tego powodu, że się tam rzną na dobre, a teraz się tam wybieracie?
— Nie może być inaczej, sir. Zresztą nie we wszystkich stronach Meksyku jednako. Tam, dokąd ja się przenoszę, a mianowicie w Chihuahua, wojna się już skończyła. Juarez musiał wprawdzie umykać aż do El Paso, ale się zerwał niebawem i odpędził Francuzów energicznie na południe. Dni ich już policzone; wyganiają ich z kraju, a biedny Maksymilian będzie musiał odpokutować za wszystko. Wszystko rozstrzygnie walka o stolicę, a tymczasem prowincye północne unikną klęsk wojny. Tam przebywa mój zięć, do którego udam się z Willem, tam czeka nas wszystko, czego się możemy spodziewać, bo ten dzielny chłop jest bardzo zamożnym właścicielem kopalń srebra. Mieszka w Meksyku już przeszło półtora roku i pisze w ostatnim liście, że przyszedł na świat nowy król kopalń srebra, który bardzo krzyczy za dziadkiem. Czyż do wszystkich dyabłów mogę tutaj pozostać? Obaj z Willem mamy otrzymać w kopalni bardzo dobrą posadę, a przytem ja będę mógł tego małego króla kopalnianego nauczyć pacierza i tabliczki mnożenia. Widzicie zatem, panowie, że nie wypada mi tu siedzieć. Dziadek powinien być bezwarunkowo przy wnuku, gdzieindziej brak miejsca dla niego. Toteż udaję się do Meksyku, a jeśli wam się spodoba jechać z nami, to będzie mi bardzo przyjemnie.
— Hm! — mruknął Old Death. — Nie żartujcie, sir, bo gotowiśmy skorzystać z waszej uprzejmości.
— Co, wy tam także zmierzacie? To byłoby rzeczywiście paradnie. No, ręka, sir! Jedziemy razem.
Przy tych słowach podał mu rękę.
— Zwolna, tylko zwolna! — zaśmiał się Old Death. — Przypuszczam wprawdzie, że się udamy do Meksyku, ale całkiem pewne to nie jest, a gdyby to nawet nastąpiło, to na razie nie wiemy, jaki obierzemy kierunek.
— Jeśli tylko oto idzie, to pojadę z wami, gdzie chcecie. Wszystkie drogi wiodą stąd do Chihuahua, mnie obojętnie, czy tam przybędę dzisiaj, czy jutro. Jestem egoistą i dbam o własną korzyść. Wy jesteście sprytnym westmanem i poszukiwaczem tropów. Jeśli mnie z sobą weźmiecie, zajadę pewnie na miejsce, a to ma wielką wartość w tych niepewnych czasach. Gdzie zamierzacie zasięgnąć, bliższych wiadomości?
— U niejakiego sennora Cortesio. Czy znacie tego człowieka?
— Czy go znam! La Grange takie małe, że wszystkie koty mówią tu do siebie „ty“, a ten sennor właśnie kupił odemnie realność.
— Przedewszystkiem chciałbym się dowiedzieć, czy to nicpoń, czy człowiek z honorem.
— Z honorem, z honorem. Jego barwa polityczna nie obchodzi mnie oczywiście. Czy ktoś woli rządy cesarskie, czy republikańskie, to wszystko jedno, byle poza tem spełniał swoje obowiązki. Ma on stosunki z tamtą stroną granicy. Zauważyłem, że nocą obładowują u niego muły pełnemi, ciężkiemi, skrzyniami, oraz, że potajemnie zbierają się w jego domu ludzie, którzy potem udają się nad Rio del Norte. Z pewnością nie mylę się, jeśli twierdzą, że on dostarcza stronnikom Juareza broni i amunicyi, że im posyła ludzi, chętnych do walki z Francuzami. To jest w naszych stosunkach dowodem odwagi, na którą można się ośmielić jedynie w przekonaniu, że nawet przy pewnych stratach zrobi się dobry interes.
— Gdzie on mieszka? Muszę jeszcze dziś z nim pomówić.
— Zastaniecie go o dziesiątej wieczorem. I ja miałem być u niego dziś jeszcze w pewnej sprawie, która jednak załatwiła się tymczasem, wobec czego rozmowa już niepotrzebna. Powiedział, że mogę przyjść do niego o dziesiątej, bo na krótko przedtem powróci.
— Czy był u niego kto podczas waszych odwiedzin?
— Tak, dwu mężczyzn, starszy i młodszy.
— Czy wymieniono ich nazwiska? — wtrąciłem ja.
— Tak. Siedzieliśmy razem z godzinę, a w przeciągu takiego czasu musi się usłyszeć nazwisko tego, z kim się rozmawia. Młodszy nazywał się Ohlert, a starszy sennor Gavilano. Ten drugi był widocznie znajomym sennora Cortesio, gdyż rozmawiali o dawniejszem spotkaniu się w stolicy Meksyku.
— Gavilano? Takiego nie znam. Czyżby się Gibson teraz tak przezwał?
Z pytaniem tem zwrócił się Old Death do mnie. Gdy wydobyłem obie fotografie i pokazałem kowalowi, poznał obu natychmiast.
— To oni, sir — rzekł dla potwierdzenia. — Ten z chudą, żółtą, twarzą kreola to sennor Gavilano, a ten drugi to master Ohlert, który wprawił mnie w niemały kłopot. Pytał mnie ciągle o gentlemanów, których ja nigdy w życiu nie widziałem, naprzykład o murzyna Otello; o młodą miss z Orleanu imieniem Joanna, która pasła najpierw owce, a potem z królem wyruszyła na wojną; o niejakiego master Fridolina, który odbył drogą po młot żelazny; o nieszczęśliwą lady Maryę Stuart, której w Anglii ucięto głowę; o dzwon, który podobno śpiewał pieśń Szyllera; o bardzo poetycznego sir Uhlanda, który przeklął dwu śpiewaków, za co jakaś króla rzuciła mu różę, odpiętą z piersi. Master Olhert ucieszył się mną bardzo i zaprodukował mi mnóstwo imion, poematów, historyi teatralnych, z których zapamiętałem sobie tylko to, co powiedziałem. Huczało mi to w głowie, jak młyńskie koło. Ten master Ohlert wydawał mi się zacnym i nieszkodliwym człowiekiem, ale założyłbym się, że miał małego bzika. Wkońcu wydobył kartką z wierszem, który mi odczytał. Była tam mowa o okropnej nocy, po której dwa razy z kolei przyszło rano, a trzeci raz nie. Był tam deszcz, gwiazdy, mgła, wieczność, krew w żyłach, duch, ryczący o zbawienie, dyabeł w mózgu i kilka tuzinów wężów w duszy, słowem same bałamuctwa niemożliwe i nie trzymające się kupy. Nie wiedziałem zaiste, czy śmiać się, czy płakać.
Teraz nie było wątpliwości, że master Lange rozmawiał z Wiliamem Ohlertem, którego towarzysz Gibson zmienił po raz wtóry nazwisko, prawdopodobnie także tylko przybrane. Może pochodził rzeczywiście z Meksyku i nazywał się pierwotnie Gavilano, a sennor Cortesio poznał go jako takiego. Gavilano znaczy: jastrząb, a więc nazwisko to przynosiło mu zaszczyt. Przedewszystkiem pragnąłem się dowiedzieć, pod jakim pozorem wodził za sobą Wiliama. Niewątpliwie było w tem coś bardzo ponętnego dla obłąkanego poety i pozostawało w blizkim związku z jego idee fixe, żeby napisać tragedyę o obłąkanym poecie. Przypuszczając, że Ohlert wspominał co i o tem wobec kowala, zapytałem:
— Czy więcej nic nie słyszeliście od Ohlerta?
— Owszem. Mówił jeszcze bardzo wiele o tragedyi, którą zamierzał napisać, twierdził jednak, że musi pierwej przeżyć to wszystko, co ten utwór ma zawierać.
— To się mnie wydaje niemożliwem!
— O nie. Ja jestem innego zdania. Waryactwo polega właśnie na tem, że chory przedsiębierze rzeczy, które nie przyszłyby na myśl rozumnemu człowiekowi. Co trzecie słowo była w tem sennorita Feliza Perilla, którą master Ohlert postanowił uprowadzić przy pomocy przyjaciela.
— To rzeczywiście obłąkanie, czyste obłąkanie! Gdyby ten człowiek istotnie miał zamiar przenieść zdarzenia i postać z tragedyi do rzeczywistości, należałoby temu bezwarunkowo zapobiec. On zapewne jest jeszcze tutaj w La Grange?
— Nie. Odjechał właśnie wczoraj z sennorem Cortesio do Hopkins Farm, aby stamtąd udać się nad Rio Grande.
— O, to źle, bardzo źle! Musimy czemprędzej wyruszyć za nim, ile możności dziś jeszcze. Nie wiecie, czy możnaby tu kupić dwa dobre konie?
— Właśnie u sennora Cortesio; on zawsze trzyma konie, które odstępuje ludziom, zaciągniętym pod znak Juareza. Ale ja odradziłbym wam tej jazdy nocnej. Nie znacie drogi i będzie wam potrzebny przewodnik, którego na dziś chyba nie dostaniecie.
— A może przecież. Spróbujemy w każdym razie wyruszyć jeszcze dziś. Przedewszystkiem musimy się rozmówić z sennorem Cortesio. Dziesiąta minęła, a że o tym czasie miał on już być w domu, przeto bądźcie łaskawi pokazać nam jego mieszkanie.
— Chętnie. Chodźmy więc, skoro się wam podoba, sir!
Wstając od stołu, usłyszeliśmy tętent przed domem. W kilka chwil potem weszli nowi goście do izby, których ze zdumieniem i z uczuciem niepokoju rozpoznałem odrazu, gdyż byli to owi secesyoniści w liczbie dziewięciu, czy dziesięciu, którym kapitan okrętu dał dziś tak piękną sposobność ratunku przez dopłynięcie do brzegu. Znali widocznie kilku z obecnych gości, gdyż przywitano ich gorąco. Z krzyżujących się odpowiedzi i pytań wywnioskowaliśmy, że tu na nich czekano. Z początku zaprzątnięto ich tak dalece, że nie mieli czasu na nas uważać, co nam oczywiście bardzo było na rękę. Usiedliśmy więc na razie na swoich miejscach, chcąc bowiem teraz się oddalić, bylibyśmy musieli przejść obok nich, a oni skorzystaliby pewnie z tej sposobności do zaczepienia się z nami. Gdy Lange usłyszał, kto oni są, przymknął drzwi tak, że oni nas widzieć nie mogli, my zaś mogliśmy słyszeć, o czem mówili. Oprócz tego zmieniliśmy nasze miejsca w ten sposób, że plecami zwróciliśmy się do przedniej izby.
— Chodzi o to, żeby was nie zobaczyli — rzekł kowal. — Już przedtem panował po ich stronie nieprzychylny dla nas nastrój. Gdyby spostrzegli was, których uważają za szpiegów i chcieli już dziś powiesić, byłaby awantura gotowa.
— Nic strasznego — odrzekł Old Death. — Czy jednak sądzicie, że będziemy tu siedzieli, dopóki się oni nie oddalą? Na to nie mamy czasu, ponieważ musimy bezwarunkowo być u Cortesia.
— Dobrze, sir! Pójdziemy drogą, na której nas napewno nie zobaczą.
Old Death rozejrzał się po pokoju i rzekł:
— A którędy? Wyjście jest możliwe tylko przez izbę pierwszą.
— Nie. Tędy o wiele wygodniej.
Wskazał na okno.
— Czy nie żartujecie przypadkiem, sir? — zapytał stary. Nasuwa mi się podejrzenie, że się chyba boicie! Czy mamy się pożegnać po francusku i jak myszy powłazić do dziur ze strachu przed kotem? Ładnieby nas potem wyśmiano!
— Trwogi ja nie znam, ale znam stare, dobre, przysłowie, że mądry głupiemu ustąpi. Wystarczy, gdy sam sobie powiem, że nie czynię tego z obawy, lecz z ostrożności. Pomijam już to, że liczbą dziesięć razy nas przewyższają. Te wagabundy są butne i rozzłoszczone. Nie przepuszczą nas spokojnie. Ponieważ zaś ja nie zniósłbym tego, a was także nie uważam za ludzi, którzyby coś takiego obojętnie przyjęli, przyjdzie więc do porządnej bijatyki. Nie boję się wprawdzie takiej przemocy w walce na pięści, lub kawałkami połamanych krzeseł, ponieważ jestem kowalem i potrafię młotem grzmocić choćby po głowach, ale rewolwer to broń dyabelnie głupia, bo tu najtchórzliwszy pędrak może kulką, jak groch, powalić najodważniejszego olbrzyma. Nie trzeba do tego wielkiej mądrości, żeby przyjść do przekonania, iż najlepiej będzie spłatać figla tym drabom i ukradkiem wyprowadzić się przez okno. To bardziej ich zezłości, niż gdybyśmy otwarcie stanęli do walki z nimi i kilku z nich łby roztrzaskali, a sami oberwali po nosach, lub doznali czegoś gorszego.
Przyznałem w duchu słuszność temu rozsądnemu człowiekowi, a Old Death rzekł także po chwili:
— Zdanie wasze nie jest oczywiście pozbawione słuszności. Godzę się na wasz wniosek i wysunę przez okno nogi razem ze wszystkiem, co na nich wisi. Posłuchajcie, jak ryczą! Zdaje mi się, że mówią o przygodzie na statku.
Rzeczywiście opowiadali nowoprzybyli, co im się zdarzyło na parowcu, potem o Old Deacie i o mnie, oraz o podstępie kapitana. Co do rodzaju zemsty nie mogli się odrazu pogodzić. Rowdies i ich zwolennicy chcieli czekać na parowiec, drudzy zaś nie mieli do tego ochoty, albo czasu.
— Nie mogliśmy przecież siedzieć całą wieczność na brzegu — rzekł opowiadający — gdyż musieliśmy przybyć tutaj, gdzie na nas czekano. Bardzo szczęśliwie się stało, że znaleźliśmy farmę, gdzie nam wypożyczono koni.
— Pożyczono? — zapytał ktoś z uśmiechem.
— Tak, ale oczywiście na nasz sposób. Z początku liczba ich nie wystarczała dla nas wszystkich, musieliśmy więc jechać po dwu na jednym, potem się to poprawiło gdyż napotkaliśmy jeszcze inne farmy tak, że każdy w końcu miał konia dla siebie.
Rozległ się niepohamowany śmiech, gdy się skończyło opowiadanie o tej kradzieży. Opowiadający ciągnął dalej:
— Czy tutaj wszystko w porządku? Czy dotyczących znaleziono?
— Tak, mamy ich.
— A ubrania?
— Przywieźli dwie skrzynie; to wystarczy.
— To będzie przyjemność. Ale szpiegi i kapitan muszą także za swoje dostać. Steamer zatrzymuje się tu w La Grange na noc, więc kapitana łatwo znajdziemy, a Indyanina i szpiegów także niedługo będziemy szukali, gdyż bardzo łatwo ich poznać. Jeden z nich miał nowe traperskie ubranie, obaj zaś nieśli na plecach siodła.
— Siodła? — zawołali tamci prawie z radością. — Czy ci dwaj, którzy tu weszli niedawno i siedzą w tamtej izbie, nie mieli...
Resztę powiedział pocichu. Odnosiło się to do nas.
— Panowie rzekł kowal — czas nam się stąd zabrać, bo wejdą tu za kilka minut. Wyjdźcie wy najpierw! Siodła my wam podamy.
Rzeczywiście niebezpiecznie było dłużej zwlekać. Bez żenady wyskoczyłem czemprędzej przez okno, a Old Death poszedł za moim przykładem, poczem kowale podali nam rzeczy i strzelby i sami przeleźli przez okno.
Znajdowaliśmy się pod przednią ścianą domu na małym, ogrodzonym, placyku, porosłym trawą. Przeskoczywszy przez płot, spostrzegliśmy, że także reszta gości z tej samej izby oknem ją opuściła, nie spodziewając się także uprzejmości ze strony secesyonistów.
— No, — śmiał się Lange — a to wytrzeszczą oczy te draby, gdy zauważą, że im ptaszki uleciały. Istotnie zrobiliśmy dobrze.
— Ale dyabelny blamaż narazie! — łajał Old Death. — Doznaję wrażenia, jak gdybym słyszał szyderczy śmiech.
— Niech się śmieją! My potem będziemy się śmiali, a to jak wiadomo korzystniej. Dowiodę wam, że się ich nie obawiam, ale nie wdaję się w karczemne bójki.
Obaj kowale wzięli od nas siodła, zapewniając, że nie mogą dopuścić, żeby goście ich dźwigali takie ciężary. Niebawem znaleźliśmy się pomiędzy dwoma budynkami. W lewym panowała zupełna ciemność, a w prawym migotało światło przez szparę w okiennicy.
— Sennor Cortesio jest w domu — rzekł Lange. — U niego właśnie widać światło. Zapukajcie tylko, to wam otworzy. Skoro się z nim załatwicie, przyjdźcie tutaj na lewo, gdzie my mieszkamy. Zapukajcie w okiennicę koło drzwi. My tymczasem przygotujemy przekąskę.
Kowale udali się do domu, a my zwróciliśmy się na prawo. Na nasze pukanie odchyliły się drzwi, a przez wązką szparę spytał głos jakiś:
— Kto tu być?
— Dwaj przyjaciele — odrzekł Old Death. — Czy sennor Cortesio w domu?
— Czego chcieć od sennor?
Sposób wyrażania się wskazywał, że to murzyn.
— Chcemy z nim załatwić pewien interes.
— Co, interes? Powiedzieć, bo nie wolno wejść!
— Przysyła nas master Lange!
— Massa Lange? On być dobry. Wolno wejść, ale zaczekać chwilę!
Zamknął drzwi, ale wnet je otworzył i przyniósł odpowiedź:
— Wejść! Sennor powiedzieć, że mówić z obcymi.
Przez małą sień weszliśmy do wielkiej izby, prawdopodobnie kantoru, gdyż skromne jej umeblowanie składało się tylko ze stołu, kilku krzeseł i pultu do pisania, przy którym stał długi i chudy mężczyzna, twarzą ku drzwiom zwrócony. Na pierwszy rzut oka widać było, że to Hiszpan.
— Buenas tardes! — odpowiedział na nasze uprzejme pozdrowienie. — Przysyła was sennor Lange? Czy wolno zapytać, sennores, co was do mnie sprowadza?
Byłem ciekaw, co Old Death na to odpowie. On bowiem z góry zastrzegł sobie, że rozmówi się z Cortesiem.
— Może interes, a może tylko potrzeba zasiągnięcia pewnej wiadomości, sennor. Sami tego jeszcze dobrze nie wiemy — rzekł stary.
— Zobaczymy. Usiądźcie i zapalcie cigarillo.
Podał nam papierośnicę i zapałki, czego trudno było nie przyjąć. Meksykanin nie wyobraża sobie niczego, a przedewszystkiem rozmowy, bez papierosów. Old Death, który dziesięć razy wolał fajeczkę od najwytworniejszego cygara, wziął najcieńsze, zapalił, a ledwie pociągnął kilka razy, już papierosa nie było. Ja postąpiłem z moim oszczędniej.
— Rzecz, z którą się wam naprzykrzamy — zaczął Old Death — niema zbyt wielkiego znaczenia. Przychodzimy tak późno dla tego tylko, że nie bylibyśmy was pierwej zastali. Nie chcemy tutaj bawić do jutra, ponieważ nie zapraszają nas do tego tutejsze stosunki. Mamy zamiar udać się do Meksyku i ofiarować nasze usługi Juarezowi. Podobnego kroku na wiatr się nie robi. W tym wypadku trzeba mieć jakąś pewność, że się będzie chętnie przyjętym. Zasięgnąwszy stosownych wiadomości, dowiedzieliśmy się, że tu, w La Grange, można się zaciągnąć w jego szeregi. Wymieniono nam wasze nazwisko, więc przybyliśmy do was, a wy może nam łaskawie powiecie, czy znajdujemy się u właściwego człowieka.
Meksykanin nie odpowiedział zaraz, lecz przypatrzył nam się wpierw badawczem spojrzeniem. Oko jego spoczywało na mnie z widocznem zadowoleniem, gdyż byłem młody i wyglądałem rzeźko. Old Death mniej mu się zapewne podobał, wychudła bowiem i pochylona jego postać nie nadawała sią pozornie do znoszenia wielkich trudów i niewywczasów. Potem zapytał:
— Kto wam podał moje nazwisko, sennor?
— Pewien człowiek spotkany na statku — kłamał Old Death. — Przypadkiem zetknęliśmy się potem także z master Langem, który nas uprzedził, że przed dziesiątą nie zastaniemy was w domu. Pochodzimy z Północy i walczyliśmy przeciwko Stanom południowym. Posiadamy zatem doświadczenie wojenne, może więc przydalibyśmy się prezydentowi Meksyku.
— Hm! To brzmi wcale dobrze, sennor, ale przyznam się wam otwarcie, że nie czynicie wrażenia, jakobyście byli zdolni do wysiłków i niewywczasów, jakich od was będą wymagali.
— Podoba mi się wasza szczerość, sennor — zaśmiał się stary. — Gdy jednak usłyszycie moje nazwisko, zaraz się przekonacie, że mogę się bardzo przydać. Nazywają mnie zazwyczaj Old Death.
— Old Death! — zawołał Cortesio zdumiony. — Czy to być może! Wy bylibyście tym sławnym odnajdywaczem ścieżek, który Południu takie szkody wyrządził?
— Ja nim jestem. Legitymuje mnie moja postać.
— W istocie, w istocie, sennor. Muszę jednak być bardzo ostrożnym, żeby się to nie dostało do publicznej wiadomości, że zaciągam w szeregi Juareza. Szczególniej teraz byłoby niebezpiecznie narazić się na podobne podejrzenie. Ponieważ jesteście Old Death, przeto nie mam powodu się wahać i oświadczam otwarcie, że zwróciliście się pod dobrym adresem. Chętnie gotów jestem natychmiast was przyjąć i obiecać wam nawet rangę, gdyż usługi takiego wojownika, jak Old Death, potrafią tam zużytkować i nie wepchają go między zwykłych żołnierzy.
— Mam nadzieję, sennor. Co się tyczy mego towarzysza, to choćby wstąpił jako żołnierz zwyczajny, wnet dojdzie do czegoś lepszego. Wśród abolicyonistów doprowadził, choć młody, aż do kapitana. Nazywa się wprawdzie tylko Müller, ale mimoto słyszeliście już pewnie o nim. Służył pod Sheridanem i jako porucznik dowodził we flankowym marszu przez Missyonary Ridge czołem przedniej straży. Wiecie zapewne, jakich zuchwałych jazd podejmowano się wówczas. Müller był szczególnym ulubieńcem Sheridana i dzięki temu brał zawsze udział w tych ryzykownych przedsięwzięciach. On to był owym oficerem konnicy, który w krwawej, lecz doniosłej w skutkach, bitwie pod Five-Forks odbił pojmanego już generała Sheridana. Dla tego sądzę, że nie będzie to dla was zły nabytek, sennor.
Stary zmyślał niestworzone rzeczy! Ale czy miałem mu zarzucić kłamstwo? Czułem, że mi krew napływa do twarzy, ale poczciwy Cortesio wziął mój rumieniec za oznakę skromności, gdyż podał mi rękę i zaczął także kłamać jak dziennikarz:
— Niechaj was nie drażni ta zasłużona pochwała, sennor Müller. Słyszałem oczywiście o was i o czynach waszych i pozdrawiam was serdecznie. Rozumie się, że i wy wstąpicie jako oficer; gotów jestem zaraz dać wam pewną sumę do rozporządzenia na sprawienie przynajmniej najpotrzebniejszych rzeczy.
Old Death chciał się już zgodzić na to. Poznałem to po nim i dlatego wtrąciłem czemprędzej:
— To zbyteczne, sennor. Nie możemy pozwolić na to, żebyście nas we wszystko zaopatrywali. Narazie nie potrzebujemy nic więcej jak dwu koni, które może od was dostaniemy. Siodła mamy swoje.
— To się dobrze składa. Mogę wam odstąpić dwoje tęgich bydląt, a jeśli rzeczywiście chcecie za nie zapłacić, to oddam je za cenę własną. Jutro rano pójdziemy do stajni, gdzie wam je pokażę. To najlepsze ze wszystkich, jakie posiadam. Czy obejrzeliście się już za noclegiem?
— Tak. Zaprosił nas master Lange.
— To doskonale. W przeciwnym razie byłbym ja to uczynił, chociaż moje mieszkanie bardzo jest ograniczone. Czy wolicie załatwić resztę spraw zaraz, czy jutro rano dopiero?
— Teraz oczywiście — odrzekł Old Death. — Jakież są jeszcze przytem formalności?
— Na razie niema żadnych. Ponieważ idziecie na własny koszt, przeto odbiorą od was przysięgą dopiero w korpusie po objęciu obowiązków. Muszę tylko dać wam legitymacye i list polecający celem zabezpieczenia należnej wam szarży. Lepiej pisma te zaraz sporządzić, gdyż tutaj nigdy człowiek nie wie, co go czeka w następnej chwili. Proszę więc o kwadrans cierpliwości. Będę się śpieszył. Oto są cigarillo, a zaraz przyniosę wina, jakiem nikogo nie częstuję. Niestety mam już tylko flaszkę.
Podsunąwszy nam papierosy i flaszkę wina, przystąpił do pultu i zabrał się do pisania. Old Death zaczął do mnie robić miny za plecami Meksykanina, z czego wywnioskowałem, że był wielce z siebie zadowolony. Następnie nalał sobie pełną szklankę i wychylił duszkiem za zdrowie Cortesia. Mnie ten wynik nie cieszył jeszcze tak bardzo, gdyż nie mówiliśmy jeszcze dotąd o ludziach, o których mi chodziło. Szepnąłem o tem staremu, na co mi odpowiedział pewnym giestem na znak, że sam się o to postara.
W przeciągu kwadransu wysączył Old Death resztę wina z flaszki, a Cortesio skończył pisanie. Przed zapieczętowaniem przeczytał nam list polecający, którego treść zadowoliła nas w zupełności. Następnie wypełnił nie dwa, lecz cztery blankiety i wręczył po dwa każdemu z nas. Ku swemu zdumieniu ujrzałem, że to paszporty, jeden we francuskim języku i podpisany przez generała Bazaine’a, a drugi w hiszpańskim, z podpisem Juareza. Cortesio musiał zauważyć moje zdziwienie, gdyż rzekł z uśmiechem chytrego zadowolenia:
— Widzicie, sennor, że możemy was zabezpieczyć przed wszelkimi wypadkami. W jaki sposób przyszedłem do posiadania francuskiej legitymacyi, to moja rzecz, Wy nie wiecie, co się wam może zdarzyć, dobrze więc, że posiadacie tego rodzaju paszporty, które w podwójnej liczbie tylko wyjątkowo się wystawia, a odchodzący stąd nowozaciężni nie otrzymują wogóle paszportów i legitymacyi.
Z tego skorzystał Old Death, aby zadać upragnione przezemnie pytanie:
— Jak dawno odeszli stąd ostatni ochotnicy?
— Wczoraj. Sam odprowadziłem oddział z trzydziestu ludzi aż do Hopkins Farm. Tym razem byli z nimi także dwaj prywatni sennores.
— Przeprowadzacie zatem również ludzi prywatnych? — spytał Old Death ze zdziwieniem.
— Nie. To narażałoby mię na różne nieprzyjemności. Wczoraj zrobiłem wyjątek, ponieważ jeden z tych panów był moim dobrym znajomym. Zresztą wy będziecie mieli doskonałe konie i jeśli wcześnie stąd wyruszycie, dościgniecie oddział, zanim się dostaniecie do Rio Grande.
— W którem miejscu mają przejść przez rzekę?
— Udadzą się w kierunku wąwozu Eagle, ponieważ jednak nie mogą się tam pokazywać, zboczą nieco na północ. Pomiędzy Rio Nueres a Rio Grandę przetną drogę dla mułów, prowadzącą z San Antonio, przybędą do Fortu Inge, który także muszą ominąć i przeprawią się przez Rio Grande pomiędzy rzeczkami pobocznemi Las Moras i Moral, tam bowiem jest bród, znany naszym przewodnikom. Stamtąd ruszą na zachód, aby przez Baya, Cruzes, San Vinzente, Tabal i San Carlos dostać się do miasta Chihuahua.
Wszystkie te miejscowości były dla mnie czemś zupełnie nieznanem, lecz Old Death potakiwał głową i powtarzał każdą nazwę głośno, jakby znał te okolice.
— Dopędzimy ich pewnie, jeśli nasze konie nie będą zbyt liche, a ich zbyt dobre — rzekł. — Ale czy pozwolą nam się przyłączyć?
Cortesio zapewnił gorąco, a przyjaciel mój pytał dalej:
— Czy jednakowoż ci dwaj panowie prywatni zgodzą się na to?
— Oczywiście. Oni nie mogą wogóle rozkazywać, muszą sami być wdzięczni za to, że mają sposobność odbycia podróży pod osłoną oddziału. Ponieważ się z nimi spotkacie, przeto z przyjemnością was uprzedzam, że możecie postępować z nimi, jak z gentlemanami. Jeden z nich, rodowity Meksykanin, nazwiskiem Gavilano, jest moim znajomym, z którym przeżyłem piękne chwile w stolicy. Jego siostra, młodsza od niego, nadzwyczaj przystojna, zawracała głowy wszystkim sennorom.
— To i on zapewne jest pięknym mężczyzną?
— Nie. Nie są do siebie podobni, bo to rodzeństwo przyrodnie. Ona nazywa się Feliza Perillo i obracała się w towarzystwach jako czarująca cantora[3] i zachwycająca ballerina.[4] Później zniknęła i dopiero teraz dowiedziałem się od jej brata, że żyje jeszcze w okolicach Chihuahua. I brat nie mógł mi udzielić dokładnych wiadomości, gdyż sam musi się o nią dopiero wypytać, skoro tylko tam przybędzie.
— Czy wolno spytać, czem właściwie był i jest ten sennor?
— Poetą.
Old Death przybrał minę takiego zdumienia i lekceważenia, że zacny Cortesio dodał:
— Sennor Gavilano tworzył za darmo, gdyż posiada znaczny majątek i nie potrzebuje zapłaty za swe utwory.
— W takim razie można mu pozazdrościć!
— Tak, zazdroszczono mu też. Z powodu intryg, które robiono przeciwko niemu, musiał opuścić miasto, a nawet kraj. Teraz wraca z Jankesem, który chce poznać Meksyk i dostać się z jego pomocą w krainę poezyi. Mają zamiar w stolicy zbudować teatr.
— Życzę im szczęścia! Czy Gavilano wiedział, że wy przebywacie teraz w La Grange?
— O nie. Znajdowałem się przypadkiem nad rzeką, kiedy nadjechał parowiec, aby podróżnych na noc na ląd wysadzić. Poznałem natychmiast tego sennora i zaprosiłem go razem z towarzyszem do siebie. Pokazało się, że obydwaj chcieli się udać do Austin, a stamtąd przekroczyć granicę. Poradziłem im, w jaki sposób można pewniej i prędzej przez granicę się przedostać, dla obcego bowiem, zwłaszcza niesecesyonisty, pobyt tutaj bynajmniej nie jest wskazany. W Teksas grasują teraz ludzie, łowiący chętnie ryby w mętnej wodzie. Pełno tutaj wszelakiej bezużytecznej hołoty, której pochodzenia, ani celu nikt nie zna. Wszędzie słyszy się o zbrodniach, napadach, okrucieństwach z niewiadomego powodu. Sprawcy znikają, a policya stoi bezradnie wobec okropnych faktów.
— Czyżby to byli ludzie z Ku-kluks-klanu? zauważył Old Death.
— Wielu o to samo pytało, a w ostatnich czasach porobiono odkrycia, które pozwalają się domyślać, że prawdopodobnie mamy do czynienia z tą szajką. Onegdaj natrafili w Halletsville na dwa trupy z przypiętemi kartkami z napisem „Yankee-hounds“. W Shelby zaćwiczono niemal na śmierć rodzinę za to, że ojciec służył pod generałem Grantem. A dzisiaj dowiedziałem się, że koło Lyons znaleziono czarny kaptur z przyszytymi dwoma kawałkami białej materyi w kształcie jaszczurek.
— O, do pioruna! Takie maski noszą Kukluksi!
— Tak, zasłaniają sobie twarze czarnymi kapturami, opatrzonymi w białe figury. Każdy z nich ma osobną figurę, po której się go poznaje, gdyż podobno nawet nazwiska swoje sami przed sobą trzymają w tajemnicy.
— Nasuwa mi się wobec tego przypuszczenie, że tajne stowarzyszenie zaczyna znowu gospodarować. Miejcie się na baczności, don Cortesio. Przyjdą tutaj napewno. Najpierw byli w Halletsville, a kaptur znaleziono w Lyons. Ta miejscowość leży przecież stąd znacznie bliżej niż tamta.
— Rzeczywiście, macie słuszność, sennor. Od dzisiaj będę drzwi i okna zamykał dwa razy tak silnie i trzymał w pogotowiu nabite strzelby.
— Dobrze zrobicie. Tych łotrów nie trzeba oszczędzać, bo oni także nikomu nie darują. Kto się im podda, licząc na ich względność, ten doznaje zawodu. Ja przemawiałbym do nich tylko prochem i ołowiem. Zresztą i w gospodzie nic dobrego się nie święci. Widzieliśmy tam bowiem gentlemanów, którym źle z oczu patrzy. Powinniście starannie ukryć wszystko, coby was mogło zdradzić, że jesteście stronnikiem Juareza. Zróbcie to zaraz dzisiaj! Lepiej raz być niepotrzebnie ostrożnym, niżeli dać się obić, lub zastrzelić przez małe zaniedbanie. Sądzę, że na razie skończyliśmy z sobą. Jutro rano znowu się zobaczymy. Czy macie jeszcze co zauważyć?
— Nie, sennores. Na dziś wszystko załatwione. Cieszę się bardzo, że was poznałem i spodziewam się, że o was jeszcze dużo dobrego usłyszę. Jestem pewien, że będzie wam sprzyjało szczęście u Juareza i że prędko pójdziecie w górę.
Na tem rozstaliśmy się, uścisnąwszy podaną nam uprzejmie przez Cortesia rękę. Kiedy się drzwi jego za nami zamknęły, nie mogłem w przechodzie do domu Langego powstrzymać się od tego, żeby nie szturknąć starego w bok i nie powiedzieć:
— Ależ master, skądże wpadło wam do głowy zmyślać w ten sposób przed sennorem! Kłamstwa wasze były wprost niebotyczne!
— Tak? Hm! Wy tego nie rozumiecie, sir! Mógł nas zawsze jeszcze odprawić z kwitkiem. Dlatego wzbudziłem w nim apetyt na nas.
— Chcieliście wziąć nawet pieniądze! To byłoby wyraźne oszustwo!
— No, wyraźne nie, gdyż on nic o tem nie wiedział. Czemu nie miałem brać, skoro dawał dobrowolnie?
— Ponieważ nie zamierzamy zasłużyć na te pieniądze.
— Tak! Teraz oczywiście dalecy jesteśmy od tego zamiaru, ale skąd wiecie, że nam się nie nastręczy sposobność służenia Juarezowi? Może ze względu na siebie samych będziemy do tego zmuszeni. Trudno jednak nie przyznać wam słuszności. To bardzo dobre, że nie przyjęliśmy pieniędzy, gdyż tylko dzięki temu znaleźliśmy się w posiadaniu paszportów i listu polecającego. Ale najważniejsze to, że wiemy, dokąd udał się Gibson. Znam doskonale tę drogę. Wyruszymy wcześnie i z pewnością go dościgniemy. Dzięki naszym papierom nie zawaha się komendant oddziału ani na chwilę z wydaniem obu w nasze ręce.
U Langego nie pukaliśmy wcale, on bowiem stał przy drzwiach otwartych i wprowadził nas do izby, której wszystkie trzy okna zasłonięte były grubymi kocami.
— Nie dziwcie się tym zasłonom, panowie! — rzekł — Zawiesiłem je naumyślnie. Mówmy wogóle jak najciszej, żeby się Kukluksi nie dowiedzieli, że jesteście u mnie.
— Czy widzieliście tych łotrów?
— W każdym razie ich wywiadowców. Ponieważ dość długo bawiliście u sennora Cortesio, zaczęło mi się nudzić, wyszedłem więc, aby na was zaczekać i wpuścić bez waszego pukania. Wtem usłyszałem, że się ktoś skrada od strony gospody. Przymknąłem drzwi, pozostawiając tylko wązką szparę, przez którą wyglądałem. Nadeszło trzech mężczyzn i stanęli tuż koło drzwi. Mimo ciemności zauważyłem na nich bardzo długie, szerokie spodnie, takie same szerokie bluzy i kaptury, nasunięte na twarze. Przebranie to było z ciemnej materyi i obszyte jasnemi figurami.
— Aha, jak u Kukluksów!
— Całkiem słusznie. Dwaj z nich zostali przy drzwiach, a trzeci podkradł się pod okno i usiłował zaglądnąć przez okiennicę. Powróciwszy, doniósł, że w izbie siedzi tylko młody człowiek, najprawdopodobniej syn Langego, że starego niema, że jedzenie leży na stole. Na to wyraził się drugi, że teraz zapewne zjemy, a potem pójdziemy spać. Chcieli obejść dokoła domu, by się przekonać, którędy najlepiej wedrzeć się do środka. Potem zniknęli za rogiem, a wy nadeszliście zaraz po zasłonięciu okien. Ale mimo tych łotrów nie mogę zapomnieć, że jesteście moimi gośćmi. Usiądźcie! Jedzcie i pijcie! Zastawiam dzisiaj przed wami jedzenie, jakie chyba tylko u leśnego człowieka się znajdzie, ale podaję z serca, co mam. Możemy także podczas jedzenia mówić o grożącem mi niebezpieczeństwie.
— W którem was oczywiście nie opuścimy — rzekł Old Death. — Gdzież wasz syn?
— Kiedyście wychodzili od Cortesia, oddalił się pokryjomu. Mieszka tu kilku dobrych moich przyjaciół, na których mogę liczyć. Syn ma ich potajemnie sprowadzić. Dwu z nich już znacie, siedzieli w gospodzie przy naszym stole.
— A będą się starali wejść do domu niepostrzeżenie? Byłoby dla was korzystnie, gdyby Kukluksi sądzili, że napadają tylko na was i waszego syna.
— Nie obawiajcie się! Ci ludzie wiedzą już, co czynić, a zresztą pouczyłem Willa, jak się ma zachować.
Jedzenie składało się z szynki, chleba i piwa. Zaledwie zaczęliśmy się posilać, usłyszeliśmy o kilka domów dalej skomlenie psa.
— To znak — rzekł Lange, powstając. — To moi ludzie nadchodzą.
Wyszedł, by im otworzyć i powrócił z synem, oraz z pięciu uzbrojonymi w strzelby, rewolwery i noże mężczyznami, którzy usiedli w milczeniu, gdzie znaleźli miejsce. Nikt nie wyrzekł ani słowa, wszyscy zbadali okna, czy dobrze są zasłonięte. To byli ludzie, jakich nam właśnie było trzeba. Jeden z nich stary z siwemi włosami i brodą nie spuszczał oka z Old Deatha i pierwszy do niego przemówił:
— Wybaczcie, master! Will uprzedził mię, kogo tu zastanę, czem się bardzo ucieszyłem, gdyż sądzę, żeśmy już gdzieś razem byli.
— Możliwe! — odrzekł mój towarzysz. — Widziałem już wielu synów człowieczych.
— Nie przypominacie mnie sobie?
Old Death przypatrzył się mówiącemu dokładnie i odpowiedział:
— Kalkuluję sobie istotnie, że musieliśmy się już gdzieś spotkać, ale nie mogę sobie przypomnieć, gdzieby to było.
— W Kalifornii przed dwudziestu laty, w chińskiej dzielnicy. Grało się ostro i paliło się przytem opium. Przegrałem wtedy wszystkie pieniądze, około tysiąca dolarów. Została mi jeszcze tylko jedna moneta, której nie chciałem już postawić na kartę, lecz przepalić, a potem palnąć sobie kulą w łeb. Byłem namiętnym graczem i wtedy straciłem wszystkie oszczędności. Wtem...
— Już dość! Przypominam sobie! — przerwał mu Old Death. — Nie potrzebujecie dalej opowiadać!
— Przeciwnie, sir. Muszę to powiedzieć, gdyż wy ocaliliście mnie wówczas. Wam przypadła połowa mojej przegranej. Wy jednak, wziąwszy mnie na bok, oddaliście mi pieniądze, przyczem musiałem na wasze żądanie złożyć święte przyrzeczenie, że grać już nigdy nie będę, a przedewszystkiem wyrzeknę się raz na zawsze znajomości z szatańskiem opium. Obiecałem zmienić się pod tym względem i dotrzymałem słowa, chociaż z trudnością mi to przychodziło. Jesteście moim wybawcą. Jeżeli chcecie zrobić mi wielką uciechę, to pozwólcie zwrócić sobie pieniądze, gdyż obecnie posiadam ładny majątek.
— Nie głupim! — zaśmiał się Old Death. — Długo byłem dumny z tego, przynajmniej jednego, dobrego uczynku i ani mi się śni sprzedawać tego poczucia za wasze pieniądze. Gdy kiedyś zemrę, nie będę miał nic z sobą, oprócz tego jednego czynu, nie oddam go więc za nic w świecie. Mówmy o innych rzeczach, ważniejszych teraz o wiele. Ja ostrzegłem was wówczas przed dwoma szatanami, których znałem dobrze niestety, ale wy swoje ocalenie macie jedynie własnej sile woli do zawdzięczenia. Zamilczmy już o tem!
Te słowa starego skuta naprowadziły mnie na pewien domysł. Jeszcze w Nowym Orleanie wspomniał mi on, że matka postawiła go była na drodze, prowadzącej do szczęścia, że on jednak obrał inny kierunek. Teraz określił sam siebie jako znawcę obu straszliwych występków: gry i palenia opium. Czyżby tę znajomość zdobył tylko z przypatrywania się drugim? Chyba trudno! Nasunęło mi się podejrzenie, że sam musiał być namiętnym graczem i jest nim może jeszcze dotychczas. A co do opium, to wychudła, kościotrupia, jego postać dowodziłaby właśnie niszczącego działania tej trucizny. Czyżby dotąd jeszcze był skrytym palaczem opium? Może przecież nie, gdyż palenie tej trucizny wymaga pewnego nadmiaru czasu, którego skut nie miał podczas podróży. Ale kto wie, czy nie żuł opium. W każdym razie używał teraz jeszcze tej niebezpiecznej substancyi. Gdyby się był jej wyrzekł, byłoby się ciało jego z czasem otrząsnęło ze skutków. Zacząłem nań już patrzyć innemi oczyma. Do czci, którą go otaczałem dotychczas, przyłączyło się sporo litości. Jak on zapewne walczył z tymi szatanami! Jakie zdrowe musiał mieć ciało i ducha, skoro trucizna nie zdołała zniszczyć zupełnie jednego i drugiego. Czem były wszystkie przygody, które przeżył, czem wszystkie poniesione przezeń trudy i niewywczasy w puszczy wobec scen, jakie się w jego wnętrzu rozegrały! Mocował się z nieubłaganemi i przepotężnemi namiętnościami, jak przeznaczony na wymarcie Indyanin z blademi twarzami. Przekonywał się, że każdy okres tej walki kończy się jego klęską, a mimo to bronił się dalej i opierał, powalony już nawet na ziemię. Nazwa Old Death zawierała teraz dla mnie w swem brzmieniu coś niepokojącego. Słynny skut skazany był na upadek, wobec którego śmierć fizyczna jest dobrodziejstwem!
Ostatnie słowa: „Zamilczmy już o tem!“, wymówił Old Death takim tonem, że stary jego znajomy wyrzekł się dalszego oporu i przeszedł do innej sprawy:
— Weil, sir! Mamy teraz do czynienia z wrogiem, równie zajadłym, równie nieubłaganym, jak gra i opium. Na szczęście łatwiej go ująć, aniżeli tamtych dwu, zabierzemy się więc do niego. Kukluksklan jest otwartym wrogiem nas wszystkich. Każdy musi się bronić przed nim, i to nietylko ten, którego on zaatakuje. To bestya, złożona z tysięcy i tysięcy członków. Wszelka względność byłaby błędem. Zaraz w pierwszym ataku trzeba pokazać, że jesteśmy nieubłagani. Jeśli się Kukluksom uda tu usadowić, to będziemy zgubieni; wezmą się do nas i wyduszą jednego po drugim. Dlatego powinniśmy mojem zdaniem zgotować im dzisiaj takie przyjęcie, tyle im strachu napędzić, żeby się nie ośmielili powrócić. Spodziewam się, że i wy jesteście tego zdania.
Wszyscy obecni zgodzili się na to.
— Pięknie! — mówił dalej, gdyż nie przerywano mu, jako najstarszemu. — Należy się tak do walki przygotować, żeby nietylko zamiaru chybili, lecz żeby ostrze zwróciło się przeciwko nim samym. Czy ma kto z was jaki wniosek w tej sprawie? Komu dobra myśl przyjdzie, niech ją wyjawi.
Oczy jego i innych zwróciły się na Old Deatha. Jako doświadczony westman wiedział on lepiej od nich wszystkich, jak wypada zachować się wobec takich nieprzyjaciół. Widział wyraz oczekiwania w oczach obecnych i milczące wezwanie, skrzywił twarz po swojemu, kiwnął głową jakby do siebie i odezwał się:
— Skoro drudzy milczą, to ja powiem kilka słów, panowie. Trzeba się liczyć z tą okolicznością, że oni przyjdą dopiero wtedy, kiedy master Lange spać się położy. W jaki sposób zamykają się tylne drzwi, czy zasuwą?
— Nie, na zamek, jak wszystkie drzwi moje.
— Weil! O tem także będą wiedzieli, a ja kalkuluję sobie, że zaopatrzą się w dorobione klucze. Byłoby to z ich strony błędem nie do darowania, gdyby tego nie uczynili. To zacne stowarzyszenie musi mieć członkami ślusarzy, a przynajmniej ludzi, umiejących się obchodzić z wytrychem. Wedrą się pewnie do środka, naradźmy się więc nad tem, jak ich przyjąć.
— Oczywiście, że strzelbami. Zaczniemy do nich strzelać natychmiast!
— A oni do nas, sir! Błysk waszych strzałów zdradzi im, gdzie się znajdujecie, gdzie stoicie. Nie, strzelać nie można. Kalkuluję sobie, że byłoby to rozkoszą pojmać ich, nie wystawiając się na niebezpieczeństwo zetknięcia się z ich bronią.
— Czy uważacie to za możliwe?
— Nawet za stosunkowo łatwe. Ukryjemy się w domu i wpuścimy ich do środka. Skoro tylko znajdą się w sypialni, zatrzaśniemy drzwi i zamkniemy. Kilku z nas stanie przy nich na czatach, a kilku na dworze pod oknem. Tak więc nie będą mogli się wydostać i będą musieli poprostu się poddać.
Stary sąsiad Langego potrząsnął poważnie głową i upierał się energicznie przy tem, by wystrzelać włamywaczy. Na odpowiedź starego przymrużył Old Death jedno oko i zrobił minę, która wywołałaby powszechny śmiech, gdyby położenie nasze na to pozwalało.
— Cóż za miny stroicie, sir? — zapytał Lange. — Czy się nie zgadzacie?
— Wcale nie, master. Wniosek naszego przyjaciela wygląda bardzo praktycznie, ale ja kalkuluję sobie, że wszystko inaczej się odbędzie, aniżeli on przypuszcza. Członkowie tajnego związku byliby warci batów, gdyby tak postąpili, jak on się po nich spodziewa. Sądzi on, że wejdą wszyscy razem i ustawią się przed naszemi strzelbami jak na tacy. Gdyby tak uczynili, nie mieliby flaków w głowie. Jestem pewien, że pocichu otworzą tylne drzwi i potem dopiero wyślą dwu lub trzech tu na zwiady. Tych dwu lub trzech będziemy oczywiście mogli zastrzelić, reszta jednak zabierze się czemprędzej, aby powrócić niebawem i naprawić to, czego zaniedbano. Nie, sir, nic z tego planu. Musimy ich wpuścić wszystkich, by ich połapać. Istnieje jeszcze inny, bardzo słuszny, powód do tego. Gdyby nawet udało się plan wasz wykonać, to byłoby dla mnie rzeczą nieprzyjemną wysłać takie mnóstwo ludzi jednym wybuchem prochu na tamten świat, nie zostawiwszy im ani chwili czasu do namysłu nad własnymi grzechami. Jesteśmy ludźmi i chrześcijanami, panowie. Będziemy się wprawdzie bronili przed tymi ludźmi i obmierzimy im powtórny napad, ale to możemy uzyskać w sposób mniej krwawy. Jeśli obstajecie przytem, żeby ich wystrzelać, jak trzodę dzikich zwierząt, to zróbcie to sobie, lecz ja i mój towarzysz nie weźmiemy w tem żadnego udziału. Pójdziemy i wyszukamy sobie inne miejsce na nocleg, żebyśmy później nie musieli wspominać tej nocy ze zgrozą i wyrzutami sumienia!
Old Death mówił całkiem po mojej myśli, a słowa jego wywarły zamierzone wrażenie. Wszyscy skinęli do siebie głowami, a starzec rzekł:
— To, co powiedzieliście na ostatku, to bardzo słuszne. Sądziłem, że takie przyjęcie wypędziłoby ich z La Grange raz na zawsze, lecz nie zastanowiłem się nad odpowiedzialnością, jaką bierzemy na siebie. Dla tego przychyliłbym się do waszego planu, gdybym tylko miał pewność, że się uda.
— Każdy, nawet najlepszy, plan może się nie udać. Będzie to nietylko po ludzku, lecz i mądrze zarazem, jeżeli wpuścimy tych ludzi i zamkniemy ich tak, że żywcem wpadną nam w ręce. Wierzcie mi, że to o wiele, o wiele lepsze, aniżeli ich wystrzelać. Zważcie to, że wyzwalibyście zemstę całego klanu przez zabicie takiej ilości jego członków. Nietylko nie odstraszylibyście Kukluksów od La Grange, lecz ściągnęlibyście ich tutaj. Przyszliby się zemścić okrutnie za śmierć swoich ludzi. Proszę zatem o przyjęcie mojego planu. To najlepsze ze wszystkiego, co się tu da uskutecznić. Aby usunąć wszystko, co mogłoby zaszkodzić jego powodzeniu, obejdę teraz dokoła dom niepostrzeżenie. Może się coś znajdzie, coby się nam przydało.
— Może raczej zaniechacie tego, sir? — zapytał Lange. — Sami przyznajecie, że napastnicy niewątpliwie wartę postawili. A co będzie, jeśli ten człowiek was spostrzeże?
— Mnie spostrzec? — rozśmiał się Old Death. — Czegoś podobnego jeszcze mi nikt nie powiedział! Old Death byłby taki głupi, żeby się pokazał podczas skradania się dokoła domu, lub do człowieka! Master, to śmieszne! Jeśli macie kawałek kredy, to narysujcie mi przekrój poziomy domu, ażebym się mógł zastosować do tego. Wypuście mnie tylnemi drzwiami i czekajcie tam, dopóki nie wrócę. Nie zapukam, lecz końcami palców poskrobię po drzwiach. Gdyby kto zapukał, będzie to ktoś inny, tego więc nie wpuścicie do środka.
Lange zdjął kawałeczek kredy z oddrzwi i narysował przekrój na stole. Old Death przypatrzył mu się dokładnie i wyraził swoje zadowolenie skrzywieniem twarzy w uśmiechu.
Obaj byli już przy drzwiach, kiedy Old Death odwrócił się nagle i zapytał mnie:
— Czy podchodziliście już kiedy człowieka, sir?
— Nie — odrzekłem stosownie do umowy mojej z Winnetou.
— To macie teraz doskonałą sposobność zobaczyć, jak się to robi. Jeśli chcecie, to wezmę was z sobą.
— Stać, sir! — wtrącił Lange. — To byłoby za wielkie ryzyko, ponieważ przyjaciel wasz sam się przyznaje, że brak mu doświadczenia w tych rzeczach. Gdybyście popełnili najmniejszy błąd, warta zauważyłaby was i wszystkoby się popsuło.
— Głupstwo! Znam tego młodego master dopiero od niedawna wprawdzie, lecz wiem, że pragnie usilnie wyrobić w sobie zalety dobrego westmana. Będzie się starał unikać błędów. Gdyby szło oto, żeby podejść wodza indyańskiego, to niechętnie brałbym go z sobą, ale zapewniam was, że nikt z zacnych preryowców nie wstąpi do Kukluksklanu, dlatego próżne są obawy, żeby warta okazała się na tyle zręczną, iżby nas mogła pochwycić. A nawet gdyby nas spostrzeżono, Old Death znalazłby się zaraz na miejscu, aby ten błąd powetować. Chcę wziąć z sobą tego młodzieńca, więc pójdzie ze mną. A zatem chodźcie, sir! Zostawcie tylko w izbie swoje sombrero, co oczywiście i ja uczynię. Taka jasna plecionka zanadto świeci i mogłaby nas zdradzić. Zesuńcie sobie włosy na czoło i podnieście kołnierz powyżej brody, aby twarz ukryć. Trzymajcie się ciągle za mną i róbcie tylko to, co ja będę robił. Chciałbym widzieć kluksa, czy klapsa, któryby nas zauważył!
Nikt już dalej się nie sprzeciwiał, udaliśmy się więc przez sień do tylnych drzwi, gdzie nas miał Lange wypuścić. Otworzył pocichu drzwi i zamknął je za nami. Skoro tylko znaleźliśmy się na dworze, przykucnął Old Death, a ja uczyniłem tosamo. Zdawało się, że chce ciemność przebić oczyma, usłyszałem też, jak w długich oddechach wciągał w nozdrza powietrze.
— Kalkuluję sobie, że tu przed nami niema nikogo szepnął do mnie, wskazując poza dziedziniec ku zabudowaniom stajennym. — Mimoto muszę się przekonać, gdyż konieczna jest największa ostrożność. Czy nauczyliście się w swych chłopięcych latach na źdźble trawy, trzymanem między kciukami, naśladować głos świerszcza?
Potwierdziłem pocichu.
— Tam pod drzwiami rośnie trawa. Weźcie sobie źdźbło i czekajcie, dopóki nie wrócę. Nie ruszajcie się z miejsca. Gdyby się jednak co stało, to świerknijcie, a przyjdę natychmiast.
Położył się na ziemi i czołgając się na rękach, zniknął w ciemności. Upłynęło z dziesięć minut, zanim powrócił. I rzeczywiście nie moje oczy, lecz węch mi powiedział, że się zbliżał.
— Przypuszczenie moje się sprawdziło — szepnął. — Na dziedzińcu i pod ścianą przednią niema nikogo, ale na drugim rogu tam, gdzie znajduje się okno od sypialni, z pewnością będzie ktoś stał. Połóżcie się na ziemi i czołgajcie się za mną! Ale nie na brzuchu jak wąż, lecz na palcach jak jaszczurka. Nie stąpajcie całą stopą, ale końcami palców. Badajcie ziemię rękami, żebyście nie złamali jakiej gałązki i zapnijcie dobrze bluzę, żeby się koniec nie wlókł po ziemi! No, naprzód!
Posunęliśmy się do rogu, gdzie się Old Death zatrzymał, a ja uczyniłem to samo. Po chwili odwrócił do mnie głowę i szepnął:
— Jest dwu. Bądźcie ostrożni!
Polazł dalej, a ja znów za nim. Nie trzymał się ściany domu, lecz zwrócił się od niej ku płotowi, otaczającemu ogród i porosłemu dzikiem winem, czy też inną, podobną rośliną. Wzdłuż tego płotu czołgaliśmy się równolegle do ściany przedniej domu w oddaleniu jakich dziesięciu kroków. Na. dzielącej nas od domu przestrzeni dostrzegłem niebawem jakąś ciemną kupę, wyglądającą jak namiot. Jak się później dowiedziałem, były to ustawione w ten sposób tyczki do fasoli i chmielu. U ich stóp rozmawiano pocichu. Old Death sięgnął wstecz ręką, ujął mnie za kołnierz, przyciągnął do siebie tak, że moja głowa znalazła się obok jego i szepnął:
— O, tam siedzą. Musimy podsłuchać, o czem mówią. Właściwie powinienbym tam pójść sam, ponieważ jako greenhorn możecie mi popsuć całego figla. Ale dwu słyszy więcej niż jeden. Czy potraficie niepostrzeżenie podleźć tak blizko, żebyście ich mogli podsłuchać?
— Tak! — odpowiedziałem.
— To spróbujmy. Wy zbliżajcie się do nich z tej, a ja z tamtej strony. Już koło nich położycie twarz na ziemi, żeby nie zobaczyli blasku waszych oczu. Gdyby was mimoto zauważyli może z powodu zbyt głośnego oddechu, to trzeba będzie natychmiast uczynić ich nieszkodliwymi.
— Zabić? — spytałem szeptem.
— Nie. Musiałoby się to stać cicho, a więc zapomocą noża, ale wy nie macie jeszcze w tem wprawy. Strzału rewolwerowego ryzykować nie można. Skoro tylko spostrzegą was, albo mnie, rzucimy się: ja na jednego, a wy na drugiego, obejmiecie mu szyję rękami i ściśnięcie, żeby głosu z siebie nie wydał. Należy go przytem powalić na ziemię. Potem wam powiem, co robić dalej. Tylko bez hałasu! Widziałem, że z was mocny chłop, ale czy jesteście pewni, że zdołacie takim drabem cicho grzmotnąć o ziemię?
— Bezwarunkowo! — odrzekłem.
— A zatem naprzód, sir!
Poczołgał się dokoła tyk, a ja polazłem ku nim z tej strony. Obaj opryszkowie siedzieli tuż obok siebie z twarzami, zwróconemi w stroną domu. Udało mi się dojść bez szmeru tak blizko, że głowa moja znalazła się zaledwie o łokieć od ciała jednego z nich. Położyłem się więc na brzuchu, a twarz objąłem rękami tuż przy ziemi. Jak się później przekonałem, przydało się to podwójnie. Po pierwsze nie mogła mnie zdradzić jasność twarzy, a powtóre słychać było w ten sposób lepiej, niż gdy głowę podniosłem do góry. Rozmawiali tym nerwowym szeptem, który sprawia, że na kilka kroków można rozumieć poszczególne słowa.
— Kapitana zostawimy w spokoju — rzekł ten właśnie, w którego pobliżu leżałem. — Wysadził was wprawdzie na ląd, ale, ściśle biorąc, spełnił swój obowiązek. Wiesz, Locksmith, on wprawdzie także przeklęty Niemiec, ale jeśli jemu przyłożymy nóż do gardła, to nic to nam nie pomoże, przeciwnie zaszkodzi. Chcąc osiąść i utrzymać się w Teksas, nie możemy psuć sobie stosunku do służby okrętowej.
— Dobrze! Stanie się wedle waszej woli. Indsman umknął, jak mi się zdaje. Żaden Indyanin nie wysiada w La Grange, aby całą noc tutaj czekać na odejście statku, ale te dwa niemieckie psy są jeszcze tutaj. To szpiegi, których należy bez litości zlynchować. Gdyby tylko wiedzieć, gdzie się teraz znajdują. Ulotnili się przez okno, tchórze!
— „Ślimak“ został właśnie w gospodzie i nie spocznie, zanim się nie dowie, gdzie siedzą. To chytra sztuka. Jemu też zawdzięczamy wiadomość o tem, że Lange dostał od Meksykanina pieniądze. Zrobimy zatem dobry interes i ubawimy się przyjemnie. Młody walczył przeciwko nam jako oficer i powinien za to zawisnąć na stryczku. Stary wpakował go w mundur, za co mu się także należy zapłata, ale go nie powiesimy. Dostanie takie baty, że mu skóra na plecach popęka. Potem go wyrzucimy i podpalimy chałupę.
— Jemu tem nie wyrządzimy żadnej szkody, ponieważ sprzedał chałupę. — odparł drugi.
— Tem bardziej rozzłości to Meksykanina, który nie wyprawi już pewnie nikogo na służbę do Juareza. Zrobimy porządek i damy mu pamiątkę, którą przed nikim się nie pochwali. Ludzie są pouczeni. Ale czy rzeczywiście pewien jesteś, że się twoje klucze nadadzą?
— Nie obrażajcie mnie, kapitanie! Znam się dobrze na swoim zawodzie. Drzwi, o które idzie, nie oprą się wytrychowi.
— No, to przystąpimy do dzieła. Żeby tylko prędko spać poszli. Nasi ludzie się zniecierpliwią, gdyż w tych krzakach bzu dyabelnie źle siedzieć. Obaj gospodarze rzucali tam wszelkie skorupy i śmiecie. Chciałbym, żebyście poszli zaraz dać znać towarzyszom. Posłucham jeszcze raz pod okiennicą, czy te sowy jeszcze się nie pokładły.
Kapitan powstał i poszedł cicho pod okiennicę izby sypialnej. Towarzysze nazywali go kapitanem; to określenie i rozmowa, którą właśnie słyszałem, zniewoliły mię do przypuszczenia, że był dowódcą. Drugiego nazywano „locksmith“, co oznacza ślusarza. Może tak się nazywał, a może rzeczywiście był ślusarzem, ponieważ wyraził się, że się rozumie na używaniu wytrycha. Poruszył się był właśnie, wskutek czego usłyszałem lekki brzęk, co dowodziło, że istotnie miał klucze przy sobie. Z tych rozmyślań wyrwało mnie lekkie szarpnięcie za spodnie. Polazłem wstecz. Za tykami leżał Old Death. Przysunąłem twarz moją do jego twarzy, poczem on spytał mnie zcicha, czy wszystko słyszałem i zrozumiałem, a gdy to potwierdziłem, powiedział:
— Wiemy zatem, o co idzie. Splatam figla tym drabom, na który długo będą potrząsali głowami! Gdybym się mógł tylko zdać na was!
— Spróbujcie! Cóż mam uczynić?
— Jednego z drabów wziąć za gardło.
— Weil, sir! To zrobię!
— Dobrze, aby jednak iść całkiem napewno, objaśnię wam, jak się zabrać do tego. Słuchajcie! On tu za tyczki nie przyjdzie!
W tej chwili wrócił kapitan od okiennicy. Szczęściem usiadł zaraz napowrót.
Old Death nie uważał za stosowne podsłuchiwać ich w dalszym ciągu i szepnął do mnie:
— Pouczę was zatem, jak ująć tego hultaja. Poczołgacie się ku niemu i znajdziecie się za nim. Gdy krzyknę półgłosem, obejmiecie go za szyję, ale odpowiednio. Rozumiecie? Oba kciuki przyjdą na szyję tak, żeby się końcami stykały, a pozostałych ośm palców wciśniecie w gardło po cztery z każdej strony, tak mocno, jak tylko zdołacie.
— To się zadusi!
— Głupstwo! To nie idzie tak prędko. Łajdaki, opryszki i tym podobna hołota należą do drapieżników z bardzo twardem życiem. Gdy go już będziecie trzymali, przyciśnijcie go do ziemi, wtedy będziecie mogli użyć więcej siły, tylko nie fałszywie. Jak powiedziałem, staniecie za nim, lecz nie wolno wam ciągnąć go ku sobie, musicie go przycisnąć na lewo tak, żeby najpierw położył się na boku, potem na brzuchu, a wy żebyście na nim usiedli. Tak go pokonacie najpewniej. Ponieważ nie przywykliście do takich sztuczek, więc może mu się udać krzyknąć. Będzie to jednak zaledwie krótkie rozpaczliwe „aj“. Potem umilknie, a wy przytrzymacie go, dopóki ja nie wrócę. Czy dokażecie tego?
— Napewno. Biłem się dawniej dużo.
— Biliście się! — szydził stary. — To nic nie znaczy! Musicie także zważyć, że kapitan jest dłuższy od tamtego. Przynieście zaszczyt swemu nauczycielowi, sir i nie dopuście, żeby się z was ci w izbie wyśmiali! A zatem naprzód! Czekajcie na mój okrzyk!
Odsunął się znowu, a ja poczołgałem się także na moje poprzednie miejsce, poczem przysunąłem się jeszcze bliżej do kapitana i podciągnąłem kolana, aby się móc podnieść natychmiast.
Obaj Kukluksi rozmawiali w dalszym ciągu, wielce rozgniewani tem, że oni i towarzysze tak długo muszą czekać. Potem wspomnieli o nas obydwu i wyrazili nadzieję, że „Ślimak“ odnajdzie nasze miejsce pobytu Wtem usłyszałem przyciszony głos Old Deatha:
— Otóż jesteśmy, panowie! Uważajcie!
Zerwałem się czemprędzej i objąłem kapitana za szyję tak, jak mi polecił skut. Trzymając go mocno końcami palców za krtań, przygniotłem go bokiem do ziemi, przewróciłem go dalej kolanem tak, że legł twarzą do ziemi, i ukląkłem mu potem na plecach. Nie wydał z siebie głosu, drgnął tylko rękami i nogami i leżał dalej spokojnie. Wtem przysiadła przed nami postać Old Deatha. Stary uderzył kapitana w głowę kolbą rewolweru i powiedział:
— Puście, sir, bo się rzeczywiście zadusi! Jak na początek, zrobiliście to nieźle. Macie, jak się zdaje, zdolności i kalkuluję sobie, że kiedyś będzie z was sławny złoczyńca, albo dzielny westman. Weźcie tego draba na plecy i chodźcie!
On wziął jednego na barki, ja drugiego i powróciliśmy do tylnych drzwi, gdzie Old Death poskrobał drzwi wedle umowy. Lange nas wpuścił.
— Co przynosicie? — zapytał zcicha, zauważywszy to pomimo ciemności.
— Zobaczycie! — rzekł Old Death wesoło. — Zamknijcie i wejdźcie do środka!
Jakież było zdziwienie tych ludzi, kiedyśmy złożyli naszą zdobycz na podłodze.
— Do stu piorunów! — zawołał stary sąsiad Langego. — To dwaj Kukluksi! Nieżywi?
— Jest nadzieja, że żyją — rzekł skut. — Widzicie, jak to debrze, że wziąłem z sobą tego młodego mastera. Trzymał się dzielnie i pokonał nawet dowódcę szajki.
— Dowódcę? Ach to doskonale! Ale gdzie siedzą jego ludzie i dlaczego zanosicie ich tutaj?
— Trzeba wam to dopiero wyjaśniać? To przecież bardzo łatwo odgadnąć. Ja i młody sir wdziejemy suknie tych drabów i sprowadzimy tu szajkę, czekającą pod stajnią.
Tekst pochyłą czcionką— A wam co do dyabła! Narażacie swe życie! A jeśli spostrzegą, że jesteście fałszywymi Kukluksami?
— Tego właśnie nie spostrzegą — odrzekł mój towarzysz tonem wyższości. — Old Death jest chytrą sztuczką, a ten młody master także nie taki głupi, jak się wydaje.
Old Death opowiedział im, cośmy podsłuchali i zrobili i przedstawił swój plan. Ja miałem jako Locksmith pójść za stajnię i sprowadzić tutaj Kukluksów, on zaś wdziać na siebie ubranie kapitana, wystarczające na jego długość i udawać dowódcę.
— Rozumie się samo przez się — rzekł skut — że będziemy mówili tylko pocichu, a w szepcie wszystkie głosy jednakie.
— Nie sprzeciwiamy się wam w tym względzie — rzekł stary Lange. — Nie wystawiacie na szwank naszej skóry, lecz swoją. Ale, co my tymczasem będziemy robili?
— Najpierw wyjdziecie pocichu i wniesiecie tu kilka pali, lub mocnych tyk, któremi podeprzemy drzwi od komory lub izby, ażeby ich od zewnątrz nie można było otworzyć. Następnie zagasicie światła i ukryjecie się w domu. Oto całe wasze zadanie. Co potem poczniemy, tego jeszcze na razie niepodobna oznaczyć.
Ojciec i syn wyszli na dziedziniec po wspomniane pale, a my zdjęliśmy z obu jeńców ubrania. Były czarne z białemi odznakami. Odzież kapitana miała na kapturze, piersiach i udach sztylet, a Locksmitha klucze w tych samych miejscach. Sztylet odznaczał zatem wodza. Ten, który został w gospodzie, by dowiedzieć się o miejscu naszego pobytu, nazywał się „Ślimak“, miał więc pewnie powyszywane ślimaki. Kiedy zdejmowaliśmy z kapitana krótkie spodnie, podobne do szwajcarskich, a wdziane na właściwe, przebudził się on. Spojrzał dokoła obłąkanym i zdumionym wzrokiem i zamierzał się poderwać, przyczem sięgnął ręką po rewolwer tam, gdzie przedtem była kieszeń. Old Death jednak przygniótł go znowu do ziemi, przyłożył mu koniec noża do piersi i zagroził:
— Cicho, chłopcze! Wydaj jeden niedozwolony głos, zrób jeden ruch, a ta piękna stal wejdzie ci w ciało!
Kukluks był mężczyzną lat około trzydziestu i nosił po wojskowemu przystrzyżoną brodę. Twarz jego, ostro zarysowana, ciemnawa i dość przeżyta, kazała się domyślać w nim południowca. Pochwycił się ręką za bolącą głowę w miejsce, gdzie otrzymał uderzenie, i zapytał:
— Gdzie ja jestem? Kto wy?
— Tu mieszka Lange, którego postanowiliście napaść, boy! Ja i ten młodzieniec jesteśmy tymi, których miejsce pobytu miał odszukać „Ślimak“. Widzisz więc, że jesteś tam, dokąd cię gnała tęsknota.
Jeniec zacisnął wargi i przebiegł dzikim, ale wystraszonym, wzrokiem dokoła. W tej chwili powrócili obaj Langowie z kilkoma tykami i piłką.
— Materyału do krępowania jest podostatkiem — rzekł ojciec.
— To dajcie na razie dla tych dwu.
— Ja nie pozwolę siebie związać! — zawołał kapitan, usiłując ponownie się podnieść. Równocześnie jednak przyłożył mu Old Death znowu nóż do piersi, mówiąc:
— Nie rusz się! Widocznie zapomniano ci powiedzieć, kim jestem. Nazywają mnie Old Death, a wiesz zapewne, co to znaczy. Myślałeś może, że jestem przyjacielem hodowców niewolników i Kuklusem?
— Wy jesteście Old... Old Death — wyjąkał kapitan w najwyższem przerażeniu.
— Tak, mój chłopcze. Teraz przystępuję do naszej sprawy. Wiem, że chciałeś powiesić młodego Langego, a starego bić dopóty, dopóki mu mięso nie odstanie od kości, a potem ten dom podpalić. Jeśli się spodziewasz jakiej łaski, to doznasz jej tylko pod warunkiem, że się zdasz na swój los.
— Old Death, Old Death! — powtarzał Kukluks, blady jak trup. — Wobec tego jestem zgubiony!
— Jeszcze nie. Nie jesteśmy niecnymi mordercami, jak wy. Darujemy wam życie, skoro się poddacie bez walki, w przeciwnym razie jutro można będzie wasze trupy wrzucić do rzeki. Posłuchaj teraz tego, co ci chcę wogóle powiedzieć. Jeśli wedle tego postąpisz, będziesz mógł opuścić County, a nawet Teksas, aby już więcej nie wrócić, jeśli zaś pogardzisz moją radą, to pożegnajcie się ze światem. Wprowadzę tutaj zaraz twoich ludzi. Każ im się poddać. Jeśli tego nie zrobisz, wystrzelamy was, jak gołębie na drzewie!
Kukluksa związano i wsadzono mu do ust chustkę, to samo zrobiono z drugim, gdy przyszedł do siebie. Następnie poniesiono obu na łóżka Langów, przywiązano ich do nich tak mocno, że się ruszyć nie mogli i przykryto kołdrami aż po szyję.
— Tak! — śmiał się Old Death. — A teraz może się zacząć komedya. Jakże się zdziwią ci hultaje, gdy w tych spokojnie śpiących poznają własnych towarzyszy. Sprawi im to niewymowną przyjemność! Ale powiedzcie, master Lange, czy dałoby się rozmawiać z tymi, którzy tu wejdą, tak, żeby oni nikogo nie mogli widzieć, ani zaatakować, a my żebyśmy mimo to ich widzieli?
— Hm! — rzekł zapytany, wskazując na powałę — Tam z góry. Powała składa się z jednej warstwy desek. Możemy jedną wyrwać.
— To chodźcie wszyscy i zabierzcie broń z sobą. Wyjdziecie na górę i zostaniecie tam, dopóki będzie potrzeba. Przedtem jednak postarajmy się o dobre podpory.
Kilka pali skrócono piłą o tyle, że nadawały się dokładnie do tego celu i przygotowano je na potem. Ja wdziałem spodnie i bluzę Locksmitha. W szerokiej kieszeni znalazłem na obręczy pęk rozmaitych kluczy.
— Wam ich nie potrzeba zupełnie. — rzekł Old Death. Nie jesteście ślusarzem, ani włamywaczem i zdradzilibyście się tylko swoją niezręcznością. Musicie powyjmować klucze właściwe i zabrać je z sobą. Potem udacie, że otwieracie wytrychem. Noże i rewolwery weźmiemy z sobą, ale nasze strzelby zabiorą ci panowie, a w czasie, kiedy my załatwimy się z naszą sprawą na dworze, oni wybiją jedną deskę z powały. Potem jednak należy wszystkie światła pogasić.
Postąpiono wedle tej wskazówki, wypuszczono nas i zamknięto za nami drzwi. Miałem przy sobie trzy klucze do drzwi: od domu, izby i komory. Old Death pouczył mnie teraz dokładniej niżeli przedtem, jak się mam zachować. Usłyszawszy trzask, pochodzący z wyrwania deski, rozeszliśmy się. On udał się ku przedniej stronie domu, gdzie leżały tyki, ja zaś udałem się przez dziedziniec po miłych towarzyszy ku stajni. Nie stąpałem przytem zbyt cicho, chcąc żeby mnie usłyszeli i pierwsi przemówili, gdyż zaczynając sam mówić, mogłem łatwo błąd jaki popełnić. Właśnie gdy zamierzałem okrążyć róg, podniosła się z ziemi postać, o którą omal się nie potknąłem.
— Stop! — powiedział. — To ty Locksmith?
— Yes! Chodźcie, lecz jak najciszej!
— Powiem to porucznikowi. Zaczekaj tutaj!
Potem zniknął w ciemności. A więc był i porucznik. Kukluksklan zorganizowany był zatem na sposób wojskowy. Po niespełna minucie zbliżył się drugi i rzekł pocichu:
— A to długo trwało. Czy ci przeklęci Niemcy zasnęli nareszcie?
— Nareszcie, ale tem mocniej. Wychylili na dobranoc cały dzbanek brandy.
— To będziemy mieli łatwą robotę. Jakżeż tam z drzwiami?
— Wszystko przystaje znakomicie.
— To chodźmy! Północ już minęła. Potem odwiedzimy Cortesia, na co przeznaczyliśmy czas o pierwszej po północy. Prowadź nas!
Za nim wynurzyło się mnóstwo pozasłanianych postaci, które ruszyły za mną. Już pod domem podszedł do nas cicho Old Death, którego niepodobna było w ciemności odróżnić od kapitana.
— Czy wydacie jakie osobne rozkazy, kapitanie? — spytał drugi oficer.
— Nie — odrzekł stary pewnym siebie tonem. — Wszystko zależy od tego, co zastaniemy w środku. No, Locksmith, zacznijmy od drzwi wchodowych!
Przystąpiłem do drzwi, trzymając prawdziwy klucz w ręce. Mimoto udałem, że próbuję wszystkich innych. Otworzywszy, stanąłem z Old Deathem, aby wszystkich przepuścić. Porucznik został także z nami. Kiedy wszyscy weszli pocichu, zapytał:
— Czy wydobyć latarnie?
— Tymczasem wyjmijcie tylko wy swoją!
My weszliśmy także. Zamknąłem drzwi, ale nie na klucz, a porucznik wyciągnął latarnię z reflektorem z kieszeni szerokich spodni. Ubranie jego obszyte było białemi figurami w kształcie noża myśliwskiego. Naliczyłem nas razem piętnastu, a każdy miał inny znak. Zauważyłem kule, półksiężyce, krzyże, węże, gwiazdy, żaby, koła, serca, nożyce, ptaki, czworonogi i wiele innych figur. Wszyscy zatrzymali się nieruchomo. Porucznik lubił widocznie dowodzić, gdyż poświecił dokoła, i zapytał:
— Czy warta stanie tu przy drzwiach? f
— Na co? — odrzekł Old Death. — To niepotrzebne. Niech Locksmith zamknie. Tu nikt nie wejdzie.
Zamknąłem natychmiast, by w poruczniku nie obudzić żadnych wątpliwości, ale klucz zostawiłem w zamku.
— Musimy tam wejść wszyscy — rzekł teraz Old Death — kowale to chłopy jak dęby.
— Coś wy dziś całkiem inni, niż zwykle, kapitanie!
— Bo inne są warunki. Naprzód!
Popchnął mnie ku drzwiom od izby, gdzie powtórzyła się ta sama procedura z rozmykaniem i dobieraniem klucza. Następnie weszliśmy wszyscy. Old Death wziął porucznikowi z ręki latarnię i poświecił przy drzwiach od komory.
— Tędy! — rzekł. — Ale cicho, cicho!
— Czy my także mamy powyjmować latarnie?
— Nie, dopiero w sypialni.
Tem poleceniem chciał Old Death zapobiec, żeby zbyt rychło nie poznano śpiących. Tych piętnaście osób mogło się zmieścić w sypialni; szło tylko o to, żeby wszyscy tam weszli, iżeby oblężenie z ich strony nie rozszerzyło się także i na komorę. Otwierając, postępowałem jeszcze powolniej i ostrożniej. Nareszcie drzwi się otwarły. Old Death poświecił latarnią do wnętrza, zaglądnął do sypialni i szepnął:
— Śpią. Prędzej do środka. Ale cicho! Porucznik naprzód!
Nie dał mu czasu do sprzeciwu lub namysłu, wepchnął go do środka, a reszta wsunęła się za nim na palcach. Zaledwie jednak wszedł tam ostatni, ja zamknąłem drzwi i klucz przekręciłem w zamku.
— Prędko drągi! — rzekł Old Death.
Te były właśnie tak długie, że można je było wcisnąć ukośnie pomiędzy brzeg drzwi a futrynę okna, aby zaś tak podparte drzwi wyważyć, na to trzeba siły słonia. Ja pobiegłem czemprędzej na schody.
— Jesteście tam? — zawołałem do góry. — Ci już są w pułapce. Zejdźcie!
Wezwani zbiegli prędko na dół.
— Znajdują się w sypialni. Trzech z was pójdzie pod okno, aby je drągami podeprzeć. Ktoby usiłował wyleźć, dostanie kulą w łeb!
Otworzyłem drzwi tylne dla tych trzech. Beszta poszła ze mną do izby mieszkalnej. Tymczasem powstał w sypialni okropny zgiełk. Wystrychnięci na dudków hultaje spostrzegli, że są zamknięci, wyciągnęli latarnie i poznali przy świetle, kto leży w łóżkach. Zaczęli kląć, ryczeć i walić pięściami w drzwi.
— Otworzyć, otworzyć zaraz, bo wszystko porujnujemy! — zabrzmiało z wnętrza.
Gdy groźby ich nie skutkowały, spróbowali drzwi wywalić, ale napróżno, gdyż podpory trzymały silnie. Potem usłyszeliśmy, że otworzyli okno i starali się wyważyć okiennicę.
— Nie da się! — zawołał jakiś głos gniewny. Ze dworu jest czemś podparta.
Wtem rozległa się od zewnątrz groźba:
— Jesteście uwięzieni. Precz od okiennicy! Kto ją otworzy, dostanie kulą w łeb!
— Tak — dodał z izby Old Death — i te drzwi są obsadzone. Stoi tu dość ludzi na to, żeby was wysłać na tamten świat. Spytajcie swego kapitana, co macie czynić.
Ciszej zaś powiedział do mnie:
— Chodźcie na strych z latarnią i strzelbą! Tamci niech tu lampę zapalą.
Weszliśmy na górę do znajdującego się nad sypialnią poddasza i z łatwością znaleźliśmy wyrwaną deskę. Zakrywszy latarnię i zdjąwszy kaptury, podnieśliśmy deskę, a w ten sposób zaglądnęliśmy do wnętrza oświetlonej kilku latarniami sypialni.
Napastnicy stali wszyscy stłoczeni jeden obok drugiego. Obu jeńcom odjęli już więzy i kneble, a kapitan mówił coś cicho, ale z wielkim naciskiem, do swoich ludzi.
— Oho! — rzekł porucznik. — Poddać się? Z iluż to ludźmi mamy do czynienia?
— Jest ich aż nadto, by was w przeciągu pięciu sekund wszystkich powystrzelać! — zawołał ku dołowi Old Death.
Wszystkich oczy zwróciły się ku górze. W tej samej chwili doleciał nas huk wystrzału jednego, a potem zaraz dugiego. Old Death pojął zaraz, co to jest i jak należy z tego skorzystać.
— Słyszycie! — mówił dalej. — Waszych kompanów odprawiają teraz kulami u Cortesia. Całe La Grange jest przeciwko wam. Wiedziano, że tu jesteście i przygotowano dla was przyjęcie, o jakiem nawet nie marzyliście. Tu nie potrzeba Kukluksklanu. W izbie obok was stoi dwunastu, pod oknem sześciu, a tu na górze również sześciu. Ja nazywam się Old Death. Zrozumiano? Daję wam dziesięć minut. Jeśli po upływie tego czasu złożycie broń, to postąpimy z wami łagodnie, w przeciwnym razie wystrzelamy was wszystkich. Więcej nic wam nie mam do powiedzenia. To moje ostatnie słowo. Zapamiętajcie je sobie!
Założył deskę napowrót i rzekł do mnie pocichu:
— Teraz prędko na dół do Cortesia z pomocą!
Zabraliśmy dwu ludzi z izby, a dwu z pod okiennicy, gdzie na razie jedna straż wystarczała i w liczbie pięciu przemknęliśmy na drugą stronę. Właśnie gdy padł nowy strzał, ujrzeliśmy kilka zasłoniętych postaci przed domem, a kilka innych wybiegających z poza domu Cortesia. Jedna z nich krzyknęła głośniej może, niż miała zamiar:
— Tam w tyle także strzelają. Nie wejdziemy!
Ja położyłem się na ziemi, poczołgałem się bliżej i usłyszałem, jak jeden ze stojących na przedzie odrzekł:
— Dyabelska historya! Kto się mógł tego spodziewać! Meksykanin zwęszył coś i pobudzi strzałami całą ludność. Wszędzie zapalają się światła. Tam w tyle słychać już kroki. Za kilka minut wsiędą nam na karki; śpieszmy się. Wywalmy drzwi kolbami! Zgadzacie się?
Nie czekając odpowiedzi, poskoczyłem z powrotem do towarzyszy i poprosiłem:
— Panowie, prędzej! Uderzmy kolbami na tę zgraję! Chcą szturmować do drzwi Cortesia.
— Weil, well! Tęgo w nich! — zawołali nasi towarzysze, a w ślad za tem zaczęły padać ciosy, jak gdyby z nieba, na zrozpaczonych opryszków. Ci pouciekali z krzykiem, zostawiając członków swej bandy tak pobitych, że się poruszać nie mogli. Tych rozbrojono, poczem Old Death przystąpił do drzwi Cortesia i zapukał:
— Kto tam? — zapytano ze środka.
— Old Death, sennor. Spędziliśmy wam z karku tych łotrów. Już ich niema. Otwórzcie!
Odchylono ostrożnie drzwi. Meksykanin poznał skuta, chociaż ten miał na sobie spodnie i bluzę kapitana.
— Czy rzeczywiście ich niema? — zapytał.
— Poszli światami. Czterech pochwyciliśmy. To wyście strzelali?
— Tak. Szczęście, żeście mnie ostrzegli, bo źle byłoby ze mną. Ja broniłem domu z frontu, a murzyn z drugiej strony, nie mogli więc dostać się do nas. Potem widziałem oczywiście, że napadliście na nich.
— Tak, wybawiliśmy was, ale teraz chodźcie wy nam na pomoc! Do was już nie powrócą, ale my mamy tam jeszcze piętnastu łotrów, których puścić nie chcemy. Niech wasz murzyn biegnie od domu do domu i narobi hałasu. Trzeba zbudzić całe La Grange, aby tym łotrom dobrze poświecić.
— Niechaj więc przedewszystkiem pobiegnie po szeryfa. Słuchajcie, nadchodzą ludzie. Ja także będę tam zaraz.
Cofnął się napowrót do domu. Z prawej strony nadeszło dwu ludzi z rusznicami w ręku i zapytali, co znaczą strzały, a dowiedziawszy się, o co chodzi, oświadczyli się natychmiast z pomocą. Nawet secesyonistycznie nastrojeni mieszkańcy La Grange byli przeciwni Kukluksom, których działalność była niewątpliwie okropnością dla zwolenników jakiegokolwiek zapatrywania politycznego. Wzięliśmy czterech rannych za kołnierze i zaciągnęliśmy ich do izby Langego. Od niego dowiedzieliśmy się, że Kukluksi zachowali się dotąd spokojnie. Sennor Cortesio nadszedł także, a niebawem zjawiło się takie mnóstwo innych mieszkańców La Grange, że zabrakło miejsca w izbie i wielu musiało zostać na dworze. Powstał z tego chaos głosów ludzkich, szmer zbliżających się i oddalających kroków, z czego Kukluksi z pewnością wywnioskowali, jak sprawa stała. Old Death zabrał mnie znów na poddasze. Po odsunięciu deski przedstawił się nam obraz głuchej, zajadłej, rozpaczy. Jeńcy stali oparci o ściany, siedzieli na łóżkach, albo leżeli na podłodze, pełni wściekłej rezygnacyi.
— No — rzekł Old Death — dziesięć minut minęło. Co postanowiliście?
Zamiast odpowiedzi rzucił któryś z nich przekleństwo.
— Milczycie? W takim razie uważam, że nie chcecie się poddać i zacznie się strzelanie.
Zmierzył się strzelbą, a ja poszedłem za jego przykładem. Dziwnym sposobem żadnemu z nich nie przyszło na myśl strzelić do nas z rewolweru. To właśnie dowodziło, że tchórzami byli i że odwaga ich polegała na atakowaniu bezbronnych.
— Odpowiadajcie, bo strzelam! — zagroził stary.— To moje ostatnie słowo!
Gdy nikt się nie odezwał, szepnął do mnie Old Death:
— Strzelajcie także. Musimy trafić, bo inaczej nie napędzimy im respektu. Wy mierzcie w rękę porucznika, a ja kapitana.
Padły naraz dwa strzały, nie chybiając celu. Obaj oficerowie krzyknęli przeraźliwie, a za nimi zaczęła reszta wstrętnie wyć różnymi głosami. Nasze strzały usłyszeli obrońcy domu Langego, a sądząc, że walczymy z Kukluksami, podnieśli hałas w izbie i na dworze. Przez drzwi i okna zaczęły padać kule do sypialni, powalając kilku z Kukluksów. Wszyscy popadali na ziemię, wrzeszcząc, jak gdyby ich na pal nawlekano. Kapitan ukląkł przy łóżku, owinął prześcieradłem zakrwawioną rękę i zawołał do nas:
— Wstrzymajcie się, my się poddamy!
— Dobrze — odrzekł Old Death. — Odstąpcie wszyscy od łóżka! Rzućcie na nie swoją broń, a potem was wypuścimy. Ten, u którego później znajdzie się jaka broń, dostanie kulę w brzuch! Słyszycie, że na dworze są setki ludzi. Tylko zupełne poddanie się może was ocalić.
Położenie, w którem znaleźli się członkowie tajnego stowarzyszenia, było beznadziejne, gdyż o ucieczce nie mogli nawet myśleć, o czem wiedzieli sami. W razie poddania się, co im się stać mogło? Zamiarów swych nie wykonali, nie można było więc zasądzić ich za zbrodnię. Woleli tedy pójść za radą Old Deatha, niż próbować bezowocnie się przebić, co byłoby pociągnęło za sobą fatalne skutki. Wnet też zaczęły na łóżko padać noże i rewolwery.
— Dobrze, panowie! — zawołał Old Death. — A teraz oświadczam, że zginie także każdy, kto się poważy wziąć broń napowrót, skoro drzwi się otworzą. Zaczekajcie teraz chwilę!
Posłał mnie na dół z poleceniem do Langego, żeby Kukluksów wypuścił z izby i pojmał. Ale wykonać to, nie było tak łatwo, jak nam się zdawało. Całą sień, oświetloną latarniami, zatłoczyli ludzie. Ponieważ oprócz kaptura miałem jeszcze na sobie strój Kukluksa, przeto wzięli mnie za członka tajnej szajki i pochwycili natychmiast między siebie. Nie pomogły moje wołania, gdyż nie słuchano ich wcale. Zaczęli mnie tak potrącać i kopać, że jeszcze po kilku dniach czułem to wszystko. Gotowi byli zaraz wyprowadzić mię przed dom i tam zlynchować.
Byłem w niemałem niebezpieczeństwie, ponieważ napastnicy mnie nie znali. Osobliwie jeden z nich, długi i mocno kościsty, człowiek walił mnie bezustanku pięścią w bok i ryczał przy tem:
— Na dwór z nim, na dwór! Drzewa mają konary, ładne konary, silne konary, wspaniałe konary; nie złamią się z pewnością, gdy na nich zawiśnie taka ludzka istota.
Równocześnie popychał mnie ku tylnym drzwiom.
— Ależ, sir — krzyknąłem do niego — ja nie jestem Kukluks. Spytajcie master Langego!
— Piękne konary, wspaniałe konary! — odparł, uderzając mnie ponownie w biodra.
— Żądam swobodnego przejścia do izby master Langego! Przebrałem się tak tylko, aby...
— Naprawdę wspaniałe konary! A sznur także się znajdzie w La Grange, ładny, elegancki sznur z dobrych konopi.
Popchnął mnie znowu i tak trącił w biodro, że straciłem cierpliwość. On mógł tych ludzi tak rozdrażnić, że zlynchowaliby mnie rzeczywiście, bo gdyby mnie raz pochwycili na dworze, to nie należało się niczego dobrego spodziewać.
— Panie! — ryknąłem teraz. — Wypraszam sobie waszą ordynarność. Idę do master Langego, rozumiecie?
— Wspaniałe konary! Nieporównane sznury! — krzyknął jeszcze głośniej i zadał mi potężne pchnięcie w żebra.
Tu się już miarka przebrała. Uderzyłem go z całej siły pięścią w koniec nosa tak, że pewnie byłby wstecz runął, gdyby miał był miejsce. Dotąd było ciasno, ale teraz zrobiło się nieco przestronniej. Skorzystałem z tego, ruszyłem naprzód przemocą i ryczałem, waląc dokoła na ślepo tak, że zaczęto mi się ustępować. Utworzyłem sobie w ten sposób wązką uliczkę, którą dostałem się do izby. Ale kiedy posuwałem się naprzód tak utorowaną drogą, zamykała się uliczka za mną, wszystkie ręce poszły w ruch i pięści spadały na mnie poprostu jak grad. Biada prawdziwym Kukluksom, skoro przebranemu tylko w ich strój, spokojnemu, obywatelowi dostały się takie ciosy. Kościsty człowiek, krzycząc jak ranny odyniec, wszedł za mną aż do izby. Ujrzawszy go, rzekł Lange:
— Na miłość Boską, co się stało, kochany sir? Czemu tak krzyczycie? Dlaczego krew z was cieknie?
— Na drzewo z tym Kukluksem! — odparł rozwścieczony. — Roztrzaskał mi nos i wybił dwa czy trzy, a może cztery zęby. Wspaniałe zęby. Jedyne, jakie miałem na przodzie! Powieście go!
Gniew jego był teraz bardziej uzasadniony, gdyż krew szła mu rzeczywiście z ust i z nosa.
— Ten? — zapytał Lange, wskazując na mnie. — Ależ, sir, szanowny sir, to nie jest Kukluks! To nasz przyjaciel, któremu właśnie zawdzięczamy, że pochwyciliśmy tych drabów. Bez niego nie żyłbym teraz ani ja, ani sennor Cortesio, a domy nasze stałyby w płomieniach!
Kościsty człowiek wytrzeszczył oczy, otworzył skrwawione usta i zapytał:
— Bez-bez-tego?
Obraz był nadzwyczajny! Wszyscy obecni zaczęli się śmiać. On otarł sobie chustką pot z czoła, a krew z ust i z nosa; ja zaś pocierałem na swem ciele rozmaite miejsca, na których zostały momentalne fotografie jego palców kościstych.
— Słyszycie zatem, sir! — huknąłem na niego. — Wściekliście się poprostu z żądzy powieszenia mnie! Od waszych dyabelskich buchniaków czuję w sobie niemal każdą kosteczką.
Nie umiał sobie w swem zakłopotaniu poradzić inaczej, jak w ten sposób, że otworzył znowu usta i wyciągnął do nas dłoń z dwoma „jedynymi“ ząbami, które przed chwilą jeszcze miały w ustach pewne i spokojne mieszkanie. Teraz i ja musiałem się roześmiać, gdyż widok jego był istotnie bardzo opłakany. Po tem zajściu dopiero zdołałem Langemu wyrazić polecenie Old Deatha.
Pozbierano troskliwie wszystkie sznury, jakie się tylko znalazły i złożono je w kącie.
— Wypuszczajcie ich zatem, ale po jednemu! — rzekłem. — Każdego związać, skoro tylko wyjdzie. Old Death będzie się dziwił, dlaczego się tak długo zwleka. Właściwie powinien tu już być szeryf. Murzyn Cortesia miał go zaraz sprowadzić!
— Szeryf? — spytał Lange zdumiony. — Toż to on właśnie! Nie wiecie nawet, komu zawdzięczacie szturchańce. Oto on stoi!
Wskazał na kościstego.
— Do Kroćset piorunów, sir! — huknąłem nań. — Wy jesteście szeryfem, najwyższym urzędnikiem władzy wykonawczej w tem pięknem county, macie pilnować porządku i starać się o należne posłuszeństwo względem prawa, a tymczasem we własnej osobie gracie rolę sędziego Lyncha? To bardzo źle! W takim razie nic dziwnego, że Kukluksi tak się tu rozwielmożnili!
Wprawiło go to w kłopot nie do opisania. Pokazał mi jeszcze raz oba wybite zęby, przyczem wyjąkał:
— Pardon, sir! Pomyliłem się, ponieważ macie twarz kryminalisty!
— Dziękuję uniżenie! Za to wasza wygląda tem opłakaniej. Spełniajcie więc od teraz przynajmniej swoje obowiązki, jeśli nie chcecie popaść w podejrzenie, że dla tego rzuciliście się do lynchowania porządnych ludzi, ponieważ stoicie po stronie Kukluksów.
To wróciło mu pełną świadomość urzędowej godności, bo rzekł prostując się dumnie:
— Oho! Ja, szeryf tego czcigodnego county Fayetta miałbym być Kukluksem? Dowiodę wam zaraz, że jest przeciwnie. Rozprawa przeciw tym łotrom odbędzie się jeszcze tej nocy. Odstąpcie, panowie i zróbcie im miejsce. Wyjdźcie do sieni, ale pokażcie przez drzwi wasze strzelby, aby wiedzieli, kto teraz jest panem domu. Weźcie sznury do ręki i otwórzcie drzwi!
Rozkaz ten wykonano i pół tuzina dwururek zajrzało groźnie przez drzwi. W izbie znajdowali się teraz szeryf, obaj Langowie, Cortesio, dwaj od początku sprzymierzeni z nami Niemcy i ja. Ze dworu dolatywały okrzyki tłumu, domagającego się przyśpieszenia akcyi. Otworzyliśmy okiennice, ażeby ludzie mogli zaglądnąć i przekonać się, że nie próżnujemy. Odsunięto podpory, a ja drzwi otworzyłem. Żaden z Kukluksów nie chciał wyjść pierwszy. Wezwałem najpierw kapitana, a potem porucznika, żeby zrobili począdek. Obaj mieli ręce owinięte chustkami. W górze nad otworem, powstałym przez wyrwanie deski, siedział Old Death i trzymał strzelbę, zwróconą na dół. Złapanym przezeń w pułapkę ludziom powiązano ręce na plecach, poczem musieli stanąć obok skrępowanych także czterech towarzyszy, sprowadzonych z pod domu Cortesia. Ludzie, którzy stali na dworze, widząc, co się działo w izbie, wydawali głośne okrzyki. Pojmanym zostawiliśmy kaptury na głowach, a zdjęliśmy je tylko z kapitana i porucznika. Na moje usilne żądania i pytania sprowadzono człowieka, który mi się przedstawił jako cyrulik, twierdząc, że wkrótce opatrzy, zoperuje i wyleczy wszystkie uszkodzenia. Zbadał rannych i rozpędził potem pół kopy mieszkańców La Grange po całym domu na poszukiwania za watą, przędzą, szmatami, plastrami, tłuszczem, mydłem i innymi środkami, których potrzebował do wykonania swego humanitarnego zadania.
Gdyśmy już wszystkich Kukluksów mieli w swej mocy, rzucono pytanie, gdzie ich zaprowadzić, ponieważ w La Grange nie było więzienia na dziewiętnastu ludzi,
— Odstawić ich do salonu w gospodzie! — rozkazał szeryf. — Najlepiej sprawę załatwić jak najrychlej. Utworzymy jury z sędziami przysięgłymi i wyrok wykonamy natychmiast. Mamy do czynienia z wyjątkowym wypadkiem i postąpimy także w sposób wyjątkowy.
Wiadomość o tem zarządzeniu przedostała się natychmiast na zewnątrz. Tłum się zakołysał i ruszył naprzód ku gospodzie, aby zająć dobre miejsca w salonie. Wielu, którym się to nie udało, stało na schodach, w sieni i przed gospodą. Kukluksów spotkało tak groźne przyjęcie ze strony publiczności, że eskorta musiała zadawać sobie niemało pracy, aby zapobiec atakom. Z wielkim trudem dostaliśmy się do salonu, obszernej, lecz bardzo nizkiej komnaty, przeznaczonej na zabawy taneczne. Orkiestra była już zajęta, lecz opróżniono ją natychmiast, aby tam umieścić pojmanych. Gdy zdjęto z nich kaptury, pokazało się, że nie było między nimi ani jednego mieszkańca z okolicy.
Jury, utworzone z szeryfem, jako przewodniczącym, na czele, składało się z oskarżyciela publicznego, obrońcy, pisarza i przysięgłych. Do trybunału należeli tacy ludzie, że mnie ciarki przechodziły, ale można to było jako tako usprawiedliwić warunkami otoczenia i danego wypadku.
Świadkami byli obaj Langowie, Cortesio, pięciu Niemców, Old Death i ja. Jako corpora delicti leżała na stołach broń oskarżonych i ich strzelby, które Old Death zabrał z kryjówki za stajnią. Pokazało się, że w każdej lufie był nabój. Szeryf oznajmił, że rozpoczyna rozprawę, a równocześnie odstępuje od zaprzysiężenia świadków, ponieważ „etyczna wartość oskarżonych nie wystarcza, żeby tak moralnych i czcigodnych gentlemanów jak my obarczać ciężarem przysięgi“. Dalej zauważył szeryf, że z wyjątkiem Kukluksów znajdują się wogóle w komnacie sami ludzie, których „moralne i prawne zapatrywania wznoszą się ponad wszelką wątpliwość“ i stwierdził to ku wielkiej swojej radości i zadowoleniu. Powszechne brawo zabrzmiało w nagrodę za to pochlebstwo, uczczony zaś urzędnik odpowiedział na to pełnym godności ukłonem. Ja jednak dostrzegłem rozmaite twarze, z których wcale nie odbijały owe wychwalane tak dalece „moralne i prawne zapatrywania“.
Najpierw przesłuchano świadków. Old Death przedstawił obszernie cały wypadek, my zaś ograniczyliśmy się do potwierdzenia tego, co on powiedział. Po nas zabrał głos staaten-atorney, prokurator. Powtórzywszy nasze zeznania, stwierdził, że oskarżeni należeli do zakazanego stowarzyszenia, którego zgubnym celem jest podkopywanie publicznego porządku, ruina fundamentów państwowych i szerzenie potępienia godnych zbrodni, karanych zazwyczaj długoletniem lub dożywotniem więzieniem, a nawet śmiercią. Już sama przynależność wystarcza do dziesięcio lub dwudziestoletniego osadzenia w więzieniu. Oprócz tego dowiedziono, że oskarżeni zamierzali zamordować byłego oficera republiki, okrutnie zbić dwu bardzo szanownych gentlemanów i puścić z dymem domy tego błogosławionego miasta. W końcu chcieli powiesić dwóch nadzwyczajnie spokojnych i czcigodnych mężów — tu skłonił się po dwakroć mnie i Old Deathowi — co najprawdopodobniej byłoby pociągnęło za sobą ich śmierć, a co należy ukarać tem surowiej, że właśnie dzięki tym mężom udało się odwrócić grożące La Grange niebezpieczeństwo. Prokurator domaga się więc jak najsurowszej kary dla winnych i wnosi, aby kilku Kukluksów, wybranych przez wielce szanowny sąd, powieszono za szyję, oćwiczono tęgo dla „moralnego pokrzepienia“, a potem zamknięto między grubymi murami, iżby nie mogli na przyszłość zagrażać państwu i znanym z uczciwości obywatelom.
Prokurator dostał także huczne brawo i podziękował pełnym godności ukłonem. Po nim przemówił obrońca, Zauważył najpierw, że przewodniczący dopuścił się karygodnego zaniedbania, nie zapytawszy oskarżonych wcale o ich nazwiska i inne okoliczności. Radzi mu zatem obecnie to uzupełnić, gdyż należy wiedzieć, kogo się ma powiesić, lub zamknąć, choćby na wypadek potrzeby wystawienia świadectwa śmierci i innych dokumentów. Ta bystra uwaga uzyskała z mojej strony pełną, choć milczącą, aprobatę. Obrońca w dalszym ciągu nie zaprzeczył wcale nawiedzionych zamiarów Kukluksów, twierdząc, że musi uznawać prawdę, ale żaden z tych zamiarów nie został wykonany istotnie i nie wyszedł poza kres usiłowania. Dla tego nie może być mowy o powieszeniu, lub dożywotniem więzieniu. Zapytuje wszystkich, czy samo usiłowanie wyrządziło komu szkodę i czy ją może wogóle wyrządzić. Nigdy, a zatem i w tym wypadku nie. Ponieważ więc nie przyniosło to nikomu szkody, musi prosić bezwarunkowo o uwolnienie oskarżonych, czem członkowie wysokiego trybunału dowiodą, że są humanitarnymi gentlemanami i miłującymi pokój chrześcijanami. Kilka głosów zawołało i teraz brawo, a obrońca skłonił się głęboko w półkole, jak gdyby otrzymał poklask od całego świata.
Teraz powstał przewodniczący poraz drugi. Stwierdził najpierw, że z wyraźnym zamiarem nie pytał oskarżonych o nazwiska i inne okoliczności, gdyż był święcie przekonany, że go okłamią. Wnosi więc, żeby na wypadek powieszenia wystawić ogólne poświadczenie śmierci, brzmiące mniej więcej w ten sposób: „Powieszono dziewiętnastu Kukluksów, gdyż udowodniono im winę.“ Przyznaje następnie, że istotnie chodzi tu tylko o usiłowanie i w tym kierunku postawi pytanie, ale zaznacza przytem, że tylko obu obecnym gentlemanom należy zawdzięczyć, że usiłowanie nie stało się czynem. Usiłowanie jest zawsze niebezpieczne i to niebezpieczeństwo należy ukarać. Mowca nie ma ani ochoty, ani czasu wahać się godzinami pomiędzy zdaniem prokuratora i obrońcy i nie myśli zajmować się zbyt długo szajką, która mimo dziewiętnastu uczestników i dobrego uzbrojenia dała się dwu ludziom wziąć do niewoli. Tacy bohaterowie nie zasługują nawet na to, żeby kanarek lub wróbel na nich zwracał uwagę. Mówca skarży się, że już nawet nazwano go przyjacielem Kukluksów, czego on nie może na sobie zostawić i postara się przynajmniej o to, żeby ci ludzie odeszli ze wstydem i raz na zawsze zaniechali powrotu. Zapytuje więc panów sędziów przysięgłych, czy oskarżeni winni są usiłowanego morderstwa, rabunku, uszkodzenia ciała jakoteż podpalania i prosi, żeby nie odkładali odpowiedzi do ostatniego grudnia przyszłego roku, gdyż zgromadziło się tu mnóstwo czcigodnych słuchaczy, wobec których nie wolno zbyt długo zwlekać z wyrokiem.
To sarkastyczne przemówienie nagrodzono hucznymi oklaskami. Panowie przysięgli zgromadzili się w kącie, naradzali się przez kilka minut, a ich przewodniczący podał do wiadomości wynik narady. Werdykt brzmiał: winni. Teraz nastąpiła cicha narada szeryfa z wotantami. Wpadło mi w oko, że szeryf podczas tego kazał uwięzionym odebrać wszystko, co mieli po kieszeniach, a szczególnie pieniądze, które natychmiast przeliczono. Szeryf skinął głową i podniósł się, by ogłosić wyrok.
— Panowie — rzekł — oskarżonych uznano winnymi. Sądzę, że będę wyrazem waszych życzeń, jeśli nie tracąc wielu słów, powiem, na czem polega kara, dla której oznaczenia i energicznego wykonania zebraliśmy się tutaj. Zarzuconych winnym zbrodni nie dokonano, dla tego w myśl apelacyi pana obrońcy do naszych uczuć humanitarnych i chrześcijańskich zapatrywań, postanowiliśmy zaniechać bezpośredniego ukarania...
Oskarżeni odetchnęli widocznie, u słuchaczy zaś odezwało się kilka okrzyków niezadowolenia. Szeryf mówił dalej:
— Zaznaczyłem już pierwej, że usiłowanie dokonania zbrodni pociąga za sobą niebezpieczeństwo. Jeżeli Kukluksów nie ukarzemy, musimy się przynajmniej postarać o to, żeby na przyszłość nie byli dla nas groźni. Postanowiliśmy zatem wydalić ich ze stanu Teksas i to z takim dla nich wstydem, że im nigdy już na myśl nie przyjdzie pokazać się tutaj. Dla tego zarządzam najpierw ostrzyżenie im włosów, brody i wąsów aż do skóry. Kilku z obecnych zechce się tem zapewne zabawić. Komu niedaleko, niechaj się uda do domu i przyniesie nożyczki; czcigodny sąd przyznaje pierwszeństwo tym, którzy dobrze strzyc nie umieją.
W odpowiedzi na to wybuchł powszechny śmiech. Jeden ze słuchaczy otworzył okno i zawołał:
— Nożyczek! Kukluksów się ostrzyże. Kto przyniesie nożyczki, tego wpuszczamy.
Nie ulegało wątpliwości, że w następnej chwili wszyscy, stojący na dole, pobiegną po nożyczki. Niebawem też sprawdziło się moje przypuszczenie, albowiem dała się słyszeć bieganina i głośne wołania o shears i scissars. Jakiś głos ryczał nawet: shears for clipping trees i shears for clipping sheeps, czyli nożyczki do strzyżenia drzew i owiec.
— Dalej uchwalono mówił szeryf — zaprowadzić skazanych na steamer, który właśnie przybył po jededenastej z Austin, a odchodzi o świcie do Matagordy. W tem mieście wsiędą na pierwszy lepszy statek, który będzie odjeżdżał, bez prawa wylądowania kiedykolwiek w Teksas. Wsadzi się ich na pokład tego statku bez względu na to, kim są, skąd przyszli i dokąd okręt odchodzi. Od obecnej chwili aż do przeniesienia na ten statek nie będzie im wolno zdjąć przebrania, żeby każdy z podróżnych miał sposobność przypatrzyć się, jak Teksańczycy postępują z Kukluksami. Pozostaną również nadal skrępowani. Chleba i wody dostaną dopiero w Matagordzie. Koszta pokryje się z ich własnych pieniędzy, które tworzą piękną sumę trzech tysięcy dolarów, zebranych prawdopodobnie z grabieży. Oprócz tego konfiskuje się całe ich mienie, a w szczególności broń, i urządzi się licytacyę. Jury postanowiło dochód z licytacyi obrócić na zakupno piwa i brandy, ażeby czcigodni świadkowie wraz z ich ladies mieli łyk płynu do tańca, który nastąpi tu po ukończeniu tego sądu. O brzasku odprowadzimy Kukluksów z muzyką i z towarzyszeniem tragicznej pieśni na steamer. Oni muszą się przypatrzyć temu balowi i w tym celu zostaną tu, gdzie się teraz znajdują. Jeżeli obrońca ma co przeciwko temu wyrokowi, to chętnie go przesłuchamy, tylko idzie o krótkość. Trzeba ostrzyc Kukluksów i zlicytować ich rzeczy, zanim się bal rozpocznie.
Okrzyki zadowolenia, które odezwały się teraz, graniczyły wprost z rykiem. Przewodniczący i obrońca natrudzili się niemało, zanim przywołali do porządku i spokoju rozbawionych słuchaczy. Wreszcie mógł obrońca zabrać głos:
— Na korzyść moich klientów — rzekł z zapałem — mogę powiedzieć, co następuje. Uważam wyrok wielce szanownego trybunału za srogi do pewnego stopnia, lecz srogość tę łagodzi nieco ostatnia część wyroku, dotycząca piwa, brandy, tańca, muzyki i śpiewu. Dlatego oświadczam w interesie tych, których zastępuję, że zgadzam się w zupełności z wyrokiem i wyrażam nadzieję, że posłuży on im jako zachęta do lepszego, pożyteczniejszego żywota. Ostrzegam ich zarazem, żeby do nas nie powracali, gdyż w razie czego nie przyjąłbym obrony, a wobec tego oni pozbawieni byliby tak doskonałego prawnego doradcy. Co zaś do mego wynagrodzenia, to zastrzegam sobie po dwa dolary od klienta, co na dziewiętnastu ludzi wynosi trzydzieści ośm dolarów, których odbioru nie potrzebuję pisemnie stwierdzać, jeśli je otrzymam zaraz wobec tylu świadków. W takim razie tylko ośmnaście wezmę dla siebie, a resztę przeznaczam na światło i wynajem lokalu. Muzykantów można opłacić wstępem, który radzę oznaczyć na piętnaście centów od gentlemana. Ladies oczywiście nie płacą.
Obrońca usiadł, a szeryf oświadczył, że się z nim zupełnie zgadza.
Ja siedziałem jak we śnie. Czy to wszystko miało być prawdą? Nie mogłem o tem wątpić, bo obrońcy wypłacono pieniądze, a wielu pobiegło do domów, aby swoje ladies na bal sprowadzić. Zarazem powracało wielu z nożycami rozmaitego gatunku. Porwał mię z początku gniew, ale wnet roześmiałem się, popatrzywszy na Old Deatha, niesłychanie ubawionego zakończeniem awantury. Kukluksów ostrzyżono rzeczywiście do samej skóry, poczem zaczęła się licytacya. Strzelby poszły prędko i zapłacono za nie dobrze. Z reszty przedmiotów także niebawem nic nie zostało. Panował przytem zgiełk, ścisk nie do opisania. Jedni wchodzili, drudzy wychodzili, a każdy jak najswobodniej, nie oglądając się na sąsiada, co nie obeszło się bez potrąceń i szturkańców. Wszyscy chcieli być w salonie, chociaż ten nawet dziesiątej części nie mógł zmieścić. Wreszcie weszli muzykanci: klarnecista, skrzypek, trębacz i właściciel starego fagotu. Ta wspaniała orkiestra ustawiła się w kącie i zaczęła stroić przedpotopowe instrumenty, co dało mi niezbyt przyjemny przedsmak ich zdolności. Ja postanowiłem opuścić to szanowne zebranie, zwłaszcza że ukazały się ladies na sali, ale Old Death nawet słyszeć o tem nie chciał, twierdząc, że my dwaj właśnie, jako główne osoby, bohaterowie dnia, po wszystkich trudach i niebezpieczeństwach powinniśmy użyć przyjemności. Szeryf zaś wprost zaznaczył z wielką energią, że całe obywatelstwo La Grange czułoby się obrażonem, gdybyśmy się wzbraniali odtańczyć pierwszą turę. W dodatku przedstawił Old Deathowi swoją żonę, a mnie córkę, jako doskonałe tancerki. Ponieważ ja wybiłem jemu dwa zęby, a on zajechał mnie kilkakroć w żebra, wobec tego mieliśmy się zdaniem jego uważać za powinowatych z wyboru. Zapewniał, że bardzo zasmuciłbym jego duszę, gdybym nie spełnił jego gorącej prośby o wzięcie udziału w zabawie. Obiecał zarazem postarać się, żeby nam dano osobny stół. Co miałem zrobić? Na nieszczęście ukazały się teraz obie ladies, którym nas przedstawiono. Kiedy wlazłeś między wrony, to krakaj jak i one! Poznałem odrazu, że będę musiał odważyć się na słynną turę, a może ponadto na jeszcze kilka suwanych i skakanych, jako jeden z bohaterów dzisiejszego dnia i — prywatny detektyw incognito.
Poczciwy szeryf cieszył się może nadzwyczajnie tem, że poświęcił nas boginiom swego domowego ogniska. Wyszukał dla nas stół, który miał ten wielki błąd, że wystarczał, jak się zdawało, tylko na cztery osoby, bez ratunku więc wpadliśmy w moc obu ladies. Panie były nieocenione. Stanowisko męża i ojca nakazywało im nadawać sobie jak najwięcej powagi. Mama mogła mieć nieco powyżej pięćdziesiętki, haczkowała jakiś lajbik, odezwała się krótko raz o kodeksie Napoleona, poczem usta jej zamknęły się na zawsze. Córeczka, lat około trzydziestu, przyniosła tomik poezyi i czytała pomimo panującego dokoła niej piekielnego zgiełku, zaszczyciła Old Deatha uwagą o Berangerze, która miała dowodzić bystrości jej umysłu, a gdy stary skut zapewnił ją całkiem szczerze, że nie mówił jeszcze nigdy z tym gentlemanem, zapadła w głębokie milczenie. Gdy podawano piwo, panie nasze nie piły, kiedy jednak szeryf przyniósł im dwie szklanki brandy, ożywiły się ich ostre, mizantropijne oblicza.
Przy tej sposobności szturknął mnie urzędnik swoim znanym sposobem w bok i szepnął:
— Teraz nadchodzi tura. Zaczynajcie prędko!
— Czy nie odmówią nam? — zapytałem tonem, z którego nie przebijało się zbyt wiele zadowolenia i przyjemności.
— Nie. Ladies są uprzedzone przychylnie.
Powstałem i skłoniłem się przed córką, mruknąłem coś o zaszczycie, przyjemności i odznaczeniu i otrzymałem — księżkę z wierszami, do której przyczepiła się miss. Old Death zabrał się do rzeczy praktyczniej, wołając wprost do matki:
— No, może pójdziemy! W prawo, czy w lewo? Jak wolicie? Bo ja skaczę równie dobrze w jedną, jak i w drugą stronę.
Jak tańczyliśmy obaj, jakiego nieszczęścia narobił mój stary przyjaciel, padając razem z tancerką na ziemię, jak gentlemani zaczęli pić — o tem zamilczę. Dość, że kiedy dzień nastał, skończyły się już prawie zapasy gospodarza, a szeryf zapewniał, że uzyskana z licytacyi suma jeszcze się nie wyczerpała, że możnaby dzisiaj wieczorem, albo jutro zatańczyć małego reel. W obu izbach parterowych, w ogrodzie i przed domem, siedzieli, lub leżeli ludzie podchmieleni z dość ciężkiemi głowami. Skoro jednak rozeszła się wiadomość, że ruszają z Kukluksami ku przystani, zerwało się wszystko na równe nogi. Pochód odbywał się w następującym porządku: Na czele szli muzykanci, potem członkowie trybunału, Kukluksi w swoich dziwacznych przebraniach, następnie my świadkowie, a za nami masters, sirs, gentleman wedle upodobania.
Amerykanin to dziwny człowiek: posiada zawsze to, czego mu trzeba. Skąd ci ludzie wszystko tak prędko dostali, tegośmy oczywiście nie wiedzieli, ale okazało się, że każdy uczestnik pochodu, to jest wszyscy mieszkańcy La Grange z wyjątkiem czcigodnych pastorów i ladies mieli po jednym instrumencie do sprawienia kociej muzyki. Kiedy wszyscy stanęli w szeregu, dał szeryf znak, pochód ruszył, a idący na czele wirtuozi zaczęli męczyć „Yankee doodle.“ Na zakończenie wpadła kocia muzyka. Co tam świstano, ryczano, śpiewano, to się nie da powiedzieć. Zdawało mi się, że się wśród waryatów znajduję. Tak szło się wolnym, pogrzebowym, krokiem ku rzece, gdzie więźniów wydano kapitanowi, który, jak się o tem przekonaliśmy, wziął ich w miejsce bezpieczne. O ucieczce mowy nie było; za to ręczył kapitan. Oprócz tego pilnowali ich współpodróżni.
Gdy statek ruszył, zagrali muzykanci swoją najpiękniejszą fanfarę, a kocia muzyka zabrzmiała także na nowo. Kiedy jeszcze oczy wszystkich zwrócone były na okręt, ja wziąłem Old Deatha pod ramię i poszliśmy razem z Langem i jego synem do domu, żeby się przedrzemać. Sen jednak trwał dłużej, niż było naszym zamiarem. Kiedy się obudziłem, Old Death także już nie spał. Nie mógł zasnąć z powodu bolu i oświadczył ku memu przerażeniu, że dzisiaj dalej jechać nie może. To były skutki jego upadku podczas tańca. Posłaliśmy po cyrulika, który zbadał chorego i zawyrokował, że noga wyskoczyła ze stawu, że więc trzeba ją wstawić na dawne miejsce. Naciągał ją nadwyczaj długo i zapewniał, że usłyszymy, jak zaskoczy. Nadsłuchiwaliśmy, ale napróżno. Szarpanie nie sprawiło skutowi żadnego bolu. Odsunąłem więc na bok cyrulika i przypatrzyłem się biodru. Był tam siniak z żółtą obwódką, co dowodziło niezbicie, że się ma do czynienia ze zgnieceniem.
— Trzeba was natrzeć wywarem gorczycy, albo jakimś innym spirytusem; to wam pomoże — rzekłem — Oczywiście dzisiaj przynajmniej musicie się zachować spokojnie. Szkoda, że Gibson umknie tymczasem!
— On? — odparł skut. — Nie obawiajcie się, sir! Kiedy taki stary ogar, jak ja, przyłoży nos do tropu, to nie puści go, dopóki nie pochwyci zwierzęcia. Możecie temu śmiało zaufać!
— Ja też to czynię, ale on wysforuje się zbytnio naprzód z Wiliamem Ohlertem!
— Już my go dościgniemy. Kalkuluję sobie, że to wszystko jedno, czy pochwycimy go o jeden dzień wcześniej, czy później, byleśmy go tylko znaleźli. Głowa do góry! Ten nader czcigodny szeryf popsuł nam rachubę reelem i swojemi ladies, ale bądźcie pewni, że to naprawię. Nazywają mnie Old Death. Zrozumiano?
Brzmiało to dość pocieszająco, a ponieważ ufałem staremu, że dotrzyma danego słowa, więc uspokoiłem się na razie. Sam przecież nie mogłem puścić się na dalsze poszukiwania. Uradowałem się też bardzo, gdy mi Lange przy obiedzie powiedział, że chciałby pojechać z nami, ponieważ droga jego prowadzi przez pewną przestrzeń w tym samym kierunku.
— We mnie i w moim synu nie będziecie mieli złych towarzyszy — zapewniał. — Umiem konia prowadzić i używać strzelby, a gdybyśmy po drodze spotkali się z jaką białą lub czerwoną hałastrą, to nie pomyślimy o ucieczce. Weźmiecie więc nas z sobą? No, ręka na zgodę!
Oczywiście, że podaliśmy rękę. Później przyszedł Cortesio, który spał jeszcze dłużej od nas, aby nam konie pokazać. Old Death pokulał mimo boleści na dziedziniec, żeby osobiście konie zobaczyć.
— Ten młody master twierdzi wprawdzie, że umie dobrze jeździć na koniu — rzekł — ale ja wiem, co o tem sądzić. Nie wierzę w jego koński rozum. Kupując konia, wybieram sobie czasem takiego, który najgorzej wygląda. Ale ja oczywiście jestem pewny, że ten jest najlepszy. Zdarzyło mi się to już nieraz.
Musiałem przed nim przejechać na wszystkich koniach, które stały w stajni, on zaś przypatrywał się z miną znawcy każdemu ruchowi i pytał przezornie za każdym razem o cenę. I rzeczywiście postąpił stosownie do swego zwyczaju; nie wziął tych koni, które dla nas Cortesio przeznaczył.
— Te wyglądają na lepsze, niż są — zawyrokował. — W kilka dni zmęczyłyby się do cna. Nie, my kupimy te dwa stare kasztany, które dziwnym sposobem kosztują tak mało.
— Ależ to szkapy robocze! — zauważył Cortesio.
— Nie rozumiecie się na tem właśnie, sennor, jeśli mi wolno tak powiedzieć. Te kasztany to konie preryowe, tylko były w złych rękach. Im nie zabraknie oddechu i kalkuluję sobie, że nie pomdleją z powodu byle jakiego wysiłku. Te więc bierzemy. Basta, sprawa załatwiona!



Przypisy

  1. Pospólstwo, tłuszcza.
  2. Babka.
  3. Śpiewaczka.
  4. Tanecznica.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Karol May.