Strona:PL Karol May - Winnetou 03.djvu/111

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   99   —

chyba tylko u leśnego człowieka się znajdzie, ale podaję z serca, co mam. Możemy także podczas jedzenia mówić o grożącem mi niebezpieczeństwie.
— W którem was oczywiście nie opuścimy — rzekł Old Death. — Gdzież wasz syn?
— Kiedyście wychodzili od Cortesia, oddalił się pokryjomu. Mieszka tu kilku dobrych moich przyjaciół, na których mogę liczyć. Syn ma ich potajemnie sprowadzić. Dwu z nich już znacie, siedzieli w gospodzie przy naszym stole.
— A będą się starali wejść do domu niepostrzeżenie? Byłoby dla was korzystnie, gdyby Kukluksi sądzili, że napadają tylko na was i waszego syna.
— Nie obawiajcie się! Ci ludzie wiedzą już, co czynić, a zresztą pouczyłem Willa, jak się ma zachować.
Jedzenie składało się z szynki, chleba i piwa. Zaledwie zaczęliśmy się posilać, usłyszeliśmy o kilka domów dalej skomlenie psa.
— To znak — rzekł Lange, powstając. — To moi ludzie nadchodzą.
Wyszedł, by im otworzyć i powrócił z synem, oraz z pięciu uzbrojonymi w strzelby, rewolwery i noże mężczyznami, którzy usiedli w milczeniu, gdzie znaleźli miejsce. Nikt nie wyrzekł ani słowa, wszyscy zbadali okna, czy dobrze są zasłonięte. To byli ludzie, jakich nam właśnie było trzeba. Jeden z nich stary z siwemi włosami i brodą nie spuszczał oka z Old Deatha i pierwszy do niego przemówił:
— Wybaczcie, master! Will uprzedził mię, kogo tu zastanę, czem się bardzo ucieszyłem, gdyż sądzę, żeśmy już gdzieś razem byli.
— Możliwe! — odrzekł mój towarzysz. — Widziałem już wielu synów człowieczych.
— Nie przypominacie mnie sobie?
Old Death przypatrzył się mówiącemu dokładnie i odpowiedział:
— Kalkuluję sobie istotnie, że musieliśmy się już