Wieczory drezdeńskie/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Wieczory drezdeńskie
Data wydania 1866
Wydawnictwo Xięgarnia Zelmana Igla
Drukarz Drukarnia Zakładu Narodowego im. Ossolińskich
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
II.

— Są chwile, są usposobienia, są napady nieudolności na człowieka takie, że się nie czuje na siłach, aby coś większego mógł począć i coś porządniejszego zrobić potrafił. Przecież nie podobna mu siąść z założonemi rękami i dać się pochłonąć nicości w spoczynku bezmyślnym..

Przywykły do zajęcia zrywa się do niego, jak amputowany, co ze snu wstając, chciałby stąpić na obie nogi, zapomniawszy, że jednej z nich już nie ma i nigdy mieć nie będzie. W takiej chwili poczynając te zarysy, pocieszam się, że samo utrapienie duszy, musi wśród plewy rzucić jakieś ziarno na te karty... Cierpienie wiele może; więcej ono dobywa z człowieka niżeli pokój, który usypia. Zresztą piszę, bom nawykł do głośnéj spowiedzi z tego co czuję, myślę, widzę, a jeśli grzechy mojego terazniejszego żywota nie będą ani nowe, ani bardzo zajmujące, spowiedź z nich przynajmniej będzie szczérą i prawdziwą. I to coś warto przecie na terazniejsze ciężkie czasy, gdy o prawdę tak trudno.

Na tem wstęp kończę, boć trzeba coś było powiedzieć choć tu, o tych kilku kartach wieczornych przypomnień, dla wytłumaczenia ich i przedstawienia tym, co je w rękę wziąć zechcą. Są to dzieci tęsknot wygnańczych.

Jesteśmy w Dreznie, Wendowie mówią w Drażdanach, a po słowiańsku oznacza to okolicę lesistą. Miejsce to dobrze jest znane Polakom nie od dzisiaj, przywykli przejeżdżać tędy, przesiadywać tu, a nawet umierać. Stoliczka trzeciego rzędu, kraiku, który dziejom naszym nie jest obcy. Panująca w nim rodzina, siedziała długo na tronie polskim, i zostawiła na nim ślady swojego pobytu. Za króla Sasa... żyj, pij i popuszczaj pasa.

Ale pasa takeśmy sobie popuścili, że potem z nas spadł całkiem...

Mówią, że gorzkie wspomnienia także zachowały się w rodzinie królewskiej z tych czasów polsko-saskich: przypisują straty terytoryalne, uszczuplenie granic, upadek dzisiejszy tej nieszczęśliwej Polsce, która także miałaby się na co poskarzyć.

U nas tradycye mówią o wypotrzebowaniu polskich bogactw i zasobów na korzyść domu saskiego, a dom saski utrzymuje, i nie bez pewnych dowodów, że się dla Polski zrujnował, że się dla niej zastawił, wyprzedał, aby się w niej utrzymać, że zmniejszone jego znaczenie i mienie jest karą za jego poswięcenie dla Polaków. To pewna, że rodzina panująca nie bardzo nam sprzyja, że gorycz jakaś pozostała na dnie serca jej, może dlatego, iż mimo wielkich ofiar na tronie polskim utrzymać się nie mogła. Jest to faktem łatwym do dowiedzenia, że dynastya saska zapewne nie zyskała na swych stosunkach z Polską, ale równie może łatwo byłoby dowieść, że Polska na nich nie wiele wygrała, a dużo straciła.

W Polsce czasy panowania Sasów w żywej są jeszcze pamięci, nie powiemy, by przypomnienia ich były przyjemne: są to lata upadku, nie zyskał naród w tej epoce ani na oświacie, ani na zamożności, ani na potędze, ani na sławie, ani na rozwinięciu swych instytucyj. Od Stefana Batorego poczęta walka z ustawami krajowemi panujących, usiłujących władzę swą rozszerzyć a odebrać przewagę stanowi szlacheckiemu, przedłużała się za Sasów konwulsyjnie; szerzyła ona zepsucie, mnożyła rozterki, rozpleniono cudzoziemczyznę chorobliwą zamiast istotnej cywilizacyi...

U dzisiejszych historyków z małymi wyjątkami wszystka wina upadku Polski kładzie się na jej instytucye, na szlachtę; boleją sędziowie przeszłości, że władza królewska silniejszą nie była, że szlachta zbyt się wzmogła, że — jednem słowem Polska nie zmieniła się w porę na państwo monarchiczne czysto, z dynastyą panującą i charakterem innym, któryby większą nadał siłę ku obronie.

Sąd ten o przeszłości tak dziś jest rozpowszechniony, przyjęty, że walczyć z nim trudno. Salus populi (czy reipublicæ) lex suprema, mówią dziejopisarze, niechby Polska sprzeniewierzyła się idei swej narodowej, a ocaliłaby byt... Są inni, co samej tej idei narodowej, której podstawą była swoboda i równość, odmawiają znaczenia.

W istocie sąd o tej przeszłości, a nadewszystko o walce szlachty z panującymi o władzę, nie jest łatwy do wyrzeczenia absolutnie. To pewna, że nie winą tych instytucyj swych, na które dzisiaj miotają pioruny, upadła Polska, ale przez to, że nigdy ogółu większość, że ludzie nie stali na wysokości tych instytucyj.
Ztąd złe ich pojecie, ztąd ścieśnienie swobód i objęcie ich przywilejem jednej klasy narodu, choć zaprawdę do tej klasy dostęp zasługą był bardzo łatwy.

Instytucye zmieniać i łamać nie było potrzeby, żyłaby rzeczpospolita i z niemi, gdyby ludzi do pojęcia i wykonania ich miała.

Ludzi nam brakło.

Przyczyną tego braku było złamane wychowanie publiczne, nieład w niem, pojęć ciasnota, niedołęztwo. Zginęliśmy przez brak zarówno wychowania i oświaty, które niedostatecznie kształciły ludzi. Co było w nich najlepszego, najcenniejszego, charaktery wyrabiało surowe tradycyjne wychowanie domowe, co zeń brał człowiek tem żył, szkoły były złe zupełnie i raczej psuły, niż dokończały dzieło u ogniska domowego poczęte...

Istotna przyczyna upadku Polski leży w braku szkół, oświaty i w zwichnięciu w XVII wieku publicznego wychowania. Przypatrując się ludziom znamienitszym XVII i XVIII wieku widać najlepiej, jak często talenta istotne, złamane były niedostatecznem wykształceniem, ciasnotą pojęć lub powierzchowną cudzoziemską ogładą przywiezioną z za granicy, która z krajowego życia potrzebami w żadnym już nie była związku.

Może się uśmiechnąć nie jeden czytając ten ustęp, lecz chcielibyśmy, aby się nad tem zastanowiono pilniej. Wszystko złe z tego maluczkiego płynie źródła, a choć i dziś jeszcze najmniejsza część budżetów poświęca się wychowaniu, największa część klęsk kraj dotykających, z niedostateczności i fałszywego kierunku jego pochodzi.

Ale wróćmy do przedmiotu; należy to do przeszłości, dajmy jej pokój, niech spi w grobie i pruchnieje na święty popiół czysty, który wiatry rozwieją, aby nim rolę przyszłości użyźnić...

Saxonia należy dziś do mniejszych państewek niemieckich, które się obracają jak satelity w około dwóch głównych planet giermańskiego nieba Austryi i Prus. Dotąd szła ona i radaby iść z katolicką apostolską Austryą, do czego ją skłaniają tradycye, wyznanie katolickie familii panującej, stosunki rodzinne i wstręt a obawa zaborczych Prus, ku którym niechęć w kraju jest wielka i powszechna. Rzadko się tu pruski oficer pokazuje, ale mało który nie dozna jakiej przykrości. Sympatya dla drugiego sąsiada jest dosyć widoczną także; Saxonia oprócz tego usiłowała i stara się skupić w około siebie pomniejsze kraje Rzeszy, ale mimo wielkiego talentu pierwszego swego ministra, nie zdaje się by mogła stanowczą rolę odegrać w dramacie jedności niemieckiej. Obok Austryi i Prus, przy Bawaryi i Hanowerze, Saxonia musi się ograniczyć stanowiskiem podrzędnem. Wzdycha ona próżno do odzyskania, tego co straciła w ostatnich czasach. Obcięta, mała, zepchnięta z wielkich nadziei, które niegdyś karmiła, Saxonia cała oddała się pracy wewnętrznej około zbogacenia uporządkowania, zużytkowania wszystkich sił swoich. Na tej drodze, potrzeba przyznać, uczyniono wiele i skutecznie, ale materyalna pomyślność kraju nie idzie w parze z moralnem jego wykształceniem. Gospodarstwo, przemysł, handel, drogi, fabryki, rękodzieła, kwitną i przynoszą owoce, ale w ogóle charakter narodowy nie ma cech wybitnych, nie objawia się żywszem pragnieniem żadnem; nawet jedność niemiecka, która rozgrzewa chwilowo, nie mąci świętego ich spokoju.

Nie lękając się zbytniego nadużycia swobody nawet, Saxonia daje jej swym mieszkańcom dozę teoretycznie większą, niż pragnąć i zużytkować mogą, połowa przynajmniej konstytucyjnych praw narodu spoczywa w futerale, niepotrzebna, bo ich użytku nikt nie rozumie.

Istnieje tu wprawdzie jakaś postępowa opozycya i jakaś Fortschritts-Partei, stronnictwo postępowe, złożone z kilku lipskich professorów, kilku drezdeńskich adwokatów i garstki młodzieży, ale ci idą ostrożnie, i nim się kiedyś zaczną posuwać naprzód, uznali wprzódy za słuszne wybrukować gościniec, którym pomaszerują, tym czasem usilnie się krzątają około znalezienia kamieni. Opozycya tutejsza milcząca, wyczekująca, obawiająca się policyi, (bo policya gra przeważną rolę w Saxonii) odzywa się czasem na zgromadzeniach ludowych, niekiedy w organie swym, Gazecie konstytucyjnej, bardzo rzadko na posiedzeniach rady miejskiej, nareszcie w izbie, ale skonstatowawszy, że istnieje, ogranicza się na tem. Nikt też się jej nie lęka.

Charakter ogółu mieszkańców tego spokojnego kraiku wykarmionego kartoflami i piwem, jest najlepszą rękojmią, że ani za prędko, ani za daleko nie wyskoczy przed drugiemi. Sasi pracowici, oszczędni, wytrwali, cisi i lubiący porządek, przywykli do życia umiarkowanego we wszystkiem, prawidło to zastosowują i do społecznego i do politycznego bytu swojego. Ne quid nimis napisać by można przy herbie Saxonii, choć go dwaj Herkulesy z pałkami trzymają... aurea mediocritas kwitnie... Ani fortun zbytecznie rozrosłych, ani też nadzwyczajnej nędzy tu nie ujrzycie.

Przeważny liczbą i znaczeniem jest stan średni. Dla niego widocznie i szczególniej dla niego ściele się tu życie, urządzają stosunki, budują domy, zakładają kawiarnie i grają teatra. Zbytkowne towary, szerokie mieszkania, wspaniałe ekwipaże są dla przejezdnych szczególniej Anglików i Rosyan, których Drezno liczy bardzo wielu. Niemal każdego roku zimuje tu do tysiąca rodzin z samej Rosyi. Tym wolno sobie pozwalać, zbytkować i folgować pysze i sybarytyzmowi, Sasi tego nie potrzebują, nadto są wytrawni... każdy co niedziela i święto wystraja się bardzo porządnie, idzie na przechadzkę z małżonką, wypija kilka kuflów piwa lub kawę, ale powróciwszy chowa kapelusz do pudełka i zdjąwszy rękawiczki nie pierwszej świeżości, pracować będzie tydzień cały ze spokojem sumienia. Fortun bardzo wielkich nie ma nad kilka w całym kraju. Ale większość używa dobrego bytu i uczciwego dostatku.
Pracują tu wszyscy szczerze i bez oddechu, nikt się nie uwalnia od tego obowiązku dla tego, że już ma dosyć (jak u nas), owszem im więcej ma, tem pragnie mieć więcej. Skala używania nie mierzy się posiadaniem ale nawyknieniem, nie podwyższa w miarę przymnażania fortuny, ale zastosowuje się do obyczaju. Dla tego też majątki rosnąć muszą.
Przypatrując się życiu, jakie się przedstawia w Dreznie, zadziwić się potrzeba jego skromności w ogóle i dobremu pojęciu. Nie zbywa nikomu na tem co życie samo utrzymać może pod wszelkimi względami. Ceny tego co karmi umysłowo i zmysłowo są dostępne każdemu; muzyka, sztuka, teatr, prawie dla wszystkich stoją otworem; arystokratycznych fantazyj i nawyknień nie ma, a jeźli się co na nie obrachowywa to dla tego tylko, że z niemi cudzoziemcy przyjeżdżają.
Nic spokojniejszego nad Drezno, miasto z życiem wiejskiem: pełno zieleni, ogródków, alei, cienia, i wszędzie tysiące dzieci na rękach piastunek, na wózkach, wózeczkach, pieszo. Tych wózków dla dzieci, w których często siedzi ich po dwoje i troje, pełno w każdym kątku, w ogrodzie, gdzie tylko trochę jest cienia i murawy; wielki ogród, Zwinger, Bürgerwiese, nawet taras królewski zasiany dziećmi.
Jak tylko słońce zabłyśnie a powietrze znośne, piastunki z dziećmi wynoszą się na powietrze i cały dzień go używają. Z jednej strony to przywyknienie do zmian atmosferycznych może korzystnie wpływać na zdrowie, i w ogóle ludność jest czerstwa, silna i rumiana (do czego i praca przyczyniać się może) ale nadzór macierzyński nad dziecięciem jest mniejszy. Matka zdaje je na piastunkę, a sama pracuje. U nas rzuca się dziécię dla zabawy, książki, muzyki, wizyt, tu dla kuchni, dla targu, szycia... Trudno obrachować jakie być mogą tego skutki, ale co do hygjenicznego wpływu tego wychowania pod gołem niebem, niezawodnie on jest dobry i dzieci wyglądają ślicznie. Mówią tylko że wielka liczba ułomnych, jaka się tu spotyka, wożeniu na wózkach się zawdzięcza; dziecię skurczone długo, piastunka nie bardzo patrzy... powoli się krzywi i krzywem zostaje. Ludność dziecięca więcej niż gdziekolwiek wychodząca na jaw, zdaje się tu nieproporcyonalnie wielka. Piszę co widzę, nie mogę wrażeń mych skontrolować statystyką, ale nie zdaje się, by tu stosunkowo dzieci było więcej niż w innych krajach, to pewna, że małżeństw mniej jest niż gdzie indziej... ale o tem później jeszcze.
Gdyby nie cudzoziemcy, a prawdę rzekłszy głównie Rosyanie i Polacy, Drezno byłoby prawie taniem miastem; nam jest wszędzie drożej, bo na naszą nieopatrzność co do grosza i brak ściślejszej rachuby przyzwyczajono się już liczyć. Jak we Włoszech forestiere jest rzeczą, na której wszelakiej spekulacyi bez zgryzoty sumienia dopuścić się można, tak tu der Fremde także płaci za swą nieświadomość kraju i niecierpliwość, czasem za swą pychę i miłość własną, z której bardzo słusznie za oczyma mu się śmieją. Ta chęć popisu przed nieznanymi z jakąś butą i paradą, któreśmy wzięli wspadku z mniej wykształconych czasów, nie opuszcza nas dotąd, często dla kilku kelnerów, którzy szydząc patrzą zdala na to nadrabiane państwo, gotowiśmy duże popełnić głupstwo, za które potem o suchym chlebie pokutować potrzeba. Wliczyliśmy już to sobie do wad narodowych, do cech naszego charakteru, nosimy to jak znamię właściwe niesłusznie. Dosyć się przypatrzyć ludziom w ogóle, a przekonamy się łatwo, że to cecha wszystkich nieco podcywilizowanych ludów, dużo jeszcze młodych i niedojrzałych... Jest to po części studenterya. Nie mamy tego w charakterze ani we krwi, mamy to w młodości, z której wyjść nie umieliśmy, choć pod innymi względami zgrzybiali.
Między innemi lekarstwami na tę słabość dałbym tę prawdę, że cudzoziemcy daleko więcej szanują oględnego i bacznie rachującego się człowieka niż butnego fanfarona, którego z łatwością oszukać mogą, ale się prawie nad nim litują. Kłaniają mu się bardzo nizko, ale się z niego potem niepoczciwie śmieją. U nas to rzucanie grosza obudza może uszanowanie, tu prawie rodzi pogardę, wiedzą bowiem dobrze, na czem się kończą te szumne popisy, na długach niepłaconych, niedostatku, wstydzie i upokorzeniu.




Wiemy to trochę z tradycyi, że część Saxonii dotąd jest krajem słowiańskim, że tu jeszcze żyją Łużyccy Serbowie, językiem swym mówią, piszą, modlą się, wynarodowić się nie dali; mniej może ludzi wie, że Drezno niemieckie, starosłowiańskie Drażdany (las, puszcza) są osadą łużycką także, że Łaba słowiańska przechrzczona na Elbę oblewa brzegi, po nad którymi dziś jeszcze gdzieniegdzie rozlegają się pieśni prastare. Spotkawszy się tu z tą resztką plemienia wyciśnionego przez zabiegliwych niemiaszków, wiecznie sobie człowiek zadaje to pytanie, dla czego oni byli silniejsi, co stanowiło tę siłę, dla czego z tą miną pokorną, z tą postacią chłodną, z tą flegmą obojętności oni posiedli cudze, a my ze swego wydziedziczeni zostaliśmy?

Le monde est aux flegmatiques intelligens, sprawdza się tu jak wszędzie. Tę flegmę czy winni są kartoflom czy piwu czy krwi, co w ich żyłach płynie (może stoi), czy wpojonym od dzieciństwa obyczajom?... Czy my byśmy nie mogli nabyć jej przecie, jeżeli nie dla siebie to dla dzieci naszych? Nie zła by to rzecz była i potrzebna. Wprawdzie przez tę flegmę wiele z przymiotów naszych dzisiejszych znikłoby i musiałoby przed nią się upokorzyć, ale może i my panowalibyśmy nad tą ziemią, w której kości ojców pruchnieją. Tu znowu pytanie czy koniecznie panować potrzeba ażeby być i czy cierpienie a ucisk nie jest także inną bytu formą, może doskonalszą i ostatecznie obfitszą w owoce dla ludzkości —? Czy nasza walka głośna i wrzawliwa, czy ich cicha i spokojna a uparta, więcej jest wartą w obliczu wieków i dziejów? Zastanówcie się i niech czytelnik reszty w swej duszy dospiewa, ja się przyznaję że nic nie wiem.
Wprawdzie redaktorowie Czasu, zmieniwszy po ostatnich wypadkach sposób zapatrywania się na wszystko, co się nas tyczy, codziennie prawie powtarzają nam, że męczeństwo nie jest już życiem narodu, że porównywanie Polski i jej ofiar do chrześcian pierwszych wieków jest fałszywe, jednem słowem starają się przekonać, że lepiej być szczęśliwymi niż prześladowanymi i bolejącymi.
Z tego naturalnie płynie, iż dla tej szczęśliwości coś chociażby z narodowego charakteru i posłannictwa poświęcić należy. I tego dorozumiewać się dają często napady na poetów co męczeństwo okrywają aureolą świętości.
Nikt zapewne z dobrej woli nie szuka męczeństwa, nie wybiera nieszczęścia, nie lubuje się w niem dla jakiejś próżnej z niego chwały, wolelibyśmy i my widzieć Polskę szczęśliwą, silną, wielką, a dzieci jej na domowym zagonie spiewające pieśń dziękczynną Bogu...
Ale są rzeczy, których dla dostąpienia pokoju, dobrobytu materyalnego i potęgi poświęcać się nie godzi — to sumienia, posłannictwa, ducha narodowego. Jeżeli od nas wymagają ofiar tych, lepiej jest cierpieć, a cierpiąc lepiej się czuć męczennikiem, niż nieszczęśliwym a zgniecionym aż do upodlenia. Uczucie to męczeństwa pociesza, podnosi, uzacnia.
Powiemy więc ze Ś. Pawłem:
Nolite extinguere spiritum![1]



Otóż stoimy przed tą sławną drezdeńską galeryą, która poczęła się zbierać gdy jeszcze Sasi u nas panowali.
Nie damy tu wcale ani spisu ani przeglądu galeryi, szczególniej dla tej przyczyny, że najtroskliwszy na nic się nie przydał, a im jest bardziej wyczerpujący tem mniej naucza. Z rozumowanych owych regestrów ten tylko mądry, kto przedmioty zrejestrowane sam wprzódy obejrzał.
Galerya jest liczna i bogata, możemy do niej nie ten tylko raz zajrzeć. Rzeczywiście ma kilka tylko brylantów, które w niej świecą, tak że reszta, stellæ minores, zupełnie przy tych słońcach gasną.
Syxtyńska Madona Rafaela, obraz zagadkowy, wielki, dla pospolitych widzów niedostępny, chwalony na wiarę tysiąca poprzednich pochwał i zachwytów; cudowna Matka Boża Holbeina, w swym rodzaju arcydzieło; Tycyana grosz Cezara; Marya Egipcyanka, kilka krajobrazów Ruysdaëla... z resztą prześlicznych rzeczy mnóstwo, przedmiotów do studyów bez liku, ale wiek by nad niemi spędzić potrzeba, nim by z nich wszystką myśl, która tam pogrzebiona lub spowita leży, wydobyć się udało.
Syxtyńska i Holbeinowska Madony porównane z sobą, są niesłychanie nauczające. Cały charakter sztuk dwóch narodów, zupełnie odrębnie usposobionych do pojęcia jej i tworzenia, wyraził się w najdoskonalszy sposób w tych dwóch arcydziełach. Los nie zbliżył ich do siebie przypadkowo, postawił je umyślnie przy sobie, aby pokazać że po za te granice, dwa wielkie narody artystów nie wyjdą nigdy.
W Madonie Syxtyńskiej uderza majestat, wielkość, bóstwo i boskość Chrystusowego posłannictwa, idealność katolicyzmu, mimo swych usterków lecącego po za światy — w Holbejnie ten sam dogmat, ta sama wiara, odziana w szaty powszednie, postawiona na ludzkiem podnóżu, przedstawiają protestantyzm który zrozpaczywszy żeby do Boga doleciał, chciał Pana Boga uczynić człowiekiem, aby się do niego zbliżył. Tamta Madona włoska, to niewiasta przepowiedziana od wieków, która miała skruszyć głowę węża — to matka serdeczna, niemiecka... pośredniczka co nasz światek maluczki za rękę do niebios przeprowadza, mówiąc... wszakżem i ja córka ziemi choć matka Boga. Tam polot w krainy ideału, tu ideał sprowadzony na ostatni szczebel, z którego jeszcze krok: pozostałby już tylko człowiek.
Uderzyła mnie myśl jednego niepospolitego pisarza, który w Madonie Syxtyńskiej widzi jakby matkę dziecięcia przerażoną wielkością jego posłannictwa, jakby przelękłą swem macierzyństwem Boga — w Holbejnowskiej jest czysto ludzki wyraz miłości i miłosierdzia, przed Syxtyńską paść potrzeba na kolana, w Holbejnowskiej po ziemsku rozkochać się można... Rafaela dramat Boży odgrywa się w obłokach tkanych z główek anielskich, Holbejna na ziemi okrytej misternie tkanym kobiercem. Nad cudną twarz Madony Holbejnowskiej niemiecki ideał nigdy nie zajdzie dalej. Chciał go prześcignąć Overbeck i stworzył Madonę romansową, sentymentalną, sztuczną, nie żywą, teatralną.
Sztuka włoska także nie przeszła kresu, jaki jej postawił Rafael, a ze wszystkich Madon Rafaela poczynając od pierwszych w stylu Peruginowskim, do ostatnich, w których jest zaród przyszłego manyeryzmu późniejszych mistrzów Italii — ze wszystkich może Syxtyna jest najwyższego podziwienia godnej.
Nie powiem żeby jej nadziemska piękność była pojętną, zrozumiałą, dostępną dla każdego od razu.
W pierwszej chwili, każdy oceni Holbejna, wiele osób patrząc na Rafaela, w duchu, nie śmiejąc się przyznać, spytać się może siebie — cóż tu jest tak nadzwyczajnego? Ale im dłużej, głębiej wpatruje się człowiek w to oblicze, w całość od razu tylko dziwną, zagadkową, tajemniczą; tem lepiej widzi, że malarz jej nie układał, ale rękę jego wiodło jakieś mistyczne natchnienie.
Któż nie zna przynajmniej z tysiąca rysunków, sztychów, litografij, porcelanowych lizanin tego olbrzymiego obrazu? Przychodzi przecie ubolewać że jest tak spospolitowany, rzekłbym sprofanowany — kopiści przychodzą doń wcale się nie troszcząc o jego znaczenie, biorą zewnętrzną fizyognomię nie domyślając się ducha i odtwarzają szkielet tylko. Z tych ułamkowych wizerunków nie można mieć wyobrażenia o Syxtyńskiej Madonie, jak najlepszy portret nie daje wyobrażenia całego człowieka.
Podróżny wprzód jeszcze, niżeli ją ujrzał, jest prześladowany karykaturą arcydzieła: spotyka się z nią we drzwiach hotelu w których zawieszono porcelanową jej kopijkę, znajduje ją za szkłem u wszystkich fotografów, w oknach wszystkich magazynów, na garnuszkach od śmietanki, na talerzach, po xięgarniach, gdzie stąpi... widmo obrazu ściga go wszędzie. Z tego skutek ten, że się zużyje wrażenie ogólne obrazu, nim się doń dojdzie, że się opatrzą zbyt oczy, popsują, oślepną, zobojętnieją. Kto chce dobrze widzieć Madonę Syxtyńską powinien z oczyma zamkniętemi pojechać do Drezna, dać je sobie zawiązać idąc do galeryi i nie zrzucać chustki aż przed obrazem. Potem już napoiwszy się widokiem arcydzieła będzie mógł patrzeć bez szwanku na reprodukcye, które mu się wydadzą czem są, nieudolnem małpowaniem bez ducha.
Ciekawą jest rzeczą przypatrzyć się przechodzącym wędrowcom przed ten wsławiony obraz, który w nowej galeryi ustawiono w oddzielnym gabinecie, starannie oświetlony, w rodzaju rzeźbionego ołtarza... Czci tej dostąpił tu tylko Holbein, który jest prawie sam jeden, i Rafael, którego Madona ma swój oddzielny przybytek.
Nie powiemy, ażeby urządzenie ram i podstawy obrazu wykonane ze smakiem i staraniem wielkiem, było dlań bardzo korzystnem.
Obraz w ramach zwyczajnych na szerokiej ścianie zawieszony może by się lepiej wydał i czynił większe wrażenie...
Do tej świątyni, w której nikt głośniejszego wyrazu wyrzec się nie waży, wchodzą wszyscy przygotowani do zachwytu, przejęci, skupieni na duchu...
Jedni siadają na naprzeciwległej kanapie, drudzy na krzesłach, reszta stoi szukając sobie jak najwłaściwszego punktu do oglądania obrazu... Wszyscy czują się obowiązani siedzieć tu długo, patrzeć, dumać, a niektórzy widocznie odchodzą z zawiedzioną nadzieją.
Obraz nie razi jak piorun efektem nadzwyczajnym, jest na pozór wielkiego spokoju i majestatu... i jak niemal wszystkie arcydzieła, dziwi prostotą swą, pod której powłoką ginie zrazu dla patrzącego potęga genialnego natchnienia.
Nie jeden pyta się siebie w duchu — Ale jest że to te sławione arcydzieło?
Wszyscy co się uczyli w Rzymie Rafaela doświadczyli tego że się go trzeba nauczyć czytać, przywyknąć do tego języka, wtajemniczyć w piękność jego. Powoli odsłaniają się przed okiem i duchem patrzącego niebieskie majestaty...
Na jasnem tle niebios zjawia się Matka Boska z dziecięciem na ręku, typ Rafaela, piękny, nie ziemski, ubóstwiony, coś dziwnie tajemniczego, mistycznego w nim...
Jest to Madona już nie żywotem ziemskim macierzyństwa, męczeństwa, boleści żyjąca, ale panna, a matka ubłogosławiona, zjawiająca się ziemi z tą dzieciną na ręku, aby nią powiedziała ludziom iż u tego, którego wypiastowała, wszystko wybłagać może. Na jej obliczu jest coś niepojęcie smętnego razem i potężnego... Trzeba by uklęknąć i pomodlić się, a wszyscy lornetują... Nie jest to najlepszy sposób poznania tego obrazu...
W milczeniu Anglicy, Rosyanie, Niemcy... patrzą każdy po swojemu na cudowne płótno... rzadko kto głośniej swój zachwyt objawi... ale sceptyków też mało... Artyści zrazu chcieliby się wdać w krytykę, ale to co się wydaje im łatwem na pierwszy rzut oka, nim wymówili słowo im samym śmiesznem i dziecinnem się już widzi...
— Draperye...
— Koloryt...
— Tło...
— Figura Syxtusa...
Każdy poczyna zarzuty, ale wpatrzywszy się w twarz Madony milczy...
Najgwałtowniejsza ochota popisania się z sarkazmem, sparaliżowaną się czuje...




Jak ludzie bywają niezasłużenie od losu obdarowani tak są i obrazy szczęśliwe... którym się trafem powiodło na świecie — któżby powiedział że w miejscu w którym królują dwie najpiękniejsze Madony na świecie — obok tylu arcydzieł lub znakomitych przynajmniej obrazów, dorobi się równej z niemi, może większej nad nie popularności i rozgłosu.
Czekoladniczka Liotarda!!
Jeżeli gniewa Madona Syxtyńska, wszędzie a nieudolnie dla spekulacyi lichej powtarzająca się, gorzej stokroć oburza ta Czekoladniczka nieznośna, z którą się rozminąć nie można.
Jest to sobie ładna Stubemädchen, po naszemu subretka, w stroju XVIII wieku, niosąca dla kogoś filiżankę czekolady, wykonana sucho, zimno, jasno, z natury i bez źdźbła poezyi. Za co ją sobie ci ludzie tak upodobali? dla trochę zadartego noska? białych rączek, które tu są tak rzadkie, uśmiechu głupkowatego i zaciśniętych ustek? dla wyblakłego pastelowego tonu obrazu? Nie wiem doprawdy, ale Czekoladniczkę znajdziecie w każdym sklepie, w każdem oknie, na cukierkach (mniejsza o to), na serwetkach tkaną, na kanwie szytą, po tysiąc razy powtórzoną na porcelanie (co dla niej najwłaściwsze) odtwarzaną akwarelą, guaszem, olejno, na szkle, w odlewach... aż do ostatecznego uprzykrzenia, znudzenia, dokuki. Kto jej pierwszy zrobił tę sławę arcydzieła, trudno wyszukać winowajcę, to pewna że we wszystkich przewodnikach, opisach, wyliczeniach znajduje się Czekoladniczkę obok Rafaela, Holbejna, Murilla i Tycyana...
Skutkiem wreszcie jakiegoś zapatrzenia się na tę nieszczęśliwą Czekoladniczkę, zdaje ci się w końcu, że tysiąc jej exemplarzy i karykatur żywych chodzi po ulicach. Typ ten nieustannie drezdeńskim mieszkańcom przytomny wpłynął na wyrobienie się pewnej kobiecej fizyognomii powszedniej, która przypomina Czekoladniczkę. Co chwila narzuca ci się a[2] twarzyczka porcelanowa, biała, rumiana, świeża, spowszedniała, ni piękna, ni brzydka, bez wyrazu, z zalotnym uśmieszkiem chłodnym na usteczkach różowych wystereotypowanym. Wszystkie Stubemädchen starają się być do tego ideału swego podobne, jest to typ drezdeński, saski... Liotard stworzył całą generacyę, cały naród tych czekoladniczek. Począwszy od ludowych twarzy aż do arystokratycznych, pełno tej nieznośnej pospolitej urody, przez którą żadna myśl nie przegląda.
Oblicze to spokojne jak woda przeźroczysta, a na dnie jego niegłębokiem widzisz piasek biały i kamyków mozaikę...
Dla określenia stosunku ideału do rzeczywistości dosyć jest postawić przy dwóch Madonach czekoladniczkę Liotarda.
Co za charakterystyczne rozmiłowanie w tym typie najwyższej pospolitości, najgrubszego realizmu.
Natura niemiecka zdradziła się w tem rozkochaniu zdrowego mięsa i spokojnie, normalnie płynącej krwi, której żadna burza myśli i uczuć zamącić nie jest w stanie.




Szczęściem wszyscy uczeni zgadzają się na to, że pomiędzy człowiekiem, ziemią, krajem a zatrudnieniami jego zwykłemi i fizyognomią z nich wynikającą nierozerwany jest związek, stosunek, który się we wszystkiem odbijać musi. Inaczej pojąć by trudno dla czego w tej szczęśliwej Saxonii, żywi ludzie a szczególniej żywe kobiety tak są podobne do porcelanowych lalek. Ze starych portretów widać jednak że nie zawsze tak bywało.
Fabryka porcelany oddziałała na ludzi i o ile życia z ludzi weszło do porcelany tyle martwości z porcelany przelało się w ludzi. Najlepiej się to daje widzieć na kobietach, koloryt porcelany, wyrazu tyle ile na niej, tyleż duszy i fizyognomii. Idąc ulicą mijasz nieustannie owe czekoladniczki z najpiękniejszej massy porcelanowej wyrobione, ale niby to żywe; przybrały nawet ową manierę figurynek na półkach trochę wymuszoną a po trosze naiwną. A wszystko to tak do siebie podobne jakby z formy jednej wyszło... rzekłbyś rodzone siostry, ręką Misznieńskiego mistrza wymodelowane.
Ten porcelanowy spokój błogi, jest charakterem piękniejszej połowy drezdeńskiej ludności.
Chceszli dopełnić badania nad plemieniem, które tyle wydało zdobywców — choćbyś się miał do reszty rozczarować, spojrzyj kiedy poszedłszy do Linksch’e Bad, do Waldschlöschen, do Grosser Garten... lub gdzie więcej zbiera się ludzi... z twarzy na ręce...
Twarz często będzie świeżutka, śliczniutka, rysy delikatne... ręce robotnika, z przeproszeniem łapy to jeszcze nie ręce, do tego zafarbowane wczorajszą pracą, brudne, pospolite, zaniedbane, prozaiczne... aż strach... Między twarzą tą a ręką nie ma najmniejszego związku, rzekłbyś że na śmiech i na urągowisko z sobą się tak sprzęgły... Głowa już nieco wyrosła po za rzeczywistość, ręka jeszcze spoczywa w mydlinach i krochmalu.
Ale cześć tej brzydkiej, grubej, dużej zapracowanej ręce kobiecej... ona to czyni tę twarz tak spokojną, tak łagodną i poczciwie uśmiechniętą błogo do świata... Można podziwiać jej formę i barwę i zaniedbanie, ale potrzeba przed nią czołem uderzyć — jest to ręka poczciwa... ta dłoń wyraża życie spędzone w znoju i trudzie, zamknięte w domu, nie sięgające po za ogródek zielony w którym bije dla oczów uciechy maleńki wodotrysk... i za drzwi żelazne oddzielające od świata... ta dłoń to cała historya tego ludu o pięknych twarzach i brzydkich łapach...
Gdy te ręce zmaleją, wybieleją, okryją się rękawiczką od Jouvina, obleją wonnościami, naówczas troska wkradnie się do serc, zmarszczki się pokażą na tych twarzach, niepokój zapuka do drzwi domu... Ta ręka, to świadectwo poczciwości. Zacna to ręka... ale jakże okrutnie brzydka!.. o miły mój Boże!..
Już w tych ładnych główkach czekoladniczek latają może sny złote, już się przemykają obłoczki różowe, jutro może przejdą one do piersi, do serca, które bić zacznie gorączkowo i do rąk które namiętność wybieli, wypiękni... aż nareszcie i całą postać i nóżkę, która dziś tak śmiało stąpa po ziemi stopą olbrzymią i pewną, wykształcą i zamkną w trzewiczek nadobny... Nóżka zmaleje ale lica zbledną i chodzić nie będzie czem, a latać nie będzie się umiało... Są narody, które już do tej doskonałości doszły. Jeżeli chcecie poznać stopień moralności ludu, kultury jak mówią Niemcy, cywilizacyi i idealizmu zawartego w jego naturze, popatrzcie na ręce... Piękne rączki są niebezpieczne, a po nad niemi bije zawsze prawie tęskne serce... które szuka, czego ziemia dać nie może. Cześć brzydkim rękom Saxonek.




W półtora roku po napisaniu tej rozprawy o rękach, wielce, przyznaję dziś nie pełnej, postrzegam żem się bodaj nie omylił.
Ale jak się tu wytłumaczyć? rzecz niezmiernie trudna... Te ręce pracowite nie zawodnie, świadczące o pokoju serca, nic nie dowodzą wszakże, gdy je za oznakę obyczaju skromnego wziąść zechcemy... Niestety nie ma tu marzeń, namiętności, szałów, ale obojętność i chłód czynią nawet surową cnotę... obojętną...
Tak mówią...





Nie trzeba się tak bardzo dziwić oszczędności Sasów, którym dwór ich daje nieustannie żywy jej i nauczający przykład.
Być może, iż lista cywilna króla nie jest zbyt wysoką, że obowiązki jego znaczne są i ciężkie, że wreszcie zrujnowała się dynastya na tę nieszczęśliwą Polskę na którą tak narzeka, ale też nie ma może panujących, którzyby piękniejszy poddanym dawali przykład prostoty obyczajów i troskliwego rachunku na jutro.

Dwór nie bawi się w żadną wystawę i uroczystości, nie ma świetnych ekwipażów, ani zbyt bogatych liberyj, każdy prywatny człowiek zamożny mógłby z nim walczyć o lepszą, a wielu znałem półpanków co daleko krzykliwej szumieli... Niektóre zaprzęgi królewskie są istotnie przedpotopowe, inne zdają się być z czasów Augusta II a te jeszcze są w cale pokaźne. Liberya paradna w migdałowych frakach ze srebrnemi galonami, ogromnemi staremi chabetami królewskiemi tak dobrze czasem wywozi, z pozwoleniem gnoje i śmiecia, jak gdyby nic lepszego do czynienia nie miała. Mówią tu nawet, że ze stajen królewskich wozy do niektórych tego rodzaju posług bywają wynajmowane.
Ma to swą dobrą stronę i doskonale jest zastosowane do charakteru kraju całego. Tu nikt, nawet król Jegomość, wcale się nie wstydzi zarobkowania, nie sroma się ścisłej oszczędności. Nic tu dla oka, nic dla pychy się nie robi, ale troskliwie obmyśla przyszłość. Dodajmy i to, że nie będąc już z Bożej łaski, ale panującym z woli narodu, prostym nowożytnym konstytucyjnym monarchą, król jest tylko pierwszym, najwyższym urzędnikiem i stróżem prawa, a nie ma też już i obowiązku przedstawiania mistycznego pierwiastku posłannika Bożego. Z resztą każdy teraz musi myśleć o sobie, o jutrze, o nieprzewidzianych wypadkach, chociaż te jak najmniej są możliwe w poczciwej, spokojnej Saxonii. Wprawdzie między królem a narodem stoi różnica wiary i o to podobno ma lud żal do Polski, że z przyczyny korony utraconej królowie odstali od jego wyznania, ale z obu stron tolerancya jest wielka rzekłbym prawie że ten stosunek dwóch wyznań dla katolicyzmu, równie jak dla protestantyzmu, jest zbawiennym. Ani protestantyzm nie jest tu napastliwym, ani katolicyzm może być nietolerującym, sam będąc ledwie tolerowany. Zawsze to dobrze, widzieć tak przykładną zgodę.
W Budziszynie (Bautzen) od XVI w. rozdzielony na dwoje kościół mieści w sobie razem katolicką świątynię i protestancką, krata je tylko od siebie odłącza.
Rodzinę królewską widzieć łatwo, szczególniej w kościele, często też w teatrze, na przechadzkach... W czasie wielkich uroczystości kościelnych idzie ona z procesyą zaraz przy duchownych, z całą dworską paradą. Ale na ówczas potrzeba się wcześnie dostać do kościoła, bo dla uniknienia ścisku i dodania obchodowi powagi, zapełnia się on żołnierzami pod bronią, a gdy nabożeństwo się rozpocznie nikogo już, prócz kobiet, nie puszczają. Obrządki katolickie wszystkie się odbywają wewnątrz obszernego gmachu kościelnego, który jest właściwie tylko kaplicą zamkową.
Piękna muzyka im towarzyszy.
Król Jan urodzony w pierwszym roku wieku XIX liczy dziś lat tyle co on, jest to piękny starzec ze spokojnem, łagodnem obliczem, nieco przypominającem Danta, którego pod imieniem Philaletesa wybornie przełożył.
Ta praca sumienna już dosyć maluje człowieka kochającego poezyę, nauki, sztukę, zamiłowanego w cichém życiu domowem. Sasi i króla i rodzinę kochają gorąco, tak nawet, jakby się po nich nie można spodziewać. Król ma dwóch synów, obu żonatych, następca jest dotąd bezdzietny. Xiążę Jerzy miał tylko córki, ciężyło więc przeczucie jakby wygaśnięcia tej linii a przejścia spadku na drugą... W tym roku żona xięcia Jerzego wydała na świat syna. Cóż to za szalona była radość... Zaledwie huk dział oznajmił o tem miastu, okna oświecono, co żyło wyruszyło na ulice... a w następną niedzielę Drezno płonęło całe lampami aż do najuboższej chatki, saskie chorągwie białe z zielonem powiewały na wszystkich domach. Nie było w tem nic urzędowego, przymuszonego, ale prawdziwa, serdeczna, niezmyślona radość. Gdy wieczorem król objeżdżał Drezno wierne, tłumy otaczały powóz, okrzyki głuszyły huk dział... ludzie płakali z radości i staruszek miał łzy na oczach...
Był to widok istotnie rozrzewniający i nie naszych czasów.
W wielkim ogrodzie, jednym z najpiękniejszych w Europie (Grosser Garten) można pięknego wieczora wiosennego spotkać mężczyznę ubranego czarno, poważnej twarzy zamyślonej, przechadzającego się samotnie lub z jednym towarzyszem. Ten staruszek, któremu kłaniają się wszyscy i który mile się wszystkim odkłania, to król Jan, używający przechadzki jak inni prości śmiertelnicy, pieszo, bez eskorty, bez straży, bez policyjnych ostrożności...
Wiele tam trosk na tem czole, które chrześciańska rezygnacya wypogodzić umiała...




Drezno nie będąc nieprzyjaznem postępowi zachowuje wszakże wiele prastarych obyczajów i cywilizuje się pomalutku: nie przeodziewa zbyt szybko, nie zrzuca ani szaty zewnętrznej ani ducha... nie spieszy się w pochodzie naprzód... Nie opiera się ono postępowi ogólnemu, ale doń nie popycha, z natury swej kraj to flegmatyczny i ostrożny, a co w obyczaj weszło, szanuje. Nad wszystko cisza i spokój są mu lube...

O godzinie dziesiątej na odgłos trąbki nocnego stróża zamykają się wszystkie kamienice, a w ulicach nie ujrzysz chyba maluczko lokatorów opóźnionych z kluczami w kieszeni. Lubię to, że tu nie ma odźwiernych i że każdy sobie sam usługuje, ale też tyranii paryzkiego portyera nie podlega. Jeżeli klucza zapomniał, próżnoby dzwonił, nikt mu nie otworzy, a jeśli się uprze hałasować, wymówią mu mieszkanie i z okien połają... Przepisy policyjne zabraniają wszelkiego hałasu, grać nawet po jedynastej nie wolno, ani zbyt późno tańcować; najmniejszy zgiełk uliczny wywołuje skargi miłujących ciszę mieszkańców. Od niejakiego czasu zaprowadzono tu wyprzedaż cząstkową węgla, na wozach obwożonego po ulicach i przed nimi idzie posługacz z dzwonkiem, bo okrzykiwać żadnego towaru nie wolno. Ten dzwonek jakkolwiek niegłośniejszy nad nasze zwołujący na prymaryą, nie podobał się Sasom. Kilkakrotnie protestowano przeciw niemu... narusza im spokój święty! Lud to łagodny a pracowity, ceniący ten wielki żywioł spokoju, na którego tle tylko praca się rozwijać może. Z tego zamiłowania wypływa potroszę i trzymanie się starych obyczajów, bo któż tam wie co nowe z sobą przynieść mogą. Stare, do których się nawykło, już przez to samo że się obyły, nie przeszkadzają, nie draźnią.
Przed laty dwudziestu zwiedzający Drezno pamiętają żółte, kanarkowe fraki z szafirowemi wyłogami, starym krojem, w które się stroją z pokolenia w pokolenie ludzie noszący lektyki (drążnicy), pamiętają i lektyki takuteńkie a raczej też same, które jeszcze na Canalettego obrazach widzimy. Dziś można i te fraki wyszarzane i te pudełka do przenoszenia ludzi widzieć około zaniku w dawnej ich sadybie i na starym rynku: w dwóch czy trzech uprzywilejowanych miejscach stolicy... kiedy niekiedy nawet przesuwa się owa lektyka przez ulicę powoli, kryjąc w głębi schorzałego starca kalekę lub sparaliżowaną staruszkę.
Jeden z moich znajomych jazdę tę oryginalną nazywał jazdą na Sasach, utrzymując, że to wyrażenie sięga jeszcze epoki Augustowskiej... Lektyki, które tu tak długo przetrwały, nie bez powodu się ukazują. Drezno zamieszkałe jest przez mnóstwo chorych, przybywających tu dla wypoczynku, dawniej do Hedeniusa, teraz do sławnego Waltera, i żeby odetchnąć w ciszy i zieleni tego miasta dzieci, starców, niedołęgów i kalek...
Lektyki więc są potrzebne dla nich, jeźli krzesło na kółkach nie starczy, a potem to stary obyczaj. Ludzie w żółtych frakach przywykli już tam stać od wieków. Zagadką jest dla mnie, jak się ta instytucya utrzymać może przy tak małem z niej pożytkowaniu publiczności, bo ci kanarkowi stoją po całych dniach z założonemi rękami, z fajeczkami w zębach, przypatrując się ciekawie firmamentowi, o ile go z za murów dostrzedz podobna. Tej tajemnicy wszakże nie odgadłem, chociaż niektórzy z nich widocznie mają oprócz tego inne zajęcie i strużą jakieś kołki, zdaje się dla koszykarzy... To pewna że mimo obojętności publicznej lektyki i ci co je noszą, oczekują na amatorów do dziś dnia, a ktoby się chciał przejechać na Sasach jak mówi p. Alexander Weryha, może sobie tej przyjemności dozwolić za niewielkie pieniądze.





Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Nolite extinguere spiritum! (łac.) — fragment Wulgaty z Pierwszego listu do Tesaloniczan 5, 19; w przekładzie: Nie gaście ducha!
  2. Przypis własny Wikiźródeł Najprawdopodobniej winno być ta.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.