Wieczory drezdeńskie/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Wieczory drezdeńskie
Data wydania 1866
Wydawnictwo Xięgarnia Zelmana Igla
Drukarz Drukarnia Zakładu Narodowego im. Ossolińskich
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
I.

„I rzucisz wszystko coś kochał najwięcéj, i doświadczysz jak bez smaku jest chleb cudzy, jak ciężko wchodzić i schodzić po nie swoich wschodach —“...
Przeczuł Dante.. i doświadczył wszystkie wygnania boleści, ale on pocieszał się jeszcze, że rumieńcem wstydu okryć się miały czoła tych, którzy biednego wędrowca szyderstwy witali, urąganiem ścigali, upokorzeniem kamienowali — nam, niestety, brak i téj nadziei.. wstydzić się nikt nie myśli, pysznią wszyscy. Z każdym dniem na twarzach zobojętniałych ludzi wybitniej maluje się to uczucie nielitości, które nas ściga; potrzeba zamknąć się wśród ścian czterech z samym sobą, z myślą tylko i z tęsknotą, w pracy i spokoju ducha szukając ulgi na cierpienie.
O ciężkoż nam tu, ciężko w tych Drażdanach nadłabiańskich (tak je każą nazywać Wendowie) prześladowanym przez klimat jakiś niegościnny, ludzi gorzéj niż zimnych i uśmiéchy naigrawające się tych, których opiece (styl urzędowy) rząd saski powierzył cudzoziemców. A choć tu z niedaleka od swojego kraju zawieje wiatr jaki i ten chłód przynosi, i ten tęsknotę mnoży i on zdaje się szydzić z rozbitków.
Prawdziwi wygnańcy i rozproszeńcy żyć musiemy osamotnieni i między sobą dzieli nas różność przekonań, położeń, przesądów, tysiące obaw i ostrożności, a do cudzoziemców zbliżyć się niepodobna, takiem od nich zimnem wieje.. Boją się byśmy im nie wydychali powietrza, nie odjedli chleba, nie wypili wody, nie zażądali pracy, nie przypytali się do braterstwa.
Czasy ciężkie! Jeżeli przynosimy z sobą grosz, uśmiech nas wita, jeżeli go nam choćby na chwilę tylko zabraknie, Saxonja trwożliwa o swoje dzieci, wypycha próżne kieszenie do Zgorzelic, Hofu i Bodenbach.... na cztery wiatry, byle golizna zgorszenia nie dawała poczciwym poddanym króla J. Mości.
Nic też gospodarniejszego nad tę poczciwą, spokojną Saxonję, która jest tak gemüthlich! ach! ale tak gemüthlich!
Szyderstwo....
Ludzie żyją tu w jakimś stosunku nieokreślonym nie zawadzając sobie, to prawda, nie kłócąc się z sobą, ale obawiając się nawet idei wzajemnéj pomocy, a przerażając samém przypuszczeniem ofiary...
Trudno od nich wymagać aby byli lepszymi dla nas, niż są dla własnéj braci; nauczyć się potrzeba tego żywota, którego najdoskonalszym wyrazem jest niemieckie zaproszenie na obiad... Po takim proszonym obiedzie, każdy za siebie płaci..
Tak jest i w innych życia stosunkach, grzecznie dosyć, gemüthlich, ostrożnie bardzo, ze ścisłym przytém rachunkiem. A że cudzoziemiec jest tu widocznie po to, ażeby płacił, korzysta się więc z niego o ile możności, często bezdusznie i z cierpkością bolesną. Tak jest może nie w Saxonji jednej — u nas tylko inaczéj bywało — w Polsce cudzoziemiec znajdował cały kraj na usługi; nadskakiwania, ofiary, ułatwienia, pomoce; osiadał w niej, zbogacał się, a odchodząc oplwał w nagrodę.
Nieulega wątpliwości żeśmy w tym względzie lepszymi i nieopatrzniejszymi byli od innych, a doznaliśmy niewdzięczności: tak zwykle dzieje się w życiu.
Kiedy Ludwik XVIII., i emigracja szlachecka Francyi szukali przytułku w naszym kraju, odstępowano im pałace, dawano pierwsze miejsca u stołu, obdarzano hojnie, wprowadzano z zaufaniem do rodziny, a nie jeden Markiz istotnie się do niej, nadużywszy go, przyczepił po cichu. Na te przyjęcia porujnowali się niektórzy, a z powrotem nad Sekwanę mili gościowie wyśmiewali się potém z naszego barbarzyństwa....
Tak samo jeszcze dziś przyjmujemy każdego Niemca, który raczy u nas szukać przytułku i dajemy ziemię, budujemy chaty, kłaniamy się cywilizatorom, a ci później zatknąwszy swą chorągiew na wykarczowaném polu wydziedziczają nas z własnego gniazda.
Może nas teraz smutne wędrówki nauczą, że drzwi zamykać potrzeba, a niekoniecznie tak cudzoziemców przygarniać. Patrzmy jak gdzieindziej pilno odpędzają wychodźców. Anglja ich odstręcza pod pozorem przeludnienia, Francja się krzywi po cichu wymawiając polityką, Włochy młode boją się skompromitować, Niemcy nareszcie lękają się o chléb powszedni.. Jedna Szwajcarya wierna zasadom choć wzdycha nad swém ubóstwem ale przyjmuje czując się do tego obowiązaną.
Jeśli Bóg da kiedy gospodarzyć u siebie, należy o wszystkiem cośmy spotykali na rozdrożach wygnania pamiętać.. nie żeby się mścić! — to uczucie nic potém; ale żeby rozum mieć także.. Nie zapraszajmy cudzoziemców tak ochoczo, nie kłaniajmy się im u siebie tak nizko, nie ściskajmy ich tak serdecznie, a zaszanujmy kieszenie...
Byliśmy w istocie tak bardzo poczciwi, że ta dobroduszność nasza zakrawała na głupotę. Mówią, że Polak mądry po szkodzie — niewierzę.. Nie, nie, nawet ciężka bieda serdeczności nas nie oduczy..
Smutno to w wieku prozy.. ale z pewną dumą wzdychamy nad tą naszą wadą. Mądry po szkodzie... ale ba!
A przecież w tych Drażdanach możnaby wiele skorzystać, zacząwszy od przedsieni policyjnych, w których rekollekcje najmniej raz w miesiąc odbywać skazani jesteśmy, aż do kościoła, w którym nas musztrują i cicho a przyzwoicie znajdować się wprawiają, aż do mostku na Łabie, przez który w ordynku iść potrzeba stroną prawą... aż do... ale któż awanije i przepisy nowego wychowania dawanego nam tu (nie bezpłatnie) wyliczy.
Płacimy bo za tę naukę nietylko groszem, ale upokorzeniami, zgryzotą, uciskiem i niewysłowioném boleści uczuciem. Poskarżyć się niema komu! Przed sobą nawet nie powiemy tego, bo się i z sobą niewidujemy.. a obcy śmieli by się tak samo z naszych gorzkich żalów, jak się z innych naszych obyczajów naśmiewają.
Nieprawdaż, że nic smutniejszego na świecie nad to ciche dogorywające Drezno? Ludność jedném zajęta, zbieraniem grosza, oszczędzaniem grosza, wyzyskiwaniem grosza, marzeniem o groszu, ubóstwieniem wszechmogącego talara... Niema ubogich, niema bardzo bogatych, jest aurea mediocritas, ale.. w sercach i umysłach także ona panuje. Ze strachu, aby polot duszy i serca, aby żwawsza myśl na stratę talara nie naraziła; dusza, myśl, serce trzymają się w ordynku stąpając porządnie drogą żywota.. noga za nogą.. do mogiły. Po nieboszczyku sukcesja jest najlepszą jego pochwałą, dowodzi, że umiał być praktycznym.
O weselach mało tu słychać, czasem tylko państwo młodzi zwiastują w Anzeigerze, że się już pobrali, — o chrzcinach też nie głośno, Anzeiger je wzmiankuje za groszy dziesięć.. ale pogrzeby acz ciche bywają wspaniałe.. nieboszczyk każdy zostawia na to fundusz. Nie szczędzą mu też palm, zwycięskich wieńców, koron i kotwic z kwiatów.. płaci za wszystko sukcesja...
Przywiązanie do grosza jest tu tak naiwne, dobroduszne, tak bezwstydnie dziecinne, że prawdziwie w końcu rozczula. Pan Bóg im niezawodnie przebaczy, bo nie wiedzą co czynią, płynie im to we krwi, wyssali poszanowanie silbergrosza z mlekiem.... Mylę się, chyba z krowiem, bo w ogóle macierzystego nie kosztują..

U nas obyczaj cale przeciwny, nawet skąpiec udaje wspaniałego, tu rozrzutny (rara avis) musi dla świata grać rolę sknery, familja wzięłaby go nieochybnie w kuratelę, gdyby sobie nadto pozwalał, mieliby go za obłąkanego.

Tak jest w téj ubogiej, i uszczuplonej Saxonyi, tak samo po troszę w całych Niemczech jeśli nie po całym świecie, prócz u nas. Przedewszystkiem pieniądz — reszta to tylko sos i przyprawa do tego mięsa. My, dla których grosz był zawsze cura posterior, naturalnie w pośród bałwochwalców znajdujemy się jak na innym i nowym świecie.
Położyłem na czele to utrapienie pierwsze, to też ono przeważnie na cały organizm życia wpływa i wyrabia stosunki dla nas nieznane i nowe, które najmocniej nam ciężą. Z niego strumykami pomniejszemi idą inne boleści naszego wygnania wśród obojętnych. Wszystko aż do najlżejszéj współczucia oznaki kupować potrzeba. Służy ci tu baronowstwo, hrabiowstwo, szlachectwo wielce poważane, ale dla tego, że ono przedstawia owe położenie towarzyskie, które każe się domyślać majątku. Umysłowe wykształcenie, talenta, sposobność do jakiegoś przedsiebierstwa i pracy.. nie pociągają, odstręczają owszem i budzą jakąś nieufność. A nuż ty zażądasz miejsca dla pracy? A nuż zamiast dać im talara przywiezionego z Polski, zapragniesz go tu zarobić!!

To już zbrodnia! Ten talar należy krajowcowi, zapracowując go odbierasz mu, kradniesz.. jesteś niemal uważanym za złodzieja.. Naówczas donoszą o tobie, że jesteś człowiekiem bardzo niebezpiecznym dla pokoju Europy, i jednego białego (raczéj szarego) poranka, odbierasz drukowane pod pieczęcią zawezwanie do dyrektorjum policyi, abyś się w niém stawił osobiście. Idziesz tam, czekasz w przedpokoju, aż urzędnik zielony lub zielonkowaty przychodzi ci oznajmić, że masz we dwadzieścia cztéry godziny opuścić gościnną ziemię Sasów.

Zdumiony ośmielasz się pytać o przyczynę.. naówczas zielony urzędnik obrażony zuchwalstwem twém, spogląda na cię z góry i zabija cię aforyzmem — że policja niema żadnego obowiązku tłumaczenia się ze swych wyroków.. jest to rodzaj trybunału tajemniczego, który wyrzeka... ale się nie zniża do motywowania swych dekretów.

Musisz więc zwinąć manatki (jeżeli ci pozostały) i pod przyjacielskim nadzorem przebranego do niepoznania w suknie cywilne i nieposzlakowany cylinder policjanta, wsiadasz do wagonu.. szczęśliwy jeśli jeszcze anioł stróż niewidzialny nie towarzyszy ci do granicy.

Za to cudzoziemiec, który ma sakwę nabitą, najmuje wspaniały apartament.. a jeśli broń Boże jeszcze trzyma konie i urządzi się po pańsku, wziąwszy sobie lokaja i strzelca.. może być pewien, że nawet do jego przedpokoju nie zajrzy natrętna twarz urzędnika policyi, któremu powierzona jest troskliwa piecza nad przybyszami. Czuwają nad nim, kłaniają mu się, pieszczą go z obawy, aby talarów nie wywiózł gdzieindziej. Są to prawidła niezmienne obejścia się z wędrowcami, których nieszczęśliwa gwiazda zagnała nad brzegi Elby.

Wszędzie indziej może cudzoziemiec choć cokolwiek przybliżyć się do autochtonów, tu stosunki z niemi nader są trudne, wyjąwszy klassę służebną, która na wszelaki sposób służyć mu jest gotowa.. byle płacił.

Dwór można rzec, jest niedostępny nawet dla najdostojniejszych, rzadko kto się prezentuje, rodzina cała panująca żyje odosobniona, cicho, skromnie, a maluczka garstka arystokracyi w tém ją naśladuje. W całém Dreznie ledwie kilka jest powozów prywatnych oprócz dworskich.. z tych niektóre jeszcze na stojących resorach.. Dosyć wytwornymi ekwipażami, które stoją do najęcia — niestety! my jeździm najwięcéj, my za wszystko płaciemy najdrożéj, my wykupujemy zbytkowne towary, dla nas sprowadzają łakocie, do nas się wdzięczą sklepy, nam się kłaniają i uśmiechają najświeższe lub najbardziej wyświeżone twarzyczki. Wśród takiego społeczeństwa zimno grzecznego, przywabiającego tylko dla zysku, życie być musi niesłychanie smutne. — Ta komunja ducha i serc, której człowiek tak potrzebuje aby odmłodniał i nabrał siły — tu jest rzeczywiście niepodobieństwem; niemasz z kim myśli zamienić, dla kogo piersi otworzyć, schniesz bez tej rosy ożywczej, a dusi cię nadmiar własnego uczucia, którego wylać niema przed kim.
Nad kuflem piwa siedzą wszyscy milczący.. panie popijając Lager Bier robią pończoszkę, panowie palą cygara i myślą o talarze... W rozmowach wyrazy Neugroschen — Silbergroschen.. Thaler.. nieustannie o uszy się obijają.

Wszyscy zdają się obawiać aby kto ich kieszeni nie napastował... tam rdzeń ich życia.

Trwoga ta maluje się na wszystkich twarzach, tchnie z każdego słowa, tryska w wejrzeniu, zdradza się w obejściu.

U nas ubogie człecze ostatni da grosz często żeby duszę z duszą spokrewnić, tu zdaje się duszę by każdy oddał, by mu tylko świętego grosza jego nie ruszono... I nie może być inaczéj, każdy bowiem czuje, że gdyby, uchowaj Boże, stracił niezależność, którą ten grosz przedstawia, nie dałby sobie rady, wszyscyby od niego uciekali jak od zapowietrzonego, nawet najbliżsi krewni, nikt by mu niedopomógł i stałby się parją najnieszczęśliwszym.
Cecha to już niechrześciańskiego społeczeństwa, bo w Ewangelyi od chrztu począwszy do sakramentu ołtarza, do obowiązków braci za jakich się wszyscy uważać powinni, wszystko tchnie spojeniem w całość jak najściślejszą człowieka. W pierwszych wiekach chrześciaństwa prawo to objaśniało się jeszcze wyraźniej. Wszędzie gdzie religja wystyga i staje się czczą formą, gdzie duch Boży wiać przestaje, społeczeństwo musi przyjść do tego rozdrobnienia, rozproszenia i stanu nieufności obronnej, oczekującej tylko jakby zaczepki i gotowéj ją odeprzéć. Nieznacznie się idzie do tego, ale w końcu wystygłe towarzystwo, wiąże się tylko jakiemiś węzłami przyzwoitości i potrzeb wzajemnych, schodząc bezwiednie prawie na teoryą egoizmu XVIII wieku.

Jak skoro ofiara wydaje się głupstwem, poświęcenie szaleństwem, zaparcie siebie niedorzecznością, musi człowiek stracić cechy chrześcianina i przyodziać szatę pogańską. Zostają kościoły, xiążki do nabożeństwa, kapłani przez rząd pensionowani, obrzędy, które stanowią przyzwoitą dystrakcją — ale religyi już niema choćbyśmy się zgodzili na jak największą tolerancją w rzeczy dogmatu, niepodobna nie zapłakać nad utraconą cnotą.

Bo czemże jest ta pozostałość wiary, która się bez czynów utrzyma, czém ta obłudna uczciwość praktycznych ludzi..? Jakąś negacją, czemś ujemném zależącém na nieczynieniu drugim co nam niemiło. W takiej to cnocie ujemnéj, chłodnéj, nijakiéj przychodzi nam tu żyć, a dobrze jeszcze jeżeli się ona znajdzie.

Nic to jeszcze gdy człowiek zdrowy, młody, silny wpada w takie społeczeństwo; — ale chory, zraniony, obolały, potrzebujący pociechy i spółczucia! Zewsząd ranią go ostre kanty tego obyczaju samolubnego.. i gorzkim, gorzkim wydaje mu się ten chleb Danta, ciężkimi te wschody... do kancellaryi dyrektorjum policyi, które upokorzony razem z włóczęgami (gdybyż tylko!) przechodzić musi..

Spytajcie jakiemi go tam pogardliwemi przyjmą potém oczyma, jak szyderską mową, jakim uśmiechem obrachowanym na ukąszenie.

Dodajcie w koło milczenie opasujące wszędzie, twarze obce, mowę nie swoją, oczy śledzące uprzykrzenie piętno obczyzny, które nosi na obliczu.. dodajcie niepewność jutra... wszystko, wszystko.. i mięso wygotowane pływające w niedogotowanym sosie i piwo Gambrinusa miasto wina i słotne niebo i piec cuchnący węglem a nie grzejący wcale, i wiejące okna i wrzawliwe wichry na moście, i wiele a wiele jeszcze.. Dziwnaż potém gdy u stolika zasiadłszy wieczorem czarnemi pasmami powloką się myśli i zapragnie się na cmentarzu choćby kątka obok wielu co już tam odpoczywają, opłaciwszy dobry najem za to ostatnie pomieszkanie.
To pewna, że cmentarz nasz katolicki w Dreznie, jest jedném z najweselszych miejsc miasta.. kwiatów w nim pełno, cicho, napisy mówią znanym językiem a komissarz policyi nieprzychodzi tu co mieniąc uśmiechać ci się groźbą i kazać kłaniać z pokorą prosząc o pozwolenie oddychania nadelbiańskiem powietrzem.

Nie słyszeliśmy przynajmniej dotąd o nikim, kogoby wypędzono z cmentarza dla niedostatku legitymacyi lub politycznych podejrzeń. Oddawszy ducha każdy już jest doskonale wylegitymowanym, przestaje być niebezpiecznym, a ten kąteczek ziemi, który mu dają, wcale się dobrze opłaca. Nie można téj roli cmentarnéj nazwać nieprodukcyjną.

Dziwię się tylko jednej rzeczy, że nadzorca cmentarza, wesoły ów, rumiany jegomość w czarnej czapeczce nie probuje na grobach zasiewać kartofli... niezawodnie by się udały... Licząc tylko po pół korca na świeżego, zdrowego nieboszczyka średniej tuszy... coby to było pieniędzy... a jak smaczne kartofle! I nikt by mu tego pewnie w Dreznie za złe nie poczytał, obliczywszy, ileby za to wziąć można talarów.

Mamy nadzieję, że z dobrze zrozumianym postępem pierwiastki cielesne zawarte w królu stworzenia, (który często wygląda na najlichszego sługę), zużytkowane zostaną. Trochę tylko poczekajmy.

Darujecie mi może ten sarkazm... W istocie cmentarze wszystkie w Dreznie ślicznie wyglądają, dobrze są utrzymywane, a rodziny zmarłych nieustannie noszą na groby wieńce, kwiaty, wazoniki... Spotykam codzień te poczciwe żałobne pochody. Często dziatki maleńkie dźwigają ojcom i matkom rozkwitłéj trochę zieleni; a na cmentarzach u nich tak jakoś wesoło, jak gdyby w istocie w inny świat wierzyli!
Nie pojmuję, nie rozumiem téj ich logiki, boć jedno z dwojga, albo się wierzy w niebo albo w talara... a w oboje razem nie podobna...
Prawda, że w Chinach cześć dla zmarłych jest wielka, a o chińskiém niebie głucho...

31 Sierpnia 1864.
6 Października 1865.



Józef Ignacy Kraszewski-Wieczory drezdeńskie oram.png




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.