W puszczy (Ejsmond)/Kara

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Julian Ejsmond
Tytuł Kara
Pochodzenie W puszczy
Data wydania 1928
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz J. Rajski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron



KARA


I.

Były ostatnie dni panowania zimy. Biała ziemia stała jeszcze w całem czarodziejstwie jej kolorów, które stroją śnieg błękitem, fioletem, purpurą i złotem. Ale już w barwach tych było jakieś miękkie przeczucie barw kwietnych, jakaś łagodność i słodycz prawie wiosenna.
A choć surowy mróz nie ustąpił jeszcze, w powietrzu czasami przeciągały już cieplejsze tchnienia, i słońce uśmiechało się chwilami jakoś serdeczniej. Wówczas na leśnem uroczysku czuć było bliskość nadchodzącej pory wiosennej.
Ale w puszczy nie było jeszcze wiosny, ani nie było jej towarzyszki — miłości.
Aż przebąkiwać o niej poczęły najpierw puszyste sowy w dziuplach zacisznych i rozkochane dzięcioły, ukryte w wypróchniałem starodrzewiu.
Miłość ogarnęła wówczas swoim płomieniem serca czarnopiórych kruków, mądrych ptaków o gorącej krwi, której nawet zimowe chłody ostudzić nie mogą. I zaczęły się krucze zaloty.
Skoro złoty dzień rozjaśniał blade świty zimowe, Czarnopióry wzywał krakaniem namiętnem Czarnopiórą na miłosne gody. Wzywał ją do harców i pląsów powietrznych, podczas których oba kruki, kracząc, zataczały w błękitach olbrzymie kręgi, kąpały się w złocistej toni mroźnego poranku, pławiły się w niebieskich wysokościach. I syciły żar krwi w pieszczotach nieziemskich, bo ziemi nie tykających, w uniesieniach prawdziwie niebiańskich, bo niebo było jedynym świadkiem ich rozkoszy...

*

W czarnym borze, na szumnej, stuletniej sośnie odnowiły sobie dawne gniazdo. Drzewo było niedostępne i podniebne, od wieków burzom i ludziom urągające. Gniazdo zaś stanowiło istny skarbiec rodowy. W schowku z włosia, pierza i gliny kruki gromadziły od pierwszych dni jego budowy bezcenne klejnoty. Były tam gwoździe świecące i kolorowe paciorki, barwne kamyki, lśniące guziki, monety, złoty pierścień z różowym brylantem i chluba kruczego gniazda — małe nożyczki.
Czarnopióra zniosła cztery zielone jaja, Czarnopióry począł ją żywić troskliwie, a w potrzebie zastępować na gnieździe, aby mogła rozprostować skrzydła w locie lub wykąpać się w orzeźwiającej wodzie.
Ażeby wróg nie odkrył gniazda, kruk-ojciec krążył daleko i kluczył po lesie z każdym łupem, zawsze baczny i ostrożny, i drżący o bezpieczeństwo rodziny...
Aż nadszedł dzień radosny, gdy z jaj wykluły się pisklęta. Rodzice byli bardzo szczęśliwi, choć małe kruczki o olbrzymich głowach i dziobach, czarnym puchem porosłe, były przeraźliwie brzydkie i żarłoczne.
Rozpoczęła się na starej sośnie tkliwa idylla, dzieje tylu gniazd ptaszęcych, tylu istnień pisklęcych, tem bardziej wzruszające, iż oboje rodzice, opiekunowie młodego życia, byli przecież ptakami śmierci.

*

Nadeszła wiosna, leśne błota uśmiechnęły się całym przepychem złotych jaskrów, różowe sasanki zakwitnęły na wypaleniskach, gęstwiny pełne były śpiewu rozkochanych ptaków.
Stare kruki polowały teraz całemi dniami, szerząc dokoła coraz większe spustoszenia.
Zaczęło się od żuków, ślimaków, żab i tłustych, różowych dżdżownic. Ale to nie wystarczało nienasyconym obżarciuchom. To było dobre zaledwie na przekąskę.
Rodzice poczęli łowić myszy, ptaszki, zające. Wszystkiego było za mało. Pożywienie ginęło bez śladu. Głód w gnieździe panował, po dawnemu niezaspokojony.
Stare kruki, poza łowiectwem, zaczęły uprawiać rybołówstwo z godnem podziwu poświęceniem. Siadały nad wodą, brodziły, łapały, co się dało. Jadłospis krucząt stawał się coraz to rozmaitszy, coraz to obfitszy. Ale apetyty ich rosły równie szybko. Zdawało się, że pożrą swoich rodziców lub też pozjadają się nawzajem.
Wówczas to stare kruki poczęły sięgać po zdobycz najniebezpieczniejszą — po domowe ptactwo. Porywały gospodarzom kurczęta, kaczęta i małe gąski. Nikt nie mógł wykryć złodzieja. I klątwy sypały się niewinnie na rudego Mykitę lub na postrach podwórza — jastrzębia. Aż ten i ów spostrzegł wreszcie czarnego rabusia. Lecz Czarnopióry unosił swe łupy ku zbójeckiej sośnie drogą tak zmyślną, tak okólną i daleką, iż nikt nie mógł odkryć gniazda drapieżnika...
Stare kruki w ciągu tych paru tygodni dokonywały cudów rodzicielskiej miłości. I z każdym, choćby najmniejszym kęsem żeru, z każdą zdobyczą, uniesioną w szponach czy w dziobie, czarny, ponury ptak kołował po polach i lasach godzinami całemi, aby nie zdradzić gniazda, dzieci i skarbów.
Aż nadszedł dzień, gdy kruczęta o tyle podrosły, iż można było rozpocząć z niemi w bezpiecznych godzinach porannych pierwsze lekcje fruwania.
Nauka lotu! Pierwsze oderwanie się od rodzinnego gniazda! Pierwsze radosne i dumne użycie skrzydeł!...
Próby najpierw nieśmiałe i trwożne, a potem coraz zuchwalsze. Zachłyśnięcie się lękiem i radością, niebem i słońcem. Chwila ta niezatartem wspomnieniem pozostaje w całem ptaszęcem życiu — jak pierwsze gniazdo.
Ale kruczęta głodem trzeba było zmuszać do wzlotu... Siadały niezdarnie na gałęziach pobliskich i wrzaskliwie, natarczywie dopominały się żeru. Lekcje takie powtarzały się przez kilka dni z rzędu, kruczęta przelatywały z konaru na konar coraz odważniej. Zbliżała się pora, gdy po nauce pierwszych wzlotów miała nastąpić nauka łowów.
Wiosna królowała dokoła. Brzozy stały w zielonych płomieniach. Dęby przesłoniła złocista mgła budzących się do życia liści... Radość objęła niebo i ziemię, różowy fiolet ornych ziem i młodą zieloność zbóż... Głos kukułki rozbrzmiewał w lesie, dudek odzywał się monotonnie up up-up up-up... I tylko sosny zachowały mroczną zieleń, i tylko kruki mąciły radość stworzenia żałobnem krakaniem, mimo iż były szczęśliwe w swem gnieździe, jak nigdy...

II.

Opowieść naszą musimy teraz cofnąć o lat dziesięć. Czarnopióry był jeszcze wówczas bardzo młodym krukiem, gdy do gniazda na szumnej sośnie przyniósł ów pierścień złoty z różowym brylantem.
W pogodną majową noc, pachnącą jaśminem i bzami, pełną rechotu żab i nawoływań słowiczych, stary dwór stanął w płomieniach.
Księżyc był jedynym świadkiem tej zbrodni i skrył się ze zgrozy za chmury. Ślady rabunku i mordu trzej zbirowie ukryli w pożodze. Mrok nocy rozpostarł nad nimi opiekuńcze swoje skrzydła. Tylko sowy śmiały się w parku, może posłyszały coś o krwawym napadzie... Tylko słowik zapłakał w olszynach i pieśń swoją przerwał — zalękniony...
O poranku, gdy obudził się sad w śpiewach ptaszęcych, nie zobaczył już starego dworu. Zostały po nim jedynie czarne popioły, zwęglone gruzy, dym, płynący ku niebu, jak skarga, i stopione szkło, podobne do kryształowych łez.
Czarnopióry, zwietrzywszy nieszczęście, przyleciał na pogorzelisko. Krążył ostrożnie, wysoko, badając dymiące gruzy. To zniżał się — to wgórę leciał — kracząc i kołując w powietrzu.
Lecz wtem z oddali rozległo się dobrze znane hasło — hymn śmierci — pieśń, którą śpiewa naród kruczy, gdy mu się zdarzy spotkać obfity łup... Na zew ten przybywają kruki z najdalszych okolic. I ucztują. Tam bowiem, skąd rozebrzmi ten głos, ścierwa w bród, dla wszystkich wystarczy.
Ale zostawmy kruki, lecące ku padlinie, i wróćmy w mrok nocy, by podążyć śladem trzech zbrodniarzy. Obładowani zdobyczą, zapuścili się w stary park, który stał teraz widmowy, złotą łuną gorejącego dworu rozświetlony, niesamowicie groźny.
Uciekali. Gonił ich huk ognia, trzask iskier, grom walących się gruzów.
Wpadli w czarny bór. Każde drzewo zastępowało im drogę. Każdy krzew chwytał za odzież. Gałęzie chłostały po twarzy. Korzenie czepiały się nóg.
Dobrnęli wreszcie do starego, spróchniałego dębu. Tam zamierzali odpocząć i złożyć w dziupli skarb. Ale jeden drugiego lękał się, iż zdobycz wykradnie. Poczęli się naradzać. I uradzili podzielić łup na trzy równe części.
Blady świt wstawał już poza lasem, gdy dokonali podziału. Został jedynie sporny klejnot najcudniejszy, złoty pierścień z różowym brylantem. Zagarnął go herszt. Prowadził ich przecie do dworu, mordował sam. Należy mu się nagroda.
Nie śmieli się sprzeciwić dwaj pozostali. Porozumieli się tylko nienawistnem spojrzeniem. Było ich dwóch — on jeden. Poco tracić cudowny pierścień? poco te skarby dzielić aż na trzy części?
Zajaśniały srebrne pnie brzóz, zaróżowiło się niebo poranne, zadźwięczała pieśń drozda w gęstwinie, zwiastując idący dzień.
Postanowili się zdrzemnąć na chwilę, aby wypocząć po straszliwej nocy.
Herszt sięgnął do sakwy, gdzie była schowana strawa, jadł coś i pił — ale oni już leżeli na mchu, udając sen. A gdy i on legł pod dębem, cztery drapieżne, zwierzęce łapy chwyciły go za gardziel, zatargały, przydusiły, zmiażdżyły... Rzężąc i charcząc, bił nogami o ziemię. Trzasnęli drągiem. Uspokajał się powoli. Znieruchomiał... Ale żył jeszcze...
Wówczas poczęli mu przetrząsać kieszenie. Ci dwaj wierzyli sobie bezgranicznie. Ci dwaj byli sprzęgnięci w rozboju i zbrodni na śmierć i życie... Jeden z nich wziął pieniądze, a drugi — pierścień. Różowy brylant w świetle poranku uśmiechał się jakimś mściwym uśmiechem, niemal złowrogo...

*

Skoro Czarnopióry, krążąc nad spalonym dworem, posłyszał dalekie krakanie swoich braci, szybkim lotem podążył na ich zew, zwiastujący obfity żer.
Na leśnej polanie przy wygasłem ognisku leżały dwa trupy ludzkie, nad któremi unosiły się, jak szatany, chciwe łupu kruki... Były to ohydne trupy dwóch zbójów, którzy na tem miejscu spożywali ranny posiłek. Trucizna, której do jadła zdołał dodać przezornie i skrycie herszt — działała piorunująco.
Czarna chmura kruków nie przystąpiła jeszcze do uczty. Ten i ów bacznie, ostrożnie zbliżał się do ludzkiej padliny, szarpnął ubraniem i odlatywał na gałąź, i śledził, czy to nie jakaś zasadzka...
Czarnopióry zbliżył się ciekawie do trupa, dziobnął łachman i nagle osłupiał: z łachmanów wytoczył się pierścień drogocenny, lśniąc w słońcu różowym klejnotem...

Kruk nie namyślał się długo. Chwycił skarb i poniósł go co prędzej polami — lasami do gniazda na bezpieczną sosnę. I dołączył go do innych skarbów, gromadzonych i ukrywanych troskliwie śród włosia i pierza, ku radości krucząt i Czarnopiórej...
III.

Od tego czasu minęło dziesięć lat. Co roku kruki wiodły taniec miłości, żegnając zimę, wracały na dawne gniazdo, pomnażały skarby, wyprowadzały młode pokolenia i stawały się coraz mędrsze, ostrożniejsze, niebezpieczniejsze.
Jednemu porwały kurczę, drugiemu szczenię, trzeciemu zamęczyły i pożarły warchlaka. A zawsze zjawiały się niepostrzeżenie, zawsze umykały cichaczem, jak te złodzieje...
Zawzięli się gospodarze, aby raz skończyć ze szkodnikami. Nie mogli znaleźć gniazda.
Aż mały pastuszek Janek, który po lesie bydło i owce pasał, fujarki z wierzby kręcił i ptasie gniazda wybierał, jak nikt inny, szukając zbłąkanych owiec, trafił pod kruczą sosnę.
Nie mógł dostrzec gniazda, ukrytego zmyślnie śród bujnych gałęzi. Zdradziła je trawa, wypalona białym, żrącym pomiotem.
Kiedy chłopiec wdrapywać się począł z kocią zwinnością na śmigły pień, Czarnopióry, bujający gdzieś pod błękitami, ostrzegł Czarnopiórą głośnem krakaniem. Przywarowała kamieniem, ufna w niedostępność swojej napowietrznej twierdzy.
Nigdy jeszcze Janek nie miał tak trudnego gniazda do wybrania. Piął się i obsuwał po śliskim, strzelistym pniu, ale trudności te zaostrzały tylko pragnienie pastuszka, by dotrzeć do gniazda, o którem teraz wiedział już, iż jest tak poszukiwaną przez wszystkich siedzibą czarnopiórych drapieżników. Może marzyły się przytem chłopcu baśniane skarby, które, jak głosiła wieść gminna, nieraz kryły się w gniazdach kruczych?
Zobaczył wreszcie cel swoich zabiegów. Czepiając się konarów, posuwał się teraz szybciej ku górze. Gdy dotarł — Czarnopióra porwała mu się z pod samych rąk. Chwytał teraz broniące się rozpaczliwie, usiłujące wzlecieć kruczęta, jedno po drugiem, wykręcał im szyje i zrzucał z gniazda drgające, łopocące, krwawe strzępy ptaków.
Lewą ręką trzymał się gałęzi — prawą mordował. Mordował powoli, systematycznie, z całem zwierzęcem okrucieństwem, z całą dziką radością mordowania.
Stare kruki trzepotały nad nim w górze, kracząc najpierw żałośnie, potem mściwie.
Chłopiec zatargał gniazdem, wyszarpnął jego krawędź, chciwą ręką przeszukiwać począł wnętrze. Znalazł kilka świecideł, rzucił z pogardą. Błysnął mu pierścień zaklętym okiem brylantu. Już go posiadł.
Szybko teraz zsuwał się z sosny — ku ziemi. Byle jak najprędzej nacieszyć się zdobytym skarbem. A potem donieść wsi o zniszczeniu kruczego gniazda.
Słyszał nad sobą groźny szum czarnych skrzydeł. Ptaki nie biły jednak na niego, jak na drapieżnika. Przestały nawet krakać. Ale było coś tak złowrogiego w ich polocie, iż uczuł lęk — i starał się przyśpieszyć ucieczkę z drzewa.

Widząc przestrach pastuszka, kruki uderzyły na niego tem zacieklej... Wówczas stracił równowagę. Zakołysał się, załopotał rękami i runął wdół, aż ziemia jęknęła. Zemdlał...

IV.

Dopiero późnym wieczorem dowlókł się do chałupy na końcu wsi pod lasem, drżąc z obawy przed gniewem gospodarza. Na powitanie chłopca, łasząc się, wybiegł Burek. Pies zapędził sam krowy z lasu do obory. Ale owiec nie było. Zapewne w popłochu pognały w bór, gdzie je oczy poniosły...
Janek pokazał Burkowi swoją radosną tajemnicą: złoty pierścień. Potem śpiesznie schował go za pazuchą. Zbliżał się gospodarz, Maciej Kruk, kościsty, chudy chłop o twarzy drapieżnego ptaka...
Chłopiec począł mu szybko, bezładnie opowiadać, jak spostrzegł gniazdo krucze, jak je zniszczył, jak potem spadł z drzewa, jak się ocknął i szukał krów i owiec, i jak, zataczając się i czołgając, dolazł do domu, i jak go „we środku pali...“
Gospodarz słuchał, milcząc. Kto wie? może sobie przypominał i on taki wieczór i taki powrót do domu, przed laty, gdy, dowlókłszy się do proga chałupy, ledwie oddech mógł złapać... I choć krwią potem pluł przez długie lata, nigdy nikomu słowem się nie zdradził, kto go napadł, kto go tak zdławił, kto mu nogę przetrącił. A gdy go o to niebacznie spytano, wściekał się ze złości, zalewała go nagła krew, twarz mu siniała i bladła naprzemiany. To też różni ludzie różnie o tem mówili...
Janek skończył opowieść. Przysięgał, że nazajutrz powlecze się do lasu i owce znajdzie... Twarz Macieja Kruka przybrała wówczas wyraz dzikiej zaciętości, który go czynił podobnym do rozjuszonego zwierzęcia.
Zdjął pas — kopnięciem nogi powalił pastucha na ziemię i począł bić. Rozległ się obłąkany, bolesny skowyt, który przeszedł w wycie, w ryk — aż załamał się i umilkł. A Maciej Kruk bił miarowo, z namaszczeniem, bezlitośnie, z tym tępym, zawziętym uporem, z jakim kosił łąkę lub młócił zboże...
Dawno już zalany krwią, chłopiec przestał wyć, przestał ruszać się. Bił jeszcze w krwawą miazgę, aż zmęczył się, zadyszał, przestał...

*
Ale w Janku twarda była dusza, i nie śpieszyło się jej opuścić zbitego, bolesnego ciała... Mimo wszystko i naprzekór wszystkiemu — żył.

W nocy począł bredzić w gorączce.
Zdawało mu się, że przed oknami chałupy trzepocą kruki. Wszędzie widział i słyszał kruki. Coraz więcej ich było i coraz bardziej malały. Czarna chmura złego ptactwa napełniła całą izbę, porywała go w swój wir zawrotny, opętany. Były wielkości motyli, potem komarów... Setki, tysiące, tysiące tysięcy... Lęk go chwycił, bo zrozumiał, iż to nie były zwykłe kruki, ale złe duchy.
To znów zdawało mu się, że pomordowane kruczęta, krwawe kłębki pierza, chcą mu wydziobać oczy zaskrzepłemi w posoce dziobami. Lecz najstraszliwiej palił go schowany na piersi pierścień, jakby różowy kamień był żywym ogniem.
Przed oczyma chorego przesuwały się dziwne obrazy, jakgdyby dzieje owego klejnotu, pisane krwią i łzami. Czyżby stąd pochodziła ta łzawa różowość kamienia?
Jakiś rycerz w złotej zbroi — jak w bajce — porywał dziewczynę z czarnego klasztoru. Ciemną nocą niósł ich rumak szalony. Płaszcz rycerza powiewał, jak skrzydła. W dumnym zamku huczna biesiada. Płynie wino, złote miody się leją. Rycerz daje ukochanej pierścień. Złoty pierścień z różowym brylantem. O północy nowi goście zjeżdżają. Służba spuszcza zwodzone mosty. Same dzwony uderzają na wieży. Czarny orszak wchodzi na podwórze. Giermkowie w czarnej barwie wnoszą trumnę do sali biesiadnej i stają bez głosu. Bladość okrywa czoło rycerza. I odsłania się wieko trumny. I trup wstaje, cuchnący rozkładem, przez robaki napoły pożarty. Zgniłą rękę wyciąga po pierścień...
Przerażony Janek krzyczy boleśnie...
Potem dalsze się snują obrazy strasznych dziejów klejnotu. A nakoniec jakiś dwór staroświecki. Modrzewiowy dwór w cienistym parku. Lipowa aleja, pełna brzęku pszczół. Srebrne stawy i białe łabędzie. Bzy, jaśminy i pieśni słowicze. A we dworze miłość i wesele, i bogactwo, i znowu ten pierścień. W ciemnym parku pod dwór się podkrada trzech zbójów. A ten, który prowadzi, a ten, który morduje, a ten, który podpala, to Jankowy gospodarz, Maciej Kruk. On po pierścień sięga fatalny...
Krzyczy Janek, nieprzytomny z przestrachu!
Znowu słyszy wkoło krucze łopoty i krakania, i ostrzenia dziobów... Znowu izba pełna kruków... Coraz więcej ich i coraz mniejsze. Wirują, jak czarna kurzawa. Tylko oczy maleńkie złem światełkiem im płoną. Tylko oczy się jarzą w ciemności...
Maciej Kruk słyszy gorączkowe bredzenie chłopca. Mruknął zły przez zęby: „Twarda jucha, jeszcze zipie“.
„Jeszcze zipie“ — przywtórzyła mu żona.
Słyszą bredzenie chłopca o złocistym pierścieniu. Nastawili uszu. Słuchają.
„Krucze gniazdo odnalazł dziś rano“ — mówi Maciej do żony — „krucze gniazda nieraz kryją klejnoty“.
Ale żona: — „Bredzi — i tyle“.
Naradzili się „na wszelki wypadek“.
— A jak znajdziesz co przy nim — co wtedy?
— Zabiję, jak psa zakatrupię.
— Twardy jest — dopowiada kobieta.
Krótko trwała ich zmowa. Chłop zapalił latarkę — wziął noża.
Jankowi w czarnej chmurze, w ciemnej kruków kurzawie, zajaśniało światło. Śród mroku wirujących złych ptaków, do czarnego pyłu podobnych, szło ku niemu strugą jasności.
Po tej drodze świetlistej poszła dusza Jankowa na świat lepszy pasać chmurki — baranki na niebie, gwiazdom gniazda wybierać złociste...
Maciej nogą go trącił, w oczy jego poświecił latarką: „Nie żyje...“
Chciwie szmaty pastuszka przeszukał. Złoty pierścień wyłuskał. Oczom własnym nie wierzył. Wielka radość zalała mu serce. Poznał brylant różowy w pierścieniu...

V.

Długo w nocy się naradzał z kobietą. Skoro świt — on pojedzie do miasta. Sprzeda pierścień złocisty co prędzej. Tyle lat już minęło — wszelkie ślady zginęły — nie poznają na pewno brylantu. Ona chłopca zakopie za obórką, gdzie ślazy i łopuch.
On pojechał — nie wrócił. Gdy sprzedawał — schwytali, zabrali. Złoty pierścień z różowym brylantem poznali. Taki brylant był jeden jedyny.
Przypomnieli sobie zbrodnię minioną, której wszelki ślad, zdało się, zginął. Taka zbrodnia była jedna jedyna.
Ona trupa zakopała przezornie za obórką, gdzie pieniły się ślazy i łopuch, i bujne piołuny... Pies przyleciał, odkopał i wyć począł przeraźliwie żałośnie.
Odpędziła, zakopała raz drugi. Znowu przyszedł, odkopał i zawył. Aż zanosił się wyciem, pysk ku ziemi zwracając.
Po raz trzeci zakopała głęboko. Kamieniami go odpędzić nie mogła. Zęby szczerzył, odskakiwał — i wracał.
Właśnie z miasta nadjechali strażnicy. Po raz trzeci pies wykopał pastucha. Zobaczyli zsiniałego chłopaka, skatowane, zbite, krwawe ciało. Pogłaskali Burka wiernego. Zrozumieli. Zabrali kobietę.
Zbrodnia zbrodnię nietylko rodzi. Zbrodnia zbrodnię światu wydaje. I kto wie, czy nie jest to już owo ziarno sprawiedliwości, które tkwi w samej zbrodni...

VI.

Maciej Kruk, chudy chłop o zaciętej twarzy drapieżnego ptaka, został skazany na śmierć przez powieszenie.
A gdy zawisł na szubienicy, wicher począł dąć jak oszalały.
Smutny wicher, który tylu wisielców na przeklętej desce kołysze, kiedy człowiek zawiśnie na sznurze, zawsze wpada w jakieś dzikie szaleństwo...
Czarna, ciężarna ulewą, niska, wzdęta chmura, gnana wichurą, odzywająca się groźnym dudniącym grzmotem, leciała naprzeciw skazańca. Szum drzew stał się teraz podobny do szumu rozhukanego morza. Uciął krótki, ulewny, skośny deszcz, jak smagające wodne bicze od nieba do ziemi. Złote olśnienie błyskawicy przedarło mrok. Potoczył się grzmot, jak rozgłośne przewalanie kamieni...
Poczem na zachodzie ukazał się blado-złoty, świetlisty pas błękitu...
Na szubienicy wisiał już trup...
Wiatr ustał, jak zaczarowany. Na zachodzie z serca chmur wytrysnął złoty potok światłości...
W fiołkowych cieniach odchodzącej burzy dygotały ostatnie błyskawice... Powoli przybierały one barwę lazurową i wsiąkały w przydymiony błękit zmierzchu...
Gdzieś zdaleka odezwało się krakanie kruków — i też rozpłynęło się w zmierzchu...

*

Mrok nieprzejrzany otulił ziemię. Chmurne obłoki przesłoniły niebo.
I nagle jeden z nich począł zapalać się bladem złotem. Podobny był do złotej chusty, rzuconej na czarne tło sklepienia.
Z za niego powoli wysunął się księżyc niski, wielki, promienny. Wytoczył się, jak ognista kula ku górze. Rozświetlił blaskiem puszyste wierzchołki chmurnych zwałów, podobne do świetlanych przełęczy widmowych gór...
W jego zimnem, złem świetle szubienica przybrała jakieś niesamowite kształty, a wiszący na niej trup zdawał się na coś czekać...
Księżyc wznosił się coraz wyżej, malejąc i ze złotego stając się coraz bardziej srebrzystym. Ciemny błękit nieba przybrał stalowe tony.
Aż przejrzał się księżyc wschodzący w wodach, zapalił w nich płomienie i wysrebrzył mgły, snujące się nad moczarami. Rozpoczęły za nim czarne chmury uskrzydloną pogoń, dognały go, opętały. Był już jak wielka, jasna perła na czarnym płaszczu nocy...
A wiszący trup na szubienicy ciągle czekał na coś strasznego, na coś straszniejszego od śmierci...

*

I doczekał się wreszcie... Od samego już rana ku szubienicy poczęły ściągać kruki, zwabione wonią rozkładającego się ciała...
Nie ufały jeszcze, że to dla nich zgotowano żer. Kołowały nad wisielcem, stawały w powietrzu, bijąc skrzydłami...
A twarz trupa, pod wpływem rozkładu, jakby się do nich uśmiechała porozumiewawczo, ohydnie: „Wiedziałem... Czekałem... Przyleciałyście...“
Odpowiedziały mu przeciągłem, radosnem krakaniem.
Zakołysał się trup na sznurze...
Posiadały na drzewach, śledząc bacznie ofiarę — nieufne.
Zamachał ku nim łachmanami. Wróciły. Rozumiały, że do nich należy... na wieki. Był przecież tylko padliną..
Kruki szarpać i targać poczęły odzienie. — Rozciągały, rozrywały brudne szmaty koszuli.
Czarnopióry siadł na prawem ramieniu. Czarnopióra usiadła na lewem. Jak dwa czarty, pilnujące grzesznej duszy, aby im nie uciekła. Teraz wiedział już trup, co nastąpi...
Stary kruk pochylił się ku twarzy, poczem jednem cięciem ostrego dzioba wyszarpnął oko i pożarł... Chwiejąc się i chwytając równowagę skrzydłami, przelazł na kudłatą głowę, wczepił się pazurami w zwichrzone włosy. I pochylił się łakomie ku drugiemu oku...
Trup się zasiniał czerwonemi oczyma: „Kruk Krukowi oka nie wykole“.
Czarnopióra, zachęcona przykładem, rwać i żreć poczęła sczerniały, wywieszony ozór. Dusząc się, połykała wyszarpnięte, sine kawały. A wisielec się wykrzywiał potwornie.
Tymczasem inne kruki zniżały powoli lot i krakały hymn śmierci, zwołując cały ród kruczy na żer. Ten i ów już docierał do trupa. Szarpnął brudne łachmany odzienia — odskoczył. Byle dobrać się prędzej do ciała...
I poczęła się plugawa uczta. Czarnopióry ostrym, jak nóż, dziobem ciął strzępy odzieży, dotarł do lewego boku, drążył dziurę, pruł jelita, aż cały skrył się w czerwonej, okropnej czeluści...
Zlany krwią, ohydny, ze zlepionem pierzem, wylazł po chwili, otrząsnął posokę z piór, zakrakał zcicha: w dziobie trzymał serce wisielca.
Oba kruki siadły teraz na poprzeczce szubienicy i poczęły dziobać to zgniłe serce, które kiedyś było sercem człowieka...




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Julian Ejsmond.