Wśród kąkolu

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Waleria Marrené
Tytuł Wśród kąkolu
Wydawca Biesiada Literacka
Data wydania 4.07—26.12.1890
Drukarz Józef Unger
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


WŚRÓD KĄKOLU.
POWIEŚĆ
PRZEZ
Waleryą Marrene.

Koleją, wiodącą z Koluszek do Łodzi, toczył się pociąg, a chociaż zupełna równina nie przedstawiała żadnych niebezpieczeństw, nie wymagała szczególnéj ostrożności, pociąg toczył się tak wolno, iż wyścignąćby go było można kłusując na dobrym koniu. Chwilami bieg się zwalniał, jakgdyby parowozowi brakło pary, jakgdyby kotły oszczędnie podsycane dostarczały jéj zamało do poruszania długiego pociągu, w którym wagony towarowe przeważały o wiele ilość pasażerskich.
Pomiędzy podróżnymi nie było rozmaitości, jaką zwykle spostrzedz można na innych liniach kolejowych. Odnoga kolei warszawsko­‑łódzkiéj kończy się w Łodzi, więc w wagonach siedzieli tylko podróżni, których celem było miasto fabryczne. Podróżni należeli przeważnie do niemców i żydów; ci ostatni mieścili się w trzeciéj klasie, wraz z mnóstwem pakunków, koszyków, tobołków zapełniających szczelnie wagony. W pierwszéj klasie, mającéj tylko dwa przedziały, siedziało kilku przemysłowców; w drugiéj było kilka kobiet, żon urzędników fabrycznych, kilku handlarzy, rękodzielników, nawet fabrykantów nie należących do arystokracyi finansowéj. Język niemiecki panował wszędzie, w trzeciéj tylko klasie mieszał się z pokrewnym sobie żargonem żydowskim.
Zresztą podróżni znali się prawie wszyscy pomiędzy sobą przynajmniéj z widzenia, wszyscy naprzykład wiedzieli, że w pierwszéj klasie jedzie właściciel wielkiéj przędzalni Pifke, wraz ze swą córką panną Amalią, która świeżo w Berlinie ukończyła pensyonat. Wszyscy wiedzieli także, iż w tym pensyonacie, przeznaczonym dla córek bogatych rodzin, panna Amalia zostawała od lat czterech, a nawet, iż miała za koleżanki Hoch‑Geborne, pomiędzy któremi były trzy baronówny i dwie hrabianki. Sama pani Pifke opowiadała o tém każdemu bez wyjątku, nawet służbie domowéj.
Pomiędzy towarzystwem złożoném z przemysłowców i handlarzy, zajmujących wszystkie szczeble drabiny społecznéj, a porozumiewających się pomiędzy sobą obcym językiem, wyróżniał się odrębnym typem młody podróżny siedzący w wagonie drugiéj klasy. Nie mieszał się on do rozmów prowadzonych po niemiecku; widocznie otaczający go ludzie byli mu zupełnie obcy; znać w nim było człowieka należącego do innych warstw społecznych, a nawet człowieka innéj rasy.
Postać jego kształtna, choć bardzo szczupła, świadczyła o większém wyrobieniu nerwów niż mięśni, wyróżniał się też wśród roztyłych ciał współtowarzyszy podróży. Był to jeden z ludzi, których rysopis opiewałby niemylnie, iż mają wzrost średni, nos średni, usta średnie, włosy, oczy i zarost ciemne, a znaków szczególnych żadnych.
Ale wpatrzywszy się bacznie w twarz jego, łatwo było dostrzedz, że te ciemne oczy, pełne rozwagi i skupienia, rzucały niekiedy błyskawiczne promienie, że na ustach ukrytych pod lekkim zarostem gościł przenikliwy uśmiech badacza, że w twarzy wyrazistéj były ślady burz, które zostawiły na niéj ślad niezatarty, że nos dość wielki, choć kształtny, świadczył o silnéj woli i silnym charakterze, a szerokie czoło zapowiadało rozwiniętą intelligencyą.
Milczący, wsunięty w róg wagonu, spoglądał przez otwarte okna na żółte ściernie, pozostałe po ściętych zbożach, które gdzieniegdzie przecinał ciemny łan kartofli lub dojrzewającéj tatarki, to znów zwracał oczy na towarzyszy podróży. Było ich trzech. Atletyczny, rudobrody i rudowłosy mężczyzna, lat może pięćdziesięciu kilku, z ogromnemi, opalonemi rękoma i niewielkiemi oczami, na którego twarzy znać było wytrwałość i bezwzględność, cechujące rasę germańską. Człowiek ten był jak u siebie, wszystkie wolne miejsca założył swojemi pakunkami, otwierał i zamykał okno nie oglądając się na innych podróżnych, palił cygaro, osadzone w drewnianą fajeczkę, przedstawiającą głowę żołnierza w pikielhaubie, i spluwał nieustannie na wszystkie strony.
Przy nim siedział syn jego zapewne, równie olbrzymiego wzrostu a z tak potwornie długiemi rękami i nogami, iż te zdawały się do kilku ludzi należeć. Podobny był do ojca, tylko twarz młodzieńcza pozbawiona jeszcze zarostu wyglądała tak, jakby matka natura nie zadała sobie pracy wykończyć jéj należycie, jakby w nim mieszkał człowiek pierwotny w całéj swéj dzikiéj sile, a zamiast uczuć tylko instynkta odzywały się gwałtownie. Blade jego oczy patrzyły bezmyślnie, zwracał się ze wszystkiém do ojca, jakby zdolny był tylko odbierać rozkazy, niby dobry żołnierz, z którego jednak nigdy oficer wyrobić się nie da. Żołnierzem za to był doskonałym, świadczył o tém bezmyślny upór rasowy, widoczny nawet z kwadratowéj brody i ostrych zarysów ust mięsistych.
Trzeci podróżny różnił się od dwóch poprzednich nie tylko pełnością twarzy i kształtów ciała ale i dobrodusznością, która jednak nie była pozbawioną pewnéj przebiegłości. Pulchna jego niewielka osoba była w ciągłym ruchu; rumiane, wygolone i wypogodzone oblicze, z wypukłemi oczami, zdawało się szukać przedmiotu lub osoby, z którąby się mógł podzielić dobrym humorem i wesołemi uwagami, jakie mu się ciągle na myśl nasuwały.
Znał się z dwoma towarzyszami podróży i zagadywał do nich po niemiecku, ale towarzysze byli milczącego usposobienia. Starszy odpowiadał zwykle ja, ja, spluwając za każdym razem; młodszy nie odpowiadał nic, pomimo, że towarzysz zwał go „Lieber Fritz”, śmiał się tylko od czasu do czasu jowialnie i wówczas pokazywał ostre, żółte zęby.
Z tego zapewne powodu, gadatliwy z natury podróżny zwrócił się do milczącego towarzysza; bądź to jednak, iż zauważył go już w Koluszkach, bądź z powodu, iż był trochę fizyognomistą, zapytał odrazu po polsku:
— Pan pewno jedzie tędy pierwszy raz?
— Pierwszy raz — odpowiedział młody człowiek.
— Ja zaraz to poznał — wyrzekł uradowany ze swojéj przenikliwości. — A na długo pan do Łodzi? — pytał z akcentem niemieckim ale dość poprawnie.
— Nie wiem jeszcze, to zależeć będzie od wielu okoliczności.
— Rozumiem! czy pan tam będzie długo czy nie, to dopiero pokaże Geschäft. Łódź dobre miasto, bardzo dobre miasto, piękne miasto, kto ma rozum będzie miał pieniądze. Nicht wahr, panie Holzberg?
Zaczepiony w ten sposób podróżny, spojrzał z pod zwisłych brwi na niepozorną postać młodego człowieka, splunął dwukrotnie i zaczął kiwać głową. Czy był to znak, iż rzeczywiście kto ma rozum może w Łodzi zrobić pieniądze, lub też miało znaczyć powątpiewanie o rozumie mieszczącym się w tak wątłém ciele — trudno było odgadnąć.
— Tak, kto ma głowę na karku i ręce do pracy, ten będzie miał pieniądze. Ot der Herr Pifke, co to jedzie w pierwszéj klasie, ja go znał jak on był taki biedny, że jego żona musiała sama sobie wodę nosić, a teraz ma taką wielką fabrykę, co zajmuje może tysiąc robotników. Wystawił sobie pałac, jak jaki książę, córki chowa z hrabiankami, synowie jego to są takie piękne oficery w pruskiéj armii, a on sam, kiedy powie słowo, to go wszyscy słuchają.
Od chwili gdy podróżny wymówił nazwisko Pifkego, ten, którego nazwał Holzbergiem, słuchał ze szczególną uwagą; potem zaczął po niemiecku dodawać rozmaite szczegóły, służące do objaśnienia wielkości fabryki Pifkego, jéj wartości, machin jakich używała, a wreszcie wspaniałości mieszkalnego pałacu. Zakończył energicznym wykrzyknikiem:
Der ist ein Mensch!
I splunął z zapałem.
W téj chwili pociąg wjechał w rodzaj parowu, po którego dwóch stronach wznosił się las iglasty; z poza niego wyłaniać się zaczęły olbrzymie kominy fabryk, buchające czarnym dymem a tak wysokie, iż wobec nich pięciopiętrowe gmachy fabryczne zdawały się być karłami. Kominy, jakby nieusypiające nigdy strażnice, panowały nad miastem, które zdaleka wyglądało malowniczo, przerznięte obszernemi szlakami zieleni, otoczone wieńcem lasu, z budowlami czerwonego koloru, wśród szaréj barwy domów.
Młody podróżny przez okno wagonu przyglądał się temu widokowi ciekawie, gdy nagle ktoś uderzył go przyjacielsko po ramieniu.
— Tam oto — wskazywał i mówił wesoły towarzysz — tam oto jest fabryka pana Pifkego!
Wiadomość ta nie bardzo interesowała młodego człowieka, spojrzał przecież na okazałe gmachy, ku którym wyciągniętą była ręka gadatliwego podróżnego.
— A tam oto wielka francuzka czesankowa przędzalnia; tam fabryki Poznańskiego, Heinzla, Meyera, a tam, patrz pan, zakłady Scheiblerów i cała ich dzielnica!
Wskazywał na przestrzeń rozległą, stanowiącą sama przez się rodzaj miasta.
— W takiéj stronie — dodał śmiejąc się z radością — stoi mój dom! Mój ojciec był z Wiednia i założył tu pierwszy sklep jubilerski, a ja już dom kupiłem. Jak pan chce zrobić ładny sprawunek, to trzeba iść do Wurzla. Wszyscy w Łodzi o tém wiedzą.
Pociąg zwalniał bieg i zaraz ukazał się skromny dworzec. Wkrótce Holzberg i syn jego zabierali swoje pakunki, gospodarując po wagonie i potrącając współpodróżnych bez żadnéj ceremonii, a skoro konduktor drzwi otworzył, wyskoczyli obadwaj nie kiwnąwszy nawet głową znajomemu.
Na wesołego właściciela domu czekała okrągła małżonka równie jak on uśmiechnięta; przybiegła do wagonu, pomogła wziąć kuferek, pudełko z kapeluszem, laskę, parasol i jakiś koszyczek, otaczany przez całą drogę szczególną pieczołowitością, poczém oboje odeszli na dworzec, ukłoniwszy się przyjaźnie towarzyszowi podróży.
Młody podróżny wysiadł ostatni. Nikt na niego nie czekał, on do niczego się nie spieszył, wziął w rękę walizkę, na któréj mosiężna blaszka nosiła wyryty napis Jan Krzesławski i, potrącany przez tłum wysiadających, witających się, biegnących po rzeczy, wszedł do sali pasażerskiéj.
Sądził zapewne, że się zaraz znajdzie wśród miasta, tymczasem przed nim roztaczało się pole, poza którém dopiero wznosiły się kominy fabryk i ciągnęły proste ulice Łodzi. Przed dworcem znalazł kilka jednokonnych odrapanych dorożek i parę prywatnych powozów. Stało także eleganckie lando, zaprzężone w parę dzielnych koni, a na schodach czekali nie młody już mężczyzna i młoda kobieta. On rozmawiał z Holzbergiem, którego ociężała postać gięła się co chwila w głębokich ukłonach; ona nie patrzyła na Fritza, który stojąc przy ojcu rozwarł na nią oczy szeroko, z uśmiechem na jowialnéj twarzy, ale spoglądała ciekawie na snujących się podróżnych, a w szczególności na Krzesławskiego, który wyróżniał się od całego tłumu powierzchownością, twarzą i zachowaniem się spokojném. Był to pan Pifke z córką. Wsiedli do powozu, odprowadzeni przez kłaniających się ciągle Holzbergów. Krzesławski rzucił na nich przelotne spojrzenie i zauważył białą płeć panny, jéj niebieskie oczy i trzy wielkie sznury korali, spadające na mocno szafirową suknię.
Gdy powóz odjechał, Holzberg wyprostował swą atletyczną postać, jakby jeszcze urósł z powodu łaskawego się z nim obejścia potentata, i zaczął się brutalnie przez tłum przepychać. Walizką o mało co nie uderzył w bok Krzesławskiego, ale ten schwycił ją silną ręką i odepchnął tak, iż Holzberg usunąć się musiał. Wówczas niemiec spojrzał zdziwiony na towarzysza podróży i zrobił ruch ręką, jakby chciał uchylić kapelusza. Krzesławski wsiadł do dorożki i kazał się wieść do miasta. Dorożka potoczyła się nierówno, targana na różne strony przez niesfornego konia, a dostawszy się na bruk wybojowy, podskakiwała od brzegu do brzegu ulicy.
Zblizka owo piękne miasto, jak je właściciel domu nazywał, bynajmniéj nie przedstawiło się takiém młodemu podróżnemu; przeciwnie, przyzwyczajonemu do stolic europejskich brudne ulice przemysłowego ogniska, nigdy nie zamiatane ani polewane, pełne tumanów kurzu, wydały się szkaradne.
Ogromne zakłady fabryczne obok pól, wielkie ozdobne kamienice obok lichych dworków, były obrazem tych różnic położenia, jakie istnieją pomiędzy magnatami przemysłowymi a obsługującą ich ludnością. Nędzne sklepy bez wystaw rachowały snadź tylko na konieczne potrzeby mieszkańców; napisy na nich były żydowskie i niemieckie. Po chodnikach biegł tłum różnobarwny, obarczony ciężarami, a chociaż była to godzina popołudniowa i dzień śliczny, rzadko bardzo wpośród tłumu przesunął się jaki porządniejszy paltot lub tużurek, rzadziéj jeszcze kapelusz i parasolka. Dorożka, która stopniowo zwalniała bieg wymijając naładowane wozy, zatrzymała się na zbiegu dwóch ulic.
— Gdzie mam jechać? — zapytał żydowską niemczyzną woźnica.
Kurz, gorąco, nierówna jazda, czy też inny jaki powód musiał zniecierpliwić podróżnego, bo zawołał energicznie:
— Cóż u licha, nie jestem przecież niemcem!
Wiadomość ta nie zrobiła wrażenia na woźnicy, bo pytanie swoje powtórzył tym samym żargonem.
— Nie rozumiem! — krzyknął teraz Krzesławski, a dorożkarz obrócił się na koźle i obrzucił go zdziwioném spojrzeniem, jakby w Łodzi człowiek dobrze ubrany lecz nie rozumiejący po niemiecku był dziwolągiem; zdecydował się wreszcie użyć łamanéj polszczyzny.
— No, ja chciał pytać, gdzie trzeba jechać?
— Do hotelu.
Woźnica zaciął chudego konia.
— Czekaj! jakie tu są hotele?
— Hotel Manteuffel, Wiktorya, Hamburski...
— Czy to wszystko hotele niemieckie?
Na tak subtelne pytanie, dorożkarz odpowiedzieć nie umiał.
— Do hotelu zajeżdżają różne państwo — odparł flegmatycznie.
— A więc jedź do jakiegokolwiek.
Dorożka zatrzymała się wkrótce przed wielkim dwupiętrowym gmachem.
W parę chwil późniéj podróżny wchodził do restauracyi, znajdującéj się na dole. Była to właśnie godzina obiadowa i w pierwszéj sali pełno było gości. Jeden z kelnerów, uwijający się zamaszyście po sali, wskazał nowo przybyłemu z pewną dumą drugi, mniejszy pokój, „Grüner Saal”. Uważano ją widocznie za szczyt elegancyi, dzięki zapewne niezgrabnym gipsowym posągom niemieckich bohaterów, powleczonych złotym pokostem, którzy zdawali się spoglądać pogardliwie na zwyczajnych ludzi. Z temi złoconemi rzeźbami harmonizowały oleodrukowe krajobrazy, oprawne także w grube złocone ramy.
Wszystko tu było niemieckie, umeblowanie, usługa; w całéj restauracyi wśród gwaru głosów słychać było tylko charakterystyczny, gruby, ostry dźwięk germańskiéj mowy. Wprawdzie bywała tu śmietanka łódzkiego towarzystwa, ale śmietanka ta nie miała nic wspólnego z warstwą towarzyską zwykle noszącą to miano. Nic dziwnego, wszakże naturalném prawem śmietanka stosować się musi do mleka, z którego się tworzy.
Krzesławski rozglądał się w około z widoczném zdziwieniem, zatrzymał się nawet chwilę jakby niepewny, gdzie się znajduje. Może byłby się cofnął i wyszedł szukać innéj jadłodajni, ale wzrok jego padł na młodego blondyna, siedzącego samotnie tuż przy drzwiach. Czekał też widocznie na obiad a dla zabicia czasu przeglądał łódzki Tageblatt, leżący na stole wraz z Lodzer Zeitung i kilkoma pruskiemi czasopismami. W chwili właśnie gdy Krzesławski stał na progu, blondyn podniósł machinalnie głowę z nad gazety i oczy ich spotkały się z sobą.
— Krzesławski! jak Boga kocham! — zawołał blondyn, zrywając się z miejsca.
— Brzeźnicki! Ty tutaj?
Dwa wykrzykniki, wydane jednocześnie, zgłuszone zostały gwarem panującym w sali.
— Siadajże, siadaj — mówił Edmund Brzeźnicki, sadowiąc znajomego przy swoim stole. — Dawno tu jesteś? zkąd przyjeżdżasz?
Mówiąc to, wpatrywał się w Krzesławskiego z serdecznym uśmiechem.
— Przyjechałem ostatnim pociągiem.
— I na długo?
— Kto wie? może na zawsze.
— Na zawsze! ty! w téj przeklętéj dziurze.
Jan uśmiechnął się.
— Nie szukam zabawy, tylko pracy.
— To jak ja!
Spoglądali milcząco przez chwilę na siebie, jakby badając wzajem różnice, jakie czas przyniósł każdemu z nich. Snadź te lata uwydatniły się wyraźnie; życie położyło na nich swój ciężki stempel, bo ani jeden, ani drugi nie mieli już téj swobody oblicza, cechującéj pierwszą młodość. Na Edmundzie widne było przygnębienie człowieka, który walczyć nie umie; na energicznéj twarzy Jana wyryły się burze i cierpienia, które przyniosły przedwczesną dojrzałość ale złamać nie zdołały.
— Pięć lat minęło — zaczął Edmund — jak skończyliśmy uniwersytet: ty doktor, ja prawnik.
— Pięć lat — powtórzył Jan z namysłem — a zdaje mi się, że wieki oddzielają mnie od téj chwili dojrzałości.
— Słyszałem coś o tobie, podobno odziedziczyłeś niespodzianie jakiś majątek?
— Niema o czém mówić — odparł prędko — nie zmieniło to nic ani w mojém położeniu, ani w planach przyszłości, zyskałem tylko trochę swobody, możność dalszych studyów — więcéj nic!
Kelner zbliżył się do nich i zapytał po niemiecku o rozkazy. Jan odpowiedział po polsku; Edmund nie zauważył téj sprzeczności i mówił daléj:
— Skoro masz swobodę, cóż może cię zmuszać do obrania takiéj jak Łódź siedziby? Tutaj osiadają tylko tacy jak ja biedacy, zmuszeni szukać powszedniego chleba.
— I zdobyłeś go?
— O chleb wszędzie trudno — mówił Edmund pochmurno — a w Łodzi może trudniéj niż gdzieindziéj, choć przewija się tu tyle milionów. Konkurencya wściekła, a przytem...
Wzruszył lekko ramionami, jak człowiek zniechęcony, i dodał:
— Niemcy protegują tylko swoich, i żydzi tylko swoich...
— A my?
— Mój kochany, my nie doszliśmy jeszcze do téj doskonałości, byśmy protegowali także swoich; i podobno dlatego głównie taka u nas bieda.
Spoglądał na doktora oczyma, które w téj chwili były bardzo smutne.
— Doktor zawsze znajdzie sobie praktykę, a zresztą niewiele mi potrzeba.
— Ależ świat tutejszy ma doktorów niemców, którzy mówią jego językiem, kształcili się w jego szkołach, podzielają jego idee, a nadewszystko kłaniają się nizko przed potęgą, jaką kapitał reprezentuje. Gdybym mógł, jednéj chwili strząsnąłbym proch z obuwia mego i wyniósł się ztąd czémprędzéj. Wierz mi, tu jest atmosfera zabójcza!
— Tém pożyteczniejszy może być lekarz.
— Wiesz przecież, że mówię o atmosferze moralnéj, o téj gorączce złota, która porywa tu wszystko i wszystkich.
— Alboż inaczéj dzieje się gdzieindziéj? Ludzie są wszędzie ludźmi.
— Ludzie są ludźmi, ale stosunki tutejsze potęgują tę moralną zarazę.
— Tém bardziéj trzeba przeciwko niéj działać.
— Tak wszyscy mówią z początku... a potem... potem...
Oparł czoło na ręku i spoglądał przed siebie ze smutnym wyrazem, jaki zwykle cechuje bezsilnych.
Służba tymczasem przyniosła obiad. Edmund zapotrzebował czegoś i odezwał się po niemiecku.
Jan podniósł głowę.
— Czy i ty także? — zapytał.
Fala krwi oblała twarz Edmunda.
— Ot widzisz — wyjąkał — tu wszystko po niemiecku. Z początku to razi, ale jak tu pomieszkasz lat parę — sam jak ja będziesz się odzywał.
— Zdaje mi się, że nie.
— Bo wierz mi, tu jest źle bardzo tym, którzy inaczéj mówią i myślą; tacy nie mają tu co robić.
Mówił to ze smutkiem wielkim, który stał się u niego górującą nutą. Znać w nim było miękką naturę, pozbawioną zupełnie siły oporu.
— Gdybyś wiódł takie życie jak moje...
Podniósł niebieskie oczy na towarzysza, chcąc mu się poskarżyć i zaczerpnąć siły w jego spojrzeniu, ale wzrok Jana był spuszczony.
— Co ty wiesz o mnie? — spytał porywczo — lepiéj o tém nie mówić.
— Już myślałem, że się tu zżyłem — ciągnął daléj Edmund — przywykłem, poddałem głowę i serce, ty znowu przynosisz mi uczucia, myśli, marzenia dawne, które powszednie życie zgłuszyło. Na co? Wszak one ziścić się nie mogą. Dlaczego tak na mnie patrzysz?
Rzeczywiście młody doktor wpatrywał się badawczo w twarz swego towarzysza, a wzrok jego przenikał do głębi i budzić się zdawał zamarłe pierwiastki.
— Nic — odparł. — Przypominam tylko sobie...
— Co?
— Choćby ten dzień, kiedy my dwaj i kilku jeszcze innych kolegów, idących razem od pierwszych klas gimnazyalnych, żegnaliśmy się po złożeniu uniwersyteckich egzaminów.
— Ach! byliśmy wówczas jeszcze prawdziwemi dziećmi, mieliśmy piękne marzenia.
— Dlaczego je wyśmiewasz? Ideały młodzieńcze powinny zawsze przyświecać ludziom w drodze życia, jeśli rzeczywiście są ludźmi.
Mówił to z wielką prostotą, jakby chodziło o rzeczy zwyczajne, nie ulegające żadnéj wątpliwości, jakby nie rozumiał rozkładowéj siły życiowych prądów.
— Ależ w takim razie, czemu nie szukasz odpowiedniejszego środka dla wprowadzenia w czyn swoich teoryi?
Edmund wypowiadał te ostatnie wyrazy z rodzajem irytacyi.
— Czemu? — zawołał Jan — ty na seryo pytasz mnie czemu?
Zdawało się, że wzbierały w nim fale uczuć. Przez chwilę twarz jego zapłoniła się, jakby padły na nią odblaski ognia, ale to trwało krótko; zapuścił na oczy rzęsy i po chwili mówił już głosem zwykłym, nieco tylko drgającym i stłumionym:
— Pociąga mnie tu moja specyalność. Zagranicą będąc zacząłem studyować choroby, jakie są dziedzictwem rozmaitych przemysłów. Łódź dla mnie jest wybornym punktem obserwacyjnym.
Mówił to już z zupełnym spokojem.
— Ha — szepnął Edmund — jesteśmy w wieku specyalności. Każdy ją mieć musi.
Rozmowa rwała się chwilami. Od czasu rozstania się obadwaj poszli snać innemi drogami, wyrobili sobie odrębne pojęcia, do których każdy z nich powracał mimowolnie.
Restauracya zapełniała się coraz więcéj, na wszystkie strony słychać było mowę tylko niemiecką.
— Powiedz mi — spytał nagle Krzesławski — czy tu niema innéj restauracyi?
Edmund zarumienił się znowu.
— Jest — odpowiedział nieśmiało, gdyż czuł na sobie badawczy wzrok kolegi.
— I ty się tutaj stołujesz... i mnie tam nie zaprowadziłeś?
— Widzisz, tu wszyscy się schodzą...
— Rozumiem, wszak powiedziałeś, że nie dorośliśmy do tego, aby protegować swoich. A czy tu wszyscy goście są niemcami?
Rozmowa ich toczyła się głośno i usłyszaną została przy sąsiednim stoliku, przy którym siedzieli dwaj okoliczni ziemianie. Tak przynajmniéj pozwalały się domyślać ogorzałe ich twarze i sumiaste wąsy.
— Kelner! — zawołał jeden z nich i rozkazał coś po niemiecku.
Kelner podbiegł a gość odezwał się znowu do swego towarzysza tak głośno, aby go nasi koledzy usłyszeli.
— Dla mnie to nie jest żadną trudnością mówić po niemiecku; od dziecka przecież miałem w rodzicielskim domu bonę niemkę i nauczyłem się tego języka lepiéj niż własnego.
— Naturalnie, tak jest przecież w każdym porządnym domu — odparł także po niemiecku jego towarzysz, kołysząc się na krześle — to język potrzebny koniecznie, europejski, wszechświatowy.
— Czy słyszysz? — zapytał półgłosem Brzeźnicki.
W téj chwili drzwi sali otwarły się z trzaskiem i wszedł do niéj wysoki mężczyzna, imponującéj powierzchowności. Średniego wieku, bo nie dobiegał jeszcze pięćdziesiątki, miał na twarzy wyraz niezwykłéj powagi, do któréj nadawał się jego wzrost i regularne rysy. Ciemne włosy przerzedzone były mocno nad czołem, oczy niezbyt wyrazistego koloru, przymrużone zwykle, nie rozjaśniały sztywnéj fizyonomii objętéj długiemi bokobrodami.
— Mój wuj, Aureli Świrski — szepnął Edmund — zdaje mi się, żeście się znali.
Nowoprzybyły, wszedłszy z drugiego końca sali, powoli zbliżał się do stolika, zajętego przez dwóch byłych kolegów. Miał tutaj wielu znajomych, bo witał się na wszystkie strony; powitania jednak przechodziły całą gamę złożoną z tonów i półtonów subtelnych. Do jednego wyciągał całą rękę, do innych tylko dwa palce, temu skinął przyjaźnie głową, dla tamtego znów skinienie było tak lekkie, iż zaledwie dostrzedz je było można, a byli i tacy, dla których miał głęboki ukłon, nawet miodowy uśmiech.
Każdy przyznać musiał, iż pan Aureli był mistrzem w sztuce ukłonów; łatwo było z nich wywnioskować stopień, jaki każdy witany przez niego zajmował w hierarchii społecznéj. Oddawał każdemu co mu się należało, ani na jednę miarę więcéj, ani na jednę mniéj.
Poza tą jednak dyplomacyą był ogólnie grzeczny dla wszystkich, uważał bowiem grzeczność za oznakę dobrego tonu, a może i za dobre wyrachowanie; trzymał się zasady, iż na grzeczności nikt nie traci, niekiedy też posuwał ją zbyt daleko.
Edmund powstał na powitanie swego wuja, który podał mu przyjaźnie rękę; Jana także przypomniał sobie zaraz, z szybkością pamięci dobrze świadczącą o stanowisku młodego człowieka. Znał go nietylko z czasów gdy siostrzeniec był w uniwersytecie, a on sam mieszkał w Warszawie, ale potem spotkał Jana w jednéj ze swych licznych zagranicznych wędrówek. Przypomniał to sobie zaraz i cieszył się z odnowienia miłéj znajomości.
— Potrzeba nam tu — mówił z namaszczeniem, głosem przyciszonym — potrzeba nam tu bardzo ludzi zdolnych, dobréj woli i silnych przekonań. Powtarzam to zawsze Edmundowi, skoro na Łódź narzeka.
— Ja zamierzam tu osiąść stale.
— To dobra, piękna, pożyteczna myśl — myśl bardzo szlachetna!
Pan Aureli mówił to z zapałem, chociaż prawie po cichu. W ogóle lubił przemawiać w ten sposób, aby słyszeli go tylko ci, dla których uszu słowa jego były przeznaczone. Podnosił zaś głos wówczas tylko, gdy zdania, jakie wypowiadał, adresowane były gdzieindziéj, nie do tego, z którym rozmawiał.
Usłużny pomimo swéj powagi, postanowił zyskać sobie prawa do wdzięczności nowego przybysza, zaznajamiając go z jedną z powag lekarskich miejscowych, która przypadkiem znajdowała się właśnie w restauracyi.
Herr Frömlich — odezwał się podchodząc do jednego z gości — muszę panu przedstawić młodego kolegę, który tylko co przybył tutaj, a zatem nie miał jeszcze czasu złożyć panu swego uszanowania.
Pan Frömlich w okularach, zakrywających nieco przebiegłe oczy, zmierzył od stóp do głowy tego nowego kolegę, siląc się na grzeczność, chociaż nowych kolegów nie lubił.
— Pan Jan Krzesławski — prezentował wuj Edmunda — skończył uniwersytet warszawski, a przez pięć lat dopełniał studyów w wielkich klinikach europejskich.
Tego rodzaju kolegów to już pan Frömlich nienawidził; nie wypadało mu jednak niechęci okazać, więc wyciągnął protekcyonalnie rękę, zamruczał coś niezrozumiale i oddalił się śpiesznie.
— To jedna z najbardziéj wpływowych osobistości w naszém mieście — objaśnił Świrski. — Kto chce mieć pacyentów, musi z nim być dobrze.
— Któż on jest?
— Tu urodzony, ale niemiec jak oni wszyscy, nawet nie wiem czy mówi po polsku.
— Jakże może rozmówić się z chorymi.
— Żartujesz pan, klientelę jego składa arystokracya łódzka. Są to wszystko landsmani. Tylko niemiec taką klientelę pozyskać może — dodał z westchnieniem. — Cóż pan chce! tak ułożyły się nieszczęsne tutejsze stosunki.
I pan Aureli wskazał spojrzeniem przy sąsiednim stoliku dwóch obywateli, władających równie dobrze niemieckim jak własnym językiem, którzy prowadzili pomiędzy sobą rozmowę, siląc się na czysto germański akcent. Pan Aureli zbliżył się do nich i wkrótce doleciał Jana głos jego, przemawiający również po niemiecku. Zapewne nieszczęsne łódzkie stosunki zmuszały go do tego.
— Jakież stanowisko twój wuj tutaj zajmuje? — zapytał. — Czyż i on zależy od tutejszych potentatów?
— Jest rejentem, więc człowiekiem niby niezależnym, ale zależymy tu od nich wszyscy, pośrednio lub bezpośrednio. Czyż to tak trudne do pojęcia? Wszakże przy nich jest kapitał.
— Tak, przy nich jest kapitał — powtórzył zwolna Jan i wstał od stołu.
Atmosfera téj sali poczynała go dusić; gości przybywało, gwar i hałas się wzmagał, a ten drażnił go w dziwny sposób. Obiad był skończony, zapłacił i wyszli razem.
— Cóż teraz robisz? — spytał Edmund.
— Rozejrzę się po Łodzi i poszukam mieszkania.
— Pomógłbym ci ale teraz właśnie mam czas zajęty.
— Bądź spokojny, przywykłem zawsze i wszędzie sam sobie radzić.
Wziął adres Edmunda i rozeszli się.
— A pamiętaj — zawołał za kolegą Brzeźnicki — wieczorem nie wychodź bez broni, a najlepiéj nie wychodź wcale.
— Żartujesz chyba, nie jesteśmy przecież na pustyni.
— Niestety, zabójstwa i rabunki trafiają się tu codziennie.
— Więc aż do tego dochodzi?
Stał chwilę wodząc zamyślonym wzrokiem po mieście wrzącém gorączkowém życiem, jakby chciał zmierzyć te moralne i materyalne nędze, które nurtują przemysłową ludność i popychają na drogę zbrodni.
Edmund oddalił się w swoję stronę, a Jan szedł powoli szerokiemi ulicami, wśród mnóstwa przechodniów, usuwając się z drogi tym, którzy nieśli ciężary, lub spieszyli, widocznie gnani myślą jakąś; szedł uważny na wszystko, spoglądał w twarze, nasłuchywał mowy. Słońce jeszcze nie zaszło, nie obawiał się więc jeszcze rabunku.




Na najwyższém piętrze wielkiego domu, położonego przy jednéj z bocznych ulic, w mieszkaniu którego okna wychodziły na dziedzieniec pełen kurzu, brudu, nawoływań handlarzy, krzyku bijącéj się dziatwy, można było zawsze w nizkiém oknie zobaczyć głowę młodéj kobiety, pochylonéj nad maszyną do szycia. I wieczorem, przy świetle lampy, cień jéj rysował się na szybie zawsze w jednéj postawie.
Dom, chociaż duży, zamieszkany był głównie przez ludność ubogą, oficyalistów fabrycznych, rzemieślników, drobnych handlarzy. Z tego powodu dziedziniec był gwarny i jak ulica pełen pracowitego ruchu.
W takim domu bogaci mieszkać by nie chcieli; lokale małe składały się z dwóch lub trzech pokoików. O wygodzie lokatorów nikt nie pomyślał; wodę nosić musiano z pompy umieszczonéj na dziedzieńcu, schody brudne, nigdy nie myte, wieczorem oświetlone były naftową lampką, dającą więcéj kopciu i swędu niż światła. W mieszkaniach piece dymiły, a za wentylatory służyły szpary w niedomykających się drzwiach i oknach.
Mieszkanie, do którego należało okno pracowitéj kobiety, składało się z dwóch niewielkich izdebek i z mniejszéj jeszcze kuchni. Oczywiście ludzie zajmujący tak nędzny lokal nie wiele potraw gotują, nie potrzebują więc ani obszernego miejsca do ich przyrządzania, ani licznych naczyń.
Pomimo szczupłości lokalu, rodzina składała się z pięciu osób: ojca, matki większą część życia spędzającéj w łóżku, i trojga dzieci. Dwoje młodszych, Emil i Józia, chodzili do szkoły, a najstarsza, Anna, przykładała się szyciem na maszynie do utrzymania całéj gromadki, bo zarobek ojca starczyć wszystkim wydatkom nie mógł. Ona to utrzymywała wzorowy porządek, zdobiący ubogie mieszkanie. Widać było wszędzie ślady pracowitéj ręki, która nie szczędziła starań, cerowała, czyściła, naprawiała. Tylko dzięki temu, stare sprzęty jeszcze mogły pozostawać w służbie czynnéj.
Pierwszy pokój o dwóch oknach, do którego wchodziło się przez kuchnię, nie miał wcale pretensyi do jakiegokolwiek wyłącznego przeznaczenia; nie był ani salonem, ani jadalnią, ani pokojem sypialnym, ale łączył te wszystkie użytki, jak to zwykle dzieje się u ludzi ubogich, choćby należących niegdyś do wyższych warstw społecznych.
W pokoju tym stało łóżko matki, a na starym szezlongu, pomiędzy oknami, sypiał ojciec. Szezlong ten w dzień spełniał inne obowiązki, był przed nim stół okrągły, na którym zastawiano obiad lub herbatę; pod oknem była maszyna Anny i stół drugi założony robotą. Białe firanki zasłaniały przepalone szyby; na firankach czystych można było dostrzedz pod światło mnóstwo cer starannie wykonanych.
Łóżko zasłane było czystą bielizną; na niém chora matka, ubrana w kolorowy kaftanik i biały muślinowy czepeczek, spoczywała, czasami tylko wzdychając lub odzywając się gderliwie.
Znać na niéj było ślady minionéj piękności; świadczyły o niéj delikatne rysy i oczy wielkie, głęboko zapadłe, które niegdyś tryskały życiem.
Nad łóżkiem, na hebanowej półeczce, stał stary bronzowy zegar, który ochrzypłym głosem wydzwaniał zawsze fałszywe godziny i kwadranse. Spłowiały dywanik chronił chorą od wilgoci ścianę; na nim, pod obrazkiem Matki Bozkiéj Częstochowskiéj, wisiały dwie miniatury: jedna przedstawiała młodego męzczyznę w mundurze wojskowym, druga piękną kobietę z bufiastemi rękawkami i węzłem włosów na wierzchołku głowy. Były to widocznie pamiątki rodzinne, zabytki świadczące o lepszéj przeszłości i jedyna jéj pozostałość.
W drugim maleńkim pokoiku, wyłącznie należącym do dzieci, Emil i Józia przygotowywali się do lekcyi.
Maszyna Anny warczała, poruszana szybko, a choć zmrok zapadał, ona nie składała jeszcze roboty.
— Andziu, ciemno już, oczy sobie popsujesz — odezwała się matka.
— O! ja widzę doskonale.
— To tak zawsze. Nikt słuchać mnie nie chce — zawołała chora niecierpliwie.
— Nie gniewaj się mamo, chciałam tylko szwu dokończyć. Ot już kładę robotę — odparła łagodnie, łącząc uczynek do słów.
Wstała, wyprostowała zmęczone członki i wówczas można było ocenić jéj zgrabną kibić. Twarz jéj blada, jak zwykle u istot rozwijających się w złych hygienicznych warunkach, bez powietrza i ruchu, odżywianych byle jak, była jednak piękna. Rysy jéj, chorobliwéj delikatności, stały się tém podatniejsze do odzwierciedlenia wewnętrznéj istoty i utworzyły z nią tak nierozdzielną całość, iż można było przedstawić Annę jako żywe wcielenie męztwa, cierpliwości i słodyczy. Szafirowe oczy roztaczały w koło blaski spokojne, którym oprzeć się było trudno; różowe usta rozchylały się uśmiechem smutnym ale tak łagodnym, że wnikał do serca; szczupły owal twarzy miał matową barwę kości słoniowéj. Ciemne włosy, gładko zaczesane, odkrywały czoło poważne, na którém przedwczesna troska wyryła pomiędzy gęstemi brwiami podłużną bruzdę.
— Zmęczona jesteś? — zapytała z opryskliwą troskliwością chora.
— Nie, mamo.
— Alboż ty się kiedy przyznasz! Jesteś tak samo skryta jak twój ojciec.
— Mamo — zaprzeczyła.
— Ojciec zawsze krył się ze wszystkiém, jak ty słuchać mnie nie chciał, i ot... jak na tém wyszedł! Gdybym ja była znała jego interesa z tym Hardmutem! Ale on nie powiedział mi nic nigdy!
— Mamo — na co wspominać to, co się nie odstanie.
— Kiedy ojciec i dziś tak samo słuchać mnie nie chce. Jakaż ja nieszczęśliwa!
Anna podczas téj mowy stała w oknie, zapatrzona w ciasny horyzont. W górze, podnosząc głowę, można było dojrzeć żółtą ścianę przeciwległéj oficyny, na którą padały ostatnie promienie zachodzącego słońca, i niby przez szczelinę wązki skrawek nieba. Teraz, słysząc narzekania matki, podeszła do niéj, nachyliła się i objęła z pieszczotą.
— Nie dręcz się mamo, to zaszkodzić ci może. Ojciec wie, co mu czynić wypada; on i tak się zapracowywa, aż żal patrzeć.
Chora wstrząsnęła głową i uniosła się na poduszkach.
— Otóż to właśnie — odparła — a wszystko dlatego, że jest taki skryty.
Anna zrobiła ruch niechętny przy tych słowach, powtarzanych uparcie. Przez chwilę stała jakby niepewna, co jéj czynić wypada, potém, straciwszy snadź nadzieję przekonania matki, wolnym krokiem poszła do drugiego pokoju, zobaczyć jak dzieci odrabiały swoje zadania.
Józia, oparta łokciami na stole a rączkami przysłaniając uszy, półgłosem powtarzała lekcyą, którą chciała sobie wbić w pamięć, ale Emil, zawsze roztrzepany, wycinał jakiś papier, usiłując nadać mu kształt konika. Był tak zajęty swoją zabawką, że nie słyszał wejścia siostry.
— Milu! — zawołała Anna — cóż będzie z jutrzejszemi lekcyami?
Chłopiec podniósł na nią figlarne oczy.
— Nie mogę Andziu, doprawdy nie mogę! Żebym sto razy powtarzał, nie spamiętam nigdy.
— Na co kłamać Milu, czemu nie powiesz wprost, że nie chcesz się uczyć. Lepiéj zawsze rzeczy nazywać po imieniu.
On milczał, obracając w ręku nożyczki, które siostrze zabrał cichaczem.
— Ojciec zmartwi się bardzo — mówiła Anna — gdy się przekona, żeś taki leniuch.
— Niby to co ojca obchodzi — mruknął.
— Milu! jak możesz tak mówić.
— Ojciec się nigdy o moje lekcye nie pyta.
— A gdyby się zapytał?
Emil spuścił głowę z namysłem; potem ukradkiem spojrzał na siostrę.
— Ech! — wykrzyknął — tylko ty mu tego nie mów.
— A jeśli mu nie powiem, czy zabierzesz się do książki?
Wahał się nad odpowiedzią i patrzał w jéj oczy smutne, proszące.
— Będę się starał! — zawołał zwyciężony.
— Staraj się Milu, staraj — szepnęła — och! gdybyś ty już pojmował, jakie to życie jest ciężkie... bardzo ciężkie...
Mówiła to ze znużeniem wielkiém, jakby słowa skargi gwałtem przychodziły jéj na usta.
— Zobaczysz Andziu — zawołał Emil, drąc energicznie wyciętego konia — ja się nauczę!
Ucałowała go, zapaliła mu lampę, dopilnowała by usiadł do książki, wzięła nożyczki, żeby nie miał pokusy do nich powrócić, i wyszła.
Teraz na chwilę wysunęła się z mieszkania; nie poszła jednak daleko, nie wzięła nawet kapelusza. W tym samym domu mieszkała jéj koleżanka z pensyi, któréj ojciec zajmował jakąś sądową posadę, poszła tam i w parę minut powróciła spiesznie. Ściemniło się już zupełnie; Anna przy lampie znów usiadła do roboty.
— Andziu, która godzina? — zapytała po chwili chora.
Zegar wskazywał już blizko dziewiątą, choć wydzwonił czwartą dopiero. Zajrzała do kuchni. Najemnica, która zastępowała w ubogiém gospodarstwie służącą, przyszła właśnie nastawić samowar. Anna dała jéj pieniędzy na bułki, potem przysunęła do lampy stary fotel i na stole położyła „Dziennik Łódzki.”
— Andziu! ojciec powinienby już wrócić — wyrzekła znowu chora.
— Wróci zapewne zaraz.
Kobieta poruszyła się niecierpliwie na łóżku.
— Już dawno powinien być w domu.
— Mamo, wiesz dobrze, że to od niego nie zależy.
— Tak. Nie zależy, bo wyzyskiwać się daje. Ja to zawsze mówię, ale mnie nikt nie słucha.
W téj chwili dały się słyszeć na schodach ciężkie kroki, jakie stawiają ci, którym stopy trudno unieść od ziemi; a razem rozległ się suchy kaszel.
Anna zerwała się z miejsca.
— Mamo! — zawołała błagalnie — nie męcz ojca, daj mu odetchnąć.
Pobiegła drzwi otworzyć, a chora mówiła do siebie:
— Alboż to ja, to on męczy siebie i nas wszystkich... Taka nędza!
W kuchni Anna pomagała ojcu zdjąć paltot, odebrała od niego kapelusz, laskę, tekę; położyła to wszystko na zwykłém miejscu, za swoją maszyną.
Pan domu do pokoju słabo oświetlonego wszedł wolnym krokiem. Zbliżył się naprzód do żony i, nic nie mówiąc, pocałował ją w rękę, potem szedł prosto do fotelu, który mu córka przygotowała, i usiadł w nim ciężko. Teraz, gdy wynurzył się z pomroki i na twarz padły mu promienie lampy, ukazała się postać złożona z samych sprzeczności.
Był to niegdyś człowiek wysoki i dobrze zbudowany, a jednak żeby to ocenić, trzeba było dobrze się w niego wpatrywać; zdawało się, że przygarbione ciało zmalało, że szerokie ramiona ścisnęły się pod działaniem jakiéjś tłoczni nieustannéj, która go zmiażdżyła, zarówno fizycznie jak moralnie, i przemieniła na maszynę, wykonywającą z góry nakreślone czynności.
Patrząc na niego wydawało się rzeczą naturalną, że nogi nie mogły oderwać się od ziemi, że oddech był krótki. Płuca w tym człowieku musiały być zduszone skurczeniem się całéj postawy i nie mogły zaczerpnąć potrzebnéj ilości powietrza. Odbywała się w nim widocznie radykalna przemiana, organizm przystosowywał się do warunków nowych, w których się nie zrodził i nie wychował.
Toż samo dostrzedz można było na twarzy okrągłéj z orlim nosem, sumiastym wąsem i wybitnym szlacheckim typem. Oczy niebieskie, które snadź Anna po nim odziedziczyła, przywykłe były do rozglądania się w szerokich przestrzeniach, usta do przyjaznych uśmiechów, czoło do pogody, która może niegdyś była jego zwykłym wyrazem. Dziś, źrenice przygasłe uwypukliły się z powodu ciągłego wpatrywania się w przedmioty blizkie i drobne, na białku, zżółkłém od troski czy starości, zarysowały się krwawe żyłki, a przytem wzrok był niepewny, lękliwy, rumiane niegdyś policzki blade i zapadłe. Stać się to mogło za sprawą starości, ale także i téj wielkiéj organicznéj przemiany, jaka w nim była widoczną.
Wieku jego oznaczyć było niepodobna; włosy nawet nie dawały pod tym względem wskazówki, rzadkie i miękie ich kosmyki miały niepewny kolor, który zarówno mógł należeć do blondyna, jak do osiwiałego starca.
Gdy tak siedział, z okiem bezmyślnie przed siebie utkwioném, z opuszczonemi ramionami, można było przysiądz, że niezmierna ilość wiosen i zim zaciążyła nad nim, a znów czasem, rzadko bardzo, kiedy się ożywił, gdy podniósł czoło i w oczach zbudził się dawny wyraz, przychodziło na myśl, że nie był on tyle starym co steranym, że gdyby życie jego potoczyło się łatwiejszą koleją, mógłby może jeszcze dosiąść ognistego konia i dowodzić białym mazurem.
Ale dziś... dziś zdawał się on pomniejszać, usuwać ażeby zabierać najmniéj miejsca, nikomu nie wpaść w oczy i skryć się przed nieszczęściem, które go snadź prześladowało. Ruchy jego miały coś automatycznego, zapewne przywykł od dawna wykonywać czynności, w których myśl i wola nie brały udziału.
Przez pewien przeciąg czasu siedział w milczeniu, jakby przychodził zwolna do siebie po długiém przebywaniu w dusznéj atmosferze.
Anna kilka razy przeszła koło niego, a widząc, że nie zwraca na nią uwagi, przybliżyła się zcicha.
On siedział wciąż nieruchomy, z oczyma utkwionemi przed siebie.
Wówczas podsunęła mu pod oczy „Dziennik łódzki”.
Źrenice jego zabłysły nagle, ręce wyciągnęły się i pochwyciły pismo; ale to trwało krótko.
— Na co mi to — odezwał się, spoglądając w okno, jakby lękał się być spostrzeżonym.
— Lubisz ojcze wieczorem przeczytać gazetę.
— Na co mi to — powtórzył, jakby słów jéj nie słyszał — czyście sprzysięgli się wszyscy abym miejsce utracił? Czy nie wiecie, że p. Holzberg, od czasu jak „Dziennik łódzki” opisał sprawę, jaką miał o dzieci, które pracowały w fabryce na równi ze starszymi, nie ścierpi aby go trzymał który z jego oficyalistów?
— My go przecież nie trzymamy — odparła smutno Anna. — Choćbyśmy nawet chcieli, nie mamy na to środków.
— Zkąd-że jest?
— To Helenka Milska chwaliła powieść w odcinku, a ja chciałam ją przeczytać.
— Nie pożyczaj go więcéj, proszę cię — mówił z widoczną trwogą, zwracając niespokojne oczy na okno, przez które ciekawe oczy mogły wedrzeć się do jego mieszkania.
Anna zrozumiała i starym szalem zasłoniła szyby. Ojciec uczuł widoczną ulgę.
— Tak, tak zawsze być powinno — wyrzekł, zasiadając lepiéj w fotelu, jakby teraz dopiero czuł się u siebie.
Ale po chwili namysłu dodał:
— Nie, to nie dobrze, ludzie gotowi by pomyśleć, że mamy coś do ukrycia, skoro tak szczelnie zamykamy się przed nimi.
Pozostał czas jakiś zamyślony głęboko, rozbierając zapewne trudne zadanie, jak mu w tym razie postąpić należało, ażeby nie wzbudzić podejrzeń żadnych.
Podniósł wreszcie głowę i spotkał wzrok córki utkwiony w siebie. Uśmiechnął się do niéj, a raczéj usiłował uśmiechnąć.
— Widzisz Andziu — rzekł — o chleb jest bardzo trudno. Cóżbyśmy zrobili gdybym go stracił, a p. Holzberg nie znosi żadnéj opozycyi.
— Pan Holzberg nie ma przecież prawa mieszać się do tego co robisz lub czytasz w domu — wtrąciła żona, która słuchała męża ze wzrastającą niecierpliwością.
Mąż odwrócił głowę i spojrzał na nią przez ramię w taki sposób, jak człowiek dojrzały patrzy na nierozsądne dziecię. Nie odpowiedział nic.
— Poddałeś kark pod jego jarzmo, Feliksie — ciągnęła daléj chora — za te nędzne kilkadziesiąt rubli miesięcznie, pracujesz mu od rana do nocy jak wół roboczy i jeszcze się lękasz obrazić go myślą.
— Pan Holzberg ma prawo każdéj chwili wypowiedzieć mi miejsce, nie tłumacząc mi się z tego.
— Gdzież znajdzie drugiego takiego jak ty...
— Pan Holzberg ma w swoich biurach samych niemców — przerwał żonie, wstrząsając głową złowrogo; — czy ty nie wiesz o tém? Nas coraz mniéj... patrzą na nas jak na rarogi... wygryzają... oddalają bez powodu. Dawniéj było co innego... potem po jednemu zaczęli wyrzucać i tylko niemców przyjmują. Lękamy się narazić... Przychodzimy pierwsi, wychodzimy ostatni, pracujemy za wszystkich... a przecież...
Mówił to urywanym głosem, z jakimś rozpaczliwym spokojem.
— Alboż nie znajdziesz innego miejsca?
— Innego miejsca? Nazywam się Bosowicz, pamiętaj o tém. Gdybym był Bösewitz mógłbym na coś rachować, ale tak!...
Pochylił czoło i wyglądał teraz tak znękany, tak bezsilny, jak ofiara, którą los mógł miotać dowoli, bo ona już żadnego oporu stawić mu nie potrafi. W téj chwili wydawał się prawie zgrzybiałym, ręce jego drżały, z piersi wydobywał się z trudnością zduszony oddech.
Anna krzątała się koło herbaty, a co chwila spoglądała na ojca. Gotujący się samowar syczał i rzucał pod sufit kłęby pary, a Emil i Józia, czekając zanim siostra herbatę naleje, gryźli suche bułki z apetytem, podsyconym skąpym obiadem.
Chwila, w któréj gromadzą się przy wspólnym stole pracujące rodziny, ma nawet w ubóstwie swoje słodycze, jeśli zasiądzie wraz z nimi zgoda i miłość. Ale tu, nad tym skromnym stołem, zawisła niepewność bytu, troska o jutro. Ojciec, głowa rodziny, nie wiedział, czy zabijając się pracą potrafi dzieciom jutro chleba dostarczyć, nie miał siły i odwagi wglądać w ich naukę, w sprawy domowe, nawet o zdrowie żony pytał tylko ze zwyczaju. Czyż nie lepiéj było dla choréj umrzeć dopóki miała dach nad głową, dopóki może wierzyć, że rodzina jéj nie osiądzie na bruku?
Jedna Anna czytała te wszystkie myśli w osłupiałém spojrzeniu ojca, jak czytała śmiertelne znużenie na jego czole. I na to nie było żadnéj rady; los ich spełnić się musiał, wiedziała o tém, spełnić koniecznie, spełnić bez ratunku.
W téj chwili zastukano do drzwi kuchennych, bo mieszkanie dzwonka nie posiadało. Wszyscy spojrzeli po sobie zdziwieni, bo o téj godzinie nikt do nich nie przychodził. Anna poszła otworzyć.
— Mój ojcze! — zawołała z wyraźnym zdziwieniem w głosie.
I zanim pan Feliks powstał ze swego miejsca, ukazał się na progu kuchenki młody człowiek nieznany.
— Przepraszam — rzekł — czy mam przyjemność mówić z panem Bosowiczem.
Ton mowy, właściwy wykształconemu człowiekowi, rozbrzmiewał dziwnie w uchu mieszkańców téj biednéj siedziby i nie zdołał uspokoić gospodarza domu. On przywykł oddawna do smutnych wieści, smutniejszych jeszcze niespodzianek losu i każdy nadprogramowy wypadek przejmował go dreszczem niepokoju.
— Tak, to ja jestem — odparł niepewnym głosom.
— Więc pozwól mi się pan przedstawić. Jestem Jan Krzesławski, syn dawnego sąsiada pana; przepraszam za niewłaściwą porę, w któréj przychodzę, ale wiem, że tylko teraz mogę pana zastać.
Bosowicz wpatrywał się w gościa.
— Krzesławski! — zawołał — pamiętam, pamiętam. Jaś! Pan Jan — poprawił się szybko, przyglądając się młodzieńcowi z widoczną radością. — Przypomniałeś sobie o nas, odszukałeś...
— Pan Jan! — odezwała się Bosowiczowa — chodź­‑że tu pan bliżéj, pokaż się.
Przez jakiś czas mówiono o przeszłości. Wreszcie Jan, odprowadzając na bok gospodarza domu, rzekł:
— Nie śmiałbym pana pomimo dawnéj znajomości trudzić i przypominać się, gdyby nie interes.
Na to słowo wyraz twarzy pana Feliksa zmienił się nagle i spuścił głowę z widoczném przygnębieniem.
— Interes — szepnął — acha... interes... domyśliłem się tego zaraz.
Jan obejrzał się po pokoju; nie było gdzie o interesie pomówić swobodnie.
— Nie lękaj się pan — uspakajał Jan Krzesławski — interes ten nie zagraża panu wcale, przeciwnie, gdyby się go przeprowadzić udało, mógłby wrócić zagrabiony majątek.
Sprzeczne uczucia wyraziły się gwałtownie na twarzy Bosowicza.
Chora nie mogła powstrzymać wykrzyknika, Anna wpatrywała się w gościa zdumiona.
— Jakto? — zapytał wreszcie Bosowicz głosem, w którym drgała trwoga i nadzieja.
— O oszustwie, którego pan stałeś się ofiarą, mówiłem wiele. Dlaczegóż mamy być zawsze wyzyskiwani?
Oficyalista fabryczny wstrząsnął głową, błyski nadziei zagasły mu w oczach.
— Widzi pan — wyrzekł — oni mają kapitał, a my... my jesteśmy jeszcze szczęśliwi, kiedy nam rzucą pracę, jak kość psu. To darmo!
— Tak być nie powinno, oni pana wprost okradli; wiem o tém.
— Tak, tak, ale mów pan ciszéj, straciłbym chleb, gdyby kto usłyszał.
— Pieniądze pańskie stały się podwaliną ich fortuny.
— Po co mi pan to mówisz. Alboż tego nie pojmuję. Kiedy pan wiesz wszystko... wiesz także, iż nie mam dowodu.
— Dowodu tego szukać należy!
— Bądź pan spokojny, on pewno wpadł we właściwe ręce i zniszczonym został.
— Kto to wie? Mam niejakie powody sądzić przeciwnie. Wypadek rzucił mi ślady zatargu pomiędzy Hardmutem a...
— Nie wymawiaj pan tego nazwiska! Człowiek ten jest tu tak potężny, iż jeśli istnieję, to tylko dzięki maluczkości mojéj, inaczéj... Myślałem nawet o zmianie nazwiska, ale taki pyłek jak ja... Hardmut był tylko pionkiem w jego ręku... ja... ja dałem się podejść jak dzieciak... jak głupiec... Zgubiłem moję rodzinę. A dziś...
— Czy mi pan zaufasz? — zapytał Jan. — Wiem, że ludzie, których dobréj wiary nadużyto, potem zwykle nie wierzą nikomu.
Bosowicz patrzył przez chwilę w jasne, otwarte oblicze Jana.
— Ufam — odparł — bo zresztą dlaczegożbyś mnie pan chciał gubić?
— A więc mówmy szczerze, mam jakiś ślad, potrzebuję przecież wiedzieć wszystko, nie chciałbym dotykać blizn krwawych, ale pan przecież widzi, że nie powoduje mną ciekawość.
— Słuchaj pan, historya mego nieszczęścia, jest historyą wielu nieopatrznych. Majątek mój był nadwyrężony, jak wielu innych; nie byłem wstanie dłużéj gospodarować. Przyjechał niemiec, oglądał, chciał kupić. Sprzedać niemcowi Bosowice gdziem się urodził, wychował, gdzie były prochy wszystkich moich! Nie mogłem, nie. Puściłem w dzierżawę. Dotąd wszystko w porządku. Naraz dzierżawca zapotrzebował dla swoich interesów mieć tytuł dziedzictwa. Lękałem się tego, radziłem prawników. Ażeby uspokoić mię, Hardmut dostarczył poręczenie odpowiedzialnéj osoby za wszelkie straty, jakieby kiedykolwiek ztąd wyniknąć mogły.
— I papiery te skradzione zostały z biurka?
— Skradzione niepojętym sposobem!
— Hardmut tymczasem sprzedał Bosowice, które już znajdują się w trzeciém czy czwartém ręku; nieprawemu właścicielowi pilno było zatrzeć ślad swego czynu. Wynaleziono w nich bogate kopalnie, założono fabryki, dziś wartość ich jest ogromna a towarzystwo akcyjne, w którego posiadaniu zostają, ciągnie z nich krociowe zyski...
— Tak, tak, tak! — powtarzał Bosowicz — ja dałem to sobie wydrzeć.
— Widziałem zblizka gospodarstwo tego towarzystwa, zaprowadzili język niemiecki w administracyi, nawet zwierzchność robotniczą z Niemiec sprowadzili.
— Jak tutaj.
— I postanowiłem wytężyć siły, ażeby przynajmniéj wspólnik kradzieży, którego dosięgnąć można, został odkryty. Oto dlaczego przyszedłem do pana.
— Do mnie? Cóż ja mogę! — zawołał z rozpaczą.
— Czy nie miałeś pan podejrzenia na kogo w chwili spełnienia kradzieży? Hardmut jéj sam nie uskutecznił.
— W domu nie zginęło nic, biurko, w którém chowałem papiery zostało nienaruszone, ulotniło się z niego tylko to, co stanowiło gwarancyą mego majątku. Hardmut nawet wówczas w Bosowicach nie był obecny, a jednak wiedział on dobrze o tém, co się stało, bo od téj chwili wystąpił jako właściciel. I jeszcze śmiał się w oczy z mojego oporu.
Umilkł, jakgdyby przygniatało go wspomnienie.
— Teraz to przeszło już — wyrzekł po długiéj chwili niepewnym głosem. — Czas jakiś myślałem, że oszaleję.
Przyciskał czoło rękami, jakby ono pękało pod naciskiem żalu. W pokoju panowało takie milczenie, iż można było słyszeć przyspieszone tętna serc uderzających gwałtownie.
— I pan ma nadzieję? — spytała wreszcie szeptem prawie Bosowiczowa.
Oczy jéj świeciły gorączkowo.
— Nadzieję... to zbyt wiele. Wypadkiem pochwyciłem wątek... ślad wątku, iż nie wszystkie papiery skradzione z biurka zniszczone zostały. Hardmut najmniéj skorzystał; upominał się o większy udział w zysku i odebrał odpowiedź, iż dopóki dokument, poręczający ewentualne pańskie straty istnieje, on do niczego więcéj prawa mieć nie może.
— Zkąd pan to wiesz?
— Słów parę nieostrożnie przy mnie zamienionych w wagonie, dało mi to przekonanie. Nie miałyby one żadnego znaczenia, gdybym nie znał historyi pańskiego wydziedziczenia i nie mógł dopełnić ich w myśli...
— Czy pan nie miałeś — pytał daléj po chwili — pomiędzy służbą dworską Michała?
— Był! był ogrodnik tego imienia.
— W rozmowie o któréj wspominam pochwyciłem to imię. Prawdopodobnie on był sprawcą kradzieży; jego trzeba odszukać.
— Odszukać! od tego czasu sześć lat, sześć długich lat upłynęło.
— Czy przypominasz pan sobie nazwisko tego Michała?
Pamięć Anny przyszła w pomoc ojcu.
— Michał Wroniak — zawołała — przypominam go sobie dobrze, najtrudniejszą rzecz potrafił wykonać; spryt miał nieporównany, a nigdy w oczy nie patrzał...
— Więc mamy i rysopis — rzekł Jan — to coś znaczy. Czy może pani powiedzieć jakiego koloru miał włosy, jaki był jego wzrost, wiek...
Tego już nie pamiętała.
Jeśli to miało stanowić ślad, był tak słaby, iż szalony tylko mógł na nim budować nadzieję.




Mieszkanie, jakie sobie wynajął doktór Krzesławski nie było ani piękném, ani zbyt wygodném, ani nawet położoném w porządniejszéj dzielnicy. Wyglądało ono na tymczasową siedzibę człowieka nie przywiązującego do niéj wagi. Nie było tu żadnego przedmiotu postawionego dla efektu, dla przyjemności oka, ani dla zwyczaju. W oknach były takie tylko firanki, które przeszkadzają ciekawemu oku sąsiadów zajrzeć do wnętrza, zwyczajne półki służyły za bibliotekę, za skład narzędzi medycznych. Okna miały widok na ulicę, a raczéj na szeroką aleję przedmieścia. Naprzeciwko stały zabudowania fabryczne, z czerwonéj nieotynkowanéj cegły, z kominami, sterczącemi ku niebu jak kolumny. Na głównym budynku widniał napis złożony z wielkich czarnych liter „Herman Pifke”, do których zbiegał się ze stron wszystkich tłum złożony z kilkuset mężczyzn, kobiet, dzieci. Przed piątą otwierały się na oścież żelazne bramy dziedzińca, fabryka przyjmowała swych pracowników, z niebotycznych kominów buchały kłęby dymu, syczały olbrzymie kotły. Para, nakształt iskry elektrycznéj obiegała warstaty i machiny, które rozpoczynały swój taniec piekielny; jedne rwały podsuwaną sobie bawełnę, inne nadawały jéj kształt wałka, inne rozbierały ją na nitki i te nitki skręcały, nawijały na tkackie warstaty, a selffaktory stalową ręką przesuwały cewki... Wielki budynek drgał w swoich posadach, od dolnych pięter do szczytu, pod uderzeniem tych pulsów olbrzymich; dyszał, jęczał, piszczał, zgrzytał tysiącem swych członków, wśród których poruszało się mrowisko ludzkie, nakształt drobnych owadów wplątanych w sieć potwornego pająka, który mógł zgnieść ich wszystkich, przy jednym niezręcznym ruchu.

O dwunastéj odzywał się dzwon fabryczny, i, jak moc czartowska w legendzie utracała swą siłę skoro kur zapiał, tak na ten dźwięk maszyny zatrzymywały się w biegu, ustawał piekielny hałas. Człowiek odzyskiwał swe prawa, głos jego, nie głuszony już stokroć potężniejszym głosem żelaza i pary, rozbrzmiewał na wszystkich piętrach.
Robotnicy wybiegali i szli każdy w swą stronę, jakby ich gnała jakaś niewidzialna siła, bo godzina obiadowa była krótką bardzo; nie ubiegło pięćdziesięciu minut, gdy ten sam dzwon obwieszczał rozpoczęcie pracy. Znów budził się uśpiony potwór i dyszał do ósméj wieczór; ale kiedy wśród zapadającéj ciemności płynęła znów z bram ludzka fala, straciła ona swą wartkość. Znużenie straszne ciążyło nad tą rzeszą, zamykało jéj usta i krok opóźniało. Niektóre tylko silniejsze organizmy wychodziły zwycięzko z kilkunastogodzinnéj pracy i zachowały rzeźkość, ogół szedł wyczerpany, senny, bez ożywienia rannego, z jedną tylko żądzą spoczynku, lub z jakiemś podnieceniem nerwowém, jakby pijany, odurzony, nieprzytomny. Wówczas to wszczynały się kłótnie, klątwy, bójki. Kieliszek wódki starczył do zawrócenia głowy i doprowadzał do szału już nawpół oszalałych. Wybuchały zwierzęce namiętności, połyskały noże, krew płynęła.
— Obrałeś sobie mieszkanie w nieosobliwym punkcie — mówił Edmund, odwiedzając pierwszy raz Krzesławskiego.
Jan wzruszył ramionami.
— Zachęciła mię ta fabryka, którą mam przed oczami.
— Będzie to jednak świat dla ciebie zamknięty; do wnętrza jéj lekarzowi dostać się bardzo trudno. Każda fabryka strąca pracownikom pewne odsetki na pomoc w razie choroby — ale funduszem zawiaduje właściciel, on to wybiera lekarzy. O takie posady ubiega się wielu, dają one stały roczny dochód, a co najważniejsza, że dają sposobność wejścia w stosunki z wielkimi potentatami miasta... a może w danéj chwili, np. w nieobecności domowego lekarza, sposobność leczenia najdostojniejszych katarów i chrypek. Zostać więc doktorem robotników fabrycznych tutaj nie łatwo.
— Wszystko jest trudném — odparł Jan, który słuchał uważnie — ale pomimo to usiłować trzeba...
— Ach! usiłować, usiłować zawsze i zawsze daremnie. — I podniósł ręce ruchem pełnym rozpaczliwego zniechęcenia.
— Ty nie wiesz, jak tu człowiek czuje się opasany żelazną koniecznością... atmosfera nieubłagana obejmuje go, wnika w niego przez wszystkie pory, obezwładnia, przetwarza, prowadzi nieustannie swą rozkładową pracę, aż wreszcie stać się trzeba jedném więcéj kółkiem w tym zabójczym mechanizmie, albo też... w łeb sobie palnąć!
— To wieczna śpiewka tych, którzy nie potrafią działać.
Edmund wzruszył ramionami.
— Nie trudź się daremnie pięknemi kazaniami. Wszystko co mi możesz powiedzieć, mówiłem sam sobie. I gdyby nie dwie szafirowe gwiazdki...
— Tego nie trudno się domyśleć, na dnie zrozpaczenia są zawsze szafirowe albo czarne gwiazdy... zawsze jeden pierwiastek.
— Mylisz się. Takim jak ja biedakom kochać się nie wolno... Nie śmiéj się! mówię prawdę. Nie znam jéj, nie staram się poznać. Jest biedną jak i ja, ale gdy ją widzę pochyloną nad niewdzięczną pracą, cierpliwą, wytrwałą a zawsze pogodną — i we mnie wstępuje spokój. Wówczas chciałbym zdobyć dla niéj dostatek, choć nie wiem nawet czyby go odemnie przyjęła. Potykam się znów z niepodobieństwem, znów rozbijam o kraty jakie nas opasały, i myślę, że jest to może jéj szczęściem, iż nie wie nawet o mojém istnieniu, o moich chęciach bezsilnych. Los jéj i bez tego jest ciężki. Mieszkamy w jednym domu, widzę jéj życie jak na dłoni. Dlaczegoż tak patrzysz na mnie? Czy znasz ją także?
— Znam, i cóż ztąd? Czy sądzisz, że człowiek na świecie nie ma już nic innego do roboty jak wzdychać do ocząt, jakie się spotka? Wzruszył ramionami z niecierpliwością.
— Ot — mówił daléj — chodźmy się przejść. Chciałbym poznać wasze miasto i jego zaułki.
Młodzi ludzie wyszli. Jednocześnie prawie z bramy fabrycznéj wyjeżdżało odkryte lando, zaprzężone w gniade konie. Wewnątrz siedziała ta sama panna, którą Jan widział wysiadającą z pociągu na dworcu kolejowym, i jakaś starsza kobieta, wyglądająca z twarzy na kucharkę ubraną przypadkiem w kapelusz z piórami i koronkową okrywkę. Powóz skręcał powoli na wązką ulicę i przez chwilę osoby jadące były bardzo blizkie młodych ludzi.
Edmund skłonił się skwapliwie z wielkiém uszanowaniem, a starsza kobieta odpowiedziała protekcyonalném skinieniem głowy. Oczy panny spoczęły na Janie, może go zapamiętała, bo na twarz jéj wybiegł rumieniec. W téj chwili konie ruszyły kłusem, wznosząc wkoło tuman kurzawy.
— To pani Pifke — rzekł z mimowolném przejęciem Edmund — byłem jéj przedstawiony na balu.
— Nie mam ci czego winszować — odparł Jan — zdaje się równie głupią jak brzydką.
— Jakżeż można tak sądzić z pozoru!
— Na to dość jednego spojrzenia. Zarówno silnie ujemne jak dodatnie osobistości noszą swą wartość wyrytą na twarzy. Co do pani Pifke omylić się niepodobna.
— Pifkowie należą do najbogatszych przemysłowców łódzkich — wyrzekł Edmund z tém instynktowném poszanowaniem, jakie zwykle budzi bogactwo.
— To co innego, temu bynajmniéj przeczyć nie myślę, ale ostatecznie cóż mnie ich bogactwo obchodzi?
— Wszakże to potęga!
— Więc przed każdą potęgą schylacie głowę, choćby ona wyrosła ze złego pierwiastku?
— Cóż chcesz — odparł trochę zawstydzony Edmund — ukłon jest tylko aktem grzeczności.
Jan mógł mu odpowiedzieć, że są rozmaite ukłony, a ten jaki złożył bogatéj fabrykantce, był ukłonem pokornego poddanego, ale nie chciał kłaść na to nacisku.
Pani Pifke jechała z córką na spacer; tego nie opuszczała nigdy, bo chociaż już od lat kilkunastu posiadała powóz i konie, nie mogła się jeszcze niemi nacieszyć. Przejażdżka po nierównym bruku ulic, które niegdyś przebiegała piechotą, czasem nawet z ciężarem, stanowiła dla niéj niewyczerpaną rozkosz. Nie lubiła przejażdżek za miasto; pocóż jeździć tam, gdzie widzianą być nie mogła?
Herman Pifke był sam twórcą swego majątku. Czy doszedł do niego uczciwą pracą, jak zawsze głoszą nekrologi i życiorysy, czy też, jak z cicha szeptali ludzie, węgielnym kamieniem jego była cudza krzywda, to bynajmniéj nie zmieniało faktu. Był bogaty i co za tém idzie posiadał szacunek, jakim ogół darzy miliony, bez względu na ich pochodzenie.
Przytem, jeśli co do genezy majątku mogły istnieć wątpliwości, nie istniały one względem rozumu i sprytu Pifkego. Spryt ten nie ograniczał się do zdolności robienia majątku, ale obejmował rozległe stosunki. Pifke przyswoił sobie z niezmierną łatwością powierzchowność i obejście ludzi dobrze wychowanych, przejął nawet ich gusta, ich obyczaje, i z tego powodu tworzył uderzającą sprzeczność z żoną, która była i pozostała prostą kobietą.
Wśród wspaniałości swojéj siedziby Berta Pifke czuła się zawsze obcą, splendory własnego apartamentu imponowały jéj więcéj niż komu bądź innemu, ze czcią prawie siadała na adamaszkowych meblach, lękała się ugnieść pluszu kozetek i porysować hebanowych stołów, stawiając na nich jaką rzecz służącą do użytku. Drżała ciągle o całość każdego domowego sprzętu, jakby nie była wstanie niczém go zastąpić.
Mąż postępował tak, jakby urodził się wśród zbytku i bogactwa, umiał nawet okazać się wspaniałomyślnym i rzucić pieniędzmi, gdy tego było potrzeba. Żona martwiła się każdym wydanym groszem i z tego powodu były pomiędzy nimi ciągłe kłótnie. Pan Pifke składał wówczas pozory dobrze wychowanego człowieka i w brutalny sposób karcił swą połowicę, która nosiła nieraz ślady domowych zatargów w postaci sińców. Nie przeszkadzało to jéj przecież wcale kochać męża i sprzeczać się z nim przy każdéj sposobności.
W wychowaniu dzieci pani Pifke udziału brać nie była wstanie, bo nie pojmowała nawet potrzeby wykształcenia. Według niéj, kto miał tak wielką fabrykę, takie kapitały, taki prześliczny dom, taki ogród i powóz, nie potrzebował wcale się uczyć. Jeszcze niechby tam uczyli się synowie, skoro był już taki zwyczaj, ale Amalia! Czyż ona sama nie była wstanie nauczyć córki tego, co eine gute Hausfrau — jak się wyrażała — umieć powinna.
I rzeczywiście uczyła Amalią, szyć, cerować, robić pończochę, przyprawiać rozmaitego rodzaju knedle i strudle. Nieszczęściem ojciec zauważył, że to wszystko było jeszcze niedostateczne i sprowadził do córki guwernantkę z Berlina. Berlin dla Pifkego był stolicą świata. Guwernantka uczyła Amalią gry na fortepianie i tego wszystkiego, co dobrze wychowana panna umieć powinna, a oprócz tego także różnych rzeczy, których znów dobrze wychowana panna umieć nie powinna. Część wykształcenia praktyczna odbywała się przy spółudziale samego pana Pifkego.
O tym spółudziale w nauce córki dowiedziała się pani Pifke, a następstwem tego były burze, wstrząsające przez czas niejaki atmosferą domową. Burze zakończyły się w ten sposób, że ojciec zawiózł córkę do pensyonatu w Berlinie, gdzie pozostawała do skończenia edukacyi.
Z pierwotnych jednak nauk guwernantki — wiadomo, że pierwsze wrażenia są najtrwalsze — pozostało pannie Amalii romansowe usposobienie. Kiedy siedziała na ławce szkolnéj, daleko więcéj zajmowały ją wąsy i bokobrody profesora niż jego wykład, a serce uderzało gwałtownie dla każdego niemal mężczyzny. Niktby nie zliczył, ile przez rok ostatni pobytu w Berlinie, kiedy już doszła lat panieńskich, przesunęło się przez jéj serce rozmaitych ideałów. Serce jéj nie znosiło próżni, więc zajmowali je po kolei bruneci i blondyni, cywilni i wojskowi, nauczyciele, bracia koleżanek lub koledzy braci. Zająć je było rzeczą niewymagającą żadnych zachodów, a nawet świadomości, dość było jednego ukłonu, słówka, uśmiechu, spojrzenia — a już serce panny Amalii zapalało się jak zapałka potarta o ścianę. Pożary te jednak nie były ani gwałtowne, ani długotrwałe, ani niebezpieczne, nie odbierały swéj ofierze ani snu, ani apetytu.
Panna Amalia wzdychała często, uroniła nawet niekiedy parę łez, przy obiedzie lepiła gałeczki z chleba i układała z nich imię ukochanego, które kazała odgadywać koleżankom, albo też nawzajem zaufańsze, stawiały jéj podobne zagadki, które ona rozwiązywała z uśmiechem. Przy deserze wykrawała w serca skórki pomarańczowe, a z obierzyn gruszek i jabłek tworzyła duże wstęgi i rzucała je za siebie, uważając czy przypadkiem nie utworzą pożądanego kształtu litery lub monogramu, jaki miała na myśli; to stanowiło dobrą wróżbę co do uczuć ideału i połączenia się z nim w przyszłości.
Gdyby wszystkie podobne wróżby ziścić się miały, panna Pifke byłaby czémś nakształt żeńskiéj „sinobrody”.
Ona nie zastanawiała się nad tém i miała przyjemność czynienia słodkich zwierzeń przyjaciółkom, które znów jéj się odwzajemniały opowiadaniem równie głębokich sentymentów własnych.
W taki to miły sposób panna Amalia spędzała czas nauk w Berlinie, nic więc dziwnego, iż wyjazd do rodzinnego miasta zrazu napełnił ją rozpaczą.
Rozpacz tę ukoił jednak szybko jakiś pruski oficer, spotkany w wagonie, który brzęczał ostrogami, szablą, akselbantami i czém tylko oficer brzęczeć może.
Potem wsiadł do wagonu jakiś blondyn, syn gutsbesitzera z Pomeranii, potem... znów znalazł się ktoś inny i tak daléj, aż do chwili, w któréj na dworcu kolei ujrzała Jana Krzesławskiego. Pasowała go odrazu na bohatera swego osieroconego serca.
Pod względem oznak uczucia nie była wcale wymagającą, na razie nawet mogła się bez nich obejść i zastąpić je czułością własną oraz bujną wyobraźnią; ale bez bohatera obejść się było niepodobieństwem, on stanowił wątek korespondencyi, jaką prowadziły pomiędzy sobą przyjaciółki i koleżanki. Z Łodzi do Berlina i nawzajem płynęły rzeki atramentu, wylane w kształcie spiczastych liter na całe libry listowego papieru. Amalia pisała do Mety, Miny, Szarloty, Luizy i t. p., i odbierała od nich listy. Wszystkie wtajemniczały ją w jakiś czuły stosunek, w jakieś nowe serdeczne węzły, ona przecież gorszą od nich być nie mogła. Potrzebowała bohatera i posłużył jéj na ten cel pierwszy lepszy, który tego nawet domyśleć się nie mógł. Teraz zaś widząc, iż bohater wychodzi z domu położonego naprzeciw fabryki jéj ojca, wyobraziła sobie, iż niezawodnie dla niéj zamieszkał tak blizko. I na ten rachunek zaczęła snuć nić marzeń, do których wątku dostarczały jéj wspomnienia dzieciństwa, sentymentalne powieści niemieckie, własne wymarzone przygody i przygody koleżanek.




Niedaleko od fabryki Pifkego istniał szynk nizki, brudny, zapadły w ziemię; trzeba było do niego schodzić po kilku schodach z ulicy a w razie deszczu woda zalewała całą izbę, w któréj można było wyprawiać naumachie[1]. Nad drzwiami był napis, nawpół zatarty, opiewający, iż tu można dostać różnych trunków i o dziwo, napis ten nie był niemiecki. Rachowano tu snadź na miejscową ludność, bo towar sprzedawany nie był dla niéj zbyt drogim, ani zbyt wykwintnym.
Gospodarowała tu szczupła, drobna, ruda, piegowata żydówka, z przebiegłemi siwemi oczami, otoczonemi czerwoną obwódką jak u jastrzębia.
Robotnicy z fabryki Pifkego tędy przechodzić musieli, idąc do mieszkań umyślnie dla nich wybudowanych, a w dzień wypłaty zostawiali tu część zarobku; z tego powodu, działy się tu różne rodzinne dramata.
Rubinka, jak powszechnie nazywano żydówkę szynk utrzymującą, posiadała w swoim rodzaju wysokie dyplomatyczne zdolności, a gdy jéj małe świdrujące oczy raz na kim spoczęły, a głos giętki zadał kilka pytań, przeniknęła człowieka na wskroś i wiedziała czém mu trafić do przekonania.
Rubinka miała niesłychane powodzenie, może dla tego, że, jak to czynią wielcy politycy, nie gardziła żadnym środkiem, każdy dla niéj był dobry, byle prowadził do celu. Była na przemian gadatliwą jak sroka i milczącą jak grób, mówiąc jednak nie wygadała się nigdy z tém, czego powiedzieć nie chciała, a przy najściślejszém milczeniu dawała zawsze dużo do zrozumienia. Była przyjaciółką całego świata; każdego z kim miała do czynienia umiała przekonać o swéj życzliwości.
Z nikim jednak nie mówiła o sobie; nie wiedziano czy była wdową, rozwódką czy mężatką. Męża zapewne, jak każda żydówka, mieć musiała, zapewne nawet zwał się Rubin, ale Rubina tego nikt nigdy nie widział w jéj szynku.
Jak każdy sprawiedliwy kupiec, Rubinka przy sposobności skarżyła się na ciężkie czasy, czyniła to jednak w taki sposób, jakby spełniała tylko obowiązek i jakby te ciężkie czasy tyczyły się jedynie ludzi głupich i niezaradnych.
Zajmowała ją każda nowo ujrzana postać i każda z pozoru oderwana wiadomość. W głowie swéj miała porządnie poukładane szufladki, w których się te wiadomości mieściły tymczasowo, aby w danéj chwili, w połączeniu z wielu innemi, uczynić pożądaną całość. Wiadomości naturalnie tyczyły się tych bliźnich, z których mogła ciągnąć jakieś korzyści, inni ludzie nie istnieli dla niéj. Gromada jednak tych pierwszych była znacznie liczniejsza niżby sądzić można, bo Rubinka oprócz szynku prowadziła wiele innych interesów. Tak przynajmniéj twierdzono powszechnie. Rubinka posiadała dar Pinettego, znajdowania się na raz w kilku miejscach, z szynku bowiem nie oddalała się prawie nigdy, chociaż miała w nim pomocnicę, równie rudą i piegowatą jak ona sama, która jednak nie zakrywała czepcem swych ognistych włosów.
Czy pomocnica ta była jéj córką, siostrą lub krewną, nikt nie wiedział, nie wiedziano nawet jak się zwała. Rubinka wołała na nią „dziewczyna” lub „dziewucha” i tak na nią przyuczyli się wołać goście szynkowni.
Sprzęty tu były pierwotnéj prostoty. Raz dlatego, iż Rubinka nie myślała wykładać kapitałów na upiększenie, powtóre, iż przy zdarzających się nieraz bójkach sprzęty ulegały potłuczeniu, rozumna kobieta nie chciała obarczać zbytecznym wydatkiem kieszeni swych kundmanów. Szynk zresztą zostawał w wieczystym półcieniu. W dzień światło padało tu skąpe przez zabrudzone i przepalone szyby, wieczorem przy jednéj ze ścian kopciła się lampka, która oświetlała lub raczéj miała oświetlać wnętrze obszernéj izby. Goście nie dbali wcale o jasność, a nawet było pomiędzy nimi wielu takich, którzy unikali jéj dla rozmaitych sobie wiadomych powodów. W około izby proste ławki były do ściany przybite. Przy szynkwasie, przy którym siedziała Rubinka, paliła się wieczorem lampka z zielonym daszkiem, tak zręcznie ustawiona, iż miarki i kieliszki znajdowały się w cieniu, ale za to cały blask padał na pieniądze, jakie odbierała. A chociaż nie była zbyt drobiazgową i nie szykanowała swych gości, nie zdarzyło się nigdy by przyjęła podejrzanego rubla lub fałszywą czterdziestówkę. Sama jednak wydawała nieraz fałszywe monety, a to było stwierdzeniem faktu, że pieniądze nie tylko przez szynk do Rubinki płynęły.
Rzemiosło szynkarskie ma swoje niebezpieczeństwa: w razie bójek noże bywają nieraz w robocie, a wówczas nie trudno otrzymać cios komu innemu przeznaczony. Rubinka w takich chwilach, wraz ze swą pomocnicą, chowała się pod szynkwas mocno do podłogi przybity i krzyczała głośniéj od wszystkich bijących się, raniących i rannych, krzyczała głosem tak donośnym, iż najczęściéj zwabiła jaką pomoc.
A gdy porządek zostawał przywrócony, ona w jednéj chwili znajdowała się za szynkwasem i umiała doskonale wyliczyć, kto jaką szkodę wyrządził. Nigdy nie myliła się w tym względzie; widocznie więc przestrach nie odejmował jéj przytomności.
Szkody nie mogły być wielkie, chybaby kto umyślnie chciał wylać spirytualia; Rubinka pozostawała w przyjaźni ze szkodnikami, którzy prawie zawsze należeli do jéj stałych gości.
Przed zamknięciem fabryki Pifkego szynk był zwykle pusty, wówczas Rubinka stawała przed nim i robiła swoje obserwacye. Miała dziwne oczy: w dzień promień jéj wzroku, jak u drapieżnych ptaków sięgał niezmiernéj odległości, w nocy widziała jak kot bez pomocy światła, a człowiek lub rzecz raz zobaczone nigdy nie wychodziły jéj z pamięci. Znała doskonale wszystkie wybitniejsze osobistości w mieście a Jana Krzesławskiego zauważyła od chwili, gdy pierwszy raz przechodził obok jéj szynku. Potrzebowała się dowiedzieć kto to był, jaką przedstawiał wartość, naturalnie realną, bo o innéj Rubinka nie miała pojęcia. Na mocy dopiero tych wiadomości dzieliła ludzi na dwie kategorye, tych z których mogła i nie mogła ciągnąć korzyści.
Doktor przechadzał się tu i tam, po pustéj przestrzeni oddzielającéj fabrykę od ludniejszéj ulicy, na któréj rogu właśnie szynk się znajdował.
Kocie oczy Rubinki śledziły go wśród cienia. Za pomocą swéj tajnéj policyi musiała już dowiedzieć się kim on był, bo gdy przechodził koło drzwi zawołała:
— Dobry wieczór panu doktorowi. Może pan doktor czego potrzebuje.
Głos Rubinki był pełen obietnic, jak gdyby w jéj szynku mieściło się wszystko czego dusza zapragnąć może.
Doktor zatrzymał się.
— Zkądże mnie pani zna? — zapytał.
— No, ja znam wszystkich. Pan doktór tu przyjechał niema tygodnia i mieszka niedaleko u Schimpfa, zaraz naprzeciwko fabryki. Albo to trudno wiedzieć takie rzeczy, może jabym i trudniejsze wiedziała gdyby było potrzeba. Może pan doktor co rozkaże, proszę, bardzo proszę.
— Czegóżbym ja mógł dostać u pani?
Rubinka zaśmiała się.
— Niech pan doktor tylko zamyśli. U mnie każdy towar się znajdzie.
Jan milczał. Jakiś zamiar błysnął nagle w jego głowie.
— Towaru nie potrzeba mi żadnego, ale chciałem się o kogoś dowiedzieć.
Oczy kobiety błysnęły zadowoleniem. Miała ochotę dodać, iż pewno ten ktoś jest ładną dziewczyną, a ona takich dziewcząt zna bardzo wiele; powstrzymał ją jednak zmysł dyplomatyczny. Wszak będzie miała jeszcze czas pochwalić się swoim sprytem, a teraz należało naprzód zbadać tego nowego kundmana, przychodzącego kupować wiadomości.
— Czemu nie! odrzekła oględnie, Rubinka zna całe miasto, niech się pan kogo chce spyta, każdy to powie.
— Człowiek o którego chcę się dowiedzieć jest biedakiem.
— Oj! oj! — zawołała, — biedaków tu jest tak wiele... Pomyślała chwilę i, podnosząc na niego filuterne oczy, spytała:
— A na co panu biedak potrzebny?
— To już moja rzecz — odparł Jan. — Interes jak każdy inny. Zapłacę temu, kto mi tego biedaka wynajdzie.
— Kto ma wynaleźć jak nie Rubinka! Niby tu kto zna jak ja całe miasto? Niech pan doktor tylko powie, kto on taki?
— Włóczęga, może złodziej, sługiwał po dworach. Nazywał się Michał Wroniak.
— Co tu nazwisko! — przerwała — tacy ludzie nazywają się jak im wypada. Niech pan lepiéj powie u kogo służył? w jakiém miejscu?
— Przed sześcioma laty służył w Bosowicach, u dawnego właściciela Bosowicza. Zginęły tam ważne papiery i ogrodnik Michał przepadł bez wieści.
Pokręciła głową.
— Kto takiego odnajdzie! To mi także robota! pan doktor chyba z Rubinki żartuje?
Jan zdawał sobie sprawę z trudności położenia.
— A czy pan przynajmniéj wie, że on jest w mieście?
I na to z pewnością odpowiedzieć nie umiał. Na chybił trafił powiedział, że Wroniak pochodził z Łodzi i że tutaj miał krewnych, że widywano go tu potem.
Rubinka słuchała go uważnie.
— A kiedy to było?
— Przed rokiem.
— Z przeproszeniem, a gdzie go widziano?
— Włóczył się po szynkach i wyrzucał pieniądze.
Rubinka spojrzała podejrzliwie.
— A zkąd pan to wie? Czemu ten, co panu to mówił, Wroniaka nie wynajdzie?
— Jak nie chcecie zarobić, to...
— Co to nie chcę zarobić! Każdy chce zarobić! — zawołała z gwałtownym ruchem, jakby chciała ten zarobek wydrzeć z ręki.
Namyślała się chwilę.
— Ja panu co powiem — dodała — pan sam widzi, że to trudno! bardzo trudno. Trzeba będzie nie jednego poruszyć.
Nie przeczył.
— A wiele pan da? — pytała nachylając się ku niemu, jakby chciała wyczytać w oczach sumę, jaką poświęcić był na to gotowy.
Chciał odpowiedzieć, ale ona przerwała mu zaczęte słowo:
— Pan sam rozumie, że to musi drogo kosztować.
— Wieleż żądacie?
— Pan doktor może najlepiéj wiedzieć, ile ten człowiek jest wart dla niego.
Było w jéj twarzy tyle przebiegłości, oczy jéj tak zdawały się chcieć wyczytać najtajniejsze myśli, iż Krzesławski uśmiechnął się mimowoli, a Rubinka, która była fizyognomistką, zawołała tryumfalnie:
— Ja wiem, że nie poskąpię fatygi, a jak ja jego wynajdę, to pan doktor nie poskąpi mi stu rubelków.
Wymieniła tę sumę z nieśmiałością, niepewna, czy ją otrzymać zdoła.
— Jest to duży pieniądz, ale jeśli wskażecie mi tego człowieka — dam go...
Rubinka zaczynała żałować, że nie postawiła wyższych żądań i razem zapytywała siebie, czy ta łatwa zgoda nie kryła podstępu. Jeszcze raz badała doktora wzrokiem, jakby chcąc się przekonać, jaką wartość przedstawiało jego słowo. I albo była zadowoloną z rezultatu, albo też pojmowała, iż są rzemiosła, w których zaufanie ryzykować trzeba, bo dodała:
— No! ja będę szukać.
W téj chwili dostrzegła młodą dziewczynę idącą drogą i spoglądającą na szynk, jakby tam wypatrywała właścicielki.
— Będę szukać — powtórzyła szybko — a jak pan doktor będzie kontent, to mi coś jeszcze dorzuci.
I nie czekając odpowiedzi pobiegła do nowéj kundmanki.
— Czego to panna Jadwiga potrzebuje? — zapytała uprzejmie. — Chwalić Boga, panna Jadwiga ślicznie wygląda!
— Gdzie tam można dobrze wyglądać, moja Rubinko, przy tylu zmartwieniach — odparła dziewczyna.
— Panna Jadwiga martwić się nie powinna — zawołała energicznie żydówka — a czy to Rubinka na te zmartwienia poradzić nie może, u mnie jest wszystko czego kto potrzebuje, a jak panna nie ma pieniędzy, to ja zaczekam!
Mówiła to z grzecznością bardzo u niéj niezwykłą dla tych, których posądzała o brak pieniędzy. Widocznie Jadwiga przedstawiała dla niéj inny rodzaj wartości.
Dziewczyna zatrzymała się niepewna. Twarz jéj była przysłoniona cieniem, rzuconym przez podartą chustkę na głowie, ale można było dostrzedz bujne promienie włosów i kształtną kibić.
— Dziękuję — rzekła niepewnym głosem — ale gdyby Rubinka znalazła dla mnie robotę, to dałabym dobre faktorne zaraz z pierwszéj wypłaty.
— No, a jakiéj panna chce roboty?
— Jakiéjkolwiek, poszłabym w służbę.
— Z przeproszeniem! panna Jadwiga tego nie zwyczajna, trzeba umieć gotować, prać, samowar nastawić, sprzątnąć. Czy to panna potrafi?
Dziewczyna spuściła głowę z ruchem pognębienia. Rubinka, korzystając z tego, zbliżyła się poufale.
— Albo to źle było w fabryce pana Holzberga.
— Kiedy wypędzili — szepnęła.
— Żeby tylko panna oczkiem mrugnęła przyjęliby znowu, i nie chodziłabyś panna w takiéj podartéj sukienczynie i w téj chustce, co się ledwie trzyma na plecach. Taka ładna panna to wstyd! Jakby to nie było kawalerów na świecie... Gdyby to jeszcze chodziło o byle kogo... ale sam pan Fritz, aj, aj, taki młody, a taki bogaty, że aż strach. Całe miasto by pannie zazdrościło.
— Szkaradny niemiec! — zawołała dziewczyna.
— Niemiec, cóż to znaczy, że niemiec, to właśnie dobrze, że on niemiec. Niemcy mają pieniądze. Niech tylko panna mnie słówko powie, to on zaraz przyleci i oświadczy się.
— Nie chcę!
— Co to nie chcę, na co to mówić takie rzeczy? Ubogi zawsze musi zrobić to, czego chce bogaty; czy to panna nie tutejsza, czy nie wie, jak tu jest. To szczęście, że taki pan Fritz w pannie się rozkochał.
— Och! gdyby ojciec żył.
— Panna nie może zapomnieć, że ojciec miał swój własny warstat. Takie małe warstaty dziś nic nie warte, czy to człowiek może tak nadążyć jak maszyna. Choćby ojciec żył, toby pannie innéj rady nie dał. Tu niema takiéj panny coby nie spoglądała na pana Fritza. Żeby to jaki prosty robotnik, ale sam podmajster.
Ona milczała, bo i cóż miała odpowiedzieć. Głośniéj jeszcze od Rubinki przemawiała nędza.
— No! ja wiem, panna chodziła po wszystkich fabrykach za robotą, ale teraz takie czasy, że obcéj robotnicy nie wezmą, a potem czy to panna myśli, że w innéj fabryce nie będzie tego samego. Trzeba mieć pieniądze to można być sobie panią.
I znowu nie było odpowiedzi.
— A jak tam będzie z tém komornem, co to nie zapłacone; mnie mówili, co pannę już dziś mieli wyrzucić?
Tu łzy puściły się z oczów Jadwigi.
— Uprosiłam się do jutra...
— A co będzie jutro? Czy to jutro nie takie same jak dzisiaj? Ot, lepiéj niech panna idzie do domu, a ja poszlę duchem do pana Fritza. Co, dobrze? Panna mnie potem dziękować będzie.
I szeptała coś do opierającéj się coraz słabiéj dziewczyny, aż dopóki jéj nie przekonała.
Tymczasem posypała się cała rzesza robotnicza z fabryki Pifkego. Zrazu szli wszyscy razem, potem dzielić się zaczęli na gromadki, gromadki na pary.
W cieniu parkanu przesuwały się dwie postacie, kobiety i mężczyzny. Ona szła naprzód, szybkim krokiem, jakby chciała uciec od swego towarzysza; on mówił łamaną polszczyzną:
— Ej! Karolowa, wy obaczyć, jak wy mnie nie chciała słuchać ja dam fajer[2] i co będzie?
Kobieta odwróciła głowę.
— Ja pójdę do zarządcy, do samego pana. Powiem wszystko, powiem, że mi nie dajecie spokoju od chwili jak mąż zachorował. Powiem, że chcecie zmusić mnie do przysięgi, że waszą żoną zostanę, że dybiecie na życie mojego, któremu jeszcze Bóg da zdrowie.
— A jak powiedzieć, wy nawet mówić po naszemu nie umiecie. A ja powiem, co wy robić bałamuctwa; komu będzie wiara — mnie czy wam?
— Puśćcie mnie panie majster — prosiła kobieta — wiecie że mój chory, ja wdową nie będę. Dziecko czeka głodne, puśćcie mnie!
— No, ja nie trzymała, ja mogę wcale puścić z fabryka — odparł z groźbą. — Ja mogę wam dać fajer, czy to mało ludzi prosi się o robotę.
Wiedziała, że gotów to zrobić, załamała więc ręce i zatrzymała się jak wryta. On spostrzegł że się waha i chciał zaraz wstąpić na poczęstunek do Rubinki, jakby na litkup po dobitym targu.
— Nie! nie! — błagała kobieta.
Dummes Kerl — mruknął majster.
Jéj przez myśl przebiegło przyrzeczenie, że jeśli wdową zostanie, nie pogardzi oświadczynami majstra, ale zlękła się bluźnierstwa i uciekła.
Pomknęła jak strzała, mijając szybko współtowarzyszy pracy.
— Patrzcie — mówiły za nią idące robotnice — Gruszkowa ucieka przed Hafnerem.
— Nie ucieknie mu ona — odparła druga potrząsając głową — niechno tylko jéj zamrze.
Do Rubinki wstępowało wielu na kieliszek wódki. Pili ją starzy i młodzi, mężczyźni i kobiety, i dzieci nawet. Sypały się cyniczne słowa, bezecne żarty.
Dziewczęta, nie wyrosłe jeszcze z dzieciństwa, przechadzały się po dwie, po trzy razem, zapominając na chwilę o znużeniu.
Tymczasem noc zupełnie zapadła i wielkie mrowisko ludzkie, zwolnione od przymusowéj pracy, zawrzało tajemném życiem żądz i zbrodni. Rzec by można, iż budziła się w organizmach potrzeba odwetu za całodzienne przykucie do warstatów.
Wyczerpanie fabryczne objawiało się u niektórych jakiémś podnieceniem, jakąś niezdrową fantazyą, u innych drażliwością nadmierną. Złe hygieniczne warunki nie miały jeszcze czasu wypiętnować się na kilku pokoleniach, nie zkarłowaciły rasy, nie nadwątliły organizmów, więc spotkać było można prawidłowo rozwinięte postacie i muskularne ramiona, dla których wiązanie nitek było tak stosowne, jak wrzeciono Omfalii dla Herkulesa.
To też pod zasłoną nocy, gdy miasto układało się do snu, czuwali nie tylko ci, którzy w dzień mieli robotę, ale i ci, którzy byli pozbawieni zarobku, jutrzejsze pożywienie zdobyć musieli nielegalną drogą; ci ostatni, jeśli nie jedli dzisiaj, nabierali dzikości drapieżnego zwierza.
Pod cieniem parkanów i drzew, w zaułkach do których nie dochodziło światło rzadkich latarni, snuły się podejrzane postacie, przed któremi zdwajali kroku zapóźnieni przechodnie.
Łódź bawić się nie lubi, nocne życie bogatych mieszkańców miast wielkich jest tu prawie nieznane; jednakże około północy dorożka pędząca po nierównym bruku, zatrzymała się przed jedném z wejść do pałacu Pifków. Wysiadł z niéj wysoki mężczyzna, dobył klucza i otworzył drzwi wchodowe, a gdy się obrócił płacąc dorożkarzowi, księżyc oświecił twarz jego. Był to sam właściciel fabryki. Skoro posługiwał się dorożką, choć miał kilka pięknych powozów, skoro sam zadawał sobie pracę otwierania drzwi, zamiast dzwonienia na służbę, widocznie nie chciał by wszyscy z domu wtajemniczeni byli w jego nocną wycieczkę.




Wielkie fabryki zwykły dla swoich robotników stawiać domy mieszkalne.
Tak się dzieje w ogniskach przemysłowych Francyi, Niemiec, Anglii, na które Łódź ma oczy zwrócone.
Filantropia idzie tu w parze z interesem. Robotnik mając tanie i blizkie fabryki mieszkanie, jest pilniejszy, bardziéj dbały o miejsce, nie opuści go nawet w chwili nawału roboty. Przywiązuje się do swego kąta, stara się go przyozdobić.
Jedno z takich mieszkań robotniczych Pifkego zajmował Karol Gruszka; był to robotnik zdolny i pracowity, jemu powierzano najtrudniejsze roboty, zarabiał dziesięć rubli tygodniowo, a żona nie ustępowała mu w pracy i zarobku. Pobrali się przed kilkunastu miesiącami, ona była najpiękniejszą dziewczyną w fabryce, a on był tak zazdrosny, iż odzywał się głośno, że pchnie nożem każdego ktoby ją zaczepił.
Pracowali w jednéj sali. Karolowa kochała męża i drżała przed jego popędliwością, więc oczów nie podnosiła od swego warstatu. Różnie tam żartowano sobie z niéj gdy jeszcze nie była mężatką, ale od dnia ślubu nie dała sobie marnego słówka powiedzieć.
Żyli tak przykładnie przez półtora roku i może żyliby tak bardzo długo, gdyby nie to, że Gruszkę spotkał przypadek, który przybiera nieraz rozmiary wielkiego nieszczęścia. Upadł, zwichnął nogę i musiał parę tygodni przeleżeć.
Gryzło go to, bo nie mógł zarabiać, a gryzło więcéj jeszcze, że żona sama chodziła do fabryki. Mówił jéj nieraz z roziskrzonemi oczyma.
— Pamiętaj sobie Maryś!...
Nie kończył, ale ona rozumiała dobrze, co to miało znaczyć, i miała się na baczności.
Gdy nadchodziła godzina powrotu żony z fabryki, Gruszka był jak szalony i ciągle zdawało mu się, że się umyślnie spóźniła.
Był już zdrowszy i doktor obiecywał, że za parę tygodni będzie mógł pracować, byle się przez ten czas spokojnie zachowywał.
Ale jak on mógł być spokojnym? Leżąc na łóżku, klął i spoglądał na wiszący zegar, którego wskazówki posunęły się na pięć minut po ósmej.
Pokój, czysto wybielony, oświecała lampka naftowa, stojąca na okrągłym stole przed kanapą, i ognisko kuchenne, przy którém gotowała się wieczerza. Przy tém świetle widać było białe firanki w oknach, a na nich odcinały się zębate liście i czerwone kwiaty geranium, potworne łodygi kaktusa i t. p. niewymyślne rośliny, które rozweselały mieszkanie. Na ścianach, a osobliwie nad łóżkami, zawieszone były obrazy Najświętszéj Panny Częstochowskiéj i Świętych.
Łóżek wysoko zasłanych pościelą było dwa, jedno należało do Gruszków, drugie do matki Gruszkowéj, która zajmowała się porządkiem domowym, gotowaniem i hodowaniem wnuczki ośmio­‑miesięcznéj, Karolki. Nosiła ją do matki, która ją karmiła w czasie śniadania i podwieczorku, kołysała piastowała, poiła.
Teraz, trzymając ją na ręku, doglądała wieczerzy złożonéj z kartofli i mleka, gdy drzwi otworzyły się szybko i do pokoju wpadła Gruszkowa.
Gruszkowa obejrzała się niespokojnie, jak gdyby upewnić się chciała, że nikt za nią nie goni, i zmęczona siadła na krześle, stojącém najbliżéj drzwi. Teraz dopiero można było ocenić całą jéj urodę. Płeć miała nieco bladawą, jak zwykle bywa u tych, którzy zamiast na świeżém powietrzu żyją w zamkniętych murach, ale usta były wiśniowe a zęby białe. Ciemne włosy, delikatne rysy i oczy czarne, nadawały całéj postaci wdzięk prosty, niewyszukany.
Gruszka, widząc żonę wchodzącą, odetchnął głęboko, jak gdyby mu ciężar spadł z piersi.
W fabryce Gruszkowie uchodzili słusznie za najpiękniejszą parę. On mógł służyć za dorodny typ polskiego chłopa, o jasnych włosach i oczach niebieskich; rysy jego twarzy regularne, jak je często spotykamy w wiejskich chatach, miały wyraz otwarty i rozumny. Ojciec jego był woźnicą, ze dworu dostał się do jednego z fabrykantów, a syn już nie zaznał ciężkiéj pracy rolnéj. Muskuły jego wydelikatniały ale nie straciły jeszcze swéj sprężystości, jak to się często dzieje w dalszych pokoleniach robotników fabrycznych, zwłaszcza zbyt wcześnie wprzęgniętych do pracy. Nie zanikły też w nim właściwości rasowe. Biedy dotąd nie zaznał, przeciwnie, działo mu się dobrze, konieczność żadna nie złamała ani ugięła jego butnéj natury. Lubił zabawę, kieliszkiem w niedzielę nie pogardził, a jak się rozgniewał to już bił i o nic nie pytał, bo był popędliwy z natury, i ręka jego uderzała prędzéj niżeli nad tém pomyślał.
Za to gdy go złość ominęła był miękki jak wosk. Teraz tylko z powodu przymusowéj bezczynności, bolu w nodze i zazdrości, stał się zgryźliwym i przykrym.
Gruszkowa siedziała przez chwilę milcząca, z głową spuszczoną. Karolka spostrzegłszy matkę wyciągnęła do niéj tłuste rączki i wyrywała się z objęcia babki, a ponieważ matka nie zgadła czego córeczka chciała, uderzyła dziecina w krzyk wielki. Wówczas dopiero kobieta zerwała się, jakby ze snu zbudzona, pochwyciła maleńką, położyła na ręku, rozpięła suknię i karmić swego aniołka zaczęła. Dziecię jak pijawka przypięło się do matki, i przez chwilę było słychać tylko jego mruczenie radosne i głośne łykanie.
Zachowanie się Gruszkowéj było dziwne. Zwykle zaraz z progu chwytała Karolkę, nazywając ją swojém złotkiem, skarbem, krociami, potem siadała przy łóżku męża, ażeby dziecko nakarmić i zarazem opowiadała drobne wypadki fabryczne. Dzisiaj milczała uparcie. Światło lampy padało na jéj postać, na tłustą Karolkę, ale twarz młodéj matki umyślnie czy przypadkiem ukrytą była w cieniu.
Gruszka poczuł znów w sobie szalony niepokój. Niepewnym krokiem zawlókł się ku żonie, ażeby zajrzeć jéj w oczy z nienacka, i zobaczył, że płakała.
— Maryanna! — wrzasnął, aż dziecko przestraszone pierś puściło — co ci się stało, czego płaczesz?
Nie odpowiedziała nic ale i od płaczu powstrzymać się nie mogła; wybuchnęła nawet łkaniem.
Gruszka pobladł.
— Kto cię skrzywdził! mów! — pytał przez zaciśnięte zęby.
Zrozumiała teraz jak postąpiła nierozsądnie, pokazując swoje zmartwienie, wiedziała przecież jak mąż był prędki i zazdrosny — należało wszystko przed nim zataić.
— Ej... to nic.. — próbowała odpowiedzieć i ocierała szybko oczy.
Ale choć łzy przestały płynąć po twarzy, pozostał na niéj ślad troski ciężkiéj.
— Jakto nic? — badał daléj — nie płaczesz przecie bez przyczyny?
Milczała i dla odwrócenia uwagi podniosła na ręku Karolkę ku jego twarzy i ustom.
On odsunął dziecko.
— Maryanna! — krzyknął — powiedz mi wszystko.
Zerwała się z miejsca rozgniewana na siebie, czy też rozżalona na męża.
— At! — odparła — niema o czém gadać. Dajcie matko wieczerzę, bom głodna.
— Niema o czém gadać! — powtórzył z zaiskrzonemi oczami — a ja ci mówię, że musisz powiedzieć!
Matka widząc, iż zanosi się na kłótnię, coprędzéj postawiła na stole dymiące, suto okraszone kartofle, a do nich wlała mleka.
— Chodźcie jeść — odezwała się swobodnie, niby nie zważając na zasępioną twarz zięcia. — Usiadł, ale się nie rozchmurzył, i jadł w milczeniu nie patrząc na żonę, która siedziała jakby nieżywa; choć co w usta włożyła, przełknąć nie była w stanie.
Mąż to dobrze widział; skoro skończył wieczerzę, zapominając o choréj nodze, przyskoczył do żony.
— Ot Karolu! — odezwała się świekra — nie forsowałbyś nogi, bo nie wiedzieć kiedy pójdziesz do fabryki.
— Co mi tam! — mruknął. — Niech Maryanna powie, co jéj się stało.
— Co się stać miało, pobraliście się blizko dwa roki, a nie znasz jeszcze żony? Dyć ona taką już jest od maleńkości; jak jéj co do głowy strzeliło, to nikomu powiedzieć nie chciała — tak było zawsze.
Matka, jak zwyczajnie matka, broniła córki i gadała co jéj przyszło do głowy, byle zięcia uspokoić; ale z nim nie łatwa była sprawa.
— Ja się tam nie pytam, co było dawniéj. Jest moją żoną, to mi wszystko wyznać musi, jak na świętéj spowiedzi!
— Cóż to ona ma wyznać. Czy zbrodnię jaką spełniła, czy co? — ujęła się matka.
Gruszkowa milczała. Zbrodni żadnéj nie miała na sumieniu, ani nawet chęci grzesznéj, a jednak zdawało jéj się, że nie może mężowi prosto w oczy spojrzeć: nienawidziła Hafnera, ale wiedziała, iż ją i męża wydali z fabryki. Na majstra nie znajdzie sprawiedliwości ani u dyrektora, bo ten zawsze przyzna swemu słuszność. Są wprawdzie inne fabryki, ale teraz nastały ciężkie czasy, nikt nowych robotników nie przyjmuje i dawnych nawet wydala.
Przyszło jéj na myśl, iż każdemu bieda na świecie, ale już kobiecie najgorsza: mąż zachorował, ona sama chodziła do fabryki i zaraz przytrafiło się nieszczęście.
Stała ze spuszczoną głową, z dzieckiem na ręku, a taka smutna, że aż litość brała patrzeć.
I Gruszki gniew stopniał nagle. Przystąpił do żony i pochwycił ją w ramiona.
— Maryś! — zawołał — powiedz mi, co ci jest... powiedz, bo...
Teraz w jego głosie dźwięczała nie groźba ale błaganie. I ona oprzeć mu się nie mogła, oparła głowę na jego piersi i wypowiedziała wszystko, co jéj leżało na sercu.
Nie było to może roztropnie z jéj strony, ale powstrzymać ani łez ani wyznania już nie mogła. Niech się dzieje co chce, a ona wierną mężowi pozostanie, niech on nią rządzi i broni.
Szeptała długo a tak cicho, że matka będąca w tym samym pokoju nic nie słyszała; mąż słuchał a na twarz uderzały mu fale krwi i znowu z niéj schodziły. Pięści zaciskał kurczowo, w oczach zapalały się płomienie, a z ust zaciśniętych, zamiast słów, wyrywał się zduszony, świszczący oddech.
Gruszkowa spojrzała i przeraziła się; takim nie widziała męża nigdy. Żeby choć swoim zwyczajem klął Hafnera i wszystkich niemców; ale nie, on był jak osłupiały. Kiedy próbowała znowu przemówić do niego, nic nie odpowiadał, tylko trząsł się cały.
Nazajutrz Gruszka zerwał się rano. Żona nie śmiała go o nic pytać. Oboje nie wiele spali téj nocy.
— Cóż Maryanna, pójdziesz? — zapytał.
Spuściła oczy.
— Czekaj — rzekł z uśmiechem dziwnym, pełnym wściekłości — pójdę i ja do fabryki. Zobaczę, czy będzie śmiał do ciebie przystąpić!
Kulał strasznie ale poszedł, nie chcąc nawet wesprzeć się na żonie, nie chcąc pokazać, że cierpi.
Hafner zobaczywszy go nic nie powiedział, spojrzał tylko na młodą kobietę takim wzrokiem, że aż ją mrowie przeszło. Zrozumiała, że go niczem przebłagać nie potrafi.
Majster sypał dnia tego na wszystkie strony nagany i klątwy, tak iż w sali mieszczącéj kilkaset warstatów, wśród piekielnego hałasu jaki sprawiały, rozbrzmiewał głos jego gwałtowny.
Hafner był niecierpianym w fabryce, przynajmniéj przez polską część robotników, ale właśnie dlatego posiadał wielki mir u pracodawców. Miał też właściwość spotykaną często na świecie, a w jego rasie częściéj niż gdzieindziéj: w miarę jak uniżał się przed zwierzchnikami, okazywał się dumnym i niedostępnym dla podwładnych. Właściwość ta była u niego tak silną, iż wyrobiła mu podwójną naturę, podwójną postawę, podwójny głos, a nawet podwójną fizyognomią. Kiedy przemawiał do robotników, głos jego podobnym był do suchego uderzenia stali o stal, a kiedy zwracał się do pana Zwirna, dyrektora fabryki, do pana Krugsta, lub Ferbeina jego pomocników, a tém bardziéj do samego pana Pifkego, miał miękkość szmeru ulatującéj pary.
Twarz jego, zawsze wstrętna z powodu grubych rysów, cofniętego czoła i wysunięcia naprzód dolnéj szczęki, nabierała wyrazu pokory i słodyczy wobec przełożonych. Było to niby przyswojone dzikie zwierzę, liżące rękę swego pana aż do chwili, w któréjby go mogło ukąsić.
Postać cała zgięta w ciągłych ukłonach, jakby skurczona w sobie i przygnieciona majestatem zwierzchności, odrazu przedzierzgała się w silną, barczystą, kiedy stawał w pośród podwładnych, zdawała się nawet wówczas wysoką z powodu głowy zadartéj do góry i nastroszonych włosów; przyczesywał je starannie, kiedy miał się spotkać z panem Zwirnem, Krugstem, Ferbeinem, a cóż dopiero z panem Pifkem! Rzecby można, iż cały jego organizm, nawet włos każdy przejęty był poczuciem głębokich różnic społecznych, uniżał się przed jednymi, ażeby tém majestatyczniéj postawić się przy innych.
Łatwo ztąd zrozumieć, że Hafner był wszechpotężnym w fabryce, że miał najwyższe łaski u panów Zwirna, Krugsta, Ferbeina, a co za tém idzie — i zupełną wiarę. Nie zdarzyło się, żeby przedstawił którego z robotników do kary bez skutku; z tego powodu bano go się jak ognia, tém bardziéj, iż można było wątpić by sprawiedliwość znał chociaż z nazwiska. Gdy kto z robotników lub robotnic cieszących się jego łaską spóźnił się, opuścił warstat, popełnił jaką szkodę albo też był nieco podchmielony, on patrzał na to przez szpary, lub co najwięcéj poklepał winowajcę lub winowajczynię po ramieniu, mówiąc:
Dummes Kerl, ty myślisz, że ja oczów nie ma.
I na tém się kończyło.
Jeśli zaś zdarzył się podobny wypadek tym, których nie lubił, wówczas wyraz Kerl zamieniał się na daleko dobitniejszy, a Hafner nie miał litości żadnéj nad biednym człowiekiem, który przekroczył w czémkolwiek przepisy.
Zdarzało się także, iż podawał do kar nawet zupełnie niewinnych, którym chciał tym sposobem dać uczuć swą niechęć i potęgę.
Łaską jego cieszyli się przedewszystkiém wszyscy landsmani bez wyjątku, potem ci co pochlebiali mu i kłaniali się nizko.
Tkalnia, w któréj pracowali oboje Gruszkowie, zawierała kilkaset warstatów. Oświetlały ją w dzień dwa rzędy okien, położonych na przestrzał, wieczorem zapalały się lampy elektryczne tak jasne, iż można było przypuszczać, iż dzień tu trwał dopóki nie nadeszła godzina ustania fabrycznego ruchu. Przez środek sali i około okien zostawione były wązkie przejścia, zresztą od góry do dołu krzyżowały się pasy, korby, walce i t. p. w wiecznym ruchu, ciągle obracające się, drgające, a których nieostrożne dotknięcie powodowało kalectwo lub śmierć straszną. Przy każdym warstacie stalowe ręce selffaktorów przerzucały automatycznie, z suchym dźwiękiem, cewki. Pomiędzy dwoma warstatami stał jeden robotnik lub robotnica, sługa tych stalowych panów, uważny na ich ruchy, śledząc oczyma krzyżujące się nitki, czy która z nich się nie zerwała, nie splątała i nie pomyliła wzoru.
Pomiędzy niemi przechadzał się majster.
O Hafnerze wiedziano, że można z nim wytrzymać byle mu w drogę nie wchodzić i byle wszyscy bez wyjątku robili to, co on chciał. Robotnicy też często rozmawiali, żartowali a nawet, ponieważ robota szła na wymiar, odpoczywali według woli. Dnia tego przecież majster był szczególnie surowy, ofuknął dwoje dziewcząt rozmawiających z sobą, jak gdyby przeszkadzały innym; napadł na jednego robotnika strofując go o gniazdo w tkaninie, którego wcale nie było, aż wreszcie przeszedł koło Gruszkowéj.
Kobieta drżała jak liść, czując na sobie spojrzenie jego okrągłych oczów i nie śmiała podnieść wzroku. Spodziewała się połajania, niesłusznego wybuchu gniewu, ale on stał chwilę za nią i przypatrywał się robocie. Słyszała jego oddech zduszony. Czekał wyraźnie, czy mu się wytłumaczy. Czekał daremnie. Wówczas rzucił wściekłym głosem stłumioną klątwę i poszedł daléj szybszym krokiem, jakby powziął postanowienie jakieś. Zatrzymał się dopiero przy warstacie Gruszki.
Tkacz blady był, z powodu kilkodniowéj choroby, i blady z gniewu. Na widok majstra, który śmiał namawiać do zdrady jego Maryannę, krew schodziła mu z twarzy, kipiała warem i zapierała oddech w piersi. Przytem noga bolała go strasznie, ale na to nie zważał, zacisnął tylko zęby i zdawał się jedynie pilnować swéj roboty, choć brała go szalona chęć pochwycić niemca w silne ramiona i zdusić. Budziła się w nim natura chłopa, którego ręce swędzą do bójki skoro się rozgniewa. Chęć ta odezwała się nieprzepartą siłą, kiedy poczuł, że Hafner stanął przy nim. Zdawało mu się, że niemiec urąga poza jego plecami.
Miał oczy utkwione w swój warstat, a jednak byłby przysiągł, że Hafner mu urąga, że to urągowisko widzą wszyscy towarzysze pracy, że wszyscy pokazują go sobie, jako męża który zawadza żonie.
Hafner stał ciągle za nim aż póki Gruszka, nie mogąc dłużéj wytrzymać, odwrócił się nagle i zmierzył go wzrokiem.
Przez chwilę patrzyli na siebie oko w oko. Z jednéj strony była brutalna siła, z drugiéj gniew słuszny, podżegany obrazą praw najświętszych, jakby naprzeciw siebie stanęło zwierzę i człowiek; ale wbrew temu co być powinno, zwierzę miało nad człowiekiem przewagę, mogło narzucić mu swą wolę lub pozbawić chleba a czując to dobrze, naigrawało się ze swéj ofiary.
W okrągłych, burych oczach Hafnera błyszczała złość, która wreszcie znalazła sobie ujście.
Błękitne źrenice Gruszki paliły się ogniem; był tak groźnym, iż majster nie mógł wytrzymać jego spojrzenia. To podwoiło wściekłość niemca.
Heraus! heraus! — zawołał pieniąc się z gniewu — pijany robotnik nie może być w fabryka.
Tkacz zrozumiał, że słowa te do niego były zwrócone.
— Ja pijany! ja? — spytał gwałtownie, silny poczuciem swojéj niewinności.
— No ty, ty, ty... nie możesz stać prosto!
Rzeczywiście Gruszka chwiał się na choréj nodze; chciał przemówić, ale jakaś duma nie pozwoliła mu się tłumaczyć. Rzucił na majstra urągliwe spojrzenie.
— To nie ja, to chyba pijanyś ty zbóju jeden! — wrzasnął.
Hafner osłupiał.
Robotnicy, zdumieni śmiałością towarzysza, zatrzymali się nagle nad warstatami, śledząc co daléj wypadnie, a on stał przez chwilę wśród piekielnego zgrzytu machin, jak atleta gotujący się do walki. Postać jego wyprostowała się, oczy świeciły jak oczy wilka, obnażone ramiona wyciągnął naprzód, pięści zacisnął.
Hafner przestraszył się i cofnął, instynktownie szukając obrony. Pożałował jawnego wyzwania, bo miał przecież tysiączne sposoby skrytéj zemsty, bez narażania się na gniew tak straszny; zrozumiał, że miał przed sobą człowieka, który stracił panowanie nad sobą.
Heraus, heraus! — powtarzał majster pobladłemi ustami i machinalnie sięgnął do kieszeni po nóż.
Rzeczywiście Gruszka nie wiedział już co się z nim działo; czerwone płatki latały mu przed oczami.
— Czekaj! ty szwabie! — wrzasnął i rzucił się na majstra, uderzając go pięścią w twarz.
Ale Hafner wydobył szybko rękę uzbrojoną z kieszeni i zatopił nóż w piersi tkacza. Słowa skonały Gruszce na ustach, zatoczył się i byłby padł wśród obracających się kół pod żelazne ręce selffaktorów, gdyby nie podtrzymali go towarzysze.
Powstał krzyk i gwałt w całéj sali, odrazu opróżniły się wszystkie warstaty. Krew buchała z rany, obryzgiwała nasnute pasma, na wpół wyrobione tkaniny i strumieniem spływała na podłogę.
Gruszkowa przypadła do męża, przeklinając tego, który ją i dziecko sierotą uczynił.
Wieść o zbrodni rozbiegła się jak błyskawica po fabryce i niebawem wśród zdumionych robotników, którzy potracili głowy i nie umieli dać rannemu pomocy żadnéj. Zjawił się sam pan Zwirn, zastępujący Pifkego, którego w téj chwili w domu nie było; posiał natychmiast po doktora Frömlicha.
Szczęściem, znajdował się on właśnie u pani Pifke, choréj na newralgią czy migrenę.
Obowiązki d‑ra Frömlicha miały dwie odrębne strony: obejmowały rodzinę właściciela fabryki i robotników. W dowód bowiem wysokiego uznania, jako lekarz domowy, mianowany został lekarzem fabrycznym; z tego zapewne powodu, te drugie obowiązki traktował jakby z łaski, do mieszkań robotników zaglądał jak mógł najrzadziéj i nigdy prawie nie przystępował do łoża chorego, tylko z progu dawał swoje rozporządzenia i pisał receptę w kajeciku, który zwykle na ten cel nosił przy sobie.
Miał naturę arystokratyczną, tak przynajmniéj sam utrzymywał; nie znosił nieporządku, brudu, zepsutego powietrza, które zwykle biedzie towarzyszą; swoich fabrycznych pacyentów zwał często das polnische Vieh. Z tych wszystkich powodów posiadał daleko więcéj zaufania u pracodawców niż u robotników. Ale ponieważ ci ostatni nie mieli żadnego głosu w wyborze doktora, ów brak zaufania nie przynosił mu żadnéj szkody, a nawet miał swoje dobre strony, bo robotnicy nigdy się nie skarżyli na niedbalstwo pana doktora.
O jego pochodzeniu mówiono różnie. Podobno był to syn mieszczanina, który dorobiwszy się na młynie trochę grosza, syna do szkół oddał; podobno zwał się po prostu Fromek, w szkołach przezwał się Fromskim, a późniéj, zbadawszy stosunki, zjawił się w Łodzi jako von Frömlich. Miał on powagę półmędrka, dumę kulturträgera, spryt chłopski, chciwość człowieka który żyje wśród milionerów z okruchów ich stołu, a giętkość karku czystéj krwi łodzianina.
Zawezwany nagle z saloniku pani Pifke, w którym częstowała go wyborną kawą ze świeżemi ciastami, do zadusznéj fabryki, doktor w bardzo złém usposobieniu spojrzał na rannego, który z każdą chwilą stawał się więcéj podobny do trupa. Obejrzał go jednak, a nawet przyłożył ucho do piersi. Uczyniwszy to, wzruszył ramionami w sposób świadczący wyraźnie, że niema już żadnéj nadziei.
— No cóż? — zagadnął Zwirn po niemiecku — zanieść go do szpitala? Nieprawdaż?
— Umrze zanim go do szpitala doniosą — odparł tymże językiem Frömlich, a potem zakomenderował po polsku:
— Odnieść go do domu i posłać po księdza. Spieszcie się; ja tu już niepotrzebny.
Zwirn nie był z téj konkluzyi zadowolony: natychmiastowa śmierć robotnika pogarszała sprawę Hafnera.
— Możeby się dało — szepnął — choć na parę dni życie jego przydłużyć? To będzie dla Hafnera bardzo zły interes.
Pan Frömlich się rozgniewał; chyba sam Pan Bóg mógł naprawić przebite płuca chorego, ale on cudów robić nie umiał.
Pan Zwirn kazał wziąć rannego na nosze i odnieść do domu.
Gruszkowa, idąc przy noszach, zawodziła i przeklinała. Kobiety litowały się nad nią, chciały pocieszać, doradzać, ale pan Zwirn rozkazał groźnie wrócić do roboty, bo i tak dużo zmarnowało się czasu, a maszyny próżnować nie mogły.
Zabójca skrył się gdzieś na razie i znaleźć go nie było można, zresztą i nie szukano zbyt gorliwie. Pan Zwirn był bardzo niezadowolony z wypadku, który sprawił mu tyle kłopotu; oddalił się przykazując zachowanie ścisłego porządku i zostawiając w tkalni pana Ferbeina.
Wypadek miał miejsce tak nagle, iż w saméj tkalni różnie go opowiadano. Według robotników niemców, którzy trzymali stronę Hafnera, pomocnik pana Zwirna doszedł do przekonania, iż majster dobył noża jedynie we własnéj obronie, bo Gruszka po pijanemu zrobił awanturę i otrzymał tylko to, na co zasłużył.
W podobny sposób pisze się historya.
Żałobny pochód z ciałem umierającego człowieka wychodził właśnie z bramy fabrycznéj, gdy d‑r Krzesławski zobaczył go z okna, do którego zwabiony został przez rozpaczliwe krzyki kobiety.
Wybiegł na ulicę.
— Co to jest? — zapytał.
Gruszkowa podniosła na niego w pół obłąkane oczy.
— Zabił! — wołała załamując ręce — zabił poganin, zabił... zabił...
W téj chwili ranny, otrzeźwiony na chwilę świeżém powietrzem, jęknął cicho.
— Ależ on żyje — zawołał Krzesławski.
— Ta i cóż, niewiele mu się należy — rzekł jeden z niosących — krew bucha i bucha.
— Stójcie! zatamować ją trzeba — rozkazał stanowczo i jednocześnie chustkę przycisnął do rany. — Gdzież go niesiecie?
— Doktor powiedział, że niema już co robić, a pan Zwirn kazał go odnieść do domu.
— Daleko?
Mieszkanie Gruszków znajdowało się o parę kroków; wskazano je doktorowi.
— Zapewne fabryczny doktor przyjdzie zaraz? — spytał znowu.
— Gdzie tam! kazał posłać po księdza.
A ktoś dodał:
— Gdyby to był Hafner albo Zwirn, albo jaki inny niemiec, toby go doktor nie odstąpił do saméj śmierci, i jeszcze trzeźwił po śmierci, ale jeden z naszych...
— Dopóki człowiek oddycha, nadziei tracić nie trzeba. Ja także doktor, ja ranę opatrzę.
Gruszkowa, słysząc te słowa, przestała nagle lamentować i wlepiła w Krzesławskiego oczy pełne prośby. Rana zadana przez Hafnera była śmiertelna, jednakże przy potężnych środkach, jakiemi rozporządza dzisiejsza chirurgia, przy drobiazgowych staraniach, dawała nadzieję wyleczenia, chociaż nadzieję bardzo słabą. Krzesławski badał ranę, a Gruszkowa posługiwała uważnie, zręcznie, jak to czynić może kobieta silnych nerwów, która nie mdleje na widok krwi i przywykłą jest patrzeć w oczy nieszczęściu.
Spoglądała ze zdziwieniem na młodego lekarza, jakby szukała w myśli przyczyny gorliwości jego; podejrzewała, że za swoje starania drogo zapłacić sobie każe; chciała go nawet błagać by ratował męża nie bacząc co to kosztować będzie, bo ona gotowa oddać wszystko co posiada, byle życie jego uratować. Ale kiedy doktor, po jakieś leki posłał do apteki i dał na to z własnéj kieszeni pieniądze, przestała rozumować, tylko patrzyła na dobroczyńcę szeroko rozwartemi oczyma.
— Panie doktorze — szepnęła.
— To wasz mąż? — zapytał.
— Mój — zawołała wybuchając znowu potokiem klątw — zabił go poganin!
— Jeszcze nie zabił, może uda się uratować.
— Och! panie doktorze!
Więcéj powiedzieć nie mogła, pochwyciła jego rękę i wycisnęła na niéj gorący pocałunek.
Potem znów przyszła jéj na myśl obawa. — Poganin, niech go Bóg ciężko skarze! Dostaniemy fajer a jak ja wówczas panu doktorowi zapłacę?
— Bądźcie spokojni — odparł — nic was to kosztować nie będzie. Nie wyście mnie szukali, ja sam nastręczyłem się z pomocą.
Była to różnica dla biednéj kobiety niezrozumiała.
Ranny tymczasem leżał wycieńczony utratą krwi, bolem, blady jak płótno, z oczami na wpół przymkniętemi, w stanie zupełnéj bezwładności.
— Jak dostaniemy fajer — mówiła daléj Gruszkowa — wyrzucą z mieszkania, a gdzie ja go podzieję?
— Ruszać go nie można — zawołał Krzesławski. — Zresztą pomyślimy o tém. Teraz chodzi o to, żeby go przy życiu utrzymać. — Wydał drobiazgowe rozporządzenia, zalecając spokój zupełny, i gotował się do wyjścia, gdy wtem na progu ukazał się Frömlich.
Wychodząc z fabryki, spotkał opróżnione tragi, a jeden z niosących je opowiedział mu, iż młody doktor wziął w opiekę chorego i obiecał Gruszkowéj, że mąż jej będzie żył.
Frömlich podniósł głowę.
— Co? — zapytał, mierząc zgorszonym wzrokiem mówiącego.
Przywykł uważać się za wyrocznię i nie mógł pojąć, by kto jego nieomylność podawał w wątpliwość.
— A tak! — powtórzył jeden z fabrycznych stróżów, który odnosił Gruszkę — doktor powiedział do Gruszkowéj: Nie płaczcie kobieto, wasz mąż, da Bóg, żyć będzie; tak powiedział, proszę wielmożnego pana.
— Tak powiedział — mruknął Frömlich przez zaciśnięte zęby. — Werden mahl sehen. Głupi on jest i ty głupi, kiedy wierzysz.
W téj chwili z całego serca życzył natychmiastowéj śmierci robotnikowi, ażeby tym sposobem dowieść słuszności swéj dyagnozy.
— Ha! — odparł filozoficznie stróż — taki Gruszka oczy otworzył.
— Cóż ztąd! — zamknie je zaraz na dobre.
Rzuciwszy te słowa, tonem niecierpiącym oporu, szedł daléj ale szedł nachmurzony, gniewny, podnosząc do ust machinalnie laskę ze złotym monogramem, którą mu Pifke przywiózł kiedyś z zagranicy.
Myślał o tym intruzie, który śmiał przeczyć jego wyrokom, jego, Frömlicha, pierwszéj powagi lekarskiéj w mieście, domowego lekarza Pifków i wielu innych właścicieli fabryk tak bogatych, iż mogli wyrzucać pieniądze drzwiami i oknami. I przypomniał sobie młodego człowieka, którego mu przedstawiono przed kilku dniami w restauracyi. Ten przybysz nie podobał mu się od razu. Podobno przyjeżdżał z zagranicy, czas jakiś przebywał w Paryżu; w Paryżu zapewne nauczył się szarlataneryi, bo czegóż innego tam nauczyć się można?
Pan Frömlich wprawdzie studya swoje odbywał w Warszawie, ale przyjmując niemiecką końcówkę nazwiska, przyjął także niemieckie idee i stanowczo odmawiał francuzom wszelkiego głosu w postępie nauki. Przychodziło mu to tém łatwiéj, iż od skończenia uniwersytetu, z nauką i jéj postępami nie miał nic wspólnego. Prenumerował wprawdzie kilka niemieckich lekarskich czasopism, które ostentacyjnie leżały w jego gabinecie, jak „Über Land und Meer” w salonie. Rozkazywał nawet lokajowi przecinać ich kartki, ale gdzież on miał czas czytać! Musiał przecież pacyentów swoich odwiedzać, bo ci napełniali jego kasę, przytem bywał koleją zapraszany na obiady przez tychże pacyentów, a obiady, zwłaszcza u niektórych, bywały doskonałe. Wieczorami chodził na partyjkę także do pacyentów, boć po pracy dziennéj należał mu się odpoczynek, a potem spieszył do łóżka, by wrócić nazajutrz do tychże samych ważnych zatrudnień.
Obiadki i partyjki miały tę dobrą stronę, iż wzmacniały węzły zażyłości z osobistościami wpływowemi i czyniły położenie Frömlicha korzystném, przyjemném. On też wywdzięczał się za to jak mógł, nie omieszkał nigdy przepisywać swym pacyentom, a szczególniéj pacyentkom tych wód, do których jechać pragnęły. Jeśli zaś która z pań nudziła się w fabryczném mieście, on zaraz ordynował przepędzenie zimy we Włoszech, południowéj Francyi, lub tam, gdzie ludzie bogaci lubią trwonić pieniądze.
Lekarstwa starał się dawać w jaknajprzyjemniejszéj formie, a gdy przypadkiem zdarzała się ważniejsza choroba, nie chciał jéj brać na swoję odpowiedzialność i przywoływał doktóra Johana z Wrocławia. Ten zawsze chwalił niezmiernie doktora Frömlicha i nie pojmował, czemu posyłano po niego, mając taką znakomitość na miejscu.
Tym sposobem sława jego rosła i zaokrąglał się jego majątek, ale naturalnie w głowie nie przybywało nic. Ponieważ, według niego, zapełnienie głowy było sposobem tylko powiększania kasy, a ta powiększała się bez tego trudu, odrzucał zatem wszelkie naukowe manipulacye. Wszak i bez tego był uznany za pierwszą powagę lekarską miasta, a więcéj niczego nie pragnął.
Błogi spokój, jakiego używał, został naraz zmącony z powodu tego przybłędy, który mieszał się w nieswoje rzeczy i zapewne czatował na jego stanowisko.
Wobec nowego obrotu rzeczy rozmyślał, czy iść do rannego, czy też pominąć odebraną wiadomość pogardliwém milczeniem.
To ostatnie było zapewne rzeczą wygodną, odpowiednią powadze, ale nie zbyt bezpieczną. Nużby ten Krzesławski — Frömlich doskonale zapamiętał nazwisko usłyszane w restauracyi — rzeczywiście wyratował rannego? On, co prawda, nie badał go bardzo ściśle, bo był zły, że został zawezwanym właśnie w chwili, kiedy miał ujrzeć pannę Amalią, po jéj powrocie z pensyi. Wszystko to złożyło się fatalnie i Fromek byłby zaklął po polsku i posłał do wszystkich dyabłów awanturę w fabryce, gdyby go Frömlich nie powstrzymał. Zawahał się, pomyślał chwilę i postanowił pójść do Gruszki.
Ubrał twarz w zafrasowaną troskliwość i spojrzał na Krzesławskiego wyrazem takiego zdziwienia, jakby zapytywał, co on tu robi przy jego chorym? — iż młody lekarz uczuł się w obowiązku odpowiedzieć:
— Zdaje mi się, iż kiedy idzie o życie człowieka, każdy ma prawo nieść mu pomoc.
Ja, natürlich — odparł Frömlich — zbliżając się do łóżka, a potem zapytał po niemiecku:
— Jakże on tam? Płuca przebite, to rzecz niewątpliwa.
— Niewątpliwa — odparł Krzesławski.
— I cóż? — spytał — nie chcąc pierwszy wydać się ze swojém zdaniem.
— Stan bardzo groźny — odrzekł Krzesławski, domyśliwszy się taktyki.
Frömlich wzruszył ramionami.
— Należałoby go przenieść do szpitala — rzekł znowu.
— Teraz niepodobna! Spokój zupełny jest koniecznym warunkiem dla wyzdrowienia.
— Ja przecież do niego nie mam czasu przychodzić! — wybuchnął Frömlich.
— Ja za to mam czasu wiele i mogę go choremu poświęcić. Mieszkam niedaleko.
Propozycya nie podobała się Frömlichowi. Miał ochotę zapytać, kto koledze za to zapłaci, ale zamilkł.
— Hm! skoro pan bierzesz odpowiedzialność za jego życie...
— Odpowiedzialności ani ja, ani nikt wziąć nie może. Uczynię co się da uczynić i nie tracę nadziei...
Stary doktor dostrzegł w tych słowach przymówkę.
— Ja wiem — rzekł, nie mogąc pohamować się dłużéj — że wy młodzi zawsze macie nadzieję i ze śmierci nawet leczyć chcecie.
— Czy można nam to ganić?
Frömlich pomiarkował się, że zeszedł na niewłaściwą drogę.
— No, no — wyrzekł protekcyonalnie — Werden mahl sehen...
Gruszkowa, która nie rozumiała rozmowy prowadzonéj po niemiecku, podniosła spłakane oczy na Krzesławskiego, a widząc, że zabierał się do wyjścia, podbiegła ku niemu, nie zważając wcale na Frömlicha.
— Pan doktor nas nie opuści! — zawołała, chwytając jego rękę, jak tonący chwyta deskę zbawienia.
— Ma się rozumieć, zajrzę tu za parę godzin, a tymczasem pamiętajcie...
Powtórzył drobiazgowo swoje polecenia i wyszedł wraz z Frömlichem, który na niego oczekiwał.
— I pan myślisz — spytał ten ostatni, gdy znaleźli się na ulicy — że to bydło wykona pańskie przepisy?
— Ja sądzę — odparł dobitnie, powracając do polskiéj mowy — iż jasno wytłumaczone przepisy spełnią, jeśli tylko je zrozumieją; a więc trzeba do nich mówić ich językiem, pan przecież władasz nim doskonale.
Z kolei Frömlich spojrzał na kolegę, jakby zapytywał zkąd on o jego lingwistyce wiedział.
Ja, ja — wyrzekł — ja z nimi mówię po polsku. Ale i pan doskonale zna unsere schoene Sprache.
Badał w ten sposób, czy ten nieproszony kolega znał jego pochodzenie i dlatego położył nacisk na wyraz nasz.
Ale Krzesławski nie myślał wdawać się w tłumaczenia i rozprawy.
— Sądzę — rzekł — iż dla każdego najpiękniejszy jest jego język macierzysty.
Frömlich śmiać się zaczął.
— Hm! — bąknął z widoczném przeczuciem wyższości — cóż za porównanie! Niemczyzna jest językiem rozwiniętym, naukowym, on to przyjęty być powinien przez wszystkich wykształconych ludzi...
Zdawał się z góry pewnym potwierdzenia, ale Krzesławski odparł:
— Im więcéj język jest używany, tém się więcéj kształci, każdy więc winien własnego używać. Język związany jest z najsubtelniejszemi fibrami mózgu, nie może zatem być dowolnie odrzuconym jak rękawiczka; odrzucając go, zadać sobie musimy moralne kalectwo, wypaczyć umysł. Tego także dowodzi nauka, na którą się pan powołujesz.
Frömlich uśmiechnął się z przymusem. On o najświeższych badaniach, wkraczających w dziedzinę psychologii, nie miał wcale pojęcia, do tego się przecież nie przyznał.
— Tak, tak — przywtórzył — słyszałem coś o tém, wiedza ma swoje aberacye jak poezya, sie geht auch ins Blaue — dodał z pobłażaniem; — nikt jednak nie zaprzeczy, że nauka i sztuka są to rzeczy kosmopolityczne.
Powtarzał ten zszarzany komunał z przekonaniem, pewny, że teraz przynajmniéj nie spotka zaprzeczenia.
Ale Krzesławski zawołał:
— Dziś, ten wytwór encyklopedycznego wieku nie rachującego się z rzeczywistością przestał mieć racyą bytu; pojmuję kosmopolityzm jako wzniosłe dążenie do zbratania kiedyś narodów, nigdy jako zatarcie ich indywidualnego piętna, które, przeciwnie, potęguje cywilizacya. Indywidualność jednostki lub narodu wyrabia się w miarę przychodzenia do samowiedzy. Temu pan zaprzeczyć nie możesz?
Frömlichowi trudno było przeczyć, argumentów nie mógł zaczerpnąć przy wistowym stoliku, ani na obiadach proszonych, ani w plotkach miejskich. Nie chciał jednak dać za wygraną temu młodzikowi, którego coraz szczerzéj nienawidził.
— Są jednak — zawołał — narody przodujące, do których z konieczności garnąć się muszą inne słabsze, mniéj rozwinięte i którym się słusznie przodownictwo należy.
— Nikt wiedzieć nie może w jakiéj chwili komu przodownictwo to przypadnie, dawniéj miała go Francya, dziś Anglia... Berło wiedzy i sztuki niezależném jest od wypadków, żadne działo go nie dosięgnie.
— Jutro pozostanie zawsze wielkiém pytaniem — odparł dyplomatycznie Frömlich — ale dziś, dziś każdy rozumny człowiek garnąć się musi do tych wielkich centrów cywilizacyi i wiedzy, jeśli chce zdobyć sobie sławę.
— To zależy od tego, jaką sławę mieć pragnie.
— No, sława jest jedna. Wydaj pan jakie ważne, naukowe dzieło po polsku, nikt o niém wiedzieć nie będzie, wydaj je po niemiecku, a imię pańskie stanie się głośne i za sławą pójdzie majątek.
Krzesławski z razu nic nie odpowiedział; antagonista jego miał prawo myśleć, że go wreszcie pokonał.
— Widzi pan — dodał ten ostatni z rodzajem tryumfu — w życiu wszystko trzeba brać w rachunek.
— Zapewne; zwłaszcza, jeśli kto chce dobić się tylko sławy i majątku.
— A czegóż więcéj żądać można?
— Czego? rzeczy, która nie zawsze idzie w parze ze sławą i majątkiem: pożytku naszych najbliższych.
— Jakto nie zawsze! Jeśli pan chce być pożytecznym, jeśli uczynisz jaki wynalazek, a ogłosisz go po niemiecku, rozejdzie się on po całym świecie, kiedy zaś w „waszym” języku...
Przywykły okazywać swą pogardę dla „naszego” języka, nie mógł się powstrzymać od wzruszenia ramion.
— W „naszym” języku rozejdzie się on najprzód pomiędzy swymi, a o tych najwięcéj nam iść powinno; jeśli zaś prawdziwie jest pożyteczny, obcy go sobie przyswoją. Zresztą — dodał Krzesławski — każdy postępuje jak za stosowne uważa.
— Tak, tak — potwierdził Frömlich — każdy postępuje jak uważa...
— Ale na to postępowanie ludzie sąd wydają.
— I mądrzejszemu oddadzą sprawiedliwość.
Rozmowę tę prowadzili idąc w stronę miasta, do którego podążali obadwaj.
— Kiedy pan tak bardzo chce pracować dla swoich — rzekł znowu Frömlich — to już nie wiem dlaczego osiedlać się tutaj. Pan tu będziesz miał samych niemieckich pacyentów i musisz z nimi mówić ich językiem.
— Przy łóżku chorego mówię jego językiem, jeśli mojego nie zna. Jedyny kosmopolityzm, jaki pojmuję, to kosmopolityzm miłosierdzia. Co zaś do pacyentów mojéj narodowości, widział pan sam, żem ich już znalazł.
— Co tam taki pacyent! — wybuchnął Frömlich, lecz zaledwie słowa te wymówił, poczuł ich całą niestosowność.
— To — poprawił się niezręcznie — uczynek miłosierdzia. Miłosiernym wszędzie być można. Zawsze ja dziwię się, że pan Łódź sobie wybrał...
— Badam choroby spowodowane przez różnorodny przemysł.
— Jakie choroby! — zawołał Frömlich. — Takich chorób niema wcale...
— Niema? a zatrucia przez preparaty chemiczne, a kolka garbarzy, a...
— Tak! to mogło być kiedyś, dawniéj, ale dziś, przy wzorowém urządzeniu fabryczném, kiedy właściciele robią wszystko co możliwe...
— Co możliwe? Zapominasz pan, że tu właśnie idzie o to, co możliwém nie jest. Przy największym przewiewie, jeszcze niedostrzegalne pyłki bawełniane unoszą się w powietrzu, wchodzą w organizm i osiadają w płucach. Wysoka temperatura kuźnic powodować zawsze będzie tysiące chorób. Mów pan co chcesz, przemysł ma swoje ofiary, a w walce o byt ludzie dziesiątkowani są nieustannie niewidzialnemi pociskami, które zabijają jak stożkowe kule.
Frömlich słuchał go z wrastającą niecierpliwością i zaledwie dał mu dokończyć.
— To wszystko piszą i mówią teoretycy, nie znający położenia, ale ja... ja, który mieszkam w Łodzi od lat blizko dwudziestu, ja doktor zakładów Pifkego, Höhnego, Schirmela, ja mogę pana zapewnić, że nie widziałem żadnéj z chorób o jakich pan mówiłeś. Przeciwnie, choroby płucne są tu rzadsze niż gdzieindziéj, suchoty prawie nie istnieją. To są tylko próżne wymysły zazdrosnych.
Krzesławski spoglądał na jego twarz zaognioną, na oczy błyszczące.
— Uspokój się pan — odrzekł. — Ja złym człowiekiem nie jestem. Nie chodzi mi bynajmniéj o osławienie tego lub innego przemysłu; wiem, że są prace, które choć niebezpieczne, wykonywane być muszą. Zresztą prawdy nikt lękać się nie powinien, a ja chcę badać...
— Co badać? Tu nic niema do badania, wszystko jest jak być powinno. Pan Pifke nie żałuje niczego dla swoich robotników, pan Höhne także, i pan Schirmel także. Tak jest wszędzie, ale ja mówię tylko o tém, co widzę sam. To rozkosz oddychać takiém powietrzem jak te fabryki mają...
Pan Frömlich wpadł w zapał prawdziwy, a widząc, iż Krzesławski go słucha, zaczął opisywać nieporównane szczęście, jakiego doznają ludzie Pifkego, a także Höhnego, Schirmela i wszystkich zgoła łódzkich fabrykantów. Chociaż tego nie powiedział wyraźnie, znać było jednak, iż z pomiędzy wszystkich wyróżniał Pifkego. Takich jak Pifke mało było na świecie! Wychwalał jego wspaniałość i smak wytworny, ojcowską opiekę dla pracowników i doskonałą kuchnię, cnoty domowe i wentylacyą fabryki, tworząc z wszystkiego razem dziwną mieszaninę, z któréj wynikało pokorne uwielbienie dla łódzkiego potentata.
W chwili gdy jego zapał krasomówczy sięgał szczytu, przechodzili koło fabryki Holzberga. Dzwon wygłaszał dwunastą. Z fabryki wysypał się tłum nędzny, blady, wyczerpany, złożony z męzczyzn, kobiet, dzieci. Dzieci szczególnie wyglądały jak stare; wśród twarzyczek, pozbawionych jędrności i czerstwéj barwy, obwisłych, ziemistego koloru, świeciły gorączkowo oczy podkrążone.
Chude ich nogi dźwigały z wielką trudnością ociężały korpus, a na bladych obliczach wielu widać było zupełne stępienie umysłu. Rzesza ta wpadła prawie pod nogi przechodniów, roztrącając ich jak lawina. Frömlich zasłonił się laską, Jan ustąpił z drogi.
— Rzeczywiście — zawołał — wszystko idzie najlepiéj, na tym najlepszym świecie! Z przedwczesnych kalek wyrosną dorodni ludzie.
— Ja tego nie powiedziałem — odparł Frömlich — dzieci przedwcześnie pracować nie powinny. To rodzice są chciwi zarobku.
— Istnieją przecież przepisy. Praca dzieci musi być ograniczona.
— Naturalnie jest ograniczona: do ośmiu godzin najwyżéj.
— Ach! widzisz go, ośm godzin — krzyknął jeden z malców, który te słowa dosłyszał. Wykrzywił się, zrobił nieprzyzwoity ruch, błysnął gniewnie oczami i wpadł w boczną uliczkę.
— To dopiero parada ośm godzin! O ósméj do roboty puszczają a tu siedzimy już od piątéj — mruknął drugi chłopak, z zapadłemi oczyma, w których paliła się gorączka.
— Cichajta, cichajta — mówiła jedna z kobiet — bo gotowi dać fajer, a spieszta się z obiadem, ledwo nas wypuszczą, już dzwonią.
— Oj godzina! godzina! — mruknęła inna.
Krzesławski w milczeniu spoglądał na Frömlicha; urywane słowa, jakie ich dochodziły, miały dosadną wymowę.
— Nie można wierzyć wszystkiemu, co się tu słyszy — począł tłumaczyć doktor fabryczny.
— Ani nawet temu, co się tu widzi?
— No, nadużycia trafić się mogą, wyjątek nie jest regułą, zresztą co Holzberg, to nie Pifke.
Próbował jeszcze swojéj wymowy na ten temat, ale widział, że wysiłek był daremny. Przy rozstaniu był najserdeczniéj niezadowolony z nowego kolegi.




Dzień urodzin panny Amalii Pifke miał być obchodzony balem; rzecz ta nie przedstawiała żadnéj trudności materyalnéj, w domu tak urządzonym jak Pifków.
Pifke robił olbrzymie interesa, mógł więc pozwalać sobie na różne zbytki a pomimo, iż prowadził dom na wielką skalę i miał pewne osobiste wydatki, które o wiele przenosiły budżet domowy, zakłady jego i kapitały wzrastały ciągle.
Dawniéj mówiono nieraz „pracowity jak Pifke”, „zręczny jak Pifke”, „szczęśliwy jak Pifke”, teraz zaś mówiono coraz częściéj „bogaty jak Pifke”.
W mieście olbrzymich fortun, zaczynano liczyć się z tym prostym niegdyś człowiekiem, który stawszy się milionerem, być nim umiał, przynajmniéj w wydatkach.
Kto ma miliony, temu naturalnie stosunków nie zbraknie; może jednak stosunki, zwłaszcza z niektórymi potentatami miasta, nie były tak poufałe jakby tego życzył sobie sam Pifke, ograniczały się bowiem do etykietalnych wizyt, do zaprosin na ważne uroczystości, lub też do zaszczycenia Pifków krótką wizytą.
Dom jego stał na równi z innemi pod względem wykwintu. Szereg pokojów, bogato przybranych, pozwalał na wygodne pomieszczenie licznych gości. Sprzęty wszystkie bez wyjątku sprowadzone były z Berlina; z tego powodu, pomimo przepychu, meble, wazony, bronzy nie miały téj wytworności, jaką celują wyroby Paryża lub Wiednia. Był to jednak odcień dostrzegalny jedynie dla artystycznych natur. Gust, charakter upodobania właściciela malowały się szczególniéj w dodatkach i przyozdobieniach, obrazach, rzeźbach, których, stosownie do panującéj mody, tutaj nie brakło.
Służba u Pifków była wzorowa. Woźnice i masztalerze utrzymywali stajnie w porządku. Kucharz słynął ze swéj doskonałości, a kilku lokai, dobieranych starannie, nie zostawiało nigdy pyłka na posadzce lub dywanach. Jeśli więc istniały jakie trudności w urządzeniu zabawy, były one głębszéj natury i żadne miliony usunąć ich nie mogły.
Trudność tę stanowiła sama gospodyni domu. Pan Pifke, dzięki niezwykłemu sprytowi, potrafił stanąć pod różnemi względami na wysokości swoich milionów. Wyrabiał się on w miarę jak tych milionów przybywało, miał do czynienia z różnymi ludźmi, wzorował się na ich sposobie obejścia, mowie, wyrażeniach, przyjęciach, gdy tymczasem jego małżonka pozostała na zawsze prostą robotnicą, w któréj gruba germańska natura występowała podszyta arogancyą, jaką zwykle wyrabiają w swych posiadaczach miliony.
Prawda, iż jednocześnie miliony zyskują także dla nich pobłażanie powszechne, jest to więc pewna równowaga pomiędzy ujemnemi a dodatnemi stronami; u pani Pifke równowaga była zerwaną w ten sposób, iż nawet miliony, które posiadała, jéj wad i śmieszności pokryć nie były wstanie.
Sama powierzchowność jéj była tego rodzaju, iż we własnym domu i salonie zdawała się zawsze na niewłaściwem miejscu. Napróżno mąż zawiózł ją do Berlina, który w jego mniemaniu był stolicą elegancyi, kazał ubrać od stóp do głów u pierwszéj modniarki, a nawet obstalował dla niéj zupełną wyprawę, począwszy od rannych szlafroczków i czepeczków a skończywszy na balowych toaletach. Wszystkie te rzeczy, które kosztowały znaczne sumy, które były starannie przymierzane, dopasowywane, wykończane, wyglądały zawsze na niéj jakby cudze, a gorsety, turniury, treny uwydatniały więcéj jeszcze niezgrabną figurę i pospolite ruchy.
Jeśli pani Pifke czyniła bardzo niekorzystne wrażenie swą powierzchownością, wrażenie to potęgowało się jeszcze za każdém słowem, jakie wymówiła. Są kobiety proste, które zapomocą rozsądku, przy skromnym układzie, nie rażą i przechodzą niepostrzeżone, gdyż zdają sobie sprawę ze swoich braków, ale pani Pifke tego nie potrafiła; przeciwnie, odzywała się zawsze tak głośno i z taką pewnością siebie wypowiadała rzeczy niemożliwe, iż każdy bez wyjątku zająć się nią musiał.
Bolało to jéj męża, ona zaś tłumaczyła sobie trudności przy zawieraniu niektórych stosunków w sposób dla swéj próżności przyjemny. Ludzie zazdrościli jéj, oto dlaczego panie A. B. C. tak niechętnie i rzadko oddawały jéj wizyty, dlaczego nie bywały wcale panie D. E. F., których mężowie znali się z jéj mężem.
Teraz, kiedy dorosła córka po skończeniu edukacyi miała się pierwszy raz pokazać w świecie, Pifke czuł, iż ta okoliczność wymagała większéj oględności i pragnął dać poznać swą Amalią towarzystwu, któreby zdolne było ją ocenić.
Namyślając się nad tém, pił kawę w towarzystwie żony i córki. Ile razy spojrzał na białe i rumiane oblicze Amalii, na jéj turkusowe oczy — twarz mu się rozjaśniała. Ile razy znów wzrok jego padł na żonę, wpadał w niecierpliwość.
Kawa zastawiona była na wielkiéj werendzie wychodzącéj na ogród, który dzielił fabrykę od pałacyku. Jesiony, akacye, świerki, okalające dom, rzucały cień przyjemny. Przy stiukowych filarach, podpierających lekki dach, kołysały się gęste girlandy bluszczu i dzikiego wina, udzielając chłodu nawet wśród skwarów letnich; pomiędzy niemi umieszczone lampy, w kształcie kwiatów i owoców barw rozmaitych, oświetlały werendę wieczorem w sposób tajemniczy. Na mozajkowéj posadzce rysowały się różnokolorowe arabeski, a wśród nich wielkiemi literami wypisane Salve wyglądało na czczą formułkę, z powodu małéj liczby gości.
Turkot uliczny nie dochodził tutaj, a warczenie maszyn podobne było zdaleka do pszczół szumiących w ulu i radowało uszy właściciela, który w przerwach pomiędzy rozmową zwracał głowę w stronę olbrzymich czerwonych murów, wyglądających z za zieleni drzew. Wszakże ul ten wzniesiony był jego głową, jego przemysłem, jego kapitałem, on dla niego pracował.
Wypiwszy kawę rozsiadł się wygodnie na biegunowym fotelu, zapalił hawańskie cygaro, którego barwa i woń świadczyła o pochodzeniu, a służący przyniósł na srebrnéj tacy dzienniki i listy świeżo z poczty odebrane.
Przejrzał adresy listów i kazał je odnieść do swego gabinetu; snać nie było pomiędzy niemi ani jednego, któryby tyczył się jego osoby, wszystkie miały charakter fabryczny.
Ta sama poczta przyniosła pani Pifke Bazar niemiecki, stanowiący dla niéj kodeks elegancyi; dla Amalii parę listów od koleżanek z pensyi, które w pierwszych dniach po rozstaniu się bywają we wszystkich krajach nadzwyczaj wymowne.
Amalia rzuciła się na nie i rozrywała jedne po drugich koperty, z żywością wychodzącą poza zwykłą flegmę niemiecką.
— To od tajnéj radczanki Bimker, to od profesorówny Glickwein, a to... to od baronówny Dumhaub! — wołała uszczęśliwiona, oglądając się w koło, jakby szukała komuby się pochwalić tym zaszczytem.
Oboje rodzice spojrzeli na córkę a ojciec powtórzył, gładząc wąsa wymownym ruchem:
— Od baronówny Dumhaub!...
Amalia naprzód ten list czytała — baronówna miała naturalnie pierwszeństwo przed profesorówną i tajną radczanką; czytała list pełna radości, rozrzewniona tym dowodem pamięci. Gdy jednak doszła do końca i dowiedziała się, iż brat baronówny, porucznik Dumhaub ręce jéj całuje, nie mogła powstrzymać łez i wykrzyknęła głośno, patrząc pokolei na ojca i na matkę.
Er küsst die Hand! er küsst die Hand!
Er küsst die Hand! — powtórzyła z zapałem pani Pifke.
Er küsst die Hand! — zawołał nie mniéj zachwycony ojciec.
Rozrzewniona pani Pifke nalała córce drugą filiżankę kawy, ustroiła ją najpyszniejszym kożuszkiem, przysunęła talerz z ciastem, a Amalia piła kawę, zagryzała ciastkiem, płakała i powtarzała ciągle:
Er küsst die Hand!
Po śniadaniu zwykł był przychodzić pan Zwirn z ustnym raportem. Ponieważ raport tyczący się spraw bieżących, poufnych niejako, nie wymagał ani podpisów, ani żadnéj urzędowéj formalności, pan Pifke przyjmował go w lecie na werendzie, w zimie w małéj salce, służącéj zwykle rodzinie do śniadania i poobiedniéj kawy. Lubił przy cygarze pogawędzić o stanie swojéj fabryki, a nawet niekiedy przypuszczał pana Zwirna do niektórych swoich spraw rodzinnych. I teraz więc udzielono Zwirnowi téj ważnéj wiadomości, iż porucznik baron Dumhaub całuje rękę panny Amalii. Fakt ten przejął go naturalnie także wielką radością.
Pan Zwirn od lat dziesięciu znajdował się w fabryce, Amalią znał małą dziewczynką, wszystko co obchodziło pryncypała, obchodziło jego także. Podzielał nietylko radości i smutki, kłopoty i powodzenia Pifkego, ale nawet jego sposób zapatrywania się na rzeczy, jego sympatye i antypatye, przyjaźnie oraz niechęci, i nie omieszkał żadnéj sposobności okazania mu swéj czci bezgranicznéj.
Zdarzało się czasem, iż pan Zwirn wypowiedział w jakiéj kwestyi swoje zdanie, jeżeli jednak zdanie Pifkego było przeciwne, natychmiast swoje zmieniał i to od razu; był bowiem przekonany, iż Pifke mylić się nie mógł w żadnéj bez wyjątku kwestyi, nawet w takiéj, która nie miała z przemysłem żadnéj styczności. Możnaby np. przysiądz, że gdyby pan Zwirn zakochał się w jakiéj pięknéj pannie, a Pifke powiedział, że ta panna jest kulawa, jednooka lub garbata, to odkochałby się natychmiast, a nawet wbrew oczywistości utrzymywałby, iż panna posiada wszystkie wady, przypisywane jéj przez pryncypała.
Do podobnego wypadku dotąd nie doszło, bo co prawda, Zwirn i miłość to były rzeczy zupełnie różne. Pan Zwirn był młody jeszcze, ale taki suchy i sztywny, iż sama powierzchowność jego wykluczała myśl jakichkolwiek sercowych uczuć. Twarz jego była blada, blademi były wargi, bladém czoło okrążone blado­‑konopianemi włosami, jakby człowiek ten krwi nie miał wcale.
Gdy pani Pifke i Amalia odeszły, pan Pifke w przystępie nagłéj łaskawości poczęstował podwładnego swego takiém cygarem jak to, które sam palił, i wskazał mu krzesło. Zwirn usiadł na brzeżku.
— No! Zwirn — zapytał wówczas właściciel fabryki, jakby przystępując do rzeczy — co słychać nowego?
Zagadnięty milczał, nie mogąc się domyśleć o co był właściwie pytany, tylko usta jego roztworzyły się, gotowe do dania natychmiastowéj odpowiedzi. Blade źrenice utkwił w pryncypała i czekał.
— Jakże tam z Hafnerem?
Forma jakiéj użył Pifke świadczyła, że los rannego robotnika obchodzi go jedynie o tyle, o ile majster będzie do odpowiedzialności pociągniętym.
— Tkacz nawet ma się lepiéj, choć d‑r Frömlich nie chciał go opatrzeć i mówił, że umrze w drodze do szpitala; ale ten nowy polak doktor, co tu się niedawno sprowadził, leczy ranionego i powiada, że żyć może byle był w spokoju.
Wyrzekł to wszystko jednym tchem, jak maszyna nagle w ruch wprawiona.
— Dla Hafnera to lepiéj, że gbur pożyje. Złożyłem za niego kaucyą. Czy jest przy robocie?
— Jest od rana, aber das polnische Vieh krzywo na niego patrzą.
— Krzywo — przerwał Pifke marszcząc brwi — jakto krzywo?
— Gadają pocichu między sobą, ale ja dobrze słyszał, że majster zbój, że niema na niego sprawiedliwości, że Gruszka wcale pijany nie był, tylko Hafner miał do niego złość, bo Gruszka jest o żonę zazdrosny. A i żona wykrzykuje to samo na całe gardło.
— No proszę, zazdrosny! — zaśmiał się ironicznie Pifke. — To chamstwo zazdrosne!
A po chwili spytał:
— Gdzie on leży?
— Pod numerem dwuchsetnym dwudziestym, ale on już dostał fajer i jego żona także.
— Dobrze, zapowiedzieć żonie, że każę ich natychmiast wyrzucić, jeśli będzie takie rzeczy gadała. Mąż jéj był pijany, Hafner miał prawo kazać mu pójść precz od roboty, noża użył tylko w obronie własnéj. Sama to zeznać powinna.
— No, jak przyjdzie do sprawy, to ja już myślał o tém, żeby tak wszyscy zeznali.
— Tym, którzy inaczéj myślą, zagrozić, że się ich z fabryki wyrzuci. Niech nie rozgadują tego, co sprawie zaszkodzić może. On był pijany, bo przecież inaczéj nie rzuciłby się na majstra?
Pan Pifke wyrzekł to tak stanowczo, iż musiał przekonać każdego, a cóż dopiero tych, którzy od niego zależeli.
Zwirn uważał rzecz za wyczerpaną i zaczął z innéj beczki.
— Ja zawsze mówię, że pan ludzi psuje. Oni mają takie ładne mieszkanie i tak tanio; na mieście musieliby trzy razy więcéj płacić, a za to nie są wdzięczni. Niech im pan podniesie cenę o piędziesiąt procent, to i tak jeszcze będzie dobrodziejstwo. Pan wyłożył na te domy taki wielki kapitał, że za niego byłaby prawie druga fabryka.
Pifke spojrzał z widoczném zadowoleniem na Zwirna; projekt podobał mu się, z szybkością obliczył zyski, jakieby w ten sposób otrzymał... Mógłby z nich pokryć wszystkie noworoczne gratyfikacye, dawane zwykle niemieckim urzędnikom, dyrektorom, chemikom i t. p., i jeszcze spora suma zostałaby mu się w kieszeni. Po chwili jednak odparł:
— Nie, to być nie może. Wszyscy wielcy fabrykanci budują i dają w takiéj cenie mieszkania, ja gorszym od nich być nie mogę.
Po bladéj twarzy Zwirna mignął cień rumieńca, zerwał się z krzesła.
Natürlich! — zawołał — pan nie może być gorszym. Mnie tylko gniewa, że oni pana nie szanują jak szanować powinni, a przed tym głupim polskim doktorem to zdejmują czapki.
Pifke zdawał się nie uważać na te ostatnie słowa.
— A jakżeż tam — spytał — urządzacie się z robotą dzieci? Ja nie chcę mieć do czynienia z inspektorem fabrycznym. Pamiętaj pan o tém.
— Inspektor nie może zabronić dzieciom bawić się na dziedzińcu — odparł Zwirn z wyrazem przebiegłości, który nadał lisi charakter jego bezbarwnéj twarzy. — W razie wizyty wypuścimy je z warstatów, a ja już nauczył co gadać mają, bo inaczéj...
Zrobił wymowny ruch pokazujący, iż w danym razie wyrzuci ich z fabryki. Pifke przytakiwał głową; wyraz jego twarzy był teraz ostry, oczy miały groźne błyskawice.
— To niesłyszane rzeczy — mówił Zwirn! — tego nigdy nie było, żeby nie można w swojéj własnéj fabryce urządzać się jak potrzeba. Dzieci pracowały zawsze dopóki szły maszyny i było dobrze. Czy to my ich gwałtem brali? czyśmy im nie płacili? A teraz dzieci mają tylko ośm godzin pracować, dzieci mają się uczyć. Czego? Na co? Czy na to, żeby im się w głowie poprzewracało?
Mówił to wszystko bardzo szybko, z dziwną gadatliwością, sprzeczną z jego zwykłém milczeniem, jakby nagle pryncypał jedném zapytaniem odsunął jakąś zastawkę i puścił w ruch maszynę.
— A czy jesteś pan pewny, że nas nie oskarżą? Kto to wie...
— Nie, ja się tego nie boję. Jak my kogo odprawimy, to gdzie on pójdzie?
Logika tego argumentu uspokoiła Pifkego, a Zwirn mówił daléj:
— Chociaż ja byłbym jeszcze pewniejszy, gdyby nie te przeklęte polskie chłopy. Co z nimi robić, oni własnego interesu nie rozumieją. Żebyśmy raz przyszli do porządku i mieli tylko samych naszych?...
— Polskie chłopy to tańszy robotnik — zauważył Pifke.
— No tak; gdyby też on nie był tańszy!
Wykrzyknik wymowny.
— Wczoraj — mówił daléj Zwirn — były dwie sztuki zepsute, nie przyjąłem; kto psuje ten niech płaci.
— Naturalnie. Wiele pan strąciłeś?
— Jednemu dziewięć rubli, drugiemu sześć; skarżyli się, jeden nawet powiedział, że to przeciw przepisom.
— Żeby do wszystkich przepisów się stosować...
— Ja też powiedziałem, że mogę sztukę przyjąć a jego fort z fabryki. Ta kaleka, którą Hafner wypędził, przychodziła znowu prosić o robotę.
— Cóż z niéj być może — kaleka.
— Ona mówi, że tu palce straciła, że tu powinna znaleźć zajęcie.
— Powinna!
Brwi Pifkego zbiegły się znowu.
— Powinna, proszę! Któż jéj kazał kłaść palce między gremple. Jeśli okaleczała, winna własna nieostrożność, tylko własna nieostrożność — jak zawsze.
— Ja też tak powiedział — zaśmiał się Zwirn. — Krzyczała, że z dziećmi z głodu umiera, że pójdzie do sądu.
— Niech idzie — zawyrokował Pifke. — Ciekawym co zrobi? Darmozjadów żywić nie myślę.
W dalszym ciągu jeszcze pan Zwirn udzielał pryncypałowi wiadomości pobieżnych, stanowiących plotki fabryczne; tyczyły się one nie cyfr produkcyi, nie obrotów handlowych ale drobnych wypadków, oraz ludzi stojących na rozmaitych stopniach hierarchii administracyjnéj. Pifke znał każdego osobiście, a co więcéj, znał jego charakter i sprawy domowe.
Rozmowa trwała jeszcze, kiedy na werendzie ukazała się Amalia. Odczytawszy wszystkie listy koleżanek, uspokoiła się po niezmiernéj radości, sprawionéj ucałowaniem rączek przez barona Dumhauba, i przyszła zasięgnąć zdania ojca, względem i różnych szczegółów projektowanéj uroczystości.
Skoro weszła, Pifke i Zwirn umilkli jednocześnie. Pryncypał nie lubił aby kobiety mieszały mu się do spraw fabrycznych; podwładny wiedział o tém doskonale, skłonił się więc i wyszedł.
— Papo — rzekła z lekkim dąsem Amalia — kiedyż zajmiemy się rozsyłaniem zaprosin, kiedyż zdecydujemy menu wieczerzy?
Zanim Pifke zdołał odpowiedzieć, w przyległym pokoju dał się słyszeć szelest jedwabnéj sukni, chrzęst dżetów, agrafek i głos donośny, krzykliwy choć świeży, oraz wybuchy nieustannego śmiechu.
— Pani Hart! — zawołał uradowany Pifke, rzucając się ku drzwiom, któremi wchodziła młoda kobieta.
— Tak! to ja, to ja — mówiła szybko nowoprzybyła, podając rękę Pifkemu i rzucając się na szyję jego córki. — Mój mały paluszek powiedział mi, że tu jestem potrzebną — i otóż jestem!
Podniosła w górę rękę dużą ale białą, w siatkowych mitenkach, uzbrojoną mnóstwem pierścionków, i spoglądała kokieteryjnie na fabrykanta.
— Czy mój mały paluszek miał słuszność?
— Jak zawsze! — wołał Pifke — ile razy doradzi pani abyś do nas przyszła. Muszę ucałować go na podziękowanie.
Pochwycił jéj rękę i złożył na niéj długi pocałunek, który od małego paluszka przeniósł na paluszki inne a nawet na dłoń całą.
— Ależ to nie racya, abyś pan dziękował z lichwiarskim procentem! — chichotała się młoda kobieta.
— Takiego pięknego paluszka nie pokazuje się bezkarnie.
— Nie wiedziałam, że pan jesteś ludożercą! — wołała wyrywając rękę.
Przy tym ruchu szeleściały jedwabie, chrzęściły dżety, łańcuszki, korale, któremi była cała obwieszona.
Elegancya téj pani była najgorszego gatunku; na strój składały się różne pstre kolory i świecidła przypominające prowincjonalne sceny, cyrk, budy jarmarczne. Na głowie miała wielki kapelusz z mnóstwem piór, motyli, błyszczących owadów. Suknia jasna, wycięta, z dżetowym bokiem, z kokardami na ramionach, z tiulowemi rękawami, miała szmizetkę nawlekaną pąsowemi wstążkami. Spadały na nią sznury korali a ręce także obwieszone były złotemi i srebrnemi bransoletami, które za każdym ruchem pięknéj pani wydawały szmer podobny do szmeru grzechotnika.
Na tém jednak kończyło się podobieństwo z potworem morskim, kibić pani Hart, jakkolwiek ściśnięta gorsetem, nie przypominała wężowych ruchów. Była to przystojna kumoszka, uradowana ze swojéj osoby, stroju, dowcipu, bo to wszystko budziło powszechne uwielbienie w jéj otoczeniu.
Uwielbienie podzielała rodzina Pifków. Matka olśniona była suknią, kapeluszem, klejnotami; Amalia śledziła z uwagą wyzywające ruchy, przysłuchiwała się śmiechowi, sposobowi mówienia, jakby chciała naśladować wzór tak doskonały; Pifke zaś przypatrywał się z zachwytem.
Nie dziwiło to wcale jego rodziny, bo wszyscy na wyścigi zachwycali się panią Hart, a jeżeli nawet przy bliższém poznaniu jéj wdzięki okazały się podrobionemi, zapomocą różnych kosmetyków, nie zrażało to wcale nikogo. Przeciwnie, upatrywano w tém dowód wysokiéj dystynkcyi osoby, która nie ukazywała się ludziom jaką była ale jaką być chciała.
— Jakże się miewa szanowny mąż pani? — spytała wreszcie pani Pifke.
Pani Hart parsknęła śmiechem, przy czém pokazała dwa rzędy prawdziwych czy też fałszywych perełek.
— Mój mąż? — powtórzyła — alboż ja mam męża! On ożeniony jest ze swoją fabryką, pół roku spędza w podróżach przedsiębranych w jéj interesie, a drugie pół przesiedzi w kantorze. To nie tak jak pan — dodała zwracając się do Pifkego — pan masz zawsze czas dotrzymywać towarzystwa rodzinie, jesteś tak miły, wesoły, przyjemny. — Mówiła to niby żartem, za każdym przymiotnikiem składając głęboki ukłon gospodarzowi domu.
— On także kiedy był młodym pracował — pocieszała przyjaciółkę pani Pifke.
— Kiedy był młodym! To mąż pani wiecznie młodym będzie?
Komplement ten zachwycił oboje małżonków.
— On młody! on młody! — śmiała się dobrodusznie pani Pifke, a mąż pokręcał wąsa.
— To pani musi być bardzo smutno tak zawsze być samą — wtrąciła Amalia.
Pani Hart rozśmiała się znowu; tym razem śmiała się bardzo długo, zapewne uwaga Amalii wydała jéj się bardzo komiczną.
— Och! — zawołała wreszcie — gdybym się tém martwiła, jużbym dawno suchot dostała; dajmy pokój memu mężowi, ja tu przyszłam dopomódz państwu do urządzenia uroczystości. Pierwsze urodziny dorosłéj córki obchodzone być powinny wspaniale.
— Tak! tak! — wykrzyknęli z rzadką jednomyślnością państwo Pifke.
— A więc, mateczko — zawołała, ściskając pani Hart panią Pifke — chodźmy do kredensu, spiżarni, kuchni, bo tu nic nie wymyślimy. Chodźmy, jak prawdziwym gosposiom przystoi.
— A mnie nie weźmiecie panie z sobą? — spytał pan domu.
— A to na co?
— Hm! — mruknął uderzając się po kieszeni — mogę się na co przydać.
— Przecież dajesz nam pan kredyt nieograniczony! — zawołała pani Hart.
Pani Pifke poszła naprzód, jakby pokazując drogę do gospodarskich części domu.
Pani Hart rzuciła okiem na swoję tualetę, niestosowną do proponowanych zajęć.
Amalie! mein Schatz! — zawołała — musisz mi pożyczyć fartuszka.
Panna pobiegła zadość uczynić téj prośbie a wówczas nagle zmieniła się scena.
— Jesteś pani śliczna ale i mądra — odezwał się Pifke — pomimo tego nie daję jéj wcale nieograniczonego kredytu.
— Och! och! — zawołała pani Hart, śmiejąc się z przymusem.
— Już nie wierzę pani.
Próbowała śmiać się znowu.
— Odkądże to? — spytała.
— Odkąd? — powtórzył i na twarz wystąpił mu tak złośliwy wyraz, iż w jednéj chwili dobroduszny, szlachetny, miły Pifke zniknął, a jego miejsce zajął człowiek nieubłagany. — Odkąd? — od czwartku.
I zatopił w jéj oczach wzrok przenikliwy, jak władca lub sędzia.
Pani Hart na wspomnienie czwartku zarumieniła się tak silnie, iż widać to było pod warstwą blanszu.
— Cóż to za żart? — szepnęła zmieszana — cóż to ma znaczyć?
— Kogo pani wpuściłaś we czwartek do kantoru swego męża?
— To... to była... chora przyjaciółka — mówiła jąkając się.
Zaśmiał się szyderczo.
— Chorą przyjaciółką chcę być ja jeden. Pamiętaj pani... inaczéj...
— Och!...
Chciała coś dodać, wybuchnąć łzami, przekonywać, ale nie miała na to czasu; Amalia ukazała się z fartuszkiem w ręku.
Pani Hart w mgnieniu oka powróciła do dawnego tonu, a choć ręce jéj drżały nieco, układała zręcznie fałdy fartuszka.
— Chodźmy! — zawołała i z nagłą wesołością pochwyciła pod rękę Amalią.




Dzień ten był widocznie dniem feralnym dla pani Hart, gdyż powracając do domu zastała tam męża, który wbrew zwyczajowi nie był ani zagranicą, ani w kantorze, ale siedział w buduarze żony, przyniósł tam swoje ulubione Schlesische Zeitung, czytał i palił cygaro.
Mówiąc, że pan Hart siedział, używa się przenośni, w rzeczywistości bowiem leżał on wygodnie rozciągnięty na otomanie, a przytem spełniał aż trzy czynności: puszczał w górę artystyczne kółka z dymu, osypywał popiół z cygara bez żadnego względu na plusze i materye mebli, a jeszcze bezwzględniéj pluł na wszystkie strony. Godzinny jego pobyt w buduarze, starczył do nadania mu pozoru od dawna zaniedbanego pokoju. Nie można też się było dziwić, iż pani Hart filozoficznie znosiła jego częste wyjazdy; obecność małżonka nie mogła jéj być przyjemną, tém bardziéj, że brutalność jego obejścia odpowiadała brutalności wyrażeń.
Pan Hart, a nawet von Hart jak mówili niektórzy, długi czas należał do armii pruskiéj i nabrał przyzwyczajeń żołnierskich, nie mających nic wspólnego z galanteryą rycerskich czasów. Przyzwyczaił się także, nie wiedzieć gdzie, do dobréj kuchni, dobrych win, dobrych cygar, wygodnego życia, a ponieważ środki nie zgadzały się z przyzwyczajeniami, Hart przywędrował do Łodzi i zamienił szablę nie na lemiesz ale na rzecz daleko prozaiczniejszą — na cewkę mechaniczną.
Uległ namowie Pifkego, który poznawszy jego zdolności spekulacyjne, założył z nim, jako spólnik, wielką fabrykę. Od lat kilku Hartowie mieszkali w Łodzi i musiało dziać im się bardzo dobrze, bo wkrótce pani Hart zasłynęła jako najmodniejsza kobieta w całém mieście, miała świetne stroje, pięknie urządzony apartament, corocznie jeździła do wód, a jéj kawy były zawsze najlepiéj urządzone. Stała się wyrocznią we wszystkich sprawach dotyczących gustu, elegancyi i dobrego tonu.
Pan Pifke przyjaźnił się z panem Hartem, wspierał go swoim kredytem i swoim wpływem; ale od niejakiego czasu coś psuć się zaczęło w ich stosunkach. Pan Hart miał do zażyrowania weksel, rachował naturalnie na pomoc Pifkego, który dotąd nie zawiódł go nigdy; tym razem Pifke oświadczył, iż sam jest w interesach i odmówił poręczenia, bagateli, trzech tysięcy rubli.
Hart był wściekły i wściekłość ta spaść musiała na żonę. Jest to rzecz bardzo naturalna, zwykle mężowie na żony spędzają swoje złe humory i t. p.; pan Hart jednak miał w tym razie szczególne powody zwrócenia swego gniewu na małżonkę; czekał więc na nią z zamiarem stanowczéj rozprawy a czekając gniew jego wzrastał.
Przeczytał już raz i drugi swoję gazetę, zasypał popiołem cały dywan, gdy wreszcie drzwi się otworzyły i do pokoju wpadła pani Hart. Ona także była w najgorszym humorze, a widok nieporządku w ulubionym buduarze i męża rozciągniętego na ulubionéj otomanie, tego usposobienia na lepsze nie zmienił.
Hart był to rozrosły prusak, pomiędzy czterdziestką a pięćdziesiątką, wiekowy rówieśnik Pifkego. Rysy jego były grube, pozbawione wszelkich subtelniejszych kształtów, przedstawiały karykaturę tego, co nosi nazwę piękności. Nos jego był zbyt wielki, oczy zbyt małe, a przytem cała twarz, czerwonéj barwy, łączyła w sobie pospolitość z przebiegłością. Czarne wyfiksatuarowane wąsy odbijały od twarzy rażąco; miał przytem łysinę, którą pokryć usiłował, ze staraniem świadczącém, że posiadał jeszcze złudzenia co do swéj osoby.
Głos jego harmonizował z powierzchownością: był gruby, ochrzypły, niewyraźny.
Na widok żony, oczy jego zamigotały złośliwie.
— Gdzieżeś była? — zapytał, unosząc głowę z kanapy i z ust niedbale wypuszczając kłęb dymu.
Cofnęła się z wyrazem wstrętu, który nie uszedł jego uwagi; wyciągnął więc swe długie ramię, schwycił ją za rękę i zawołał:
— Odpowiadajże! meine schönste.
— Odkądże to — spytała rozgniewana — mam ci zdawać sprawę ze swoich czynności?
— Odkąd Pifke nie chce poręczać moich weksli — odparł bez wahania.
— Cóż mnie to obchodzi?
— Doprawdy? — zapytał urągliwie — a ja jestem pewny, że gdybyś tylko chciała, Pifke poręczyłby nietylko ten weksel ale i wiele innych.
Wzruszyła ramionami a mąż mówił daléj powoli:
— Tak samo jak zapłacił za wszystkie twoje stroje i biżuterye, których ja nie chciałem i nie mogłem kupować.
Trzymał ją ciągle za rękę, ona daremnie usiłowała się oswobodzić.
— Zwolna, moja miła; rzadko rozmawiamy z sobą, dziś przecie porozumieć nam się trzeba.
— Och! porozumieć — mruknęła niecierpliwie.
— Czy sądzisz, że to nie może nastąpić? — odparł szyderczo. — Przekonam cię, że się mylisz. Otóż albo Pifke poręczy mój weksel...
— Albo? — przerwała gwałtownie.
— Albo wytoczę ci proces rozwodowy.
— Mnie!
— Tak jest, tobie, tobie saméj. Wiesz przecie, że to nie będzie rzeczą trudną; mam dowody, które rozwód ułatwią. Mój oficerski honor nie pozwala, by nazwisko Hartów było przez ciebie poniewierane. Nie, nie, tak dłużéj być nie może. Ja jestem człowiek spokojny; nie trzeba doprowadzać mnie do ostateczności!
W miarę jak mówił, żona bladła i rumieniła się na przemian. Przez chwilę zdawała się wahać, co ma uczynić, aż wreszcie oczy jéj napełniły się łzami.
— Aleksandrze! — zawołała i chciała rzucić mu się na szyję, ale ta sama ręka, która dotąd trzymała ją na uwięzi, nie dopuściła uścisku.
— Ja nieszczęśliwa! — łkała.
Próbowała magnetyzować go oczyma ale on okazał się równie nieczułym na łzy i uśmiechy jak na wymówki. Twarz jego nie straciła ani na chwilę szyderczego wyrazu.
— Rozumna kobieta stara się o to, aby nie było ją za co obmawiać — odparł obojętnie. — Teraz jesteś ostrzeżona, wiesz, co ci czynić wypada.
Puścił jéj rękę. Ona nie oddaliła się, nie próbowała też więcéj rozbroić go uściskiem, stała w miejscu jak wryta, a zafrasowany wyraz twarzy i korna postawa stanowiły dziwną sprzeczność z pstrym strojem i z tém mnóstwém świecideł, któremi była obwieszona. Płakała teraz naprawdę, płakała jak dziecko, któremu odbiorą zabawkę. Hart spoglądał na to obojętnie, wróciwszy do swéj leżącéj postawy, do puszczania kółek z dymu, obsypywania popiołem mebli i plucia przed siebie.
Innym razem byłaby mu niezawodnie czyniła wymówki ale teraz nie śmiała ust otworzyć. Prawda, że Hart zachowywał się z żoną zupełnie inaczéj, dopóki Pifke poręczał jego weksle, wówczas nie sprzeciwiał jéj się w niczém, o nic nigdy nie pytał i nie czuł obrazy swego oficerskiego honoru.
Hart nie domyślał się wcale, że piękna jego żona była zręcznym ajentem Pifkego, któremu donosiła o każdym złym lub dobrym interesie męża, pokazywała księgi kasowe i tym sposobem ostrzegała potentata, że mąż jest zachwiany i wkrótce może zbankrutować.
Pifke, dzięki tym wskazówkom, zerwał stosunki finansowe z Hartem, odmówił mu kredytu i poręczenia, lecz miał na oku jego interes, aby w danéj chwili jaknajtaniéj go kupić lub zagarnąć.
Za te przysługi pani Hart była wynagradzana hojnie: wszystko co na niéj szeleściło i świeciło się było za pieniądze Pifkego.
O tym podstępie handlowym nikt nie wiedział; Hart przypuszczał, że to jedynie wdzięki jego żony są magnesem na kieszeń Pifkego i z tego magnesu, w każdym krytycznym wypadku, chciał korzystać, powołując się na obrazę swego oficerskiego honoru.




Fabryka Holzbergów pod firmą Julius Holzberg und Söhne, choć mniejsza od fabryki Pifkego, szła dobrze i rozwijała się ciągle, jednak właściciele jéj nie mieli pańskich gustów i próżności swego sąsiada. Dom ich był domem niemieckich mieszczan z całą ciasnotą horyzontów, groszową oszczędnością i niczém nie maskowaną żądzą zysku.
Stary Holzberg, dokonawszy jakiegoś szczęśliwego obrotu, uległ zwyczajowi: zbudował dom z wielkim salonem, przeznaczonym na przyjęcia, umeblował go podług mody, kazał wywoskować podłogę i zawiesić firanki; złocone meble obleczono pokrowcami, lampom, żyrandolom, zwierciadłom sprawiono muślinowe zasłony i salon zamknięto na klucz starannie; tylko raz na tydzień, w sobotę, otwierano go w obecności saméj pani, która, przypasawszy fartuch, przewodniczyła służbie przy wietrzeniu, trzepaniu, okurzaniu.
Obok salonu był buduar a daléj jadalnia, ale te pokoje podzielały los salonu; raz tylko były użyte, gdy najstarszy syn Holzbergów, Wilhelm, żenił się z posażną, skromną, gospodarną kuzynką Katarzyną, zwykle w rodzinie zwaną Kätchen.
Pomiędzy świekrą a synową panowała zrazu rozczulająca zgoda, ale duch buntu pojawił się w Kätchen, po pierwszym roku małżeństwa.
Miała zupełnie sprzeczne ze świekrą pojęcia o sposobie prania bielizny i pieczenia strudla, wprowadziła do swego gospodarstwa różne nowości, których matka pochwalać nie mogła. Późniéj rozterki wzmogły się z urodzeniem kilkorga dzieci, które babka chciała karmić papką z mąki a Kätchen bułeczką z mlekiem; wzmogły się zaś tém silniéj, że młode małżeństwo mieszkało w domu teścia, azatem do starć nastręczały się nieustanne powody.
Między dwiema kobietami wrzała walka. Próbowały one mężów przeciągnąć każda na swoję stronę i przekonać o szkodliwości postępowania strony przeciwnéj, ale mężczyźni nie brali tego do serca. Holzberg ojciec utrzymywał, że jego „stara” ma słuszność, lecz synowa zapewne ma ją także; Wilhelm, że Kätchen wszystko co robi, dobrze robi, ale matce przecież sprzeciwiać się nie należy. Ten podwójny sąd Salomona nie wpłynął na pogodzenie zwaśnionych.
Mężczyźni zresztą mało mieli czasu zajmować się podobnemi sprawami; byli oni cały dzień zajęci w fabryce, któréj zarząd ojciec i dwaj synowie pomiędzy sobą dzielili. Holzberg uwielbiał synów Pifkego, ślicznych oficerów pruskiéj armii, ale było to uczucie czysto patryotyczne; on ze swoich synów chciał mieć pomoc doraźną.
Po skończeniu całodziennéj pracy, wszyscy trzéj lubili pójść na kufelek piwa, przy którym naturalnie rozmawiano o wielkim Bismarku i o wielkiéj pruskiéj ojczyźnie. Kobiety w domu mogły robić co chciały, zejść się, by przy jednéj lampie robić pończochę i cerować bieliznę, lub też czynić to samo każda w swoim kącie. Ponieważ jednak palenie dwóch lamp stanowiło niepotrzebny wydatek, schodziły się najczęściéj i wówczas docinały sobie wzajemnie, a często nawet kłóciły się nadobre.
Pomimo to Kätchen była zwykle gutmüthig i gdyby tylko matka nie zaczynała, ale matka zaczynała zawsze... Zresztą horyzont jéj domowego szczęścia był długo bez chmury, kochała swego Wilhelma, jak dobra żona męża kochać powinna, i wzajem nie wątpiła o mężowskiéj miłości. Tymczasem w ostatnich czasach zdarzyło się coś... co zaniepokoiło jéj serce. Kätchen była młoda i miała się za ładną; szeroka, tłusta jéj twarz, zadarty nosek i mała postać, zadawalniała zupełnie jéj gust estetyczny. Ludzie wprawdzie wychwalali panią Hart, Kätchen nie zazdrościła jéj przecież, dopóki raz na kawie, jakie od czasu do czasu pani Hart wyprawiała, nie spostrzegła jak jéj Wilhelm zapatrzył się na gospodynię.
Potem zdarzyła się jeszcze jedna okoliczność. Kätchen strój lubiła tém namiętniéj, że z powodu wrodzonéj oszczędności nigdy zadość temu gustowi uczynić nie mogła. Szczególniéj zaś ponętne dla niéj były klejnoty; wydatek na nie był wprawdzie większy, ale trwałość wynagradzała koszt. Bransolety, kolczyki, brosze, medaliony służyć mogły nie tylko jéj, ale przejść na potomstwo i stroić maleńką Anchen, Lischen, Louischen, gdy dorosną. Co rok więc, w rocznicę ślubu lub na gwiazdkę, Wilhelm obdarzał ją jakim klejnotem, a ona w tym czasie przechadzając się po mieście, wskazywała mężowi od niechcenia na wystawie u jubilera Wurzla to, co jéj się najlepiéj podobało.
Teraz upatrzyła sobie właśnie bransoletkę i kolczyki, tworzące prześliczny garnitur, i chciała je zalecić mężowi, tymczasem nie zdążyła tego uczynić, bo na drugi dzień klejnoty znikły z wystawy. Kätchen znała dobrze Wurzla, wpadła więc do sklepu i zapytała, czy już tych pięknych rzeczy nie ma.
Rzeczywiście zostały sprzedane.
— Kto je kupił? — spytała rozżalona.
Ale Wurzel tego nie wiedział, przynajmniéj tak utrzymywał; uśmiechał się jednak w jakiś dziwny sposób.
W parę dni późniéj zobaczyła bransoletkę na ręku a kolczyki w uszach pani Hart.
— To kupione u Wurzla! — zawołała.
Pani Hart zapewniła, że mąż jéj przywiózł ten prezent z zagranicy.
— Ale ja to widziałam u Wurzla! — upierała się pani Wilhelmowa.
— Mogło być coś podobnego, a zresztą — dodała pani Hart ze śmiechem — może mąż zapomniał o mnie zagranicą i tutaj kupił tę drobnostkę.
— Drobnostka! ona to nazywa drobnostką — pomyślała Kätchen — to pewno warte ze dwieście rubli. — Pobiegła znowu do Wurzla.
— Czemu — spytała — pan nie chciał mi powiedzieć, że to kupił pan Hart dla swojéj żony?
Wurzel zrobił tak szczególną minę i tak niezręcznie zaczął się tłumaczyć, iż od téj pory coś zaczęło ją niepokoić. Przypomniała sobie męża patrzącego jak w tęczę w panią Hart, przytem data powrotu Harta z zagranicy nie odpowiadała dacie zniknięcia bransolety z wystawy. Kätchen nie podejrzywała męża ale zaczęła sobie przypominać wszystko, co kiedykolwiek słyszała o przewrotności mężczyzn; z tego powodu ku pani Hart powzięła głęboką niechęć.
Na obiad, o godzinie drugiéj, zbierała się cała rodzina Holzbergów, jednak nie w pięknéj jadalni z orzechowemi meblami. Obiad podawano codziennie w wielkim gospodarskim pokoju przy kuchni, gdzie cały dzień stara Holzbergowa, w przydeptanych pantoflach, łatanéj sukni, przepasana grubym fartuchem, dozorowała kucharkę i przyprawiała potrawy, będące wiekuistą kością niezgody pomiędzy nią a synową.
Chociaż męzczyźni do sprzeczek się nie mieszali, jednak raz stary Holzberg, siedząc koło synowéj, zauważył, że miała oczy czerwone.
— Co tobie? — zapytał nagle.
Młoda kobieta zmieszała się i spuściła oczy.
— Wilhelm! — zawołał ojciec — patrząc surowo na starszego syna — czemu twoja żona płakała? — ona płakać nie powinna!
Kätchen chciała ojca pocałować w rękę, za te złote słowa.
Wówczas Wilhelm roześmiał się na całe gardło i, chcąc być dowcipnym, zawołał:
— Za tego wróbla będzie słowik! — Głosem przyciszonym a już poważnie dodał, że kolczyki to on kupił dla pani Hart, jako prezent za pewną informacyą. — Potrzeba mi wiedzieć, co wart interes Harta a musi być coś wart, kiedy Pifke na niego czyha. Sam nie mogłem wejść do kantoru i zobaczyć książki, kolczyki te i bransoletka drzwi mi otworzyły.
Ta wiadomość rozjaśniła oblicza wszystkich; Kätchen rzuciła się na szyję swemu mądremu Wilhelmowi i wśród uścisków zrobiła mu lekką wymówkę, że taił przed nią pomysł, który może pomódz do zwiększenia ich majątku.
Wówczas i stary Holzberg zrobił uwagę:
— My panu Pifke nie będziemy robili konkurencyi, kiedy Hart zbankrutuje; niech on bierze jego interes, jeżeli nasz Fritzek... — Stary nie dokończył myśli, tylko się uśmiechnął; i stara Holzbergowa uśmiechnęła się, bo także była wtajemniczona w zamiary męża. Fritzek zaciekawiony spoglądał to na ojca, to na matkę. Ojciec nie uznał za stosowne jaśniéj się wytłumaczyć, przykazał tylko starszemu synowi, żeby tajemnicami nie martwił swéj żonki, a Kätchen, żeby darmo nie płakała i powiedziała zawsze, co ją boli.
To przecież czego stary Holzberg nie wyjawił, odgadła rodzina; zrozumiano, że miał na myśli pannę Amalią. Kto wie, czy gotująca się uroczystość u Pifków, nie była wstępem do innéj, stokroć radośniejszéj.




Uroczystość nie przeszkadzała wcale biegowi interesów; Pifke nie potrzebował sam niemi się trudzić: Zwirn, Krugst, Ferbein pamiętali każde jego słowo, stosowali się do każdéj wskazówki.
Sprawa Hafnera przedstawiała się daleko lepiéj dla niego niż sądzono zrazu. Dzięki staraniom Krzesławskiego i silnemu organizmowi Gruszki, rana zabliźniała się, chory miał się coraz lepiéj. Nie wolno mu jeszcze było mówić, poruszać się, ale doktor mógł już zaręczyć za jego życie.
Chory leżał opasany bandażami, przejęty błogiem uczuciem, jakie zwykle budzi się w ludziach wracających z nad grobu. Dzięki opiece Krzesławskiego, bieda, zwykła towarzyszka choroby, nie miała tu dostępu; na kuchence gotował się rosół dla chorego, matka szumowała go starannie, a blaskiem ognia rozweselał się słotny dzień jesienny. Po niebie przelatywały szare chmury i deszcz z gradem siekł w szyby. Gruszkowa, siedząc pod oknem, bawiła się z Karolką; wtem kroki kilku osób dały się słyszeć na ulicy i w sieni, oraz doleciały głosy, mówiące łamanym językiem. Oczy rannego zwróciły się ku drzwiom niespokojnie.
Drzwi otwarły się i do pokoju wszedł pan Zwirn, zostawiając kogoś w sieni.
Karolowa zerwała się z miejsca na widok dyrektora fabryki; przeczuła coś złego.
— No cóż, zdrów już? — pytał Zwirn, przystępując do chorego.
Gruszka chciał odpowiedzieć ale żona przerwała:
— Proszę łaski pana — wyrzekła, całując go w rękę — doktor mówić mu nie pozwolił.
— A! so — bąknął Zwirn. — No on gadać nie potrzebuje, niech on tylko podpisze zeznanie, że był pijany i pierwszy rzucił się na majstra, to już wszystko będzie dobrze.
— Nie był pijany! jako żywo — krzyknęła Gruszkowa — nie miał ani kropli wódki w ustach, a majster! majster!...
Zatrzymała się cała w ogniach i nie mogła wypowiedzieć swéj krzywdy.
— Niech go Bóg ciężko skarze — dodała tylko.
— Ty sama głupia, nie wiesz co gadasz — ofuknął Zwirn — on był pijany, on to musi zeznać, bo inaczéj ja każę zaraz fort z mieszkania, jak z fabryki!
Bezbarwna jego twarz miała taką stanowczość, że kobieta pobladła.
— O Jezu! — zawołała — toć go nie wyrzucicie na taki czas; toby śmierć była.
— On sam tego chce, jeśli nie zezna.
Gruszka wstrząsnął przecząco głową. Wargi mu drgały.
Zwirn odepchnął kobiety zachodzącą mu drogę i zbliżył się do chorego.
— Ty musisz tak zrobić — krzyknął, nachylając się.
— Nigdy — mówiły błyszczące oczy Gruszki.
— Każę cię wyrzucić, zdechniesz pod płotem!
Gruszka, niepomny na ranę, zrobił ruch jakby chciał precz odrzucić tę zmorę pochyloną nad sobą; przestraszony niemiec odskoczył.
— Karolu! bój się Boga! — zawołała żona.
Mąż zakaszlał się, krew pokazała się na ustach; wówczas przypadła do niego z lekarstwem.
Zwirn stał opodal i czekał z uporem.
— No, jakże będzie? — zapytał znowu — macie wóz i przewóz. Albo zeznacie co mówiłem i będziecie tu sobie do wyzdrowienia, albo każę wyrzucić zaraz!
Gruszkowa miała ochotę pobiedz do Krzesławskiego, wezwać jego opieki, ale tymczasem Zwirn mógł groźbę swoję wykonać, mąż mógł popełnić szaleństwo i życiem je przypłacić.
— A jak zezna, nie wyrzucicie? — spytała nieufnie.
— Co mam wyrzucać...
— Dacie na piśmie?
— Jak zezna — to dam.
— Piszcie więc co chcecie.
Zwirn nie dał sobie tego dwa razy powtórzyć; wyszedł i powrócił niebawem ze świadkami. Przeczytał Gruszce jako tenże sam się przyznaje, iż był pijanym, że majster miał prawo wydalić go z fabryki, a on rzucił się na niego pierwszy.
W miarę jak czytał, twarz rannego stawała się białą, zęby się zaciskały.
— Co tam czytać! — zawołała żona. — Jak mus to mus; niech już raz będzie koniec.
Ale zeznanie zostało odczytane całe; Gruszka nie będzie się mógł tłumaczyć nieświadomością.
Gdy przyszło do podpisu, sztywna ręka nie potrafiła go nakreślić, ale Zwirn rękę pochwycił i, wodząc nią po papierze, otrzymał pożądany podpis.
— No! teraz — wyrzekł prostując się — Hafner może być spokojny.
Wyszedł ze świadkami a w izbie zapanowała przez chwilę cisza głucha; tylko słychać było ciężki oddech rannego i podmuchy wichru wstrząsające szybami w oknach.
Łzy płynęły po twarzy Gruszkowéj.
— Oj pogany! pogany — powtarzała przez zaciśnięte zęby — robią co chcą, a my...




Poszukiwania Rubinki dotąd nie okazały się szczęśliwemi. Kilka razy konferowała z Krzesławskim, przedstawiała mu jakieś osoby bardzo podejrzanéj powierzchowności ale okazało się zawsze, iż chciała go złudzić lub sama padała ofiarą złudzenia.
Krzesławski uzyskał wstęp do domu Bosowiczów i stał się Opatrznością całéj rodzinie.
Leczył matkę, umiał ją rozweselać wywołaniem wspomnień lepszych czasów albo nadziejami lepszéj przyszłości, chociaż o tych nadziejach mówili jaknajmniéj, lękając się by nie podsłuchały ich mury, by szept jaki nie doszedł do uszu potężnych nieprzyjaciół. Za sprawą Krzesławskiego Edmund zbliżył się do Anny i niekiedy promień wesela zakradał się do biednego mieszkania. Młodzi powtarzali cudne melodye, które brzmią na poddaszach i w bogatych komnatach, wszędzie gdzie są serca kochające i kochane, a pani Feliksowa powracała myślą do czasów, kiedy była młodą, swobodną i w dostatkach.
Gdy Krzesławski wchodził z Edmundem, wszyscy witali go z uśmiechem radosnym. Na chwilę ustawało warczenie maszyny Anny, Edmund szedł do jéj stolika, patrzył jak przygotowywała robotę, śledził ruchy jéj rączek szybkie, stanowcze, choć spokojne.
Krzesławski z Bosowiczową rozpoczynał naprzód konferencyą lekarską, która pozorowała odsunięcie się młodych, przynosił jéj lekarstwa, zajmował drobnemi wypadkami, a nadewszystko słuchał cierpliwie różnych opowiadań z przeszłości, kiedy to szczęśliwa żona i matka mieszkała w pięknym dworze, otoczonym wiankiem lip pachnących i smukłych brzóz białych, hodowała dzieci, gospodarowała, odwiedzała sąsiadów, wzajem odbierała odwiedziny, jeździła na zabawy, polowania...
— Nie uwierzysz pan — mówiła uśmiechnięta — jaka to ze mnie była tancerka, a jaka amazonka! Nieraz wyprzedziłam wszystkich, kiedyśmy z chartami doganiali zająca. Miałam klacz karą, żywą jak iskra a posłuszną jak dziecko; mąż kupił mi ją na imieniny. Wszyscy mi jéj zazdrościli, a mój Feliks mówił: zuch moja żona. Andzia była wtenczas taka maleńka, obwoziłam ją konno na około trawnika. Czyż mogłam myśleć, że jéj na taki opłakany koniec przyjdzie...
I spojrzała na Annę, która usłyszała ostatnie słowa matki.
— Mamo — wyrzekła — byleś ty była zdrowa i ojciec spokojny...
— O ojciec! — mówiła daléj matka, wstrząsając głową — wyzyskiwać się daje teraz, jak zawsze. Taka już jego natura. Słyszane to rzeczy aby Feliks Bosowicz pracował za jakieś nędzne sześćdziesiąt rubli miesięcznie, po czternaście godzin dziennie. A jak on się zmienił! Dawniéj mówili wszyscy, że słusznie nazywa się Feliksem, nie było szczęśliwszego, weselszego człowieka. Kiedy bywało przyjechaliśmy do sąsiadów, to choćby w domu był smutek albo choroba, wszyscy musieli się rozchmurzyć i śmiać do rozpuku. Nie było bez niego zabawy. A jak prowadził mazura! — O kilkanaście mil przyjeżdżano go zapraszać.
W téj chwili drzwi się otwarły i na progu ukazał się pan Feliks. Czy rzeczywiście był to człowiek o którym opowiadała żona, że tak dzielnie prowadził mazura, człowiek tak wesoły, iż poruszał do śmiechu nawet chorych, smutnych, stroskanych? Patrząc dziś na niego, można było wątpić aby śmiał się kiedykolwiek, aby te stopy, ołowiem ciążące ku ziemi, poruszały się kiedy w podskokach tanecznych.
Nikt nie słyszał jak wchodził po wschodach, jak kaszlał w kuchence, tak głośno żona jego opowiadała doktorowi szczegóły dawnego życia, a córka zatopiona była w słowach Edmunda.
Bosowicz był więcéj niż zwykle zgnębiony, oczy jego spotkały obcych ludzi. Powitał ich bez słów żadnych, a raczéj jakiemiś niewyraźnemi sylabami, które zapewne przywitanie znaczyć miały; potem usiadł ciężko na krześle, utkwił oczy wprost przed siebie i widać było w świetle lampy ich łzawy błękit.
Słowa zamarły na ustach jego żony. Spojrzała na doktora z wyrazem porozumienia.
— Ot! — rzekła półgłosem — co się z niego zrobiło. Wyzyskiwać się daje!
Pan Feliks usłyszał snadź te słowa, bo uśmiech niewypowiedzianéj goryczy przemknął mu po twarzy.
Anna zbliżyła się do ojca i, nie zważając na obecnych, położyła przed nim Dziennik łódzki, który miała zawsze w pogotowiu.
— Czy spuścić zasłonę, ojcze? — spytała.
Zrobił znak, że mu to już obojętne. Oparł głowę na ręku i tak pozostał przez chwilę, jakby przyciśnięty zmęczeniem nad siły.
— Co tobie się stało Feliksie? — zawołała żona, nie mogąc powstrzymać swego niepokoju.
Przez chwilę walczył z sobą, jakby chciał złagodzić gorycz słów cisnących mu się na usta, ale gorycz ta była zbyt silną.
— Nie długo wyzyskiwanym będę; możemy być pod tym względem spokojni. Holzberg swoję fabrykę urządza na wzór Pifkego; powiedział to dziś wyraźnie. Odtąd wszystko ma być u niego, jak u Pifkego, niemieckie. A my... ja nazywam się Bosowicz, nie Bösewitz.
Spuścił głowę.
— Kto wie — szepnęła żona — kto wie, może wkrótce nie będziesz już potrzebował ich łaski...
Spojrzał na nią takim wzrokiem, iż umilkła nagle. Po chwili rzekł:
— Rosa oczy wyje a słońce nie wzejdzie nigdy.
Rzeczywiście miał prawo tak mówić, nadzieja zdawała się tak wątłą, iż tylko szalony mógł na niéj przyszłość opierać. Dwa miesiące upłynęło od dnia gdy Krzesławski zjawił się w mieszkaniu Bosowiczów, jako poseł dobréj wieści, a dotąd sprawa nie postąpiła na krok jeden.
Krzesławski milczał, zachowując dla siebie budzące się niekiedy nadzieje i doznane zawody; nie poprzestawał jednak na poszukiwaniach Rubinki, zwiedzał sam zaułki miasta, jaskinie brudu, nędzy, zbrodni, aż wreszcie raz gdy przechodził koło narożnego szynku, ujrzał na progu właścicielkę, która widocznie czatowała na niego.
— No! — zawołała skoro tylko się zbliżył — co mnie pan doktor da, jak powiem dobrą nowinę?
— Tyle ilem obiecał, jeśli rzeczywiście odnajdziecie mi tego człowieka.
— Ja panu co powiem. On już jest, ale pan co dorzuci za fatygę. Aj waj! co to trzeba się było nalatać, naszukać!
— Dam całe sto rubli, jeśli wiadomość wasza nie okaże się fałszywą.
— Co to jest fałszywą? Michał Wroniak, on się nazywa Michał Wroniak, sługiwał po dworach. No, potem przytrafiło mu się nieszczęście — on teraz tylko co z więzienia wrócił. Jak jego było znaleźć, kiedy on w ciupie siedział.
Mówiła z taką pewnością, iż można było uwierzyć.
— Gdzież go znajdę?
Drożyła się czas jakiś, chciała wyłudzić jeszcze naddatkowe dziesięć rubli, wreszcie wskazała mieszkanie na Bałutach, gdzie się miał znajdować wypuszczony kryminalista.
— A jak się pan przekona — dodała — że Rubinka prawdę mówiła, to pan te dziesięć rubelków narzuci.
Wysłuchał wszystkich wskazówek, jakie mu dawała i skierował się ku Bałutom.
— Niech Bóg broni! — zawołała przestraszona szynkarka — pan tam przecie o téj godzinie sam nie pójdzie.
— Mam broń — odparł, wydobywając z kieszeni sześciostrzałowy rewolwer — a przytem jeszcze późno nie jest.
Ale taka racya bynajmniéj nie uspokoiła Rubinki.
— Co to znaczy! — zawołała — to dobre tak sobie pójść ulicą wieczorem, ale iść tam... Pan doktor chyba tam nigdy nie był, tam ludzie jak wilki...
Zastanowił się i przyznał, iż żydówka ma słuszność.
— Pójdę jutro — wyrzekł.
— Ja panu co powiem, tam i w dzień lepiéj iść w kilku. Przecie pan me będzie tylko przechodził ulicą, pan musi pójść do izby, a jakie tam izby... aj waj! Pau musi z tym Wroniakiem gadać, trza mieć oczy na wszystkie strony, bo kto wie, co może wypaść... Choćbym po niego posłała, to i co? On nie przyjdzie, ludzi się boi. Ma on niejednę sprawkę na sobie.
Znowu miała słuszność. Znała doskonale dziki świat, w którym lęgną się zbrodnie. Nadzieja zysku była powodem takiéj czułości dla doktora; gdyby tam zginął, przepadłyby jéj sto rubli i te jeszcze, które dodatkowo zamierzała wytargować.
— Jabym — mówiła jeszcze — kogo od siebie dała panu do pomocy, ale tam zaraz by ich poznali...
I machnęła ręką nie chcąc mówić więcéj, ale łatwo się było domyśleć, że ci którychby posłać mogła, nie wzbudzali w niéj saméj szczególnego zaufania.
— Chodź ze mną — mówił nazajutrz rano Jan, otwierając drzwi do mieszkania Edmunda.
— Gdzie?
— Nie pytaj, powiem ci w drodze, potrzebuję ciebie.
— Służę ci.
Ubierał się szybko i za chwilę był gotowy.
— Weź broń jaką.
— Więc to wyprawa niebezpieczna?
— Kto wie! może. Chodźmy.
Dopóki szli ludnemi ulicami, obaj milczeli, ale gdy zeszli na puste place, Edmund zapytał:
— Cóż to za tajemnica, gdzież idziemy?
— Zobaczysz. Jeśli mi się uda odszukać pewnego człowieka i znaleźć dokumenta, o jakich on wiedzieć musi, Bosowiczowie odzyskaliby majątek a łotr zostałby ukarany.
— Słuchaj, Janie, dlaczego ty to robisz?...
— Dlaczego?
Przez chwilę zdawał się szukać w myśli odpowiedzi.
— Więc ty doprawdy tego nie rozumiesz? Jakże daleko jest ten dzień, gdyśmy się żegnali na progu nowego życia! Więc nie rozumiesz już, że coś na świecie ukochać trzeba, że człowiek sam dla siebie celem być nie powinien.
— Tak, ale ty o sobie zapominasz zupełnie, chwilami zdaje mi się, że jesteś abstrakcyą jakąś, nie człowiekiem. Patrzę na ciebie...
— Oczyma zazdrości, nieprawdaż?
— A więc tak. Otaczasz Anny rodzinę opieką, pracujesz nad tém ażeby powrócić im mienie. Kto wie nawet, czy nie dlatego osiadłeś tutaj.
— Prawda, odgadłeś.
— A przecież...
— Bądź spokojny, nie kocham jéj...
— Dlaczego?
Jan uśmiechnął się.
— Pytanie godne zakochanego! Nie kocham jéj, bo serce moje należy do innéj.
Spuścił głowę i szedł w milczeniu trochę naprzód, jakby chciał uniknąć wzroku towarzysza.
— Janie — zawołał Edmund — czyż nie mam prawa do ufności twojéj; powiedz mi wszystko.
— Cóż chcesz ażebym powiedział; ona jest daleko, może stracona dla mnie, a ja próbuję żyć bez niéj...
Wyrzekł to krótko, jak człowiek który nie lubi mówić o sobie.
Teraz znaleźli się wśród nizkich, w ziemię zapadłych, drewnianych domków, podobnych do chat opuszczonych, stojących rzędem przy wilgotnéj, przerzniętéj kałużami ulicy. Można było zapomnieć, że o kilkadziesiąt kroków miasto fabryczne wrzało gorączkowym ruchem. Tutaj ruch ten był innego rodzaju: przed domami, korzystając z bladego jesiennego słonka, wiło się mrowisko istot, na których nędza położyła swe piętno. Były tu kobiety karmiące żółte jak wosk niemowlęta, suchotnicze dzieci, męzczyźni wstrętnéj powierzchowności.
Wśród rzeszy szpitalników bez pomocy, bez dachu, bez chleba, widocznie napiętnowanych chorobą, wśród tych, którzy nosili na twarzy cechę kalectwa, rozpusty, zbrodni, idyotyzmu, znajdowała się i ludność do pracy zdolna, któréj jednak ręce były bezczynne, bo albo pracy nie znalazły albo jéj nie chciały.
To też na twarzach można było wyczytać wszystkie stopnie nieszczęścia, od ponuréj rozpaczy aż do sztucznego podbudzenia i zupełnéj obojętności. Byli tacy, którzy walczyli jeszcze z ostateczną nędzą, gdy inni poddawali się jéj bezspornie, nie próbowali nawet utrzymać się na powierzchni i szli na dno, jak martwe ciała pozbawione możności obrony.
Taki zbiór niedobitków społecznych istnieje w każdém większém ognisku ludzkiém; składają go wszelkiego rodzaju słabi, niedołężni, niezdolni, którzy nie potrafią wywalczyć sobie choćby najskromniejszego miejsca; tu jednak zastęp ich stały powiększał się przy każdym upadku fabrycznego ruchu, przy zmniejszaniu obstalunków, stagnacyi lub innéj przyczynie tamującéj rozwój przemysłowy. Wzbierała wówczas fala nędzy, przedmieściom bawełnianéj stolicy przybywało mieszkańców, podwajała się ilość spełnionych zbrodni, napełniały się szpitale, rosła gwałtownie śmiertelność. Epidemie powstałe w zaułkach występowały z nich groźnie, rzucały popłoch na bogatych a szczęśliwych. Nędza za swoje istnienie mściła się ogólną żałobą i śmiercią.
Przeciw zbrodni obwarowywano się kasami żelaznemi, rewolwerem w ręku, zabarykadowaniem domów; zaraza wszędzie torowała sobie drogę, czyhała w zgniłych zaułkach, wciskała się szparami okien i drzwi.
Tu było jedno z jéj głównych siedlisk.
Jan rozglądał się w około, podług wskazówek, które otrzymał, Edmund szedł za nim ciekawy dalszego ciągu. Obadwaj postępowali wśród utkwionych w siebie spojrzeń, w których drgała nieufność, płonęła chciwość i ta wściekła nienawiść przeciw odzianym i sytym, jaką się miota nędza.
— Czegóż ty się tak wpatrujesz? — zapytał Edmund.
— Czekaj, otóż jesteśmy. Dom żółtawy z zaklęsłym dachem, niedaleko szynk, numer zatarty, wchodzi się w dziedziniec przez nizką sień, w dziedzińcu na prawo izdebka, wejście do niéj wprost ze dworu, w oknie dwie szyby wybite. Tak, to tu.
Rzeczywiście weszli w dziedziniec, który różnił się od ulicy rozwieszonemi gdzieniegdzie na nizkich dachach podartemi szmatami, suszonemi na słońcu.
Środek dziedzińca zajmowała wielka kałuża, do któréj ściekały nieczystości z całego domu, z różną szybkością, według nierówności gruntu. Obok była studnia, zapewne zakażona, niezdatna do użytku, ale jedyna dla licznych mieszkańców.
Na widok wchodzących przybyszów, mieszkańcy owi wylegli z domów tłumnie i przyglądali się im nie bardzo przyjaźnie.
Rubinka miała słuszność, iż doradziła nie przychodzić tu samemu.
Nikt nie pytał ich o nic, spoglądano tylko z podełba; i Jan także nie pytając, szedł do kryjówki, którą mu wskazano.
— Poczekaj tutaj — rzekł do Edmunda — interes, który mam załatwić, nie znosi świadka, bądź w odwodzie; gdybym cię potrzebował zawołam, ty zaś w razie jakiego napadu wołaj także lub rzuć kamieniem w okno.
Wszedł sam do nizkiéj izby; zrazu wydała mu się tak ciemną, iż z trudnością rozpoznał w niéj przedmioty. Izba była w ziemię zapadnięta a okienko, znajdujące się tuż nad ziemią, wpuszczało tylko odrobinę światła.
— Czego to? — odezwał się ochrypły głos i zarazem wysoka postać mężczyzny podniosła się z ławy, na któréj spoczywała.
Izba miała zapewne wielu mieszkańców, teraz jednak prócz owego draba nie było tu żadnéj duszy żywéj. Drab ubrany był w surdut stary, poszarpany, jakby w nim staczał jakieś rozpaczliwe bójki, ale bójki te musiały być bardzo dawne, bo ani krwi, ani sińców nie było na twarzy i rękach draba. Twarz miał ostrą, ponurą lecz nie pozbawioną sprytu. Pod włosem krótko przystrzyżonym, jak u rekrutów lub więźniów, było czoło szerokie, świadczące o zdolnościach, tylko oczy głęboko osadzone, uciekające przed obcém spojrzeniem, niweczyły dodatnie wrażenie, jakie czoło czyniło. Dolna część twarzy była w harmonii ze spojrzeniem; usta miały uśmiech złośliwy i cyniczny zarazem, świadczyły one, że właściciel ich przechodził rozmaite koleje i że wrażenia jego życiowo skrystalizowały się w ostateczny wyrok, bardzo niekorzystny dla ludzkości.
— Czego to? — powtórzył grubiańsko, jakby gotował się bez ceremonii wyrzucić za drzwi intruza, obdarłszy go wprzódy.
— Czekaj! Wroniaku — przemówił śmiało Jan, stając w postawie obronnéj.
Wymówione nazwisko zrobiło pewne wrażenie. Drab ciekawie i nieufnie przyglądał się swemu gościowi.
— Znam cię, wiedziałem gdzie cię szukać. Muszę mieć w tym interes, a na interesie ty możesz zarobić — mówił Jan.
Wroniak spoglądał z podełba, był zaciekawiony ale nie chciał tego okazać. Czekał.
— Chciałbyś zarobić bez trudu sporo pieniędzy?
Nędzarz zaśmiał się z całém poczuciem wyższości nad pytającym.
— Abo jest taki głupi, coby nie chciał? Tylko — dodał po chwili podejrzliwie — zarobek bez pracy może doprowadzić het... het... — Zrobił nieokreślony ruch ręką, mający oznaczać jakąś przestrzeń daleką a ciasną.
— Odkądże to zrobiłeś się tak ostrożnym? Ale bądź spokojny, to czego ja żądam nie narazi cię na nic przykrego.
— To gadajcie odrazu. Ludzie nie płacą za darmo. Kto chce zarobić, musi karku nastawić. Ho! ho! nie od dziś żyję na świecie.
— Słuchaj; będzie temu lat sześć, służyłeś za ogrodnika u Bosowicza.
— A gdyby? — spytał.
Teraz zaczynał interes rozumieć i miał się na ostrożności.
— Zginęły wtedy Bosowiczowi ważne papiery.
— Ta i cóż.
— Za odnalezienie tych papierów zapłaciłbym dobrze.
Drab namyślał się chwilę, czy udać, że nie rozumie, czy też grać w otwarte karty. Nie było świadka, któryby mógł przeciw niemu obrócić własne jego słowa, więc zdecydował się na szczerość i zaczął się śmiać głośno.
— Zapłaciłbyś pan dobrze? — zapytał — a ile? Niby to ja nie wiem, co te papiery są warte.
— Jak dla kogo — odparł spokojnie Jan — w twoich rękach nic nie znaczą.
— Ja ich też nie mam — wyrzekł szybko. — A! nie chodziłbym w takich łachmanach i nie mieszkał w téj norze. Za te papiery, ho! ho! za te papiery jest taki pałac, gdzieby mnie przyjęli i uczęstowali.
— Albo odesłaliby do takiego pałacu, zkądbyś się prędko nie wydostał.
— Toby się zobaczyło — mruknął przez zaciśnięte zęby.
— Ja przyszedłem porozumieć się po dobréj woli. Nie będę w to wchodził, kto papiery ukradł, ale temu kto mi je odda wypłacę natychmiast nagrodę.
Wroniak zmierzył go oczyma, jakby obliczał w myśli, ile dać jest wstanie i jaką przedstawia pewność.
— At, wyrzekł po chwili, na co głowę zawracać. Jest taki, coby mi za nie kupę złota położył.
Słowa te świadczyły, że papiery dotąd zostawały w jego posiadaniu. Zapewne Wroniak, wzięty do więzienia za inną sprawę, nie miał czasu ich zużytkować i teraz dopiero zamierzał to uczynić. Trzeba więc było działać szybko i stanowczo.
— Temu drugiemu ich nie oddasz! — zawołał Jan.
Oczy Wroniaka zamigotały szyderczo.
— A ktoby mi zabronił?
— Ja.
Drab nie raczył nawet odpowiedzieć, roześmiał się tylko na całe gardło.
— Jeszcze nie wiadomo czy je mam — wyrzekł, drwiąc sobie wyraźnie z człowieka, który śmiał przyjść tu, do jego siedziby, i wydawać mu rozkazy.
Drab wyprostował swą kościstą postać i zrobił ruch ręką, jakby chciał sięgnąć po nóż. Ruch ten zrozumiał i uprzedził Jan chwytając Wroniaka za ramię z nadspodziewaną siłą, pod którą ugiął się złoczyńca.
Fizyczna siła wywiera zawsze wrażenie na grube natury. Spoglądał Wroniak teraz innemi oczyma na przeciwnika, który obezwładnił go, ściskając ramię jak w żelaznych kleszczach.
— Słuchaj — mówił Jan — mnie nie podejdziesz, mnie, com cię wytropił tutaj.
— Czego pan chce odemnie? Ja tych papierów nie mam, nie widziałem.
— Mnie nie podejdziesz — powtórzył Jan stanowczo. — Wiem, żeś ty je skradł! W potrzebie znalazłbym na to dowody, ale nie chodzi mi o to wcale, aby posłać cię tam znowu zkąd wróciłeś. Zapłacę ci sowicie. Jesteś nadto mądry ażeby nie ocenić, co może ci przynieść większą korzyść. Papierów nie oddałeś dotąd, bo nie byłbyś w takiéj nędzy; albo mi je sprzedasz za dobrą cenę, albo będziesz aresztowany za złodziejstwo. Masz wóz i przewóz.
— Piękny mi przewóz — mruknął łotr. — Ale puść mnie pan, masz żelazne ręce. A jeśli się pan boisz mego noża, wyjm go — jest tu, w kieszeni.
— Noża twego bać się nie potrzebuję, bo naprzód jestem silniejszy od ciebie i mam się na ostrożności; powtóre, nicbyś nie skorzystał na mojéj śmierci, bo pod oknem stoi mój towarzysz z rewolwerem w ręku, więc nie uszłaby ci ona bezkarnie; wreszcie masz rozum, zatem pojmiesz, że ci więcéj przyjść może z mego życia.
— Któż pan jesteś, u dyabła!
— Kto jestem, to wcale nie należy do rzeczy, dla ciebie jestem tym, który ci zapłaci gotówką.
— Niech pana dyabli porwą! Papiery te warte krocie.
— Jeśli papiery które masz należą rzeczywiście do Bosowicza, a których ja potrzebuję, dam ci za nie tyle, że będziesz mógł żyć spokojnie - całe okrągłe tysiąc rubli.
Wroniak aż się szarpnął na te słowa.
— Kpij pan zdrów!
— Jeżeli nie chcesz, będę zmuszony udać się do policyi, a wówczas papiery dostaną mi się darmo.
— Albo je pan znajdziesz?
Przenikliwe oczy Jana badały przez ten czas fizyonomią Wroniaka.
— Kiedy kto nie ma gdzie przechowywać wartościowych papierów — mówił Jan powoli, jakby słowa te czytał w twarzy złoczyńcy — nosi je przy sobie. Założę się, że gdyby kto dobrze przetrząsnął twoje łachmany, znalazłby papiery zaszyte w podszewkę.
Słowa to zrobiły na Wroniaka wrażenie dziwne.
— Chyba złe przez pana gada? — szepnął.
— Widzisz, iż wiem wszystko.
Przez chwilę on także badał Jana.
— A gdybym je i miał, gdzie pewność, że mi pan zapłaci?
— Słusznie. Ja też nie żądam kredytu, biorę i płacę.
W oczach Wroniaka mignął zamiar złowrogi; gdyby miał ręce wolne lub gdyby Jan był sam, rozbrojony, lub wreszcie gdyby tu miał pod ręką którego ze swoich towarzyszy więzienia...
Ta myśl sama wywołała odruch — gwałtowne szarpnięcie rąk.
Jan uśmiechnął się tylko ale palce jego zacisnęły się dokoła szyi Wroniaka.
— To się na nic nie zda — rzekł. Wiem, że gdybyś mógł kogo przywołać na pomoc, uczyniłbyś to, ale krzyk ma tę niedogodność, iż może zwabić niepotrzebnych świadków.
— Jakże dam papiery, kiedy mnie pan trzymasz?
— W sposób bardzo prosty, powiesz gdzie są a mój towarzysz je wypruje. Ażebyś zaś nie wątpił o mojéj rzetelności, pokażę ci zaraz pieniądze; nie mam z sobą ani grosza więcéj, ani grosza mniéj, tylko tyle ile ci dać postanowiłem.
Zawołał Edmunda, który natychmiast stanął na progu z rewolwerem w ręku.
Zamiana uskutecznioną została w warunkach przez Jana oznaczonych. Papiery, pożółkłe i zmięte, były rzeczywiście zaszyte w starym paltocie Wroniaka; pochwycił je Jan. Były to właśnie te, których żądał, których pobladłe litery zawierały los całéj rodziny.
Wówczas wydobył z pugilaresu paczkę sturublówek i wręczył je Wroniakowi. Ten przeliczył uważnie, potem spojrzał na Jana.
— Niech mnie dyabli porwą — mruknął — jeżelim myślał pozbyć się ich za tak marną cenę. Jak tu żyć, kiedy nawet panowie rozbijają!
— Bądź spokojny, dobrze ci zapłaciłem, gdzieindziéj tegoby ci nie dano ale wyszczutoby psami i wsadzono do kryminału.
Jan wyszedł z Edmundem, nie spuszczając z oka łotra, ścigany ponurym jego wzrokiem.
— A teraz — zawołał Edmund, gdy znaleźli się wreszcie na ulicy — wytłumacz mi, co to wszystko znaczy.
— To znaczy — zawołał tryumfująco Jan — że nabyłem dowody oszustwa, którego padł ofiarą Bosowicz. Sprawa czysta jak kryształ, ty będziesz jéj obrońcą.




W dzień uroczystości imieninowéj u Pifków, pan Aureli Świrski, nie bacząc na dokonywające się przygotowania do balu, kazał się zameldować panu domu, dodając lokajowi, że ma ważny i pilny interes.

Był widocznie wzburzony, zapomniał nawet o zwykłéj powadze, a wprowadzony do gabinetu pana domu, przechadzał się po nim nierównym krokiem, zanim nadszedł gospodarz.
Od pewnego czasu pan Aureli stracił swój zwykły, jednostajny humor a nawet stracił coś ze swojéj powagi: głowa jego nie podnosiła się już tak butnie. W mieście też zaczęły chodzić dziwne o nim pogłoski.
Pan Aureli niecierpliwie oczekiwał przybycia gospodarza a gdy go zobaczył, poskoczył ku niemu jak człowiek szarpany niepokojem, nie zaś jak urzędnik, pilnujący zawsze i wszędzie godności prawa.
— Piękna rzecz — zawołał półgłosem — sukcesorowie Mateusza Hordzika. Pamięta pan tę osadę włościańską, która przytykała do pańskiéj fabryki i potrzebną była do jéj rozszerzenia?
— No tak, pamiętam, ja zapłacił trzy razy jéj wartość.
— Dziś sukcesorowie utrzymują, te Hordzik nie miał prawa jéj sprzedać.
Pifke spojrzał na rejenta z pod oka. Zdawał się zapominać o co właściwie chodziło, chociaż znanym był z tego, iż najdrobniejszy interes pamiętał ze wszystkiemi szczegółami.
— Jakże to było? — zapytał z takim wyrazem, jakby napróżno badał wszystkie zakątki swego mózgu. Pan Aureli był jak na rozżarzonych węglach ale nie chciał się z tém wydać.
— Prawdziwie — mówił daléj Pifke, który wiedział doskonale czém podobna sprawa groziła rejentowi — możebyśmy interes ten odłożyli na późniéj, dziś jestem bardzo zajęty. Wiesz pan przecie, jaką dziś obchodzimy uroczystość. Zresztą zobaczymy się wieczorem...
— Ależ to sprawa nagląca, pretensye sukcesorów zaspokoić trzeba koniecznie, inaczéj, jeśli dowiodą bezprawności kupna, a pan wiesz najlepiéj, że ono było nieprawne, będą mogli odebrać grunt, na którym pan postawiłeś kosztowne budynki.
— Ale muszą zwrócić moje pieniądze, a kupiłem ich nędzną ziemię na wagę złota.
— Dziś oni są panami położenia i wiedzą o tém.
— Dlaczegóż pan nie dopilnowałeś formalności? To przecież rzecz pańska, nie moja.
Pan Aureli słysząc ten zarzut, aż cofnął się o krok.
— Jakto! — zawołał — pan mi to mówisz, a czyż to ja chciałem akt ten spisać? czyż nie dręczyłeś mnie pan dopókim tego nie uczynił? czyż nie uległem pańskim prośbom, pańskim namowom? Czyż nie obiecywałeś pan, iż w razie jakichkolwiek kwestyj, odpowiedzialność bierzesz na siebie?
— No naturalnie — straty ja poniosę.
— A ja? Ja mogę stracić urząd, pójść pod sąd. Ja zaryzykowałem daleko więcéj od pana, bo moje stanowisko... moje dobre imię...
Rejent prostował się, usiłując odzyskać zachwianą równowagę.
— O ile pamiętam, musiałem sowicie opłacić pańskie skrupuły — odparł szorstko Pifke, któremu powaga rejenta nie imponowała wcale.
Pan Aureli przełknął tę gorzką pigułkę, jak człowiek będący pod pewnym względem do nich przyzwyczajony i nie przywiązujący zbytecznéj wagi do słów wyrzeczonych bez świadków.
— Dziś — mówił tak, jak gdyby zarzutu Pifkego nie zauważył — trzeba koniecznie zagodzić tę sprawę...
— Sam pan przyznałeś, że jest groźniejszą dla pana niż dla mnie, więc...
Zrobił ruch ręką świadczący wyraźnie, iż nie on, Pifke, powinien wziąć na siebie przykrości i koszta.
— Ależ interes nasz jest wspólny — mówił rejent nie chcąc nic zrozumieć. — Dowiem się czego chcą właściwie ci ludzie, za jaką sumę można ich pretensye uciszyć, bo zdaje się jest to wszystko czego żądają, ale reszta już należy do pana.
Pifke uśmiechnął się dwuznacznie; dziś nie potrzebował już pana Aurelego i z tego powodu nie czuł się w obowiązku pamiętać o dawnych obietnicach. Nie wiadomo na czém by się rozmowa skończyła, gdyby nie zaszła niespodziana dywersya: do gabinetu wszedł służący z oznajmieniem, iż jakiś człowiek chce widzieć się z Pifkem koniecznie, w sprawie urzędowéj.
— Niech czeka! — zawołał rozgniewany gospodarz.
Ale jakiś człowiek czekać nie chciał i niebawem służący powrócił przynosząc papier, wyglądający podejrzanie.
Pifke spojrzał na papier niedbale i nagle oczy utkwił w litery, a w miarę jak czytał, krew nabiegała mu do twarzy, nabrzmiewały żyły na skroniach. Potem zwrócił się do pana Aurelego i z pałającym wzrokiem położył mu przed oczy odebrany papier, ukazując palcem trzęsącym się z gniewu jakieś słowo czy nazwisko.
— Edmund Brzeźnicki! Edmund Brzeźnicki! czytaj pan sam...
— Edmund Brzeźnicki! — powtórzył rejent, którego rozszerzone źrenice okazywały przykre zdziwienie.
— Tego się spodziewać nie mogłem! — wybuchnął Pifke. — Siostrzeniec pański, zaproszony dziś do nas, wnosi sprawę przeciwko mnie, i jaką jeszcze sprawę! Mógł przecież porozumieć się, zapytać. W ten sposób postępuje się tylko z nieprzyjaciółmi. Jestem otoczony wrogami!
— To jakieś nieporozumienie! To rzecz niepojęta! — wołał pan Aureli.
— I to czyni pański siostrzeniec — powtarzał Pifke — a ja myślałem, że kiedyś, gdy nabierze więcéj doświadczenia, będę mógł powierzyć mu moje interesa.
— Ach! i ja miałem takie same nadzieje — jęknął rejent.
— Polacy są niewdzięczni! — wołał z wzrastającém oburzeniem Pifke. — Tak jest, przekonywam się o tém ciągle... Polacy są niewdzięczni!
Wobec widocznéj zbrodni siostrzeńca, który podjął się windykować pretensye Bosowicza, pan Aureli nie śmiał odeprzeć zarzutu uczynionego całemu narodowi, chociaż byłby miał prawo zapytać: gdzie tu była niewdzięczność?
A Pifke rozwścieczony, nie spotykając opozycyi, powtarzał:
Mit diesen verfluchten Leuten można się wszystkiego spodziewać. Wszyscy są do siebie podobni, nieradni, niezdolni a nadewszystko niewdzięczni!
Występował teraz otwarcie. Jak rękawiczki, zrzucił pozory przyzwoitości i wychowania, germanizm wychodził na wierzch z całą swą bezwzględną arogancyą.
Pan Aureli znalazł się w trudném położeniu. Krew burzyła się w nim mimowoli, a przecież obrazić się nie chciał; Pifke zaś rozumiał swoję przewagę i dawał ją uczuć, drwiąc w duchu z człowieka, który jest w zależności od niego.
Potrzebował spędzić swój gniew na kogoś i czynił to prawie bez rozwagi. Sprawa wytoczona przez Bosowicza materyalnie zrujnować go dziś już nie mogła, ale drażniła miłość własną, zastępującą u niego poczucie honoru; miała swą stronę brudną, która zapewne wyzyskaną zostanie przez zazdrosnych współzawodników, więc przez nieprzyjaciół. Przyszło mu jednak na myśl, iż pomimo wszystko pan Aureli mógł mu być użytecznym, jako krewny Edmunda, mógł w każdym razie podjąć się pośrednictwa; zrozumiawszy, iż zaszedł zadaleko, śmiać się zaczął, choć wargi mu drgały, twarz była zaczerwieniona i krwią nabiegłe oczy.
— No! no! — rzekł, zmuszając się do dobrodusznego tonu, którym władał wybornie — swoją drogą wyrozumiéj pan tych sukcesorów, którzy się chcą upominać o ziemię. Masz pan słuszność, trzeba ich załagodzić, to będzie najpraktyczniéj. Może na wieczór będziesz pan już wiedział, za jaką cenę mieć ich można.
Pożegnał temi wyrazami pana Aurelego, ale po jego odejściu długi czas pozostał w fotelu przed biurkiem. Żyły na czole wyprężyły się, skronie pulsowały, a przed oczyma latały czerwone płatki. Nie zważał na to; dziś trzeba mu było wystąpić i pokazać na przekór wszystkiemu twarz swobodną.




Pan Aureli zamiast posłać po siostrzeńca, jak to czynił zwykle gdy go chciał widzieć, sam osobiście wpadł do niego jak burza, zapominając zupełnie o należnéj powadze.
Ten fakt był nadzwyczajnością, pan Aureli po raz pierwszy zjawił się w pustéj kancelaryi adwokata bez spraw.
— Cóż ty zrobiłeś? jak mogłeś!... — wołał zaraz w progu.
Edmund przywykł był słuchać we wszystkiém wuja swego, teraz jednak wstąpiła w niego jakaś odwaga, jakiś duch nowy; zamiast schylić głowę, podniósł ją i spojrzał wujowi w oczy. Wiedział dobrze o co chodziło, czekał przecież objaśnień.
Pan Aureli był zanadto wzburzony aby to zrozumieć, i ciągnął dalej:
— Ty, ty mój siostrzeniec, przyjąłeś jakąś awanturniczą sprawę i przeciw komu?... przeciw komu!...
Uważał za rzecz zbyteczną wypowiedzieć nawet nazwisko przemysłowca. Postać rejenta przybrała groźny majestat, piorunował wzrokiem.
— Sprawa jest czysta jak łza! — zawołał siostrzeniec.
— Alboż tu o to idzie — odparł wuj nieoględnie.
Edmund nie mógł powstrzymać odpowiedzi:
— W takim razie?...
— Pifke jest jednym z potentatów naszych a ty... ty wyzywasz go nieoględnie, dla pięknych oczu jakiejś tam szwaczki.
— Mój wuju...
— Dopóki kochałeś się w niéj, nic nie mówiłem — młodość ma swoje prawa... ale dojść do takiego zaślepienia...
— Mój wuju!...
— Co mi tam z twoich tłumaczeń! Mówiłem ci tyle razy: nie trzymaj się biedaków, od nich nic zyskać nie można. Mądrzy ludzie wiedzą o tém dobrze, ale ty nie umiesz swego życia sterować, nigdy też nie dobijesz się niczego, zginiesz marnie, a ja cię żałować nie będę. Będziesz miał to tylko, czego chciałeś; to też uprzedzam, nie rachuj na moję pomoc. Nie dam się pociągnąć w przepaść, w którą rzucasz się dobrowolnie.
Edmund spoglądał na wuja zdumiony. Dotąd przyjmował bezkrytycznie jego powagę, a chociaż czynił niekiedy pewne zastrzeżenia, przecież w rzeczach ważniejszych poddawał się jego kierunkowi. Przytem pan Aureli występował zawsze wobec niego jako mąż nieskazitelny, stojący przy sprawiedliwości, jakkolwiek umiał sobie wyrobić przyjaźń i stosunki we wszystkich obozach.
— Postawiłeś kwestyą na ostrzu noża — wołał daléj rejent — przyjmując tę sprawę. Musisz się jéj zrzec.
— Nigdy!
Przygasłe oczy pana Aurelego zaiskrzyły się.
— Musisz — powtórzył dobitnie, jak człowiek nieprzywykły do opozycyi. — Musisz...
— Kto mnie zmusi?...
— Kto?
Pan Aureli pobladł, spotkawszy niespodziewaną opozycyą siostrzeńca; przez chwilę wahał się, z jakiéj strony na niego uderzyć. Wrzał gniewem, byłby chciał zgnieść w ręku zuchwałego młodzika, który mu się śmiał opierać, pohamował się jednak widząc, że to byłoby bezskuteczne.
— Posłuchaj — wyrzekł wreszcie spokojnie — każda sprawa ma dwie strony, ty jednę tylko widzisz. Czy sądzisz, że Pifkego tak łatwo pokonasz? W interesie więc nawet téj rodziny, którą wziąłeś w opiekę, leżałaby zgoda.
— Zgoda? jaka zgoda? Zgoda z nikczemnikiem, który nie wahał się obedrzeć i wtrącić w nędzę całą rodzinę, a teraz kradnie dla siebie dobre imię, szacunek ludzki i z wysokości swéj fortuny natrząsa się ze zwyciężonych. I ty mi to radzisz, mój wuju?
— Bierzesz interes ze strony sentymentalnéj...
— A więc dobrze: myśleć tylko będę o korzyści strony, którą reprezentuję. Niech przywłaszczyciel odda to wszystko, co nieprawnie posiada, a wówczas...
— Stajesz na niewłaściwym gruncie...
— Jakto?...
— Mówisz tak, jakbyś miał wyrok w kieszeni; w najgorszym nawet razie lata upłyną zanim byś go uzyskał, tymczasem co zrobi twój klient pozbawiony posady? Widzisz, że staję na twojém stanowisku... mówię w obronie tych ludzi, którzy umrą z głodu zanim majątek odbiorą, jeśli to kiedykolwiek nastąpi.
Pan Aureli zadawał sobie gwałt mówiąc w ten sposób, ale umiał panować nad sobą.
— Alboż wuj o tém wątpi? — zawołał Edmund porywczo.
Zagadkowy uśmiech przemknął po wargach Aurelego.
— Gdybyś mi był obojętnym, powiedziałbym ci: sprobój.
Spoglądał na siostrzeńca, jakby chciał odzyskać stracone stanowisko, potem mówił:
— Ale tu chodzi o całą twą przyszłość. Czyż nie wiesz, że występując przeciwko Pifkemu, uczynisz położenie swoje niemożliwém; czy sądzisz, że ramię jego daléj nie sięgnie, że nie potrafi dać się we znaki swym nieprzyjaciołom? Doprawdy, gdybyś w to nie wierzył, byłbyś bardzo naiwny.
Mówiąc to miał w oczach coś tak stanowczego, iż Edmund uczuł nagle opuszczająca go nadzieję.
— Jeśli więc chcesz dobra twego klienta, nie mówiąc już o samym sobie — pochwycił pan Aureli, który odcień wahania się zrozumiał — postaw rozsądne warunki, a ja będę w tém, że przyjęte zostaną...
— Tylko spiesz się — dodał po chwili — zanim Pifke poweźmie jakie postanowienie, bo wówczas za nic nie ręczę. To człowiek nieubłagany!
Rzucił to ostatnie słowo w kształcie groźby; Edmund pozostał pod jego wrażeniem.
Nie posiadał on stanowczości Jana, była to natura miękka, lękliwa, bez hartu. Obraz, jaki postawił przed nim wuj, zachwiał jego postanowieniem, a przytem rozumiał, iż groźby Aurelego nie były daremne: ramię Pifkego było potężne i sięgało daleko.
Czuł, iż stanął teraz na rozdrożu życia, że stosownie do tego co uczyni, życie to będzie łatwém lub trudném, spokojném lub burzliwém. Człowiek, który się waha w podobnéj chwili, jest zgóry zwyciężonym; ustępstwo wówczas jest tylko kwestyą czasu, jeśli woli słabego człowieka nie podeprze wola innych ludzi.




Wieczorem pałac Pifków gorzał światłem od góry do dołu, wszystkie bez wyjątku okna i te, które zwrócone były na ulicę, oraz wychodzące na ogród i fabryczne dziedzińce, spoglądały słonecznemi oczyma na pustą ulicę i nędzne domostwa, otaczające pałac, rozpraszając pomrokę bezksiężycowéj nocy.
Drzwi pałacu stały naoścież otwarte, z ich wnętrza lały się strugi światła, widać było wyfraczonych lokai, rzucających się ku wejściu skoro tylko powóz zajeżdżał. Z powozów wysiadali panowie i panie, szli przez szerokie marmurowe wschody wysłane dywanem, obstawione kwieciem, do apartamentów pierwszego piętra, które przeznaczone były na wielkie przyjęcia. Tu, poza koronką firanek, pokazywały się i znikały ruchome cienie, dochodziły dźwięki wojskowéj orkiestry, którą Pifke nad wszystkie inne przekładał.
Poza kratą ogrodu, drzewa obwieszone były kolorowemi latarniami, a wielki gorejący transparent, z cyframi obojga Pifków i Amalii, arcydzieło pana Ferbeina, który nad niém pracował w tajemnicy przez kilka tygodni, świecił jak tarcza olbrzymiego księżyca. Panowie i panie wchodzili parami na górę i tam rozdzielali się od razu: panie szły do wielkiego salonu, gdzie pani Pifke, w sukni aksamitnéj strojnéj koronkami, cała błyszcząca od drogich kamieni, przyjmowała gości według zlecenia męża ukłonem. Przy niéj stała Amalia, ubrana w błękitną tualetę z Berlina; suknia jéj, przeciążona ozdobami, uwydatniała zamiast pokrywać niedobory jéj sztywnéj kibici; ale pani Pifke tego nie dostrzegła i z dumą przedstawiała swą córkę przybywającym. Niektóre z pań znały dawniéj Amalią, te naturalnie dziwiły się jéj wzrostowi, urodzie, uwielbiały rozum i talenta, jakich nabyć musiała w stolicy niemieckiego cesarstwa.
Stroje wszystkich prześcigały się bogactwem. Niektóre panie miały na sobie całą jubilerską wystawę. Stare i młode, mężatki i panny obsypane były drogiemi kamieniami, przed których blaskiem mrużyły się oczy. Był to rodzaj wystawy, na którą każda z pań czuła się obowiązaną wystąpić w sposób pochlebiający stanowisku finansowemu męża.
W salonie jasno było jakby w dzień najpogodniejszy, meble uwolnione od pokrowców odbijały się w posadzce błyszczącéj jak lustro. Dopiero w podobną uroczystość można było ocenić urządzenie apartamentu, którym Pifke chwalić się lubił, powtarzając ciągle, iż począwszy od posadzek, pieców, okuć, klamek, a skończywszy na najmniejszym drobiazgu, wszystko sprowadzone było z wielkiéj niemieckiéj ojczyzny, że nikt inny tylko jego rodacy użyci byli jako rzemieślnicy. Mogło to radować serce Pifkego ale nie koniecznie szło na korzyść estetyki: przyozdobienia były bardzo pospolitego smaku.
W wielkim salonie rozwieszono portrety bardzo głośnych, chociaż niekoniecznie sławnych niemców; nadawało to salonowi pozór urzędowy, tém bardziéj, iż brakło tutaj artystycznych przedmiotów, stanowiących właściwe piętno dzisiejszych salonów. Były tu piękne meble, zwierciadła, marmurowe konsole, słowem cały zbytek, jaki w składach mebli nabyć można, ale nic więcéj. Taki salon mógł posiadać każdy za pewną sumę, a ponieważ Pifke wydał bardzo wielką sumę, więc był najzupełniéj zadowolony.
Panie siedziały rzędem na kanapach i krzesłach, ustawionych pod ścianami, i zamieniały między sobą niekiedy tylko po słów kilka. Nie nudziły się przecież: były zajęte oglądaniem i taksowaniem swych strojów; przytem piły herbatę z ciastami, roznoszoną ciągle. Do salonowéj rozmowy nie były przyzwyczajone, nie czuły więc jéj braku; sama wizyta u Pifkego wystarczała im zupełnie. Bliższe znajome i przyjaciółki udzielały sobie swych spostrzeżeń.
Panny przybrane w różowe, błękitne i kremowe suknie, mocno wycięte, skupione były w jednym z rogów salonu, rozmawiały głośno, prawie krzykliwie, jadły ciastka nie chcąc herbaty, a ponieważ panny powinny być ożywione, śmiały się jak na komendę za każdém słowem.
Panowie zebrani w dalszych pokojach zachowywali się bardziéj hałaśliwie: co chwila dochodziły do salonu wybuchy śmiechu, głośne wykrzyki, rozmowy prowadzone podniesionym głosem, którym język niemiecki w żargonie pospolitym nadawał szorstkie bardzo brzmienie.
Panowie nie myśleli bawić pań a panie tego nie wymagały, bo nie były wcale do bawienia przyzwyczajone. Dwie płcie stanowiły tu dwa odmienne światy. U siebie mąż i żona rozmawiają niekiedy o rzeczach obchodzących ich wspólnie, o domu, dzieciach, wyjątkowo tylko o interesach, na których zwykle kobiety się nie znają, ale poza tém jakaż spójnia istnieć może pomiędzy mężczyznami posiadającymi jedynie zawodowe wykształcenie, pracującymi pomimo majątku najczęściéj od świtu do nocy, zatopionymi w gonitwie za pieniędzmi, a kobietami, które znów zajęte są zupełnie drobiazgami życia, strojem albo też groszową oszczędnością. Pomiędzy jednymi i drugiemi poza wspólnym, rodzinnym interesem niema żadnego powodu zbliżenia.
Wprawdzie w Łodzi, jak wszędzie, wiązały się i rozwiązywały stosunki miłosne, ale one także miały swój właściwy, niemal pierwotny charakter. Legalne pary kojarzyły się na podstawie posagów, związki układały się pomiędzy rodzinami, a wówczas kandydat do stanu małżeńskiego z obowiązku już musiał prowadzić rozmowę z kandydatką, i ani jedna, ani druga strona, wiedząc z góry że rozmowa ta wypłynęła z konieczności, nie była wymagającą.
Pary zaś nielegalne t. j. złączone uczuciem, unikały tego wszystkiego coby mogło na nie zwrócić uwagę, a więc i rozmowa wobec licznych świadków nie była im na rękę.
Hartowie naturalnie przybyli jedni z pierwszych. Pan oficer pomiędzy panami sypał jak z rękawa różne anegdoty z wojskowego życia, a te wywoływały wybuchy gburowatych śmiechów; małżonka zaś jego, świecąca wszystkiemi kolorami tęczy, biała jak mleko, rumiana jak róża, wysznurowana, z uśmiechem na wykarminowanych ustach, stanowiła jedyny ruchliwy element pomiędzy płcią piękną. Umiała ona każdéj ze zgromadzonych coś powiedzieć, chwaliła zręcznie co było do pochwalenia i zawsze zostawiała po sobie miłe wrażenie.
Podeszła do Holzbergowéj, która siedząc obok synowéj podziwiała nietylko wspaniały salon ale i szereg równie wykwintnych pokoi. Zaczęła też rozmowę o sposobie, jakim Pifke dom swój urządził, i nie omieszkała dodać, iż dom państwa Holzbergów jest także bardzo piękny; to oczywiście wywołało na usta staréj kobiety najprzyjemniejszy uśmiech. Hartowa znała słabą stronę każdego i umiała w nią uderzyć; widząc też nachmurzoną minę Kätchen, usiadła obok niéj.
— Pani, jak zawsze, ślicznie ubrana i ślicznie wygląda.
Słowa te nie rozchmurzyły młodéj kobiety, tém bardziéj, iż dostrzegła na ręku sąsiadki ową podejrzaną bransoletkę.
— Och! — odpowiedziała opryskliwie — ja nie mogę tak się ubierać jak pani, ani tyle pieniędzy wydawać.
Pani Hart nie zauważyła tonu Kätchen, a nawet wzięła słowa jéj za komplement, bo spytała się z uśmiechem:
— A jakże miłe dzieciaczki: Änchen, Lischen i Luischen? Och! ta śliczna Luischen.
Właściwością pani Hart było, iż pamiętała imiona wszystkich dzieci i brała tém za serce ich mamy.
Tym razem jednak wymienienie trzech córeczek i pochwała najmłodszéj, nie wywarły na Kätchen zwykłego wrażenia.
— Co tam panią moje dzieci obchodzą — obruszyła się niegrzecznie, bo nie nauczyło ją wychowanie pokrywać swych wrażeń.
I to jednak nie zraziło pani Hart; zaczęła tak pilnie wychwalać Änchen, Lischen i Luischen, iż w końcu matka uśmiechnąć się musiała; przyszło jéj nawet na myśl, że może podejrzenia nie miały gruntownéj podstawy.
W téj chwili muzyka, ustawiona w bocznym pokoju, zagrała hucznie Wacht am Rein. Zatrzęsły się szyby pałacowe i serca uderzyły rozkosznie, a nawet niektórzy panowie nie mogli się powstrzymać od wtórowania głosem muzyce.
Pifke, świadomy zwyczajów światowych, wszedł do salonu, zbliżył się do kobiety zajmującéj według jego mniemania pierwsze stanowisko pomiędzy zgromadzonymi, podał jéj ramię i zawołał:
— Panowie, podajcie rękę damom!
Téj niezwykłéj komendy nie wszyscy usłuchali. Wilhelm Holzberg odebrał od ojca rozkaz podania ręki Kätchen, a Fritz prowadzenia panny Amalii.
— Proszę za mną! — odezwał się znowu Pifke.
I szedł naprzód ze swoją damą, przez salony, do tarasu, zkąd wschody prowadziły do ogrodu. Ogród zajaśniał nagle bengalskiemi ogniami. Od świateł aż łuna biła w niebo, można było rozpoznać na drodze tłum zebrany ze wszystkich stron miasta, ażeby podziwiać cuda milionera.
— To ci dopiero zrobili se frajdę — mówił jakiś blady wyrostek, otwierając szeroko oczy na gorejące światła.
— Jasno kieby w południe, aż się ślipia mrużą — dodał drugi.
— Możnaby szpilkę z ziemi zebrać — wtrąciła jedna z dziewcząt, patrzących gorączkowo na strojne kobiety.
— Ale! właśnie! oniby szpilkę porzucili — zaśmiał się chłopak; — nie miałabyś czém łachmana zaszpilić, gdybyś się na ich szpilkę oglądała.
— Przy nich nikt się nie pożywi; samiby prędzéj ze skóry odarli. Niech ich ta siarczyste pioruny trzasną! — wołał jakiś żebrak, zawieszony na kulach.
Słowa jego znalazły echo.
— A niech ich ta trzaśnie! tych szwabów! — powtórzył chór cały.
Na te przekleństwa podniosła głowę jakaś kobieta, która siedziała na kamieniu, wsparta plecami o pień topoli, i obejmowała rękoma jasne główki dwojga dzieciaków, złożone na jéj kolanach. Ubranie kobiety i chłopca składało się z samych łachmanów, tylko młodszą dziewczynkę przyodziała jakaś litościwa ręka w kaftanik dwa razy na nią zaduży, który nadawał jéj skurczonéj postaci potworne kształty.
Matka miała prawą rękę obwiniętą brudną szmatą, lewą przyciskała do kolan głowę syna. Rysy jéj były energiczne ale sterane, zżółkłe, jak gdyby ból, troska, głód, zapisały się na nich wyraźnemi zgłoskami. Z pod strzępów chustki, niedbale narzuconéj na głowę, wymykały się kosmyki siwiejących włosów i spadały na czoło, grubemi fałdami pokryte.
Na odgłos przekleństw rzucanych na Pifków, podniosła głowę dotąd spuszczoną i suche jéj oczy zamigotały iskrami; utkwiła je w ogród i okna gorejące; pierś jéj podniosła się zduszonym oddechem. Obejmowała długi czas osłupiałym wzrokiem dzieci, leżące na wilgotnéj ziemi, a potem przeniosła wzrok na pałac rozbrzmiewający dźwiękami muzyki, gwarem biesiadników, na pałac z którego kuchen rozchodziły się zapachy wyszukanych potraw; wreszcie, jakby wracając do świadomości, szepnęła:
— To sprawiedliwość, to sprawiedliwość... Żeby im się ten dach nad głową zawalił! żeby Bóg nie miał miłosierdzia nad nimi! jak oni go nie mają nademną.
I podniosła do góry skaleczoną rękę, jakby wzywała nią pomsty niebios.
— Wołajta! wołajta jak chceta Mateuszowa — mówił jeden z chłopców, który wdrapał się na mur i czepiając się sztachet zaglądał ciekawie w głąb ogrodu. — Choćby się dach zapadł, nic by im nie było; ot widzicie, wszyscy idą tą jasną aleją.
Rzeczywiście pomiędzy drzewami sunęły strojne suknie, w świetle chińskich latarń migotały kwiaty, pióra, wstążki, klejnoty, szeleściły jedwabie, słychać było wesołe mowy, śmiechy, wykrzykniki buńczuczne.
Gromada obdartych widzów cisnęła się do kraty, a chłopak, który dzięki gimnastycznym zdolnościom zdobył pierwsze miejsce, rozpowiadał głośno, co się działo w ogrodzie i oglądał się tryumfalnie na mniéj szczęśliwych od siebie widzów.
— Acha! i panna Jadwiga tu przyszła! — odezwał się, widząc przy sobie wysmukłą dziewczynę. — Dobrze choć popatrzeć, jak się to ludzie bawią.
Jadwiga nie była ciekawą ludzkiéj zabawy. Blada i znękana, chociaż ubranie miała świeże, nową chustkę i spódnicę, któremi zastąpiła łachmany, jakie miała na sobie, kiedy Rubinka ofiarowała jéj uprzejmie kredyt w swoim sklepie.
— Ho, ho, jaką to śliczności panią pan Pifke prowadzi! — wołał chłopak wskazując na gospodarza domu, który, odstąpiwszy panu Aurelemu swéj pierwszéj damy, szedł teraz niedaleko od kraty i rozmawiał pocichu z panią Hart.
Fritz, z rozkazu ojca, nie odstępował panny Amalii, chociaż, sądząc z wyrazu twarzy, nie bawiło go to wcale. Wyglądał w balowym stroju jeszcze niezgrabniéj niż w zwyczajnym żakiecie.
Stary Holzberg przykazał także synowi, ażeby zabawiał solenizantkę, ale tego już pomimo najlepszéj chęci syn wykonać nie umiał. Nie miał wprost wyobrażenia, coby on mógł obcéj pannie powiedzieć, tém więcéj, że panna Amalia nie ułatwiała mu tego zadania; gdy on na nią patrzył, ona uparcie spoglądała w gwiazdy, myśląc na przemian to o baronie Dumhaub, to o młodym doktorze, którego codzień prawie spotykała na ulicy lub widywała przez okno.
— Czemu nic nie mówisz? — szepnął groźnie Holzberg do syna.
Fritz podniósł na ojca wzrok pełen rozpaczy.
— Cóż ja mam mówić? — odparł równie cicho.
— Co?
Holzberg na miejscu syna byłby także zakłopotany, czuł się przecież w obowiązku wesprzeć go radą w takiéj ciężkiéj chwili.
— Mów o kwiatach, to stosowna dla panny rozmowa.
Rada nie okazała się przecież łatwą do wykonania. Fritz wodził błędnym wzrokiem po otaczającym go ogrodzie, nie mogąc pojąć, jaki wątek rozmowy z kwiatów poczerpnąć.
— Mówże! — wpadł mu znowu w ucho niecierpliwy głos ojca. A przytem zielone światło, zapalonego w téj chwili bengalskiego ognia, nadało taką grozę ojca twarzy, iż Fritz schylił się, zerwał jakiś aster, który zabłysnął mu w trawie, i podsuwając go pod oczy Amalii spytał z nienacka:
— Jak się ten kwiatek nazywa?
Panna nie spodziewała się wcale podobnéj interpelacyi, ale słysząc głos jego ochrzypły, desperacki, spojrzała i zobaczyła tak zafrasowane oblicze, iż rozśmiała się i obraziła.
— Nie wiem — odparła krótko.
Początek nie był zachęcający. Gdyby panna Amalia była robotnicą jak Jadwiga, choćby nie wiedzieć jak dumną, Fritz wiedziałby jak ma postąpić, ale z taką panną bogatą!
Nie pozostawało mu nic innego po téj niefortunnéj próbie jak zaniechać rozmowy lub daléj prowadzić ją z tego samego wątku, nakazanego przez władzę rodzicielską, bo innego znaleźć nie umiał. Schylił się więc po raz drugi i urwawszy roślinkę w trawie, zawołał znów, pokazując zdobycz swoję pannie Amalii.
— A ten kwiat?
— To przecież nie żaden kwiat!
Urwał był jakąś spóźnioną koniczynę.
— Jakto nie kwiat?
— To jakiś chwast, jakieś ziele — odparła panna.
— Ja nie widzę żadnéj różnicy — mówił Fritz, przypatrując się bladéj główce jesiennéj rośliny.
Oczy panny spojrzały szyderczo.
— Taka sama różnica — odparła bez namysłu — jaka jest pomiędzy panem a baronem Dumhaubem lub doktorem Krzesławskim.
Źrenice Fritza rozszerzyły się: co miały znaczyć słowa panny Amalii? Pytanie to przesunęło się przez ciężki jego umysł ale pozostało bez rozwiązania.
Tymczasem orkiestra, zagrawszy sentymentalnego walca, dała sygnał powrotu; usłuchały go skwapliwie młode pary. Fritz, uszczęśliwiony, że się nareszcie męczarnia jego skończyła, podał ramię pannie Amalii, a za nimi pomknął szereg tancerzy i tancerek; matki poszły za córkami.
W ogrodzie i na werendzie pozostali prawie sami mężczyźni. Krążyły pomiędzy nimi gęsto kieliszki, niektórzy obsiedli zielone stoliki, bo noc była cicha i ciepła, a w ogrodzie można było puszczać bezkarnie dowcipy i kłęby dymu, które byłyby zapełniły wszystkie pokoje i dostały się do sali balowéj.
Latarnie chińskie gasły jedna po drugiéj; gdzieniegdzie widać było na czarném tle drzew zapalone cygaro przechadzających się panów; czasem jakieś niewidzialne usta odezwały się śmiechem, słowem lub piosnką. Z tych ciemności korzystały także śmielsze pary, bo czasem mignęła tu i owdzie jaśniejsza suknia.
Pifke, krążąc pomiędzy gośćmi, zauważył snać jakąś podejrzaną postać, bo zeszedł do ogrodu bez zapalonego cygara, któreby go zdradzić mogło, i skradał się ku najskrytszym zakątkom, nasłuchując bacznie. Nagle dosłyszał z ławki, stojącéj wśród świerkowego klombu, szept dwóch głosów.
Stanął jak wryty.
— Czegóż się lękać — mówił głos męzki z niecierpliwością — któżby się domyślił...
— Już czas... powracać muszę. On jest zazdrosny; to tylko powiedzieć ci chciałam — odpowiadał głos kobiecy stłumiony i drżący — trzeba nam się strzedz.
Głos ten Pifke poznał odrazu, gniew zawrzał mu w piersi, fala krwi uderzyła do czoła, skronie pulsowały, oddech stawał się ciężki i trudny, ale stał w miejscu.
— On, zazdrosny! — wybuchnął ze śmiechem mężczyzna — chyba o damę kierową; przecież go znam.
Pifke nie mógł poznać tego głosu a jednak chciał wiedzieć kto tam był. Myśli zaczęły wirować mu w głowie, zdawało mu się, że cały świat kręci się wkoło niego. Nie mógł oddychać.
— Jesteś nieostrożny panie Wilhelmie, nie chcesz zrozumieć niebezpieczeństwa.
— Wilhelm — szepnął do siebie Pifke, ale to imię nie przypominało mu nikogo.
Kobieta wybiegła z alei i omal nie wpadła na Pifkego, musnęła go tylko suknią i skierowała się ku pałacowi.
Pifke stał nieruchomy, wsparty o drzewo; choćby chciał się ruszyć, nie był wstanie tego uczynić. Pięści zaciskał gwałtownie, w oczach czuł ogień.
W téj chwili tajemniczy mężczyzna naszedł także; cygaro zgasło mu wśród altanowéj rozmowy a chciał je zapalić, więc wydobył z kieszeni pudełko i potarł zapałkę. Światło padło na twarz — był to starszy Holzberg. Pifke zobaczył doskonale jego rudą brodę, czerwoną twarz i barczystą postać.
Na ten widok dzikie instynkta, niezbyt głęboko ukryte w krzyżackich potomkach, wybuchnęły nagle. Pifke chciał rzucić się na gościa, podniósł pięści, postąpił krok naprzód — i jak długi runął na ziemię.
Wilhelm usłyszał upadek i potknął się o leżące ciało; na krzyk jego nadbiegło z pałacu towarzystwo. Podniesiono Pifkego, który znaku życia nie dawał, i zaniesiono go do sypialni. Pani Pifke wybuchnęła strasznym krzykiem, Amalia zanosiła się od płaczu, tańce ustały, kapela umilkła, a dopiero w końcu zaczęto myśleć o ratunku.
Nieszczęściem Frömlich, uczestnik wszystkich uroczystości w domu Pifków, dziś właśnie jakby na domiar złego powołanym został do bogatego pacyenta w Pabianicach a żadnego doktora pomiędzy gośćmi nie było. Zrobiło się zamieszanie, biegano, naradzano się kogo wezwać, zanim jednak posłano do miasta, pan Aureli, dla którego życie Pifkego w téj chwili miało niezmierną cenę, przypomniał sobie Krzesławskiego, który mieszkał blizko, i w kilka minut prowadził go do łóżka chorego.
Panowie Zwirn, Krugst, Ferbein, Holzbergowie krzątali się gorliwie około Pifkego; oprócz nich była w pokoju pani Pifke i panna Amalia, obie niezdolne do niesienia jakiejbądź pomocy; była także pani Hart, która kazała przynieść lodu i okładała nim głowę chorego. Pifke nie dawał znaku przytomności, twarz miał siną, krwią nabiegłą, oddychał jednak.
Panowie Zwirn, Krugst, Ferbein poznali Krzesławskiego od razu i szepnęli, iż był to ten sam doktor, który uratował robotnika, skazanego na śmierć przez Frömlicha.
Panna Amalia poznała go także i nagle poczuła w sercu jakąś pociechę. Było to zupełnie jak w powieściach: on zjawił się w chwili niebezpieczeństwa, uratowywał ojca i w nagrodę córka...
Panna Amalia nie wątpiła, że jéj osoba stanowiłaby wcale przyzwoitą nagrodę.
Goście tymczasem snuli się po pałacu; niektórzy posłali po powozy, inni czekali na kolacyą, bo skoro już była przyrządzona, zjeść ją należało. Spoglądali żałośnie na stoły obciążone bukietami, ciastami, piramidami z cukrów i owoców, butelkami win rozmaitych. Inni oczekiwali z niepokojem na wyrok doktora.
Do tych ostatnich należał pan Aureli, Hart, Holzbergowie, nie domyślający się, że jeden z nich był powodem wypadku. Nikt nie przypuszczał aby bogaty, szanowany Pifke, u szczytu pomyślności uległ moralnemu cierpieniu. Jedni twierdzili, że w ogrodzie musiał się zaziębić; inni zauważyli, iż w salonach było zbyt gorąco; inni jeszcze przypisywali chorobę mocnym winom.
Raz wraz ktoś wychodził z pokoju pacyenta z jakiémś żądaniem i szedł śpiesznym krokiem, jak zwykle się dzieje w chwilach stanowczych, aż wreszcie rozległy się głosy: żyje! otworzył oczy! odzyskał przytomność!
Pan Zwirn wybiegł z tą radosną wieścią i oznajmił ją zgromadzonym.
Rzeczywiście Pifke spoglądał na obecnych zdziwiony, bo nie mógł sobie przypomnieć jakim sposobem był w swojéj sypialni, w swojém łóżku, otoczony gronem znajomych, dlaczego córka i żona były zapłakane; dopiero gdy wzrok jego padł na panią Hart, która stała z boku, przy naczyniu z lodem, nagle przypomniał sobie wszystko i wskazał na nią ruchem ręki świadczącym, iż mu jéj obecność zawadzała.
Nie wszyscy to zrozumieli, ale lekarz, uważny na najmniejszy ruch chorego, prosił aby oddaliły się osoby nie należące do rodziny, nie potrzebni do posługi chorego i zostawili go w spokoju.
Rozkaz ten wykonanym został; pani Hart opierać się chciała, ale Pifke spojrzał na nią takim wzrokiem, iż wyszła coprędzéj srodze zaniepokojona.
Panna Amalia, spłakana, zajęła miejsce przy ojcu, a pani Pifke przypomniała sobie obowiązki gospodyni domu.
W sypialni Pifkego zapanowała cisza. Chory leżał na poduszkach wysoko ułożonych; córka co chwila zmieniała na głowie jego lodowe okłady.
Balowa jéj suknia była zmoczona, zwalana; Amalia nie zważała na to, nie miała czasu jéj zmienić, narzuciła tylko na nią białą okrywkę znalezioną pod ręką i z włosami strojnemi w kwiaty, z rękami obwieszonemi bransoletami posługiwała ojcu.
Jan siedział przy łóżku. Byłby się obszedł bez wystrojonéj panny, spełniającéj niezręcznie jego przepisy, ale nie mógł jéj oddalić; zresztą ona czy kto inny było mu to obojętne. Nie śmiał jeszcze opuścić chorego, lękając się ponownego ataku; zajęty nim nie uważał wcale spojrzeń, jakie panna ku niemu zwracała.
Nagle Amalia pobiegła do jadalnego pokoju i wróciła niosąc na talerzu stare wino i ciastka.
— Pan pewno zmęczony — rzekła — może się pan trochę orzeźwi.
Jan dziękował za wszystko, a panna dopytywała się troskliwie, czy nie życzy sobie kawy, herbaty, czekolady lub czegokolwiek innego. Przytem wpatrywała się w niego w sposób szczególny, którego nie mógł zrozumieć, nie będąc wtajemniczony w poemat osnuty przez jéj wyobraźnią, a którego on miał być bohaterem.
Goście rozjeżdżali się z balu, przerwanego tak niegrzecznie, w rozmaitém usposobieniu. Hartowie powracali do siebie powozem Pifkego, bo niepodobna było kobiecie w wykwintnéj tualecie siadać do dorożki, a Hartowie nie byli wstanie trzymać własnéj karety.
Hart był w bardzo złym humorze, choroba Pifkego była mu nie na rękę; nie taił się wcale z tém przed żoną, rozpierał się w karecie, jakby w niéj ciasno było dla nich dwojga, a przytem od czasu do czasu rzucał energiczną klątwę.
Pani Hart wciskała się w swój kącik, o nic nie pytając; wiedziała, że wina Pifków były wyborne, że mąż pił wiele i że bywa zły jak dyabeł gdy sobie podchmieli.
Hart miał prócz tego powody złości aż nadto usprawiedliwione; korzystając ze sposobnéj chwili, przypomniał Pifkemu weksel, który on przecież powinien zażyrować, jak zwykle, a Pifke rozśmiał mu się w oczy. Jeśli jednak Pifke nie chciał zadość uczynić jego prośbie, oczywiście winną temu być musiała żona.
Pani Hart przeczuwała coś niedobrego i płakała pocichu; dosłyszał to mąż.
— Tak, płacz teraz! — krzyknął gniewnie. — Kobiety umieją tylko głupstwa robić i żałować poniewczasie.
— Cóż ja zrobiłam? — zapytała, próbując odzyskać zwykłą pewność siebie.
— Co? chcesz naprawdę, żebym ci to powiedział.
Namyślił się jednak, że mógłby powiedzieć zbyt wiele, bo dodał:
— Ech! będzie na to czas jutro, teraz spać mi się chce.
Kareta właśnie zajechała przed ich mieszkanie. Pan Hart wysiadł pierwszy, ziewnął i wyciągał swą wysoką postać, nie troszcząc się o żonę, która bez jego pomocy wydobyła się z powozu.
Świtało już, na niebie widać było krwawy księżyc na nowiu, podnoszący się wśród mgieł porannych, powietrze miało dojmujący chłód i rosa wielkiemi kroplami oblała kamienie uliczne.
Pani Hart drżała w swéj lekkiéj zarzutce, on ziewał głośno i klął na przemiany, dopóki mu drzwi nie otworzono.
Jednocześnie wśród cichych ulic fabrycznego miasta, na których jeszcze nie rozpoczął się pracowity ruch dzienny, rozlegał się w różnych kierunkach turkot powozów gości państwa Pifków.
Wielkie, ponure mrowisko ludzkie spało jeszcze, tylko gdzieniegdzie zapalało się wczesne światło w okienku nędznego mieszkania.
Goście Pifków o tém nie myśleli. Wszyscy zajęci byli nagłą chorobą pana domu, po raz setny badano jéj przyczyny, a przy tym groźnym wypadku nawet zapomniano krytykować szczegóły przyjęcia, wina i t. p.
Wilhelm Holzberg drzemał, nie domyślając się burzy wiszącéj nad jego głową, a Kätchen rozbierała ważne pytanie, czy miała lub nie miała powodów nienawidzieć pani Hart, która była dla niéj tak uprzejmą.
Stary Holzberg z żoną martwili się chorobą Pifkego i obliczali, jakie mogą być jéj skutki dla rodziny, przyjaciół i projektów na przyszłość; przytem zauważali, iż Fritz nie umie zgrabnie tańczyć, ani rozmawiać z edukowanemi pannami. Matka szeptała ojcu, że winny temu jego robotnice, bo chłopiec tylko za niemi lata i nic innego nie ma w głowie. Ojciec uśmiechał się pod wąsem; i on był taki sam za młodu.
Stary był trochę rozmarzony a żona wołała na niego:
— Stary, piłeś zawiele, jeszcze i tobie stanie się coś podobnego jak Pifkemu.
Nazajutrz rano Pifke czuł się już tylko osłabionym; doktor nakazał mu parę dni odpoczynku, pozostał więc w łóżku; Amalia wciąż siedziała przy nim. Była przekonaną, że Jan przybędzie nie wezwany, dowiedzieć się o zdrowie pacyenta; Frömlich byłby to uczynił. Nie mogła pojąć aby ktoś opuścił taką sposobność grubego zarobku: wszakże ojciec jéj był jednym z najbogatszych mieszkańców miasta; a przytém młody doktor miał sposobność zbliżenia się do córki, bardzo posażnéj.
Gdy Pifke zażądał kawy, nie chciała mu jéj dać bez pozwolenia lekarza i skorzystała z téj okoliczności, ażeby posłać po Krzesławskiego; tymczasem układała sobie sposób, w jaki się z nim spotka.
Pozycya strategiczna, jaką zajęła w pokoju ojca, była blizko okna, otwierającego się na wielką werendę. Tutaj, pod pozorem robótki, kazała przynieść stoliczek, którego wierzch służył za skład włóczek i jedwabi; wśród nich wsunęła parę tomików w błękitnéj oprawie ze złoconemi brzegami.
Amalia, jak każda niemka, miała się za osobę bardzo poetyczną; była wielbicielką Schillera ale zniżała go do swego poziomu. W „Wallensteinie” widziała tylko Teklę i Maksa, w „Don Carlosie” infanta z królową a już w „Intrydze i miłości” — intrygę pozostawiała zupełnie na stronie. W jéj płytkiéj główce każdy młody mężczyzna powołany był do roli bohatera, ona zaś miała siebie za doskonały materyał na heroinę i nigdy nie mogła sobie wyobrazić Tekli, ani Luizy, ani imienniczki swéj, Amalii, inaczéj, jak pod własnemi rysami.
Siedząc na bujającym się fotelu, w jasnym szlafroczku, z rękawami odkrywającemi ramiona, na kolana rzuciła jakiś kawałek kanwy, a w ręku trzymała tom Schillera; była to właśnie „Intryga i miłość”. Przerzucała scenę końcową śmierci dwojga kochanków, gdy Krzesławski, poprzedzany przez lokaja, ukazującego mu drogę, wszedł do pokoju.
Pifke poruszył się na łóżku, z wyrazem niepokoju, z jakim chory zwykle zwraca się do lekarza, w którego twarzy chciałby dla siebie wyczytać wyrok pomyślny.
Oględziny chorego trwały krótko, niebezpieczeństwo minęło, należało jednak zachować nadal pewne ostrożności, a przedewszyskiem wystrzegać się rozdrażnienia. Dając te instrukcye, Jan zwracał się do Amalii: ona to powinna odsuwać od ojca wszystko, coby niepokoić go mogło.
Amalia zarumieniła się jak wiśnia.
— Och tak — rzekła, podnosząc na doktora swe błękitne oczy — ojciec musi być spokojny, zupełnie spokojny, musi być wesoły.
I chcąc dowieść swojéj czułości, rzuciła się na szyję ojcu i całowała go, spoglądając na doktora, który, nie wtajemniczony w jéj ułożony poemat, zrozumieć spojrzenia tego nie mógł.
Powtórzył raz jeszcze ostrożności, jakie zachować należy, wziął za kapelusz i ukłonił się sztywno, urzędowo, jak człowiek pilnujący tylko swego obowiązku.
Nie tego pragnęła panna Amalia. Zrazu była zdziwiona zachowaniem się doktora, tak różném wielce od uniżoności Frömlicha, chwytającego każdą sposobność dłuższego zabawienia w ich domu, wielce różném także od tego, czém być powinno zachowanie się wymarzonego przez nią bohatera. Szczęściem przyszło jéj na myśl, iż pomiędzy panną Pifke a nieznanym doktorem zachodził taki stosunek, jak między córką Wallensteina a Maksem; postanowiła więc Krzesławskiego ośmielić.
Już w balowéj nocy, gdy ojciec powrócił do przytomności, wypowiedziała mu swoję gorącą wdzięczność.
— Pan się tak śpieszy — rzekła znowu teraz, uśmiechając się zachęcająco.
Jan skłonił się ceremonialnie i bąknął coś o zajęciach.
W téj chwili weszła do pokoju pani Pifke; skłoniła się doktorowi protekcyonalnie i zbliżyła do męża. Mnóstwo osób dowiadywało się o jego zdrowie, pani Hart nawet sama przyszła.
To nazwisko wywołało znowu falę krwi na twarz Pifkego, rzucił się na poduszkach i zaklął gwałtownie.
— Ach! Boże! ojciec irytuje — zawołała przestraszona Amalia.
Rzeczywiście, choremu się pogorszyło i doktor zatrzymać się musiał. Pani Pifke znów krzątała się około męża, Amalia znów zalewała się łzami, doktor znów musiał ją uspakajać. Pifkemu nie groziło żadne niebezpieczeństwo.
— Może pan nas tylko uspakajasz? — pytała Amalia głosem najsłodszym na jaki zdobyć się mogła.
— Zaręczam pani, że niema nic groźnego.
Wówczas pochwyciła doktora ręce w swe duże dłonie i ściskała je silnie.
— Pan jesteś naszą Opatrznością!
Przekonywał ją, że nie zrobił nic nadzwyczajnego, że jego miejsce mógłby zastąpić każdy inny kolega; ale ona nie chciała dać temu wiary i płakała, nie puszczając rąk doktora.
Nie chcąc ażeby chory widział łzy, wyszła na werendę pociągając za sobą Jana, który ją wciąż uspakajał.
Amalia przyciskając swe serce biedne, jak je nazywała, opowiadała o swéj wielkiéj miłości dla ojca, i szukając porównań w swym ulubionym poecie, zapewniała, że kocha ojca jak Tekla kochała Wallensteina lub Luiza — starego Millera.
Mówiąc to pokazywała mu jeden z tych złoconych tomików, który zabłąkał się w jéj koszyku.
— Pan to zna niezawodnie — zapytała, a odebrawszy potakującą odpowiedź, mówiła daléj:
— Jaka to smutna historya, tych dwojga kochających się i rozdzielonych podstępem...
Westchnęła głęboko nad losem nieszczęsnych kochanków.
— Na świecie jest wiele rzeczy równie smutnych, smutniejszych jeszcze. Dramatów nie potrzeba koniecznie szukać w książkach, życie przedstawia ich mnóstwo.
— Ale poeta to opisał tak ślicznie!
— Poeta ten nietylko opisał rozdarte serca kochanków, ale także napiętnował egoizm, dumę, nikczemność, przemoc, które są istotnym powodem katastrofy.
Panna podniosła na niego oczy, nie rozumiała dobrze co mówił, bo w „Intrydze i miłości” widziała tylko czułą parę — nic więcéj.
— Dziś już — mówiła daléj — urodzenie nie byłoby powodem do rozłączenia kochanków: hrabiowie i książęta żenią się z mieszczankami. Nieprawdaż?
— Jeżeli mieszczanki są bogate — odparł Jan — ale przestrzeń pomiędzy ubogą dziewczyną a bogatym paniczem nie zmniejszyła się wcale. Gdyby Schiller żył dzisiaj, nie potrzebowałby wiele zmieniać w swoim dramacie.
Cóż ją obchodziły ubogie dziewczyny, przecież nie należała do ich rzędu; rozczulając się nad losem Luizy, miała samę siebie na myśli.
— Jak to pan rozumie? — zapytała, zatapiając w doktora spojrzenie.
— Rozumiem, że pomiędzy synem właściciela fabryki a robotnicą istnieje taka sama przestrzeń, jak pomiędzy Ferdynandem a jego kochanką.
— Ach! robotnice — wyrzekła z lekceważeniem.
— Tak samo mówił ojciec Ferdynanda o Luizie; widzi więc pani, iż nie zmieniło się nic, różnice społeczne istnieją jak istniały, ludzie zawsze rozczulają się nad książkowemi nieszczęściami daleko łatwiéj niż nad rzeczywistemi.
— Prawda! — westchnęła dobrodusznie panna, nie pojmując, że słowa te do niéj się właśnie stosowały.
Potem dodała:
— Któż miłość rozumie?
— Możesz pani raczéj zapytać, kto kochać umie?
— Umieć kochać — powtórzyła panna — alboż tego uczyć się trzeba?
— Przedewszystkiém trzeba zapomnieć o sobie.
Nie miał ochoty przedłużać téj czczéj rozmowy, poszedł więc do chorego, pocieszył go i chciał odejść.
— Pan pewno bardzo zajęty, inaczéj nie odchodziłby tak prędko?
— Rzeczywiście jestem bardzo zajęty — odparł szybko.
— Czem? — zapytała natarczywie.
Przyszło mu na myśl uderzyć w struny miłosierdzia i zobaczyć, czy mu oddźwiękną.
— Gdybyś pani tylko spojrzała uważnie wkoło siebie, nie zadawałabyś podobnego pytania. Czy znasz pani przedmieścia miasta? czy zapuszczałaś kiedy wzrok do tych brudnych nor, gdzie całe gromady ludzi żyją w ostatecznéj nędzy?
Abscheulich! — wykrzyknęła. — Ale cóż pan na to poradzi?
— Nędza jest rodzicielką chorób; ja tylko ulgę przynieść mogę ale potrzeba tam coś więcéj, potrzeba tego powszedniego chleba, o który codzień prosimy.
— Biedni ludzie — wyrzekła głosem pozbawionym owych ciepłych tonów, z jakiemi mówiła o nieszczęściach urojonych bohaterów poezyi.
Nie pomyślała wtedy o tém, iż nędzy ludzkiéj ulżyć można doraźnie, pieniędzmi. Nie była przyzwyczajoną do dobroczynności, którą chlubią się niektórzy bogacze.
Jan jednak nie dał się odstręczyć; pragnął naprowadzić ją na nieznane dla niéj drogi.
— Widziałem — mówił — robotnicę kalekę, którą wyrzucono z fabryki; utrzymywała ona dzieci swoją pracą, a dziś nie ma dla nich dachu, ani kawałka chleba.
— Biedna kobieta — powtórzyła znowu bezdźwięcznym głosem.
Zdawała się nie pojmować dlaczego on jéj o tém mówi.
— Robotnicę — ciągnął Jan daléj, niezrażony — majster niemiec wydalił niesprawiedliwie, przez złość, że nie rozumiała go dobrze.
Okoliczność ta nie zwróciła uwagi Amalii, wydalenie z fabryki zdawało się jéj rzeczą naturalną.
— Tak — powtórzyła dobrodusznie — zapewne na jéj miejsce wziął rodaczkę lub kogoś co przynajmniéj po niemiecku mówi.
Krzesławski już nie pytał o więcéj; nie próbował tłumaczyć tego, co dla pojęcia Amalii było niedostępném.
Skłonił się i chciał wyjść.
— Ale pan powrócisz — zawołała, czerwieniąc się panna — nasze stosunki, zawiązane wypadkiem, przerwać się nie powinny, bo inaczéj — dodała, spuszczając oczy — inaczéj... ja byłabym bardzo smutna.
Wyznanie uczynione tak niespodziewanie zdziwiło Jana lecz nie zrobiło na nim wrażenia głębszego.
— Nie pochlebiam sobie aby obecność moja kogokolwiek rozweselić mogła — odparł. — A zresztą, ma pani dokoła siebie tylu swoich — rodaków.
Uczuła, iż popełniła jakąś niezręczność, jaką przecież, tego dobrze ocenić nie mogła.
Obejście się z nią Jana było dla niéj niepojęte. Przywykła aby wszyscy posłuszni byli najlżejszemu jéj skinieniu, spotkała się po raz pierwszy z dumnym oporem, i to z oporem wcale niestosownym do roli, jaką przeznaczyła młodemu doktorowi. Ale opór ten zamiast zniechęcić drażnił ją i podniecał; budziły się w niéj wiekowe instynkty, wymarzony kochanek przybrał kształty wyraźne.
— A gdybym ja pragnęła widzieć tylko pana, widzieć często, widzieć zawsze — wyrzekła głosem tłumionym.
Jan zrozumiał szybko położenie; gwałtowne uczucie panny Pifke nie mogło w nim budzić nie tylko wzajemności ale nawet spółczucia; przeciwnie, przywiodło mu na myśl wszystko, co ich dzieliło.
— Jesteś pani zbyt łaskawą — rzekł jak mógł najspokojniéj — ja na to nie zasłużyłem...
Wyciągnęła do niego rękę, któréj dotknął na pożegnanie a potem wyszedł bez względu na to, że oczy Amalii napełniły się łzami.
— Czemuż odchodzi — szepnęła, pozwalając łzom spływać obficie. — Jaki on zimny, okrutny, zuchwały... ach! ci polacy!
Nie mogła postępowania Krzesławskiego zrozumieć, wszystkie głębsze, szlachetniejsze uczucia leżały poza jéj pojęciem. Nie rozumiała Krzesławskiego, a przecież on wyrugował z jéj serca siedmiostopowego Dumhauba, chociaż nie pocałował jéj rąk ani razu jak baron, który to czynił nawet listownie. Głos owego zuchwałego polaka dźwięczał jéj w uszach, słyszała wciąż ostre jego brzmienie i miękkie modulacye; w oczach stała postać jego kształtna i twarz energiczna, któréj rysy się zmieniały, stosownie do słów i uczuć.




Od chwili odnalezienia papierów, zmieniła się atmosfera domu Bosowiczów. Wstąpiła tu nadzieja, rozweseliła pognębioną twarz matki, zaświeciła w oczach Anny, tylko sam ojciec nie wyprostował znużonych członków, nie rozjaśnił oblicza. Zżył się tak ściśle ze swoim losem iż nie mógł od niego odwyknąć, nie mógł nawet wyobrazić sobie jego zmiany. Możnaby nawet powiedzieć, że zmiany każdéj się lękał; jak ci którzy doświadczyli wiele złego, nie dowierzał przyszłości.
Pomimo świetnych nadziei pracował jak dawniéj a wróciwszy do domu nakazywał milczenie rodzinie o tém, co ją najwięcéj zajmowało. Stał się ostrożniejszym jeszcze niż dawniéj.
— Gotów kto usłyszeć — błagał, pokazując oczami ściany, które rzeczywiście często mają uszy.
— To i cóż? — odpowiadała żona — niech słyszą wszyscy, niedługo przecież skończy się ta nędza.
On wówczas wpatrywał się w żonę smutnie, kiwał żałośnie głową i szeptał:
— Nim słońce zejdzie, rosa oczy wyje.
Wiedział, że świetnemi nadziejami żyć nie można i drżał aby nie utracić tego miejsca, które żywiło ich wszystkich. A przytem wiedział jaka była potęga, którą wyzwali; lękał się i starał wydawać jeszcze mniejszym, jeszcze cichszym, ażeby nie zwrócić niczyjéj uwagi.
— Czyż ty nie wierzysz, iż odbierzemy co się nam należy? — pytała go żona.
Nie odpowiadał nic, machał tylko ręką znacząco; nie chciał innym odbierać nadziei ale sam jéj nie miał.
Bosowiczową doprowadzało to do rozpaczy.
— Mój biedny mąż — mówiła do Edmunda i Jana, którzy byli teraz częstymi jéj gośćmi — on już nie wierzy aby nam lepiéj być mogło.
— Uwierzy wkrótce — dowodził energiczny Jan.
— Uwierzy — powtarzał z mniejszą pewnością Edmund, który mierzył się codzień z trudnościami swego przedsięwzięcia.




Jednego wieczoru Bosowicz przyszedł do domu tak zmieniony, iż twarzy jego przeraziła się rodzina. Drżącemi rękami położył na stole kapelusz i padł na fotel.
Dziennik leżał przed nim, nie wziął go w rękę.
— Może zasłonić okno? — spytała Anna.
Nie odpowiedział nic, utkwił tylko przed siebie oczy, jakby wpatrywał się oko w oko w swoję dolę.
W pokoju zapanowała cisza, Anna nie śmiała nawet przerywać jéj warczeniem maszyny. Bosowiczowa także milczała, tylko z drugiego pokoju dochodził jednostajny szept dzieci, powtarzających głośno jutrzejsze lekcye.
Wreszcie żona z trudnością podniosła się z miejsca i podeszła do męża.
— Na miłość Bozką, co się tobie stało? — zapytała.
Spojrzał jéj w oczy takim wzrokiem, iż umilkła nagle.
— Stało się, co stać się miało — odparł prędko.
Głos jego był ochrypły, jakby wydobywał się ze zduszonéj piersi; a potem dodał: — Nie będę się więcéj męczył, zostałem wydalony i to natychmiast, od jutra. Pan Holzberg przyjaźni się z Pifkem; tak być musiało.
Rodzina spodziewała się tego ciosu a jednak teraz zadrżała przed przyszłością.
Widoczna tu była ręka Pifkego. Powrócił on do zdrowia i postanowił pomścić się nad wszystkimi, którzy stanęli mu na drodze.
Tego samego dnia pani Kätchen odebrała list bezimienny, ostrzegający ją o zdradzie męża; list zawierał mnóstwo szczegółów dla niéj zupełnie nowych. Wilhelm kupił dla pani Hart bransoletkę, kolczyki, zapłacił w Berlinie rachunek u Gersona i przywiózł koronkową okrywkę z dżetami, która budziła zachwyt i zazdrość całéj elegancyi łódzkiéj. Kätchen odebrawszy taki list, naprzód wybuchnęła łzami. Ponieważ mąż był w fabryce, więc pani Kätchen pobiegła z listem i łzami do teściowéj, bo jakkolwiek nie była z nią w czułych stosunkach i nieraz kłótnia wrzała między niemi, wobec zagrożonego szczęścia musiała zgodzić się na rozejm. Kätchen płakała nie tyle o to, że mąż może ją zdradza ale głównie przeraziła się marnotrawstwem, przypuszczała bowiem, że interes jaki Wilhelm chciał zrobić na bankructwie Harta można było za tańsze pieniądze szpiegować, a list wyliczał prezenta ofiarowane pani Hart, bardzo kosztowne i bardzo liczne. Podejrzenie rodzić się zaczęło w Kätchen, ze oprócz interesu finansowego, gra tu rolę główną interes sercowy; wszak znała wartość pani Hart, która gotowa zrujnować każdego mężczyznę bogatego, jak zrujnowała swego męża.
Pani Holzberg matka siedziała właśnie w ulubionym swym pokoju przy kuchni, naprawiając bieliznę męża i Fritza, pilnując zarazem kucharki. Bo chociaż fabryka Holzbergów szła bardzo dobrze, chociaż mogli się liczyć do finansowéj arystokracyi miasta, ani ona ani mąż nie umieli się oswoić z nowém swém położeniem. Nie posiadali wcale pychy Pifkego i zachowali w zupełności małomieszczańską niemiecką oszczędność.
Pokój napełniony był wonią gotującéj się kapusty; Holzbergowa, z okularami na nosie, była bardzo zajęta jakąś misterną cerą, gdy synowa wpadła do niéj z listem w ręku. O téj godzinie wizyta synowéj była rzeczą niezwykłą; wiemy, że Kätchen była równie wzorową gospodynią jak matka, zajmowała się domem, kuchnią, dziećmi i nie miała zwyczaju oddawać rannych wizyt. Zresztą strój zaniedbany, rozogniona twarz i zapłakane oczy świadczyły, że zaszło w jéj życiu coś, co wytrąciło ją ze zwykłéj kolei.
Wpadła do pokoju i, wbrew zwyczajowi, zapominając o ciągłych swarach, rzuciła się teściowéj na szyję, niby dziecko rozżalone.
Herr Jesu! — zawołała Holzbergowa, usiłując pochwycić igłę, którą gwałtowny uścisk synowéj wytrącił jéj z ręki. — Co się tobie stało? czy broń Boże Änchen albo Lischen nie zachorowały?
Młoda kobieta zrobiła głową ruch przeczący a jednocześnie z jéj oczów puściły się znowu łzy rzęsiste.
— Och! jaka ja nieszczęśliwa — zawołała, opuszczając się na krzesło.
Holzbergowa spojrzała na nią ze zdumieniem.
— Ty nieszczęśliwa Kätchen! ty nieszczęśliwa! cóż znowu? Mąż zdrów, dzieci zdrowe, fabryka idzie dobrze, nic ci nie brakuje; to grzech narzekać.
Kätchen spojrzała na świekrę z wyrazem wyrzutu i powstrzymanego oburzenia.
— Doprawdy nic mi nie brakuje — powtórzyła — matka nie wie, że jestem najnieszczęśliwszą na świecie. Wilhelm mnie oszukuje i majątek marnotrawi.
— Wilhelm ciebie? Co ty wygadujesz!...
— Niech mama czyta sama.
I z tragicznym ruchem rzuciła jéj na kolana list bezimienny.
Holzbergowa poprawiła okulary, rozłożyła list i uważnie, powoli czytać go zaczęła, jak to czyni osoba do podobnych zajęć nie przywykła.
W miarę jak czytała, twarz jéj stawała się posępniejszą, występowały na nią wyraźnie znaki oburzenia, aż wreszcie skończyła list i złożyła go napowrót.
— Któż to pisze? — spytała z namysłem.
— Kto?
Kätchen nie zadała sobie dotąd tego pytania.
— Mniejsza o to kto — odparła po chwili — ale to pewnie, że pisze prawdę. Sama widziałam tę okrywkę, właśnie wtedy gdy Wilhelm wrócił z Wrocławia, a mnie przywiózł tylko parasolkę!
Samo wspomnienie tego faktu wywołało nerw spazmatyczny.
— I tę bransoletkę widziałam sama na wystawie Wurzla; przechodząc, przypatrywałam jéj się tyle razy, wydawała mi się prześliczna, miała szmaragdową gwiazdę z brylantem pośrodku. Sama pokazywałam ją Wilhelmowi, a potem... potem — powtarzała wśród łkań — zobaczyłam ją na ręku Hartowéj! Czy ja mogłam pomyśleć, że to mój własny mąż...
Narzekała w ten sposób, jakby okrywka i bransoletka stanowiły główny powód jéj rozpaczy; okoliczność ta i w oczach matki była winą także najwięcéj obciążającą Wilhelma.
— Może też takich drogich prezentów wymagał jego interes; — matka usprawiedliwiała syna.
— Ja czuję, że to nie interes ale on mnie zdradza; moje biedne serce mówiło mi to oddawna, a gdy zobaczyłam okrywkę, gdy zobaczyłam bransoletę, tak mnie coś ścisnęło w piersi, że o mało nie zemdlałam. Ale teraz ja jéj powiem!... téj niegodziwéj!...
Zapał młodéj kobiety wzrastał, podnosiła głos, była gotową odebrać rywalce okrywkę i bransoletkę i stoczyć z nią walkę na pięście.
Zły los sprowadził Wilhelma, który nie zastawszy żony w domu, przyszedł jéj tu szukać, nie domyślając się co go czeka.
Na widok męża łzy Kätchen popłynęły gwałtowniejszym strumieniem a stara Holzbergowa przybrała wyraz tak surowy, iż niespokojne sumienie zaczęło ostrzegać Wilhelma o niebezpieczeństwie.
Pocałował pospiesznie rękę matczyną i chciał żonę zabrać do domu, pod pozorem jakiegoś pilnego zajęcia, lecz zatrzymał go ostry głos matki.
— Poczekaj — rzekła stanowczo — i wytłumacz mi naprzód, co to znaczy?
Wilhelm nie należał do zakamieniałych zbrodniarzy; zaledwie zrozumiał treść listu, wielka jego czerwona twarz pobladła a oczy przybrały przestraszony wyraz.
Matka i żona patrzyły w niego jak w tęczę.
— I zarzutkę kupiłeś i bransoletkę kupiłeś! — wołała pełna żałości Kätchen.
— Przegrałem w zielone... rozumiesz co to znaczy? To znaczy, że zapłaciłem pani Hart delikatnie za to, że mi pokazała księgi kasowe Harta. To interes! dobry interes! Zresztą te prezenta wcale nie drogo kosztowały.
— A jeśli ty kłamiesz? jeśli ty oszukujesz żonę? — pytała matka. — Wówczas żona ma prawo skarżyć się na ciebie.
— A ten rachunek... ten rachunek Gersona, ile on wynosił? — pytała daléj małżonka — a te kolczyki?
— Wszystko to interes, no jeśli ja się i umizgał, to także dla interesu. Zobaczysz moja Kätchen, i moja mamo, że fabryka Harta będzie naszą, a to dobry interes. Co to szkodzi, że ja się trochę umizgnę, kiedy ja kocham tylko moję dobrą, drogą, śliczną żonkę. Jak Boga kocham tylko ciebie naprawdę kocham, a ją tylko dla gescheftu.
— Czy ty prawdę mówisz? — pytała spokojniejsza Kätchen.
— Ależ zobaczysz niedługo — bankructwo Harta wisi na włosku; potem ci opowiem wszystko, jak ja się do niego wziąłem. Ciekawe! Kolosalne! Zobaczysz, że niedługo będziesz tak bogata jak pani Pifke; w Łodzi będą dwie panie Pifke!
Wilhelm przekonał żonę, matkę i wyszedł spiesznie na miasto za interesami, szczęśliwy, że tak się gładko wywinął z grzechów, które miał na sumieniu małżeńskiém.
Taki sam mniéj więcéj list jak Kätchen, odebrał tegoż samego dnia i pan Hart; były tam wyszczególnione przedmioty, jakie jego żona otrzymała od Holzberga, były wyszczególnione wszystkie ich schadzki w domu i poza domem. List bez podpisu skreślony był widocznie zmienionym charakterem, a jednak pan Hart, przypatrzywszy mu się pilnie, nie miał żadnéj wątpliwości co do osoby, która go pisała. Wątpliwości te zamieniły się w pewność z chwilą, gdy Pifke nagabywany raz jeszcze o żyrowanie wekslu, odpowiedział bez ogródek, iż nie może solidaryzować się z człowiekiem, o którego żonie chodzą wieści niehonorowe, a honor trzeba także i dlatego bardzo szanować, że od niego zależy solidność kredytu kupieckiego. On sam, Pifke, osobiście sprzyja bardzo Hartowi, szanuje w nim armią pruską, do któréj miał szczęście należeć, należy nawet jeszcze jako landwerzysta, i chętnie przyszedłby mu z pomocą gdyby nie żona. Ale przy takiéj żonie!...
Gdy to mówił, spoglądał na Harta tak domyślnie, iż ten zrozumiał co mu czynić wypada. Tego jeszcze dnia wybuchła gwałtowna kłótnia pomiędzy małżonkami, kłótnia zakończona fatalnie dla pięknéj pani Hart, gdyż niebawem rozeszła się pogłoska, iż mąż podał skargę rozwodową.
Oficer Hart wchodził do swego przyjaciela Pifkego; wysoka jego, marsowa postać miała coś wojowniczego w téj chwili, na regularnych rysach tkwił wyraz wyzywającéj bezczelności.
— No teraz — przemówił Hart z uśmiechem — spodziewam się, że nie będzie trudności w zażyrowaniu moich weksli? — I podał Pifkemu nie jeden weksel, o którym dotąd była mowa, ale dwa.
— Teraz — dodał z naciskiem — kiedy powody nieporozumienia są pomiędzy nami usunięte...
— Ja nie zobowiązywałem się poręczyć tak wielkiéj sumy! — zawołał Pifke, rzuciwszy wzrokiem na cyfry.
Hart uśmiechnął się lekceważąco.
— Wypadły mi nadzwyczajne wypłaty. Musiałem podać na żonę skargę rozwodową, a wie pan — dodał powoli — że to bardzo drogo kosztuje.
Mówiąc to patrzył w oczy Pifkemu w ten sposób, iż ten nie mówiąc słowa podpisał obadwa weksle.
— Tak, to rozumiem — odezwał się znów oficer, chowając weksle do pugilaresu. — Pomiędzy dobrymi przyjaciółmi powinny być dobre rachunki.
— Będzie to ostatnia nasza tranzakcya, nie mamy już nic z sobą spólnego.
— Najchętniéj — odparł Hart — naturalnie o ile pan spłacisz mój udział.
Udział był fikcyjny, ale Pifke żądanie przewidywał.
— Będzie to sprawa obrachunku, którego dokonają prawnicy. Z tego udziału należy potrącić weksle pańskie, poręczone i spłacone przezemnie.
Oficer najeżył groźnie wąsy i postawił takiego marsa, jakby co najmniéj miał przed sobą francuza.
— Obrachunek? — powtórzył groźnie — tak jest, możemy nawet zrobić go... natychmiast.
Znaczenie, jakie nadał ostatniemu wyrazowi, nie miało z handlem żadnéj styczności, bo Pifke zaczął mówić z innego tonu. Znikł odrazu bogacz czyniący łaskę biedniejszemu, a został tylko dobroduszny przyjaciel.
— No! no — rzekł, klepiąc poufale gościa swego po ramieniu — czego się pan znowu srożysz, ja tylko żartowałem. Weksle to rzecz między nami...
Hart się uśmiechnął, twarz jego straciła bojowy charakter.
— Ja też to tak rozumiem — odparł wesoło.
W parę dni potem poczta przyniosła Pifkemu list, bladoróżowy, pachnący, pisany drobném pismem, które wyglądało jak siatka z pajęczych nitek.
Pismo to Pifke znał doskonale; rozerwał kopertę z wyrazem zaciętego gniewu na autorkę listu. Pani Hart występowała w nim w roli ofiary niewinnie oskarżonéj i zręcznie tłumaczyła swoje postępowanie. Błagała go aby użył swego wpływu na jéj męża i przywrócił pomiędzy nimi zgodę. Przytem malowała swój stan obecny w rozpaczliwych kolorach, znajdowała się bowiem u ciotki, zamieszkującéj prowincyonalne miasteczko, w którém nawet garnizonu nie było. Gdyby nie myśl, że śmiałby się z niego Wilhelm Holzberg, Pifke byłby tym listem zwyciężony.
W Łodzi o pani Hart przestano mówić zupełnie lub mówiono tylko na ucho.
W pałacu Pifków pani miewała coraz częściéj newralgie i migreny, w których Frömlich starał się ulgę przynosić. Najbardziéj jednak zmieniła się Amalia; nie straciła wprawdzie ani rumieńców, ani apetytu ale posmutniała, osowiała, wzdychała bardzo i często miała oczy czerwone. Listy od koleżanek były teraz rzadsze, baron Dumhaub nie przysyłał ucałowania rąk a choćby nawet przysłał, Amalia miała teraz innego bohatera, który drażnił ją swoją obojętnością. Krzesławski przychodził tylko na wyraźne żądanie jéj ojca, bo ten, ku wielkiéj rozpaczy Frömlicha, powziął do doktora polaka tak dziwne zaufanie, iż jemu powierzył pieczę nad swojém zdrowiem.
Zdrowie to nasuwało niejakie obawy. Pifke był dumny i nie przywykł do żadnego rodzaju niepowodzeń; bezprawne kupno gruntów groziło mu wielką stratą majątkową, duma zaś jego cierpiała straszliwie na myśl, że on, Pifke, mógł mieć proces kryminalny, że ten proces nieprzyjaciele wyzyskają na niekorzyść jego przemysłowéj potencyi.
Odbywał więc częste konferencye z panem Aurelim i ze swoim prawnikiem. Pretensye chłopskie dały się szczęśliwie zażegnać, rejent odzyskał zachwiane stanowisko, ale sprawa z Bosowiczem była gorszą, należało zakończyć ją polubownie lub przygotować się na klęskę.
Pifke zaczął się pilnie wywiadywać o stosunkach wydalonego oficyalisty, bo ufał daleko więcéj swemu sprytowi niż prawnikom. Zwirn dowiedział się, iż Bosowicz miał córkę zaręczoną z adwokatem Brzeźnickim, że Brzeźnicki był w dobrych stosunkach z doktorem Krzesławskim, który był częstym gościem u Bosowiczów i nawet żonę Bosowicza wyleczył z przewlekłéj choroby.
Wiadomości te były dla Pifkego nieprzyjemne; teraz zrozumiał dlaczego siostrzeniec pana Aurelego wystąpił przeciwko niemu i zrozumiał także, jak trudno będzie go zwyciężyć. Człowiek broniący narzeczonéj i jéj rodziny ma zarówno moralny jak materyalny interes w wygraniu powierzonéj sobie sprawy; innego przeciwnika uda się niekiedy kupić, niekiedy ułagodzić, tutaj tego punktu wyjścia nie było. Przeczuwał, iż Brzeźnicki poszukiwać będzie nietylko praw majątkowych swéj przyszłéj rodziny ale będzie chciał pomścić jéj długie cierpienia, że będzie nieprzebłaganym.
Brzeźnickiego znał niewiele; kiedyś pan Aureli przedstawił mu swego siostrzeńca przybyłego do Łodzi, potem polecał go jego protekcyi, ponieważ jednak Pifke miał pamięć wyborną, przypomniał go sobie bez trudności. Gdyby nie okoliczności postronne, nie był to wcale niebezpieczny przeciwnik; Pifke bystrym swym zmysłem rozpoznał w nim charakter miękki, który musiał być zawsze pod czyimś wpływem.
Wpływ kobiecy Pifke pomijał, kobieta mogła być według niego pobudką ale nigdy kierującą sprężyną; dla narzeczonéj prawdopodobnie Edmund usiłował wygrać sprawę, ale gdyby kto inny, mający nad nim przewagę moralną, dowiódł mu, iż korzystniéj byłoby zakończyć rzecz polubownie, Edmund zgodziłby się na to.
Przewagę tę powinien nad nim mieć doktor, do doktora więc udać się należało.
Przez nagłą chorobę Pifke zawiązał z nim stosunki i gotów był przywtórzyć, że niema tego złego, któreby na dobre nie wyszło: postanowił więc użyć doktora jako pośrednika i zjednać sobie jakim bądź kosztem. Kazał prosić go do siebie, jak to czynił ile razy chciał dla zdrowia zasięgnąć rady, a nawet dla upozorowania wymyślił naprędce jakąś dolegliwość.
Kiedy Krzesławski nadszedł, Pifke siedział w swoim gabinecie przed biurkiem. Wstając odwrócił się od okna a doktora posadził w pełném świetle, aby mógł obserwować wyraz jego twarzy; sam pozostał w półcieniu.
Kousultacya lekarska zakończyła się szybko, wówczas Pifke zapytał:
— Czy wiesz pan, panie doktorze, jaką wytoczono mi sprawę?
Mówiąc to wpatrywał się pilnie w swego gościa.
— W cudze sprawy nie mieszam się nigdy — odparł zwolna doktor — ale o téj słyszałem.
— Mówiono mi, że pan, panie doktorze, do niéj dostarczyłeś jakichś dokumentów, dla mnie niby szkodliwych; nie chciałem temu wierzyć.
— Czemu? Wszak tu chodziło o pokrzywdzoną rodzinę, której dopomódz pragnę.
Takiéj otwartéj odpowiedzi Pifke się nie spodziewał.
— Jakto? — zawołał — pan, pan, dla którego miałem tyle przyjaźni, wdzięczności, uznania, pan jesteś moim nieprzyjacielem?
— Nie chodzi tu o nieprzyjaźń, tylko o sprawiedliwość.
Pifke takich słów jak sprawiedliwość, przyjaźń, sumienie, nie brał nigdy na seryo, szafował niemi często ale w myśli swéj i ustach nadawał im znaczenia przeróżne.
— Więc pan sądzisz, że to ja winien jestem nieszczęściu tego człowieka?
Nie dał czasu Janowi na odpowiedź, która zbyt dobitną być mogła, i mówił daléj:
— Czyż mogę być odpowiedzialnym za czyny dawnego wspólnika wobec osób trzecich? Co do mnie, jestem w zgodzie z prawem i sumieniem. Zresztą, dowód pańskiéj nieprzyjaźni upatruję w tém także, iż zamiast wpłynąć aby udano się wprost do mnie o polubowne załatwienie sprawy, wniesiono ją odrazu do sądu. Alboż to potrzebne?
— Niestety — odparł Jan — Bosowicz uważał, iż na polubowne załatwienie był czas dostateczny, a skoro pan nie pomyślałeś o tém...
— Ależ nikt mi o tém nie wspominał. Czyż było moim obowiązkiem wyszukiwać wszystkich ludzi skrzywdzonych... byłaby to rzecz trudna i...
— Ci, którym pan poręczyłeś całość mienia, łatwi byli do wyszukania...
Pifke nie zważał na tę przerwę i mówił daléj:
— Kontrybucya francuzka nie starczyłaby na podobne przedsięwzięcie. Pozwól sobie pan powiedzieć, że byłaby to nieoględność — czysto polska.
— Być może; ale skoro pan taką nieoględność potępiasz, Bosowicz słusznie zrobił oddając swe pretensye pod rozpoznanie prawa.
— Pan nie chcesz mnie zrozumieć. Ja nie wchodząc w szczegóły sprawy, mam za złe tym, którzy mi ją wytoczyli bez poprzedniego porozumienia się ze mną, i widzę w tém niechęć, jaką my niemcy spotykamy w waszym kraju na każdym kroku, chociaż wnosimy tu oświatę, przemysł, dobrobyt...
Mówił to z rodzajem żalu; skarżył się jak dobroczyńca ludzkości, który za krwawe trudy płacony jest czarną niewdzięcznością.
— Czy rzeczywiście niechęć ta nie jest usprawiedliwioną? — spytał Krzesławski.
Pifke zrozumiał, że zaszedł zbyt daleko, chciał się tłumaczyć, doktor nie dał mu na to czasu.
— Za co mamy wam być wdzięczni? — zapytał. — Za te fabryki? Bogactwo, korzyści, pracę dają one wam tylko, wam jednym. Czy zespoliliście się z krajem w którym mieszkacie, czy dobrobyt przemysłu spływa na niego choć w sprawiedliwéj mierze? Czy daje dostatni chleb pracownikom miejscowym? Nie! Zarabiacie miliony ale jakie z tych milionów okruchy idą na korzyść naszę? Nie jesteście cząstką naszego organizmu ale raczéj nowotworem, szerzącym w około zepsucie. Skoro nie chcesz pan tego zrozumieć, skoro skarżysz się na brak uznania, ja wypowiedzieć muszę to, co nam leży na sercu.
— Ja waszym wrogiem nie jestem! — zawołał Pifke. — Kto tu jest wrogiem: czy ten, który z małéj mieściny zrobił wielkie i bogate miasto, zbudował ogromne gmachy i wprowadził do nich tysiące tysięcy warstatów...
— Nie moja wina, że mówię panu rzeczy przykre — wywołałeś je pan sam. Wytwarzacie w około siebie atmosferę zepsucia, garniecie tylko obcych lub tych, którzy naginają się do was, którzy wyrzekli się własnych uczuć, własnéj mowy, którzy dworują waszéj potędze. Są zresztą rzeczy, o które pytać nie potrzeba, które rozumieją się same przez się.
W miarę jak Jan mówił, gniew Pifkego przechodził w zdumienie: śmiałość budziła w nim poszanowanie. W gruncie dumą wielki przemysłowiec nie różnił się wcale od swoich współziomków, będących na niższych stopniach społecznych, deptał słabszych a korzył się przed każdą siłą.
— Więc czegóż pan chcesz? — pytał.
— To czego chciałbym jest korzystném dla was także, ale rozmowa nasza przebrzmi i wszystko pójdzie daléj jak szło dotąd. Pan nie oddali Zwirna, Krugsta, Ferbeina i im podobnych, ani nawet tego Hafnera, dla którego obrony wymogliście na rannym robotniku fałszywe zeznanie. Wobec takich faktów nie dziw się pan, że was nie kochamy i że jeśli niektórzy kłaniają się wam do ziemi, jeśli liżą proch stóp waszych, poza tą pokorą pozorną wrą oburzeniem, pokrzywdzeni.
— Pokrzywdzeni?
— Tak, pokrzywdzeni. Czy pan zapytałeś przynajmniéj, jaki był powód kłótni z Hafnerem? Ranił on robotnika, bo ten stawał w obronie żony.
— Takie głupstwa trafiają się wszędzie, są nieuniknione w stosunkach fabrycznych.
— Czy i to jest nieuniknione, aby nieuczciwość majstra sankcyonował zarząd? Nieuczciwości takie istnieją wszędzie, lecz tu potęgują się jednością plemienną zwierzchności z winowajcą i nie zostawiają pokrzywdzonym żadnéj obrony.
— Dlaczego pana tak ci ludzie obchodzą? — spytał Pifke naiwnie. — Jaki interes wiąże pana z nimi?
— Dlaczego? Pan mnie o to pytasz? Czyż poza interesem materyalnym nie pojmujesz nic więcéj?
Pifke patrzył mu teraz w oczy; nie rozumiał motywów doktora albo też rozumiał je po swojemu. Według niego, jedynym motorem czynów ludzkich był pieniądz; czasem jeszcze mieszała się w grę ambicya, żądza znaczenia ale ta przychodziła zwykle dopiero wówczas, u jemu podobnych, kiedy złoto już nasyciło.
— Odbiegliśmy bardzo daleko od kwestyi — wyrzekł po długiéj chwili. — Być może, iż pan, panie doktorze, masz słuszność w niektórych rzeczach. Może naprawdę budzimy bezwiednie nienawiść, któréjby uniknąć można; ot np. sprawa z Bosowiczem? Wierz mi pan, chciałbym zakończyć ją zgodnie.
— To łatwo. Niech pan wróci mu stracony majątek lub zapłaci sumę odpowiednią poniesionym stratom.
— Więcéj najgorszy wyrok wymagać nie może! — zawołał Pifke. — Chciał daléj przekładać, że droga prawna jest długą, często niepewną, ale umilkł nagle.
— Ja prawnikiem nie jestem — mówił doktor — zapatruję się na tę sprawę ze stanowiska sprawiedliwości; jeśli pan tego nie uznaje, pośrednictwo moje nie może być pożyteczném.
Powstał wypowiedziawszy to, jak człowiek, którego zadanie jest skończone.
— Więc mamy być nieprzyjaciółmi? — spytał Pifke — pan nie chcesz moich dobrych chęci zrozumieć.
— Co najwyżéj przeciwnikami. Nie jestem osobiście nieprzyjacielem pańskim, ani zgoła niczyim.
— Czy nie pomyślałeś pan nad tém, że gdyby znalazła się dla nas droga pojednania, gdybyśmy mogli porozumieć się... dążyć wspólnie do jednych celów... byłoby to lepiéj dla nas obydwóch... dla społeczeństwa wśród którego pracujemy.
Mówiąc to spoglądał na Krzesławskiego ze szczególnym wyrazem; w oczach jego było badanie, były obietnice i jakiś błysk obłudny, który doktor dostrzegł dość wyraźnie, by mieć się na ostrożności. Jakież zresztą mogły istnieć cele wspólne pomiędzy germanizatorem zawziętym, dla którego zysk był bóstwem, który dla zysku gotów był nawet pogodzić się pozornie z tém co nienawidził, a człowiekiem służącym swoim przekonaniom niezłomnie?
— I owszem — odparł Jan — od pana zależy porozumienie, nie zemną, który nic nie znaczę, ale z tém społeczeństwem, w łonie którego pan żyje. Słowa do niczego nie prowadzą, tu potrzeba faktów...
Pifke nie rachował na tak pozytywne żądania, sądził, iż starczy mu dla zjednania sobie członka łatwowiernego narodu kilku frazesów. Krzesławski postawił go w pozycyi niewygodnéj; na pomoc przybyła niespodziewana odsiecz: zapukano lekko do drzwi i panna Amalia, bez względu na gościa, wbiegła do gabinetu.
Wiedziała dobrze o obecności doktora i, udawszy zakłopotanie, zarumieniona zawołała:
— Ach! pan doktor, przepraszam, ale ja pewno nie przeszkadzam. Mam ochotę zabrać pana ojcu; pan o nas zapomniał, zasługujesz na przyaresztowanie.
Oczy jéj zwracały się błagalnie zkolei na ojca i gościa jego, jakby chciały koniecznie otrzymać coś upragnionego. Pifke nic nie miał przeciwko temu, aby rzucić na szalę postanowień Krzesławskiego urok piękności córki i nadzieje, jakieby w nim obudzić się mogły. Równocześnie zastrzegł sobie w duchu interwencyą, bo znał Amalią i miał sposobność przekonania się o zmienności jéj uczuć; to zaś, że do galeryi jéj ideałów przybyłby jeden więcéj, obchodziło go mało, byle tylko po skończonym interesie z Bosowiczem będzie mógł dać odprawę doktorowi.
Niestety, wdzięki panny Amalii nie wywierały żadnego wrażenia na Janie; wymówił się on brakiem czasu tak stanowczo, iż przekonał odrazu przemysłowca o omylności nadziei, jakie mógł w pośrednictwie córki pokładać.
Doktor powstał.
— Więc jakże — spytał Pifke — jakże się rozstajemy? Cóż będzie z interesem?
— To już zupełnie od pana zależy.
Gdy odszedł, panna Amalia nie mogła powstrzymać łez.
— Cóż to za nowe głupstwo! — krzyknął ojciec, rad, że ma powód spędzenia na kogoś gniewu wzbudzonego rozmową z doktorem.
— Mój ojcze — szepnęła córka.
— Czy myślisz, że nie widzę co ci się marzy. Ja, Pifke, miałbym wydać cię kiedykolwiek za... jakiegoś tam doktorka, za jakiegoś wroga naszego — polaka. A! byłby to los dla ciebie i honor dla mnie.
Amalia spuściła oczy.
— Słuchaj! jestem dobrym ojcem, ale uważaj na to, co ci mówię, bo inaczéj zobaczysz, że i złym być potrafię.
Córka nigdy nie widziała ojca tak rozgniewanym.
— Ach! — odezwała się, zmieniając szybko taktykę, jakby na dowód, że była nieodrodną krwią jego — nie wiem o co mnie papa obwinia, ja przyszłam właśnie powiedzieć ci, że odebrałam list od baronówny Dumhaub.
— A mnie co do dyabła twoje listy obchodzą!
Takie lekceważenie wysokich znajomości zdumiało ją.
— Pisze do mnie — dodała po chwili — iż brat jéj się żeni.
— Albożeś ty myślała, że on w tobie się kochał? Mam dla ciebie innego męża.
Słowa te osuszyły łzy magicznym sposobem; Amalia spojrzała na ojca ciekawemi oczyma, w których budziły się iskry radości.
— Fritz Holzberg — wymówił jak wyrocznia przemysłowiec.
— Fritz! — powtórzyła z nietajoną niechęcią.
— Fritz! — powtórzył ojciec — jest to właśnie partya dla ciebie stosowna; skupię dla niego fabrykę od ojca i brata. On sam będzie najlepszym mężem. Trzeba zająć się wyprawą, napisać do Berlina, obstalować co potrzeba, lub może ja sam z tobą pojadę.
Jeśli narzeczony robił na razie niezbyt przyjemne wrażenie, nadzieja wyprawy, podróży, odwiedzenia koleżanek, może zobaczenia barona Dumhauba, zatarła je szybko. Panna Amalia wyszła z gabinetu ojca rozpromieniona. Wprawdzie powróciwszy do siebie, próbowała czytać „Intrygę i miłość”, stosując ją do siebie, ale nowe, wesołe myśli opanowywały ją coraz zupełniéj i odsuwały na bok smutną poezyą Schillera; wreszcie rzuciła książkę i pobiegła do matki, powiedzieć o postanowieniu ojca i naradzić się względem wyprawy. W czasie téj narady, zaczęła się w jéj sercu budzić skłonność do Fritza, który nagle zaczął przybierać kształty bohatera.




Bosowicz codzień wychodził z domu, szukając jakiegoś zajęcia i codzień wracał bardziéj ponury. Polak, ex­‑obywatel i tak nie znalazłby go łatwo, a cóż dopiero człowiek, który śmiał wystąpić przeciw potężnéj firmie Pifkego. W takich warunkach samo szukanie zajęcia było dowodem nierozumu.
Maszyna Anny warczała po dniach całych i po nocach nawet, ale nie mogłaby zażegnać biedy wkradającéj się oknami i drzwiami do jéj rodziny, gdyby nie pomoc Edmunda, którą musieli przyjmować.
Edmund oprócz tego wysilał się na koszta prawne, o czém nawet Anna nie wiedziała; utrzymywał przed nią, że proces nic nie kosztuje a pieniądze, jakie pożycza jéj ojcu, odbierze sobie z procentem skoro sprawę wygra, a wygrać musi.
Są ludzie, którzy przy nagłéj zmianie położenia długo żyją okruchami dawnego bytu, u Bosowiczów okruchy te dawno istnieć przestały. Marzono o lepszéj przyszłości, ale marzenia te mroziła obawa o przyszłość i upokorzenie, że trzeba żyć z cudzéj choć najżyczliwszéj łaski.
Bosowiczowa przypominała sobie dwór, w którym niegdyś mieszkała, już projektowała urządzenie salonu, układała przyszłe tualety, spacery, zabawy, ale tymczasem wyrzuconoby ich z mieszkania, Józia przestałaby chodzić na pensyą, Emil nie mógłby się w szkole pokazać bez obuwia, gdyby nie Opatrzność w postaci Edmunda i Krzesławskiego.
Tymczasem sprawa toczyła się wolno, straszliwie wolno; Edmund robił co było w jego mocy, ale zręczny obrońca Pifkego umiał wynajdywać ciągle nowo powody zwłoki.
— My nie wytrzymamy z nimi do końca! — rozpaczał Bosowicz, coraz bardziéj głuchy na zapewnienia adwokata i doktora.
Bosowicza rozpacz udzieliła się i żonie jego, przestała już mówić o świetnych nadziejach, które były pewne, ale tak dalekie... tak strasznie dalekie...
Bosowicz błąkał się po ulicach i nie chciał wracać do domu. Od jakiegoś czasu opadła go myśl jedna i ta nie dawała mu pokoju: na co zdała się ta nierówna walka z przemożnym przeciwnikiem?
Czasem nie był wstanie zapanować nad sobą, zdawało mu się, że w jego głowie jest coś, co przeszkadza mu myśleć prawidłowo, jakby tam w głębi mózgu odzywały się jakieś głosy, szeptały lub sprzeczały się z sobą, podnosiły wrzawę i ostatecznie zagłuszały go tak zupełnie, iż sam nie wiedział, co robił i rad nie rad słuchać ich musiał. Były chwile w których wyłamywał się z pod ich władzy, ale chwile te stawały się coraz rzadsze, coraz krótsze.
Głosy szeptały mu teraz ciągle: Jesteś szalony ze swoim procesem, przegrasz go niezawodnie. Tyś głowa domu, ty masz myśleć o dobru rodziny, tyś powinien dla niéj pracować a nic nie robisz.
Głosy śmiały się z niego i powtarzały ciągle: „Szalony, szalony, szalony!” Powtarzały tak rytmicznie, iż zdawało mu się, że ma w głowie dzwon, kołyszący się bezustanku i dźwięczący tém jedném słowem: szalony!
Pewnego późnego wieczoru nie wiedział gdzie idzie, pragnął uciec przed samym sobą; szczęściem, spotkał go Krzesławski i poznał przy świetle latarni.
— Co pan tu robisz? — zapytał — czego pan szukasz?
Bosowicz roześmiał się.
— Myślę, czy jestem naprawdę szalony?
Wpatrzył się uważnie w doktora.
— Zkąd panu podobne myśli? — powiedział doktor, wsuwając rękę pod jego ramię.
Bosowicz spuścił głowę i czas jakiś dał sobą powodować, aż przyszli do domu w którym mieszkał.
— Nie, nie! — zawołał, wyrywając się z rąk doktora — ja tam nie pójdę, pójdę gdzieindziéj, daleko, bardzo daleko...
— Gdzie pan chcesz iść?
— Gdzie? — powtórzył powolnym głosem, jakby namyślając się. — Gdzież mam iść, nazywam się przecie Bosowicz; gdybym nazywał się Bösewitz... ha, ha, Bösewitz!
I nagle oddalił się szybkim krokiem.
— Gdzie pan idziesz! — wołał doktor, biegnąc za nim, ale w ciemności nie mógł dogonić. O parę kroków krzyżowały się uliczki, przechodnie byli teraz najliczniejsi, właśnie zamykano fabryki.
Bosowicz wpadł jak kamień w wodę. Po mieście rozniesła się wieść, że zwaryował i krąży po okolicy. Rodzina nigdzie go znaleźć nie mogła.
Pifke tryumfował, drwił sobie z sądów i obmów ludzkich, bo adwokat mu przyrzekł, że proces będzie przewlekał choćby lat kilkanaście; do tego czasu cała rodzina Bosowiczów wymrzeć może.
— On już jakby umarł, bo zginął bez śladu — potakiwał wesoło Pifke.
— Jego samego mam zamało, gdyby tak i ona jeszcze gdzie zginęła, ułatwiłaby nam robotę; z samemi dziećmi poszłoby jak po maśle, wzięliby odstępnego coby się im z łaski dało. Zresztą niech czekają do sądnego dnia. — Dowodził adwokat, pewny swego.

— Niech czekają, tak, tak, do sądnego dnia; potakiwał i śmiał się Pifke, który był w wyśmienitym humorze.




W mieście mówiono bardzo wiele o małżeństwie Amalii z Fritzem, a kiedy nadszedł dzień ślubu, kościół był w oblężeniu. Rozczulająca przemowa do państwa młodych, naturalnie niemiecka, wychwalała cnoty i zasługi dwóch rodzin kojarzących się z sobą, zwracając się zaś do młodéj i nadobnéj według uświęconego wyrażenia pary, upominała aby mieli zwrócone oczy na przykład rodziców, na ich wzorowe pożycie, a wówczas będą mieli dostatki, szacunek, szczęście doczesne, po najdłuższém zaś życiu szczęście wieczne.
Oblicze Pifkego podczas téj przemowy pochwalnéj jaśniało radością i dumą. Pifkowa rozczulone spojrzenia przesyłała mężowi. Pannie Amalii nieociosana postać Fricka wydawała się teraz prześliczną.
Fritz był oszołomiony swojém szczęściem, nie umiał go jednak okazywać. W garniturze sprowadzonym prosto z Berlina, wyglądał jak odświętnie ubrany czeladnik. Mocno zakłopotany swoją osobą i powszechną uwagą, przestępował z nogi na nogę, nie wiedząc co robić z ogromnemi rękoma.
Orszak ślubny był wspaniały. Cała plutokracya Łodzi stawiła się do apelu i otaczała łączące się rodziny wieńce drogich materyj, brylantów i innych klejnotów.
Pan Aureli należał do zaproszonych, rozmawiał z Frömlichem i innymi gośćmi najczystszą niemczyzną. Obadwaj zapomnieli zupełnie o tym szaleńcu, doktorze Krzesławskim, któremu uśmiechnęła się tak przyjaźnie fortuna, a on z tego skorzystać nie umiał. Pifke tryumfował. Wieści roznoszone przez złe języki, skandaliczne sprawy, krzywdy wyrządzone, wszystko to zmyte zostało pochwalnemi mowami, przyćmione blaskiem drogich kamieni; a jeśli tam gdzie z głębin społecznych podniosło się jakie złorzeczenie, któż je mógł dosłyszeć wobec powinszowań, wiwatów, życzeń i pochlebstw niewolniczych.
W kościele zresztą nie było słychać zgrzytu i warczenia maszyn, ani zmęczonego oddechu pracowników, ani łez i skarg ludzi z gminu, których oczywiście do wnętrza nie wpuszczono. Zwarty orszak otaczał nowożeńców, Hart torował im drogę do karety, zaprzężonéj parą pysznych karych koni, któremi Pifke zięcia obdarzył.
Gdy orszak wyszedł z kościoła słychać było nawoływanie służby, nad którą panowała grzmiąca oficerska komenda Harta, rżenie koni, turkot powozów, szelest jedwabiów wlekących się po ziemi.
Nagle ktoś krzyknął przeraźliwie, krzyk się powtórzył ale słabiéj — i już więcéj się nie odezwał. Orszak weselny zatrzymał się, goście powyskakiwali z karet, Amalia biegła z innymi w stronę, gdzie stała kareta ojca, bo w tym krzyku poznała głos jego.
Na ziemi, prawie pod kołami karety, tarzało się dwóch ludzi; na spodzie leżał Pifke, na piersiach zaś jego klęczał jakiś nieznajomy i obu rękami dusił powalonego. Siła i wściekłość napastnika były wielkie, bo nie dał się oderwać od swéj ofiary; im bardziéj go szarpano i bito, tém on gwałtowniéj gniótł kolanami pierś i wpijał palce w szyję. Nareszcie udało się wyswobodzić Pifkego, który już nie oddychał.
Frömlich przerażony, drżący, macał puls, przykładał ucho do serca — i nic nie czuł, nic nie słyszał. Bał się wymówić strasznego wyrazu, ale gdy pochodnie, które przyświecały ślubnemu orszakowi, oblały światłem twarz leżącego na ziemi potentata — wyrok śmierci wyczytali wszyscy, nie tylko doktor, na twarzy zsiniałéj i w oczach stojących kołem.
— Apopleksya i uduszenie — wymówił zgnębionym głosem, po niemiecku, Frömlich i jeszcze raz macał puls, ale znowu napróżno.
Ryknęła płaczem rodzina, złorzeczenia skrzyżowały się w powietrzu i wszystkie pięście wymierzono na złoczyńcę, który wcale się nie wyrywał, chociaż służba okładała go kułakami.
Karetę Pifkego posłano po Krzesławskiego, nie stracono jeszcze nadziei, chociaż Frömlich powtarzał:
— O! niechbym ja się pomylił — ale nie, nasz szlachetny Pifke już nie żyje.
Tym razem prawdę powiedział; do pałacu wniesiono martwe ciało ojca, który ostatnią swą przejażdżkę odbył w ślubnéj karecie swéj córki...
— Kto ty? kto ty, zbójco! zbrodniarzu! — wykrzykiwano nad winowajcą, który śmiał się tak dziko, że nikt z panów balowo ubranych nie miał odwagi do niego przystąpić.
Służba wylękła opowiadała, że widziała go jak szedł do karety Pifkego i nagle zniknął, a dopiero kiedy pan ich miał wsiadać, nieznajomy wyskoczył z pod powozu i rzucił się na swoję ofiarę. Był czas do ratowania ale służba straciła przytomność, skamieniała; widząc, że wszechpotężnego magnata ktoś śmiał powalić na ziemię, nie ruszyła się na ratunek a może też bała się zbliżyć, bo złoczyńcy łódzcy mają zawsze przy sobie nóż, czasem i rewolwer.
— Kto ty? — znowu rozległo się pytanie i klątwy, a wówczas nieznajomy, nie wyrywając się wcale, przestał się śmiać i na pytanie odpowiedział, spokojnie chociaż donośnie:
Ich bin von Bösewitz.
— To ten waryat! szalony! — Bosowicz... — Wołano ze wszystkich stron, ci zaś którzy go trzymali odskoczyli przerażeni samą myślą, że waryat mógł był i ich także udusić.
Oswobodzony człowiek nieszczęśliwy nie uciekał, przeciwnie szedł między ludzi, którzy mu się z drogi ustępowali.




Noc ciemna objęła w posiadanie obszerny plac przedkościelny, otoczony drzewami, a wśród ciszy przyrody słychać było waryata, powtarzającego z dzikim śmiechem:
Ich bin Bösewitz.
Tłum łowił chciwie uchem wyrazy i powtarzał z jakimś tajemniczym lękiem:
— Pifke kazał mu zwaryować na niemca.
— Już więcéj nikomu nie każe! Odezwał się ktoś śmielszéj natury a wszyscy mu wesoło przytakiwali.
Tylko brakowało oklasków.


Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Wojny morskie.
  2. Tak nazywają w fabrykach wydalenie.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Waleria Marrené.