Strona:PL Morzkowska Wśród kąkolu.djvu/20

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

W téj chwili dostrzegła młodą dziewczynę idącą drogą i spoglądającą na szynk, jakby tam wypatrywała właścicielki.
— Będę szukać — powtórzyła szybko — a jak pan doktor będzie kontent, to mi coś jeszcze dorzuci.
I nie czekając odpowiedzi pobiegła do nowéj kundmanki.
— Czego to panna Jadwiga potrzebuje? — zapytała uprzejmie. — Chwalić Boga, panna Jadwiga ślicznie wygląda!
— Gdzie tam można dobrze wyglądać, moja Rubinko, przy tylu zmartwieniach — odparła dziewczyna.
— Panna Jadwiga martwić się nie powinna — zawołała energicznie żydówka — a czy to Rubinka na te zmartwienia poradzić nie może, u mnie jest wszystko czego kto potrzebuje, a jak panna nie ma pieniędzy, to ja zaczekam!
Mówiła to z grzecznością bardzo u niéj niezwykłą dla tych, których posądzała o brak pieniędzy. Widocznie Jadwiga przedstawiała dla niéj inny rodzaj wartości.
Dziewczyna zatrzymała się niepewna. Twarz jéj była przysłoniona cieniem, rzuconym przez podartą chustkę na głowie, ale można było dostrzedz bujne promienie włosów i kształtną kibić.
— Dziękuję — rzekła niepewnym głosem — ale gdyby Rubinka znalazła dla mnie robotę, to dałabym dobre faktorne zaraz z pierwszéj wypłaty.
— No, a jakiéj panna chce roboty?
— Jakiéjkolwiek, poszłabym w służbę.
— Z przeproszeniem! panna Jadwiga tego nie zwyczajna, trzeba umieć gotować, prać, samowar nastawić, sprzątnąć. Czy to panna potrafi?
Dziewczyna spuściła głowę z ruchem pognębienia. Rubinka, korzystając z tego, zbliżyła się poufale.
— Albo to źle było w fabryce pana Holzberga.
— Kiedy wypędzili — szepnęła.
— Żeby tylko panna oczkiem mrugnęła przyjęliby znowu, i nie chodziłabyś panna w takiéj podartéj sukienczynie i w téj chustce, co się ledwie trzyma na plecach. Taka ładna panna to wstyd! Jakby to nie było kawalerów na świecie... Gdyby to jeszcze chodziło o byle kogo... ale sam pan Fritz, aj, aj, taki młody, a taki bogaty, że aż strach. Całe miasto by pannie zazdrościło.
— Szkaradny niemiec! — zawołała dziewczyna.
— Niemiec, cóż to znaczy, że niemiec, to właśnie dobrze, że on niemiec. Niemcy mają pieniądze. Niech tylko panna mnie słówko powie, to on zaraz przyleci i oświadczy się.
— Nie chcę!
— Co to nie chcę, na co to mówić takie rzeczy? Ubogi zawsze musi zrobić to, czego chce bogaty; czy to panna nie tutejsza, czy nie wie, jak tu jest. To szczęście, że taki pan Fritz w pannie się rozkochał.
— Och! gdyby ojciec żył.
— Panna nie może zapomnieć, że ojciec miał swój własny warstat. Takie małe warstaty dziś nic nie warte, czy to człowiek może tak nadążyć jak maszyna. Choćby ojciec żył, toby pannie innéj rady nie dał. Tu niema takiéj panny coby nie spoglądała na pana Fritza. Żeby to jaki prosty robotnik, ale sam podmajster.
Ona milczała, bo i cóż miała odpowiedzieć. Głośniéj jeszcze od Rubinki przemawiała nędza.
— No! ja wiem, panna chodziła po wszystkich fabrykach za robotą, ale teraz takie czasy, że obcéj robotnicy nie wezmą, a potem czy to panna myśli, że w innéj fabryce nie będzie tego samego. Trzeba mieć pieniądze to można być sobie panią.
I znowu nie było odpowiedzi.
— A jak tam będzie z tém komornem, co to nie zapłacone; mnie mówili, co pannę już dziś mieli wyrzucić?
Tu łzy puściły się z oczów Jadwigi.
— Uprosiłam się do jutra...
— A co będzie jutro? Czy to jutro nie takie same jak dzisiaj? Ot, lepiéj niech panna idzie do domu, a ja poszlę duchem do pana Fritza. Co, dobrze? Panna mnie potem dziękować będzie.
I szeptała coś do opierającéj się coraz słabiéj dziewczyny, aż dopóki jéj nie przekonała.