Strona:PL Morzkowska Wśród kąkolu.djvu/63

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


mi i drzwiami do jéj rodziny, gdyby nie pomoc Edmunda, którą musieli przyjmować.
Edmund oprócz tego wysilał się na koszta prawne, o czém nawet Anna nie wiedziała; utrzymywał przed nią, że proces nic nie kosztuje a pieniądze, jakie pożycza jéj ojcu, odbierze sobie z procentem skoro sprawę wygra, a wygrać musi.
Są ludzie, którzy przy nagłéj zmianie położenia długo żyją okruchami dawnego bytu, u Bosowiczów okruchy te dawno istnieć przestały. Marzono o lepszéj przyszłości, ale marzenia te mroziła obawa o przyszłość i upokorzenie, że trzeba żyć z cudzéj choć najżyczliwszéj łaski.
Bosowiczowa przypominała sobie dwór, w którym niegdyś mieszkała, już projektowała urządzenie salonu, układała przyszłe tualety, spacery, zabawy, ale tymczasem wyrzuconoby ich z mieszkania, Józia przestałaby chodzić na pensyą, Emil nie mógłby się w szkole pokazać bez obuwia, gdyby nie Opatrzność w postaci Edmunda i Krzesławskiego.
Tymczasem sprawa toczyła się wolno, straszliwie wolno; Edmund robił co było w jego mocy, ale zręczny obrońca Pifkego umiał wynajdywać ciągle nowo powody zwłoki.
— My nie wytrzymamy z nimi do końca! — rozpaczał Bosowicz, coraz bardziéj głuchy na zapewnienia adwokata i doktora.
Bosowicza rozpacz udzieliła się i żonie jego, przestała już mówić o świetnych nadziejach, które były pewne, ale tak dalekie... tak strasznie dalekie...
Bosowicz błąkał się po ulicach i nie chciał wracać do domu. Od jakiegoś czasu opadła go myśl jedna i ta nie dawała mu pokoju: na co zdała się ta nierówna walka z przemożnym przeciwnikiem?
Czasem nie był wstanie zapanować nad sobą, zdawało mu się, że w jego głowie jest coś, co przeszkadza mu myśleć prawidłowo, jakby tam w głębi mózgu odzywały się jakieś głosy, szeptały lub sprzeczały się z sobą, podnosiły wrzawę i ostatecznie zagłuszały go tak zupełnie, iż sam nie wiedział, co robił i rad nie rad słuchać ich musiał. Były chwile w których wyłamywał się z pod ich władzy, ale chwile te stawały się coraz rzadsze, coraz krótsze.
Głosy szeptały mu teraz ciągle: Jesteś szalony ze swoim procesem, przegrasz go niezawodnie. Tyś głowa domu, ty masz myśleć o dobru rodziny, tyś powinien dla niéj pracować a nic nie robisz.
Głosy śmiały się z niego i powtarzały ciągle: „Szalony, szalony, szalony!” Powtarzały tak rytmicznie, iż zdawało mu się, że ma w głowie dzwon, kołyszący się bezustanku i dźwięczący tém jedném słowem: szalony!
Pewnego późnego wieczoru nie wiedział gdzie idzie, pragnął uciec przed samym sobą; szczęściem, spotkał go Krzesławski i poznał przy świetle latarni.
— Co pan tu robisz? — zapytał — czego pan szukasz?
Bosowicz roześmiał się.
— Myślę, czy jestem naprawdę szalony?
Wpatrzył się uważnie w doktora.
— Zkąd panu podobne myśli? — powiedział doktor, wsuwając rękę pod jego ramię.
Bosowicz spuścił głowę i czas jakiś dał sobą powodować, aż przyszli do domu w którym mieszkał.
— Nie, nie! — zawołał, wyrywając się z rąk doktora — ja tam nie pójdę, pójdę gdzieindziéj, daleko, bardzo daleko...
— Gdzie pan chcesz iść?
— Gdzie? — powtórzył powolnym głosem, jakby namyślając się. — Gdzież mam iść, nazywam się przecie Bosowicz; gdybym nazywał się Bösewitz... ha, ha, Bösewitz!
I nagle oddalił się szybkim krokiem.
— Gdzie pan idziesz! — wołał doktor, biegnąc za nim, ale w ciemności nie mógł dogonić. O parę kroków krzyżowały się uliczki, przechodnie byli teraz najliczniejsi, właśnie zamykano fabryki.
Bosowicz wpadł jak kamień w wodę. Po mieście rozniesła się wieść, że zwaryował i krąży po okolicy. Rodzina nigdzie go znaleźć nie mogła.
Pifke tryumfował, drwił sobie z sądów i obmów ludzkich, bo adwokat mu przyrzekł, że proces będzie przewlekał choćby lat kilkanaście; do tego czasu cała rodzina Bosowiczów wymrzeć może.
— On już jakby umarł, bo zginął bez śladu — potakiwał wesoło Pifke.
— Jego samego mam zamało, gdyby tak i ona jeszcze gdzie zginęła, ułatwiłaby nam robotę; z samemi dziećmi poszłoby jak po maśle, wzięliby odstępnego coby się im z łaski dało. Zresztą niech czekają do sądnego dnia. — Dowodził adwokat, pewny swego.




— Niech czekają, tak, tak, do sądnego dnia; potakiwał i śmiał się Pifke, który był w wyśmienitym humorze.

W mieście mówiono bardzo wiele o małżeństwie Amalii z Fritzem, a kiedy nadszedł dzień ślubu, kościół był w oblężeniu. Rozczulająca przemowa do państwa młodych, naturalnie niemiecka, wychwalała cnoty i zasługi dwóch rodzin kojarzących się z sobą, zwracając się zaś do młodéj i nadobnéj według uświęconego wyrażenia pary, upominała aby mieli zwrócone oczy na przykład rodziców, na ich wzorowe pożycie, a wówczas będą mieli dostatki, szacunek, szczęście doczesne, po najdłuższém zaś życiu szczęście wieczne.
Oblicze Pifkego podczas téj przemowy pochwalnéj jaśniało radością i dumą. Pifkowa rozczulone spojrzenia przesyłała mężowi. Pannie Amalii nieociosana postać Fricka wydawała się teraz prześliczną.
Fritz był oszołomiony swojém szczęściem, nie umiał go jednak okazywać. W garniturze sprowadzonym prosto z Berlina, wyglądał jak odświętnie ubrany czeladnik. Mocno zakłopotany swoją osobą i powszechną uwagą, przestępował z nogi na nogę, nie wiedząc co robić z ogromnemi rękoma.
Orszak ślubny był wspaniały. Cała plutokracya Łodzi stawiła się do apelu i otaczała łączące się rodziny wieńce drogich materyj, brylantów i innych klejnotów.
Pan Aureli należał do zaproszonych, rozmawiał z Frömlichem i innymi gośćmi najczystszą niemczyzną. Obadwaj zapomnieli zupełnie o tym szaleńcu, doktorze Krzesławskim, któremu uśmiechnęła się tak przyjaźnie fortuna, a on z tego skorzystać nie umiał. Pifke tryumfował. Wieści roznoszone przez złe języki, skandaliczne sprawy, krzywdy wyrządzone, wszystko to zmyte zostało pochwalnemi mowami, przyćmione blaskiem drogich kamieni; a jeśli tam gdzie z głębin społecznych podniosło się jakie złorzeczenie, któż je mógł dosłyszeć wobec powinszowań, wiwatów, życzeń i pochlebstw niewolniczych.
W kościele zresztą nie było słychać zgrzytu i warczenia maszyn, ani zmęczonego oddechu pracowników, ani łez i skarg ludzi z gminu, których oczywiście do wnętrza nie wpuszczono. Zwarty orszak otaczał nowożeńców, Hart torował im drogę do karety, zaprzężonéj parą pysznych karych koni, któremi Pifke zięcia obdarzył.
Gdy orszak wyszedł z kościoła słychać było nawoływanie służby, nad którą panowała grzmiąca oficerska komenda Harta, rżenie koni, turkot powozów, szelest jedwabiów wlekących się po ziemi.
Nagle ktoś krzyknął przeraźliwie, krzyk się powtórzył ale słabiéj — i już więcéj się nie odezwał. Orszak weselny zatrzymał się, goście powyskakiwali z karet, Amelia biegła z innymi w stronę, gdzie stała kareta ojca, bo w tym krzyku poznała głos jego.
Na ziemi, prawie pod kołami karety, tarzało się dwóch ludzi; na spodzie leżał Pifke, na piersiach zaś jego klęczał jakiś nieznajomy i obu rękami dusił powalonego. Siła i wściekłość napastnika były wielkie, bo nie dał się oderwać od swéj ofiary; im bardziéj go szarpano i bito, tém on gwałtowniéj gniótł kolanami pierś i wpijał palce w szyję. Nareszcie udało się wyswobodzić Pifkego, który już nie oddychał.
Frömlich przerażony, drżący, macał puls, przykładał ucho do serca — i nic nie czuł, nic nie słyszał. Bał się wymówić strasznego wyrazu, ale gdy pochodnie, które przyświecały ślubnemu orszakowi, oblały światłem twarz leżącego na ziemi potentata — wyrok śmierci wyczytali wszyscy, nie tylko doktor, na twarzy zsiniałéj i w oczach stojących kołem.