Strona:PL Morzkowska Wśród kąkolu.djvu/64

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Apopleksya i uduszenie — wymówił zgnębionym głosem, po niemiecku, Frömlich i jeszcze raz macał puls, ale znowu napróżno.
Ryknęła płaczem rodzina, złorzeczenia skrzyżowały się w powietrzu i wszystkie pięście wymierzono na złoczyńcę, który wcale się nie wyrywał, chociaż służba okładała go kułakami.
Karetę Pifkego posłano po Krzesławskiego, nie stracono jeszcze nadziei, chociaż Frömlich powtarzał:
— O! niechbym ja się pomylił — ale nie, nasz szlachetny Pifke już nie żyje.
Tym razem prawdę powiedział; do pałacu wniesiono martwe ciało ojca, który ostatnią swą przejażdżkę odbył w ślubnéj karecie swéj córki...
— Kto ty? kto ty, zbójco! zbrodniarzu! — wykrzykiwano nad winowajcą, który śmiał się tak dziko, że nikt z panów balowo ubranych nie miał odwagi do niego przystąpić.
Służba wylękła opowiadała, że widziała go jak szedł do karety Pifkego i nagle zniknął, a dopiero kiedy pan ich miał wsiadać, nieznajomy wyskoczył z pod powozu i rzucił się na swoję ofiarę. Był czas do ratowania ale służba straciła przytomność, skamieniała; widząc, że wszechpotężnego magnata ktoś śmiał powalić na ziemię, nie ruszyła się na ratunek a może też bała się zbliżyć, bo złoczyńcy łódzcy mają zawsze przy sobie nóż, czasem i rewolwer.
— Kto ty? — znowu rozległo się pytanie i klątwy, a wówczas nieznajomy, nie wyrywając się wcale, przestał się śmiać i na pytanie odpowiedział, spokojnie chociaż donośnie:
Ich bin von Bösewitz.
— To ten waryat! szalony! — Bosowicz... — Wołano ze wszystkich stron, ci zaś którzy go trzymali odskoczyli przerażeni samą myślą, że waryat mógł był i ich także udusić.
Oswobodzony człowiek nieszczęśliwy nie uciekał, przeciwnie szedł między ludzi, którzy mu się z drogi ustępowali.




Noc ciemna objęła w posiadanie obszerny plac przedkościelny, otoczony drzewami, a wśród ciszy przyrody słychać było waryata, powtarzającego z dzikim śmiechem:
Ich bin Bösewitz.
Tłum łowił chciwie uchem wyrazy i powtarzał z jakimś tajemniczym lękiem:
— Pifke kazał mu zwaryować na niemca.
— Już więcéj nikomu nie każe! Odezwał się ktoś śmielszéj natury a wszyscy mu wesoło przytakiwali.
Tylko brakowało oklasków.