Strona:PL Morzkowska Wśród kąkolu.djvu/45

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Nikt nie pytał ich o nic, spoglądano tylko z podełba; i Jan także nie pytając, szedł do kryjówki, którą mu wskazano.
— Poczekaj tutaj — rzekł do Edmunda — interes, który mam załatwić, nie znosi świadka, bądź w odwodzie; gdybym cię potrzebował zawołam, ty zaś w razie jakiego napadu wołaj także lub rzuć kamieniem w okno.
Wszedł sam do nizkiéj izby; zrazu wydała mu się tak ciemną, iż z trudnością rozpoznał w niéj przedmioty. Izba była w ziemię zapadnięta a okienko, znajdujące się tuż nad ziemią, wpuszczało tylko odrobinę światła.
— Czego to? — odezwał się ochrypły głos i zarazem wysoka postać mężczyzny podniosła się z ławy, na któréj spoczywała.
Izba miała zapewne wielu mieszkańców, teraz jednak prócz owego draba nie było tu żadnéj duszy żywéj. Drab ubrany był w surdut stary, poszarpany, jakby w nim staczał jakieś rozpaczliwe bójki, ale bójki te musiały być bardzo dawne, bo ani krwi, ani sińców nie było na twarzy i rękach draba. Twarz miał ostrą, ponurą lecz nie pozbawioną sprytu. Pod włosem krótko przystrzyżonym, jak u rekrutów lub więźniów, było czoło szerokie, świadczące o zdolnościach, tylko oczy głęboko osadzone, uciekające przed obcém spojrzeniem, niweczyły dodatnie wrażenie, jakie czoło czyniło. Dolna część twarzy była w harmonii ze spojrzeniem; usta miały uśmiech złośliwy i cyniczny zarazem, świadczyły one, że właściciel ich przechodził rozmaite koleje i że wrażenia jego życiowo skrystalizowały się w ostateczny wyrok, bardzo niekorzystny dla ludzkości.
— Czego to? — powtórzył grubiańsko, jakby gotował się bez ceremonii wyrzucić za drzwi intruza, obdarłszy go wprzódy.
— Czekaj! Wroniaku — przemówił śmiało Jan, stając w postawie obronnéj.
Wymówione nazwisko zrobiło pewne wrażenie. Drab ciekawie i nieufnie przyglądał się swemu gościowi.
— Znam cię. wiedziałem gdzie cię szukać. Muszę mieć w tym interes, a na interesie ty możesz zarobić — mówił Jan.
Wroniak spoglądał z podełba, był zaciekawiony ale nie chciał tego okazać. Czekał.
— Chciałbyś zarobić bez trudu sporo pieniędzy?
Nędzarz zaśmiał się z całém poczuciem wyższości nad pytającym.
— Abo jest taki głupi, coby nie chciał? Tylko — dodał po chwili podejrzliwie — zarobek bez pracy może doprowadzić het... het... — Zrobił nieokreślony ruch ręką, mający oznaczać jakąś przestrzeń daleką a ciasną.
— Odkądże to zrobiłeś się tak ostrożnym? Ale bądź spokojny, to czego ja żądam nie narazi cię na nic przykrego.
— To gadajcie odrazu. Ludzie nie płacą za darmo. Kto chce zarobić, musi karku nastawić. Ho! ho! nie od dziś żyję na świecie.
— Słuchaj; będzie temu lat sześć, służyłeś za ogrodnika u Bosowicza.
— A gdyby? — spytał.
Teraz zaczynał interes rozumieć i miał się na ostrożności.
— Zginęły wtedy Bosowiczowi ważne papiery.
— Ta i cóż.
— Za odnalezienie tych papierów zapłaciłbym dobrze.
Drab namyślał się chwilę, czy udać, że nie rozumie, czy też grać w otwarte karty. Nie było świadka, któryby mógł przeciw niemu obrócić własne jego słowa, więc zdecydował się na szczerość i zaczął się śmiać głośno.
— Zapłaciłbyś pan dobrze? — zapytał — a ile? Niby to ja nie wiem, co te papiery są warte.
— Jak dla kogo — odparł spokojnie Jan — w twoich rękach nic nie znaczą.
— Ja ich też nie mam — wyrzekł szybko. — A! nie chodziłbym w takich łachmanach i nie mieszkał w téj norze. Za te papiery, ho! ho! za te papiery jest taki pałac, gdzieby mnie przyjęli i uczęstowali.
— Albo odesłaliby do takiego pałacu, zkądbyś się prędko nie wydostał.
— Toby się zobaczyło — mruknął przez zaciśnięte zęby.
— Ja przyszedłem porozumieć się po dobréj woli. Nie będę w to wchodził, kto papiery ukradł, ale temu kto mi je odda wypłacę natychmiast nagrodę.
Wroniak zmierzył go oczyma, jakby obliczał w myśli, ile dać jest wstanie i jaką przedstawia pewność.
— At, wyrzekł po chwili, na co głowę zawracać. Jest taki, coby mi za nie kupę złota położył.
Słowa te świadczyły, że papiery dotąd zostawały w jego posiadaniu. Zapewne Wroniak, wzięty do więzienia za inną sprawę, nie miał czasu ich zużytkować i teraz dopiero zamierzał to uczynić. Trzeba więc było działać szybko i stanowczo.
— Temu drugiemu ich nie oddasz! — zawołał Jan.
Oczy Wroniaka zamigotały szyderczo.
— A ktoby mi zabronił?
— Ja.
Drab nie raczył nawet odpowiedzieć, roześmiał się tylko na całe gardło.
— Jeszcze nie wiadomo czy je mam — wyrzekł, drwiąc sobie wyraźnie z człowieka, który śmiał przyjść tu, do jego siedziby, i wydawać mu rozkazy.
Drab wyprostował swą kościstą postać i zrobił ruch ręką, jakby chciał sięgnąć po nóż. Ruch ten zrozumiał i uprzedził Jan chwytając Wroniaka za ramię z nadspodziewaną siłą, pod którą ugiął się złoczyńca.
Fizyczna siła wywiera zawsze wrażenie na grube natury. Spoglądał Wroniak teraz innemi oczyma na przeciwnika, który obezwładnił go, ściskając ramię jak w żelaznych kleszczach.
— Słuchaj — mówił Jan — mnie nie podejdziesz, mnie, com cię wytropił tutaj.
— Czego pan chce odemnie? Ja tych papierów nie mam, nie widziałem.
— Mnie nie podejdziesz — powtórzył Jan stanowczo. — Wiem, żeś ty je skradł! W potrzebie znalazłbym na to dowody, ale nie chodzi mi o to wcale, aby posłać cię tam znowu zkąd wróciłeś. Zapłacę ci sowicie. Jesteś nadto mądry ażeby nie ocenić, co może ci przynieść większą korzyść. Papierów nie oddałeś dotąd, bo nie byłbyś w takiéj nędzy; albo mi je sprzedasz za dobrą cenę, albo będziesz aresztowany za złodziejstwo. Masz wóz i przewóz.
— Piękny mi przewóz — mruknął łotr. — Ale puść mnie pan, masz żelazne ręce. A jeśli się pan boisz mego noża, wyjm go — jest tu, w kieszeni.
— Noża twego bać się nie potrzebuję, bo naprzód jestem silniejszy od ciebie i mam się na ostrożności; powtóre, nicbyś nie skorzystał na mojéj śmierci, bo pod oknem stoi mój towarzysz z rewolwerem w ręku, więc nie uszłaby ci ona bezkarnie; wreszcie masz rozum, zatem pojmiesz, że ci więcéj przyjść może z mego życia.
— Któż pan jesteś, u dyabła!