Strona:PL Morzkowska Wśród kąkolu.djvu/7

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

— Rozumiem, wszak powiedziałeś, że nie dorośliśmy do tego, aby protegować swoich. A czy tu wszyscy goście są niemcami?
Rozmowa ich toczyła się głośno i usłyszaną została przy sąsiednim stoliku, przy którym siedzieli dwaj okoliczni ziemianie. Tak przynajmniéj pozwalały się domyślać ogorzałe ich twarze i sumiaste wąsy.
— Kelner! — zawołał jeden z nich i rozkazał coś po niemiecku.
Kelner podbiegł a gość odezwał się znowu do swego towarzysza tak głośno, aby go nasi koledzy usłyszeli.
— Dla mnie to nie jest żadną trudnością mówić po niemiecku; od dziecka przecież miałem w rodzicielskim domu bonę niemkę i nauczyłem się tego języka lepiéj niż własnego.
— Naturalnie, tak jest przecież w każdym porządnym domu — odparł także po niemiecku jego towarzysz, kołysząc się na krześle — to język potrzebny koniecznie, europejski, wszechświatowy.
— Czy słyszysz? — zapytał półgłosem Brzeźnicki.
W téj chwili drzwi sali otwarły się z trzaskiem i wszedł do niéj wysoki mężczyzna, imponującéj powierzchowności. Średniego wieku, bo nie dobiegał jeszcze pięćdziesiątki, miał na twarzy wyraz niezwykłéj powagi, do któréj nadawał się jego wzrost i regularne rysy. Ciemne włosy przerzedzone były mocno nad czołem, oczy niezbyt wyrazistego koloru, przymrużone zwykle, nie rozjaśniały sztywnéj fizyonomii objętéj długiemi bokobrodami.
— Mój wuj, Aureli Świrski — szepnął Edmund — zdaje mi się, żeście się znali.
Nowoprzybyły, wszedłszy z drugiego końca sali, powoli zbliżał się do stolika, zajętego przez dwóch byłych kolegów. Miał tutaj wielu znajomych, bo witał się na wszystkie strony; powitania jednak przechodziły całą gamę złożoną z tonów i półtonów subtelnych. Do jednego wyciągał całą rękę, do innych tylko dwa palce, temu skinął przyjaźnie głową, dla tamtego znów skinienie było tak lekkie, iż zaledwie dostrzedz je było można, a byli i tacy, dla których miał głęboki ukłon, nawet miodowy uśmiech.
Każdy przyznać musiał, iż pan Aureli był mistrzem w sztuce ukłonów; łatwo było z nich wywnioskować stopień, jaki każdy witany przez niego zajmował w hierarchii społecznéj. Oddawał każdemu co mu się należało, ani na jednę miarę więcéj, ani na jednę mniéj.
Poza tą jednak dyplomacyą był ogólnie grzeczny dla wszystkich, uważał bowiem grzeczność za oznakę dobrego tonu, a może i za dobre wyrachowanie; trzymał się zasady, iż na grzeczności nikt nie traci, niekiedy też posuwał ją zbyt daleko.
Edmund powstał na powitanie swego wuja, który podał mu przyjaźnie rękę; Jana także przypomniał sobie zaraz, z szybkością pamięci dobrze świadczącą o stanowisku młodego człowieka. Znał go nietylko z czasów gdy siostrzeniec był w uniwersytecie, a on sam mieszkał w Warszawie, ale potem spotkał Jana w jednéj ze swych licznych zagranicznych wędrówek. Przypomniał to sobie zaraz i cieszył się z odnowienia miłéj znajomości.
— Potrzeba nam tu — mówił z namaszczeniem, głosem przyciszonym — potrzeba nam tu bardzo ludzi zdolnych, dobréj woli i silnych przekonań. Powtarzam to zawsze Edmundowi, skoro na Łódź narzeka.
— Ja zamierzam tu osiąść stale.
— To dobra, piękna, pożyteczna myśl — myśl bardzo szlachetna!
Pan Aureli mówił to z zapałem, chociaż prawie po cichu. W ogóle lubił przemawiać w ten sposób, aby słyszeli go tylko ci, dla których uszu słowa jego były przeznaczone. Podnosił zaś głos wówczas tylko, gdy zdania, jakie wypowiadał, adresowane były gdzieindziéj, nie do tego, z którym rozmawiał.
Usłużny pomimo swéj powagi, postanowił zyskać sobie prawa do wdzięczności nowego przybysza, zaznajamiając go z jedną z powag lekarskich miejscowych, która przypadkiem znajdowała się właśnie w restauracyi.
Herr Frömlich — odezwał się podchodząc do jednego z gości — muszę panu przedstawić młodego kolegę, który tylko co przybył tutaj, a zatem nie miał jeszcze czasu złożyć panu swego uszanowania.
Pan Frömlich w okularach, zakrywających nieco przebiegłe oczy, zmierzył od stóp do głowy tego nowego kolegę, siląc się na grzeczność, chociaż nowych kolegów nie lubił.
— Pan Jan Krzesławski — prezentował wuj Edmunda — skończył uniwersytet warszawski, a przez pięć lat dopełniał studyów w wielkich klinikach europejskich.
Tego rodzaju kolegów to już pan Frömlich nienawidził; nie wypadało mu jednak niechęci okazać, więc wyciągnął protekcyonalnie rękę, zamruczał coś niezrozumiale i oddalił się śpiesznie.