Strona:PL Morzkowska Wśród kąkolu.djvu/51

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Hartowie naturalnie przybyli jedni z pierwszych. Pan oficer pomiędzy panami sypał jak z rękawa różne anegdoty z wojskowego życia, a te wywoływały wybuchy gburowatych śmiechów; małżonka zaś jego, świecąca wszystkiemi kolorami tęczy, biała jak mleko, rumiana jak róża, wysznurowana, z uśmiechem na wykarminowanych ustach, stanowiła jedyny ruchliwy element pomiędzy płcią piękną. Umiała ona każdéj ze zgromadzonych coś powiedzieć, chwaliła zręcznie co było do pochwalenia i zawsze zostawiała po sobie miłe wrażenie.
Podeszła do Holzbergowéj, która siedząc obok synowéj podziwiała nietylko wspaniały salon ale i szereg równie wykwintnych pokoi. Zaczęła też rozmowę o sposobie, jakim Pifke dom swój urządził, i nie omieszkała dodać, iż dom państwa Holzbergów jest także bardzo piękny; to oczywiście wywołało na usta staréj kobiety najprzyjemniejszy uśmiech. Hartowa znała słabą stronę każdego i umiała w nią uderzyć; widząc też nachmurzoną minę Kätchen, usiadła obok niéj.
— Pani, jak zawsze, ślicznie ubrana i ślicznie wygląda.
Słowa te nie rozchmurzyły młodéj kobiety, tém bardziéj, iż dostrzegła na ręku sąsiadki ową podejrzaną bransoletkę.
— Och! — odpowiedziała opryskliwie — ja nie mogę tak się ubierać jak pani, ani tyle pieniędzy wydawać.
Pani Hart nie zauważyła tonu Kätchen, a nawet wzięła słowa jéj za komplement, bo spytała się z uśmiechem:
— A jakże miłe dzieciaczki: Änchen, Lischen i Luischen? Och! ta śliczna Luischen.
Właściwością pani Hart było, iż pamiętała imiona wszystkich dzieci i brała tém za serce ich mamy.
Tym razem jednak wymienienie trzech córeczek i pochwała najmłodszéj, nie wywarły na Kätchen zwykłego wrażenia.
— Co tam panią moje dzieci obchodzą — obruszyła się niegrzecznie, bo nie nauczyło ją wychowanie pokrywać swych wrażeń.
I to jednak nie zraziło pani Hart; zaczęła tak pilnie wychwalać Änchen, Lischen i Luischen, iż w końcu matka uśmiechnąć się musiała; przyszło jéj nawet na myśl, że może podejrzenia nie miały gruntownéj podstawy.
W téj chwili muzyka, ustawiona w bocznym pokoju, zagrała hucznie Wacht am Rein. Zatrzęsły się szyby pałacowe i serca uderzyły rozkosznie, a nawet niektórzy panowie nie mogli się powstrzymać od wtórowania głosem muzyce.
Pifke, świadomy zwyczajów światowych, wszedł do salonu, zbliżył się do kobiety zajmującéj według jego mniemania pierwsze stanowisko pomiędzy zgromadzonymi, podał jéj ramię i zawołał:
— Panowie, podajcie rękę damom!
Téj niezwykłéj komendy nie wszyscy usłuchali. Wilhelm Holzberg odebrał od ojca rozkaz podania ręki Kätchen, a Fritz prowadzenia panny Amalii.
— Proszę za mną! — odezwał się znowu Pifke.
I szedł naprzód ze swoją damą, przez salony, do tarasu, zkąd wschody prowadziły do ogrodu. Ogród zajaśniał nagle bengalskiemi ogniami. Od świateł aż łuna biła w niebo, można było rozpoznać na drodze tłum zebrany ze wszystkich stron miasta, ażeby podziwiać cuda milionera.
— To ci dopiero zrobili se frajdę — mówił jakiś blady wyrostek, otwierając szeroko oczy na gorejące światła.
— Jasno kieby w południe, aż się ślipia mrużą — dodał drugi.
— Możnaby szpilkę z ziemi zebrać — wtrąciła jedna z dziewcząt, patrzących gorączkowo na strojne kobiety.
— Ale! właśnie! oniby szpilkę porzucili — zaśmiał się chłopak; — nie miałabyś czém łachmana zaszpilić, gdybyś się na ich szpilkę oglądała.
— Przy nich nikt się nie pożywi; samiby prędzéj ze skóry odarli. Niech ich ta siarczyste pioruny trzasną! — wołał jakiś żebrak, zawieszony na kulach.
Słowa jego znalazły echo.
— A niech ich ta trzaśnie! tych szwabów! — powtórzył chór cały.
Na te przekleństwa podniosła głowę jakaś kobieta, która siedziała na kamieniu, wsparta plecami o pień topoli, i obejmowała rękoma jasne główki dwojga dzieciaków, złożone na jéj kolanach. Ubranie kobiety i chłopca składało się z samych łachmanów, tylko młodszą dziewczynkę przyodziała jakaś litościwa ręka w kaftanik dwa razy na nią zaduży, który nadawał jéj skurczonéj postaci potworne kształty.
Matka miała prawą rękę obwiniętą brudną szmatą, lewą przyciskała do kolan głowę syna. Rysy jéj były energiczne ale sterane, zżółkłe, jak gdyby ból, troska, głód, zapisały się na nich wyraźnemi zgłoskami. Z pod strzępów chustki, niedbale narzuconéj na głowę, wymykały się kosmyki siwiejących włosów i spadały na czoło, grubemi fałdami pokryte.
Na odgłos przekleństw rzucanych na Pifków, podniosła głowę dotąd spuszczoną i suche jéj oczy zamigotały iskrami; utkwiła je w ogród i okna gorejące; pierś jéj podniosła się zduszonym oddechem. Obejmowała długi czas osłupiałym wzrokiem dzieci, leżące na wilgotnéj ziemi, a potem przeniosła wzrok na pałac rozbrzmiewający dźwiękami muzyki, gwarem biesiadników, na pałac z którego kuchen rozchodziły się zapachy wyszukanych potraw; wreszcie, jakby wracając do świadomości, szepnęła:
— To sprawiedliwość, to sprawiedliwość... Żeby im się ten dach nad głową zawalił! żeby Bóg nie miał miłosierdzia nad nimi! jak oni go nie mają nademną.
I podniosła do góry skaleczoną rękę, jakby wzywała nią pomsty niebios.
— Wołajta! wołajta jak chceta Mateuszowa — mówił jeden z chłopców, który wdrapał się na mur i czepiając się sztachet zaglądał ciekawie w głąb ogrodu. — Choćby się dach zapadł, nic by im nie było; ot widzicie, wszyscy idą tą jasną aleją.
Rzeczywiście pomiędzy drzewami sunęły strojne suknie, w świetle chińskich latarń migotały kwiaty, pióra, wstążki, klejnoty, szeleściły jadwabie, słychać było wesołe mowy, śmiechy, wykrzykniki buńczuczne.
Gromada obdartych widzów cisnęła się do kraty, a chłopak, który dzięki gimnastycznym zdolnościom zdobył pierwsze miejsce, rozpowiadał głośno, co się działo w ogrodzie i oglądał się tryumfalnie na mniéj szczęśliwych od siebie widzów.
— Acha! i panna Jadwiga tu przyszła! — odezwał się, widząc przy sobie wysmukłą dziewczynę. — Dobrze choć popatrzeć, jak się to ludzie bawią.
Jadwiga nie była ciekawą ludzkiéj zabawy. Blada i znękana, chociaż ubranie miała świeże, nową chustkę i spódnicę, któremi zastąpiła łachmany, jakie miała na sobie, kiedy Rubinka ofiarowała jéj uprzejmie kredyt w swoim sklepie.
— Ho, ho, jaką to śliczności panią pan Pifke prowadzi! — wołał chłopak wskazując na gospodarza domu, który, odstąpiwszy panu Aurelemu swéj pierwszéj damy, szedł teraz niedaleko od kraty i rozmawiał pocichu z panią Hart.
Fritz, z rozkazu ojca, nie odstępował panny Amalii, chociaż, sądząc z wyrazu twarzy, nie bawiło go to wcale. Wyglądał w balowym stroju jeszcze niezgrabniéj niż w zwyczajnym żakiecie.
Stary Holzberg przykazał także synowi, ażeby zabawiał solenizantkę, ale tego już pomimo najlepszéj chęci syn wykonać nie umiał. Nie miał wprost wyobrażenia, coby on mógł obcéj pannie powiedzieć, tém więcéj, że panna Amalia nie ułatwiała mu tego zadania; gdy on na nią patrzył, ona uparcie spoglądała w gwiazdy, myśląc na przemian to o baronie Dumhaub, to o młodym doktorze, którego codzień prawie spotykała na ulicy lub widywała przez okno.
— Czemu nic nie mówisz? — szepnął groźnie Holzberg do syna.
Fritz podniósł na ojca wzrok pełen rozpaczy.
— Cóż ja mam mówić? — odparł równie cicho.
— Co?
Holzberg na miejscu syna byłby także zakłopotany, czuł się przecież w obowiązku wesprzeć go radą w takiéj ciężkiéj chwili.
— Mów o kwiatach, to stosowna dla panny rozmowa.
Rada nie okazała się przecież łatwą do wykonania. Fritz wodził błędnym wzrokiem po otaczającym go ogrodzie, nie mogąc pojąć, jaki wątek rozmowy z kwiatów poczerpnąć.
— Mówże! — wpadł mu znowu w ucho niecierpliwy głos ojca. A przytem zielone światło, zapalonego w téj chwili ben-