Strona:PL Morzkowska Wśród kąkolu.djvu/28

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Wychodząc z fabryki, spotkał opróżnione tragi, a jeden z niosących je opowiedział mu, iż młody doktor wziął w opiekę chorego i obiecał Gruszkowéj, że mąż jej będzie żył.
Frömlich podniósł głowę.
— Co? — zapytał, mierząc zgorszonym wzrokiem mówiącego.
Przywykł uważać się za wyrocznię i nie mógł pojąć, by kto jego nieomylność podawał w wątpliwość.
— A tak! — powtórzył jeden z fabrycznych stróżów, który odnosił Gruszkę — doktor powiedział do Gruszkowéj: Nie płaczcie kobieto, wasz mąż, da Bóg, żyć będzie; tak powiedział, proszę wielmożnego pana.
— Tak powiedział — mruknął Frömlich przez zaciśnięte zęby. — Werden mahl sehen. Głupi on jest i ty głupi, kiedy wierzysz.
W téj chwili z całego serca życzył natychmiastowéj śmierci robotnikowi, ażeby tym sposobem dowieść słuszności swéj dyagnozy.
— Ha! — odparł filozoficznie stróż — taki Gruszka oczy otworzył.
— Cóż ztąd! — zamknie je zaraz na dobre.
Rzuciwszy te słowa, tonem niecierpiącym oporu, szedł daléj ale szedł nachmurzony, gniewny, podnosząc do ust machinalnie laskę ze złotym monogramem, którą mu Pifke przywiózł kiedyś z zagranicy.
Myślał o tym intruzie, który śmiał przeczyć jego wyrokom, jego, Frömlicha, pierwszéj powagi lekarskiéj w mieście, domowego lekarza Pifków i wielu innych właścicieli fabryk tak bogatych, iż mogli wyrzucać pieniądze drzwiami i oknami. I przypomniał sobie młodego człowieka, którego mu przedstawiono przed kilku dniami w restauracyi. Ten przybysz nie podobał mu się od razu. Podobno przyjeżdżał z zagranicy, czas jakiś przebywał w Paryżu; w Paryżu zapewne nauczył się szarlataneryi, bo czegóż innego tam nauczyć się można?
Pan Frömlich wprawdzie studya swoje odbywał w Warszawie, ale przyjmując niemiecką końcówkę nazwiska, przyjął także niemieckie idee i stanowczo odmawiał francuzom wszelkiego głosu w postępie nauki. Przychodziło mu to tém łatwiéj, iż od skończenia uniwersytetu, z nauką i jéj postępami nie miał nic wspólnego. Prenumerował wprawdzie kilka niemieckich lekarskich czasopism, które ostentacyjnie leżały w jego gabinecie, jak „Über Land und Meer” w salonie. Rozkazywał nawet lokajowi przecinać ich kartki, ale gdzież on miał czas czytać! Musiał przecież pacyentów swoich odwiedzać, bo ci napełniali jego kasę, przytem bywał koleją zapraszany na obiady przez tychże pacyentów, a obiady, zwłaszcza u niektórych, bywały doskonałe. Wieczorami chodził na partyjkę także do pacyentów, boć po pracy dziennéj należał mu się odpoczynek, a potem spieszył do łóżka, by wrócić nazajutrz do tychże samych ważnych zatrudnień.
Obiadki i partyjki miały tę dobrą stronę, iż wzmacniały węzły zażyłości z osobistościami wpływowemi i czyniły położenie Frömlicha korzystném, przyjemném. On też wywdzięczał się za to jak mógł, nie omieszkał nigdy przepisywać swym pacyentom, a szczególniéj pacyentkom tych wód, do których jechać pragnęły. Jeśli zaś która z pań nudziła się w fabryczném mieście, on zaraz ordynował przepędzenie zimy we Włoszech, południowéj Francyi, lub tam, gdzie ludzie bogaci lubią trwonić pieniądze.
Lekarstwa starał się dawać w jaknajprzyjemniejszéj formie, a gdy przypadkiem zdarzała się ważniejsza choroba, nie chciał jéj brać na swoję odpowiedzialność i przywoływał doktóra Johana z Wrocławia. Ten zawsze chwalił niezmiernie doktora Frömlicha i nie pojmował, czemu posyłano po niego, mając taką znakomitość na miejscu.
Tym sposobem sława jego rosła i zaokrąglał się jego majątek, ale naturalnie w głowie nie przybywało nic. Ponieważ, według niego, zapełnienie głowy było sposobem tylko powiększania kasy, a ta powiększała się bez tego trudu, odrzucał zatem wszelkie naukowe manipulacye. Wszak i bez tego był uznany za pierwszą powagę lekarską miasta, a więcéj niczego nie pragnął.
Błogi spokój, jakiego używał, został naraz zmącony z powodu tego przybłędy, który mieszał się w nieswoje rzeczy i zapewne czatował na jego stanowisko.
Wobec nowego obrotu rzeczy rozmyślał, czy iść do rannego, czy też pominąć odebraną wiadomość pogardliwém milczeniem.
To ostatnie było zapewne rzeczą wygodną, odpowiednią powadze, ale nie zbyt bezpieczną. Nużby ten Krzesławski — Frömlich doskonale zapamiętał nazwisko usłyszane w restauracyi — rzeczywiście wyratował rannego? On, co prawda, nie badał go bardzo ściśle, bo był zły, że został zawezwanym właśnie w chwili, kiedy miał ujrzeć pannę Amalią, po jéj powrocie z pensyi. Wszystko to złożyło się fatalnie i Fromek byłby zaklął po polsku i posłał do wszystkich dyabłów awanturę w fabryce, gdyby go Frömlich nie powstrzymał. Zawahał się, pomyślał chwilę i postanowił pójść do Gruszki.
Ubrał twarz w zafrasowaną troskliwość i spojrzał na Krzesławskiego wyrazem takiego zdziwienia, jakby zapytywał, co on tu robi przy jego chorym? — iż młody lekarz uczuł się w obowiązku odpowiedzieć:
— Zdaje mi się, iż kiedy idzie o życie człowieka, każdy ma prawo nieść mu pomoc.
Ja, natürlich — odparł Frömlich — zbliżając się do łóżka, a potem zapytał po niemiecku:
— Jakże on tam? Płuca przebite, to rzecz niewątpliwa.
— Niewątpliwa — odparł Krzesławski.
— I cóż? — spytał — nie chcąc pierwszy wydać się ze swojém zdaniem.
— Stan bardzo groźny — odrzekł Krzesławski, domyśliwszy się taktyki.
Frömlich wzruszył ramionami.