Strona:PL Morzkowska Wśród kąkolu.djvu/58

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Pokój napełniony był wonią gotującéj się kapusty; Holzbergowa, z okularami na nosie, była bardzo zajęta jakąś misterną cerą, gdy synowa wpadła do niéj z listem w ręku. O téj godzinie wizyta synowéj była rzeczą niezwykłą; wiemy, że Kätchen była równie wzorową gospodynią jak matka, zajmowała się domem, kuchnią, dziećmi i nie miała zwyczaju oddawać rannych wizyt. Zresztą strój zaniedbany, rozogniona twarz i zapłakane oczy świadczyły, że zaszło w jéj życiu coś, co wytrąciło ją ze zwykłéj kolei.
Wpadła do pokoju i, wbrew zwyczajowi, zapominając o ciągłych swarach, rzuciła się teściowéj na szyję, niby dziecko rozżalone.
Herr Jesu! — zawołała Holzbergowa, usiłując pochwycić igłę, którą gwałtowny uścisk synowéj wytrącił jéj z ręki. — Co się tobie stało? czy broń Boże Anchen albo Lischen nie zachorowały?
Młoda kobieta zrobiła głową ruch przeczący a jednocześnie z jéj oczów puściły się znowu łzy rzęsiste.
— Och! jaka ja nieszczęśliwa — zawołała, opuszczając się na krzesło.
Holzbergowa spojrzała na nią ze zdumieniem.
— Ty nieszczęśliwa Kätchen! ty nieszczęśliwa! cóż znowu? Mąż zdrów, dzieci zdrowe, fabryka idzie dobrze, nic ci nie brakuje; to grzech narzekać.
Kätchen spojrzała na świekrę z wyrazem wyrzutu i powstrzymanego oburzenia.
— Doprawdy nic mi nie brakuje — powtórzyła — matka nie wie, że jestem najnieszczęśliwszą na świecie. Wilhelm mnie oszukuje i majątek marnotrawi.
— Wilhelm ciebie? Co ty wygadujesz!...
— Niech mama czyta sama.
I z tragicznym ruchem rzuciła jéj na kolana list bezimienny.
Holzbergowa poprawiła okulary, rozłożyła list i uważnie, powoli czytać go zaczęła, jak to czyni osoba do podobnych zajęć nie przywykła.
W miarę jak czytała, twarz jéj stawała się posępniejszą, występowały na nią wyraźnie znaki oburzenia, aż wreszcie skończyła list i złożyła go napowrót.
— Któż to pisze? — spytała z namysłem.
— Kto?
Kätchen nie zadała sobie dotąd tego pytania.
— Mniejsza o to kto — odparła po chwili — ale to pewnie, że pisze prawdę. Sama widziałam tę okrywkę, właśnie wtedy gdy Wilhelm wrócił z Wrocławia, a mnie przywiózł tylko parasolkę!
Samo wspomnienie tego faktu wywołało nerw spazmatyczny.
— I tę bransoletkę widziałam sama na wystawie Wurzla; przechodząc, przypatrywałam jéj się tyle razy, wydawała mi się prześliczna, miała szmaragdową gwiazdę z brylantem pośrodku. Sama pokazywałam ją Wilhelmowi, a potem... potem — powtarzała wśród łkań — zobaczyłam ją na ręku Hartowéj! Czy ja mogłam pomyśleć, że to mój własny mąż...
Narzekała w ten sposób, jakby okrywka i bransoletka stanowiły główny powód jéj rozpaczy; okoliczność ta i w oczach matki była winą także najwięcéj obciążającą Wilhelma.
— Może też takich drogich prezentów wymagał jego interes; — matka usprawiedliwiała syna.
— Ja czuję, że to nie interes ale on mnie zdradza; moje biedne serce mówiło mi to oddawna, a gdy zobaczyłam okrywkę, gdy zobaczyłam bransoletę, tak mnie coś ścisnęło w piersi, że o mało nie zemdlałam. Ale teraz ja jéj powiem!... téj niegodziwéj!...