Starosta warszawski/Tom III/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Starosta warszawski
Podtytuł Obrazy historyczne z XVIII wieku
Data wydania 1877
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Indeks stron


III.


Tegoż wieczoru u Peszla było tłumno i nasi dawni znajomi znowu w osobnéj izbie zamknięci siedzieli nad gąsiorkiem wina.
Podkomorzy Laskowski pan Zagłoba, Ocieski, Kostrzewa i Babiński, obsiedli stół, przyjąwszy do towarzystwa dwóch szlachty Powietników, panów Łukińskiego i Strabasza, odzywających się mało, ale popijających rzetelnie. Ci ichmość, którzy nie dla spraw politycznych, ale ze słoniną jeden a z jagłami drugi, przywlekli się do stolicy, uczyli się tu polityki, dotąd im prawie obcéj.
Laskowski, jak zawsze pragnący pokoju i zgody między panami chrześciańskimi, teraz wyglądał śmielszym i pewniejszym siebie — znalazłszy się o kogo oprzeć. Pierwsza autoritas w rzeczypospolitéj JMksiądz prymas Łubieński, był jego zdania i systemu... a że czasu bezkrólewia powaga jego była wielka — pan podkomorzy cieszył się tém, iż w prymasowskim pałacu nastąpi pacyfikacya!
Dla niego ks. Łubieński był wyrocznią i imię jego ciągle téż miał na ustach. Ze zdaniem zaś otwartém, tém szczerzéj się mógł tu ogłaszać, iż przyjaciele jego, własnego tak dalece nie mieli.
Ocieski tylko, który fantazyi Brühlów winien był i majątek i pokój domowy, jakimś osobliwym sposobem przyszedł do tego rezultatu — bardzo zresztą często się trafiającego — iż Brühlów nienawidził i znosić ich nie mógł. Kostrzewie Sasi, czy nasi byli obojętni, byle mógł z pszenicą iść do Gdańska. Babiński często dwa razy na dzień był zupełnie przeciwnego zdania i wcale się tém nie martwił. Mąż był uczuciowy i słuchał popędów. Co się tycze Zagłoby, tego najlepsi jego przyjaciele nie rozumieli. Żartował bowiem ze wszystkiego co się wyszydzić dało, i mało na czém i na kim poczciwą nitkę zostawił.
Właśnie był podkomorzy Laskowski wyłożył obszernie swą ideę pojednania, posłannictwo to przyznając prymasowi i uznając je możliwém, gdy Zagłoba dopił lampki postawił ją na stole, otarł wąsy i rzekł:
— Jest przysłowie: chłop strzela, Pan Bóg kule nosi — a tycze się to bodaj nie samych chamów, ale i innych istot dwunożnych.
— Do czegóż to przepijasz? — zapytał Laskowski.
— Nic — tak sobie... przypominam przysłowie, a lękam się, aby na prymasie się nie ziściło — chociaż mu chłopstwa nie zadaję, quod Deus avertat, jak familia Brühlowi.
— Acan dobrodziéj wiesz — huknął Ocieski — że owo to szlachectwo swe mniemane szołdry, te mnie były winne... I ślicznie się z niém wykierowali...
— Wiem wszystko, nawet jak acanu dobrodziejowi zapłacili za jego powolność — rzekł skarbnik — w czém grzechu nie ma, bo beatus qui tenet...
— Ale oni mnie zgubili na czysto! — krzyknął Ocieski. — Co oni mi dali? Mizeryą, mogli daleko więcéj... jak Boga kocham... I co się stało? — Człek zaraz fantazyi nabrał, dziecisków przybyło, czterema końmi się jeździć zaczęło, i w domu już Tadeusza śpiewamy. Gdyby nie oni, łajdaki, byłbym się majątku dorobił.
— Masz acińdziéj racyę — rzekł, uśmiechając się skarbnik — niegodziwi ludzie, a acindziéj padłeś ofiarą.
Ocieski spojrzał niedowierzająco na mówiącego, czy nie szydzi; lecz twarz starego Zagłoby, gdy najmocniéj drwił, największą się przyoblekała powagą. Kostrzewa się rozśmiał tylko i to mu służyło za dobry pretekst do dokończenia kieliszka, który zaraz podkomorzemu przysunął, bo lubił chodzić koło szkła czysto.
Babiński łysinę pogładził.
— Nie ma tedy najmniejszéj wątpliwości — ciągnął daléj skarbnik — iż się wszyscy pogodzą, pocałują, uściskają, a my tę sprawę zapijemy... Ale, mój podkomorzy — dodał — objaśnijże mnie, w takim razie, kto tu nam królować będzie? Ja, wyznaję ci, ciemny jestem. Widzę dokoła kandydatów do téj korony, którą gdyby mi dawano, jabym cierniową wolał — tylu, tylu, że — choć na węzełki ciągnąć.
— A ja jednego kandydata rozumiem — zamknął Laskowski — to najjaśniejszego kurfirsta... Prymas także będzie za nim.
— Kaleka — rzekł skarbnik — ale mniejsza o to, żonę ma mieć fertyczną, a u nas w Rzeczypospolitéj, gdy po domach podwika rządzi, czemuby i na tronie nie miała? Kto z nas mości panowie, nie pod pantoflem?..
Rozśmieli się wszyscy, a że byli podochoceni, chórem się ozwali:
— Jak Bóg miły, ma słuszność!
— Zatém wiwat królowa... i młodzieży naszéj będzie się z nią dobrze działo — dodał skarbnik — bo przybywający z Saksonii dworzanin ks. biskupa krakowskiego, Burba mówił mi, iż kenwersacye z młodzieżą dobrze wychowaną na osobności lubi. Jest tam kunsztmistrz fryzyjer na dworze, który ją czasem fryzuje.
Laskowski przerwał oburzony.
— Ale cóż bo znowu prawisz! panie skarbniku! horrendum, stary człek poważny.
— No, to nie fryzuje, nie fryzuje... kłamstwo jako żywo — poprawił się Zagłoba. — Tandem, gdybyśmy pod te czasy, gdy się ma ku sejmowi konwokacyjnemu, a daléj i elekcya za pasem, przeszli sobie, dla odświeżenia pamięci, ilu mamy królików, coby królami być chcieli? Juścić to rzecz ciekawa. Waćpanowie wiecie, gdy raz na żart, wśród pola elekcyjnego Polanowskiego okrzyknięto, po dziś dzień Polanowscy się tém szczycą, więc dla potomności zliczmy sobie naszych kandydatów.
— Primo — wtrącił Ocieski — nie ma bliższego korony nad hetmana.
— Pewnie — odparł skarbnik — już przez to samo, że całe wojsko ma w ręku; tylko, że to nie pretoryanie, mości panie. Hetman powaga wielka, i lata słuszne, długo panować nie będzie... więc nowa elekcyjka i szlachta się rozrusza, przejedzie, zażyje świeżego powietrza, spleśniałych talarów ruszy...
— E! e! — krzyknął Ocieski — pan skarbnik drwisz, a gdy oto właśnie hetman jechał z Białegostoku do Warszawy, trzeba było, żebyście byli widzieli i słyszeli, jak go szlachta po drodze witała, przyjmowała, niemal zawczasu w nim czcząc głowę koronowaną... A wjazd jego do Warszawy? widzieliście?
— Nie — rzekł skarbnik — którędyż wjeżdżał? z przodu, czy z tyłu?
— Przez Pragę! całe miasto się wyroiło na spotkanie, okrzykiwano go jak zbawcę! I niech mi ks. prymas daruje, jeśli kto się dla zgody kwalifikuje, to on.
— A tak... trzyma z Potockimi i Radziwiłłami, to wiadomo, a przez żonę spokrewniony z familią.
— To prawda — rzekł Laskowski.
— No i przez Mokronowskiego z żoną — rzekł skarbnik.
— Jak to? — zapytał Ocieski.
— Cóżem powiedział? tfu! — poprawił się Zagłoba, lapsus linguae, mów daléj.
Ale Ocieski urwał i zapił.
— A no, przecie i ks. kanclerz, wtrącił Babiński, to téż kandydat.
— Nie tylko on, gdyby na upartego chcieć, dałby się zgwałcić do korony i wojewoda ruski, tylko leniwy, więc gotów ks. Adama na swe miejsce postawić. Drudzy mówią, że i ten woli z gołą głową chodzić, niż w ciężkiéj obręczy, boć asanowie wiecie, że Chrobrego korona nic innego nad obręcz złotą była. Zatém Familia możeby już i siostrzeńcem nas zaspokoiła. Pan młody, piękny, król dla kobiet tak doskonały, jak kurfirstowa byłaby dla paniczów. Mówi dziesięciu językami; włosy ma śliczne, rękę cudną, wymowę poruszającą. A że młody, jakbyśmy my szlachta wzięli go na edukacyę — jedno z dwojga, albobyśmy z niego zrobili co się zowie króla, alboby chyba nic nie był wart.
Zaczęto się śmiać. Ten ostatni kandydat wydawał się owocem żartu pana skarbnika.
Laskowski słuchał nachmurzony.
— Dałbyś bo pokój, mój Zagłobo — bo aż uszy więdną.
— Któż co niedokończonego porzuca? — odparł poważnie skarbnik — ani gąsiorka nie godzi się niedopitego zostawić, ani listy kandydatów... Czyż naprzykład milczeniem godzi się pokryć takiego pana jak książe Ogiński, który gra na flecie, muzyki komponuje, maluje ślicznie, śpiewa jak kanarek i piękny być ma, gdyby adonis. A toć to szczęście by było mieć na tronie flecistę, używalibyśmy darmo, za co inni drogo płacą. Grałby dla swych poddanych gratis a poczekawszy, i na swoich poddanych.
Wszyscy się śmiać poczęli. Zagłoba się namarszczył i był poważniejszy niż kiedy.
— Waćpanom śmiech — a to rzeczy seryo — dodał — dobrze mieć panem muzyka, z taktem będzie rządził.
— Czy już acińdziéj skończyłeś? — zapytał Laskowski — któremu ta lustracya kandydatów nie przypadała do smaku.
— Jeszcze nie — rzekł Zagłoba — nie mogę pominąć pana wojewody kijowskiego Potockiego, o którym gadka chodzi, że mu się téż zachciewa złotego stołka. Co się tego tycze, jabym go sobie nie życzył. Słyszę w skórę bije bez ceremonji, a jeżeli dziś prosty szlachcic używa tego środka dla uspokojenia umysłów, cóżby to było — gdyby się ubrał w płaszcz z gronostajami? My starzy, cośmy do tego nie przywykli, bylibyśmy w przykrém położeniu. Cóż dopiero, gdy człek pomyśli, że to jedna krew ze starostą kaniowskim, który do żydów strzelał jak do zwierzyny? Jakby go wielkim łowczym zrobił, wybiłby nam wszystkich Szmulów, a szlachcie bez faktorów i arendarzy się obejść gorzéj niż bez koszuli
Znowu się rozśmieli wszyscy, tylko Laskowski ruszał wąsami.
— U waćpana wszystko żarty — rzekł.
— A w żartach zawsze połowa prawdy — odparł skarbnik — dla tego całéj nie mogąc powiedzieć, pod te czasy bezkrólewia i sądów kapturowych, wolę choć połowę.
— Ale lista wyczerpana — przerwał Laskowski — a gąsiorek na pół pełny.
— Damy radę obojgu — rzekł żywo skarbnik — chociaż ażeby lista wyczerpaną być miała — nego. Jest jeszcze jeden kandydat... chociaż daleko ztąd... nad Newą, a zowie się Gurowski[1]. Mówią, że za nim potężne głosy przemawiają.
— Cóż to jest? kto? co? przerwano, nikt o tém nie słyszał!
— Sekret — rzekł Zagłoba. — Mówią, że tak koziełki przewraca, iż z nim nikt iść w zapasy nie może... Tego talentu téż lekce sobie ważyć nie można. Zda się.
Laskowski wstał oburzony.
— Jak mi Bóg miły! — zawołał — cierpliwości braknie... Zagłobo! serce moje — mówmy seryo... Toć nie czas do baraszkowania. Umysły ku zgodzie prowadzić, nakłaniać do opamiętania zwaśnionych, to dziś święty obowiązek.
— Kochany podkomorzy — wtrącił niepoprawny szyderca — to wasza missya; moja zaś, pod te ciężkie czasy, gdy każdy z nas coś ma na wątrobie starać się choć trochę smutek przerwać i z żółci oswobodzić.
— Wszystko na prymasie — odezwał się już nie odpowiadając podkomorzy — tam się oczy nasze zwracać powinny, tam nadzieje.
— Zatem wiwat... prorex! — zawołał Zagłoba — i koniec.
Wypił Laskowski, gdy się drzwi ostrożnie, powoli uchyliły, i znana fizys o trzech podbródkach pana mostowniczego Żudry w nich się ukazała. — Przypatrzył się wprzód zgromadzonym, a nie widząc pomiędzy nimi nikogo sobie wstrętliwego, wtoczył się witając, ręce podając, śmiejąc się, w bardzo miłym humorze. Postawiono mu lampkę, ale on sam chłopca zawołał i wino podawać kazał.
— Znowuśmy tedy wszyscy tu razem — rzekł — ale pono tą razą inaczéj niż przeszłą. Na przeszłorocznym sejmie, chocieśmy się gracko trzymali... Niemcy nas przez kij przesadzili, wziąwszy w pomoc przecherów; teraz co innego się święci i zagramy noviter repertis, po tebinkach ichmościom.
— A najlepiéj, żebyśmy nie grając, nie odegrywając się, podali sobie ręce do zgody i myśleli mniéj o sobie, a więcéj o Rzeczypospolitéj — rzekł zaraz Laskowski.
— To mi się trudno widzi — po chwili zawołał Żudra. — My będziemy mieli siłę i przewagę, nie może być, ażebyśmy jéj nie użyli.
— Przeciw komu? — spytał Laskowski — niemców nie ma.
— Ale potomstwo zostało — mruknął Żudra — tandem, mówmy może lepiéj o czém inném?
— Masz acindziéj słuszność — potwierdził skarbnik. — Jakże tam u was kopa wydaje?
— Gdzie? — u nas? — spytał Żudra — na piaskach to wiadomo, żyto omłotne, ale kop mało, a gdzie ziemia czarna, słomy dużo, ziarna mało.
— Zawsze i to dobrze, że się macie na czém wyspać — rzekł skarbnik.
Śmiano się znowu i wina przyniesiono, a ponalewano lampki.
— Gdyby Szymanowski się tu jeszcze zjawił — rzekł Żudra — toby mi przypomniało się spotkanie przeszłoroczne w téj izbie.
— Czyście się aspanowie potém rozprawiali? bo nie wiem — mówił Laskowski — a mam was w podejrzeniu.
— A jakże — odparł Żudra — musieliśmy nazajutrz za wolą królewską, trochę się pociupać. Nie stało się nic strasznego, jam Szymanowskiemu kontusz przedziurawił, on mnie czapkę — krawcy na tém zyskali.
Machnął ręką.
— Teraz po zerwaniu sejmu, na nowém wójtowstwie gospodarując, wątpię, by miał czas i ochotę do Warszawy. Zmieniły się téż okoliczności... Nieboszczyka Brühla nie stało, wójtowstw nie ma dawać komu, ani dukatów — po co do Warszawy jechać?
Zmilczeli wszyscy.
— Jeszczem się nigdy tak nie uznoił, jak na tym sejmie — mówił Żudra. — Łaska boża, iż płuca wytrzymały nogi i żołądek. Com się nakrzyczał, co nalatał, a com wypić musiał, dziś mi się bajeczném wydaje... Zerwali sejm, prawda, aleśmy się im nie dali.
— A oni wam — dodał Zagłoba powoli. — Nie można powiedzieć, przykładnie obie strony się znajdowały... obroniły swój honor, choć honor kraju djabli wzięli.
— A kto winien? — podchwycił Żudra — nie my.
— I nie wy i nie oni — pośpieszył z odpowiedzią skarbnik — winien los, który zawsze figle płata. Ludzie biedni Bogu tylko ducha winni, a gdy im fatum, jak koniowi żyd na jarmarku, żeby ogona zadzierał, pieprzu podsadzi, co za dziw, że brykają.
— Teraz my górą — nie odpowiadając począł Żudra — a że tam pan hetman przyprowadzi jakie parę tysiączków, a książę Radziwiłł jaki tysiąc, a choćby kijowski wojewoda drugie tyle — furda! mości panie... przemożemy.
— Tak, cudzoziemskim autoramentem — dodał Zagłoba — i to wielka zasługa i polityka doskonała, cudzemi rękami żar zagrzebiecie. Zrobi się co niedobrego — winni obcy... a stanie się co dobrego, zasługa wasza, bo któż ich zaprosił? Nie darmo stary książę kanclerz za największego polityka uchodzi. Centum laudes.
Zmięszał się Żudra nieco, i zamilkł, a skarbnik daléj chwalił.
— Ja w rozum Familii wierzę jak w ewangelię, gdyby go nie mieli, czyżby przyszli z kniaziów małych do takiéj fortuny i znaczenia. I to coś znaczy. Wszystko w rękach ich rośnie.
Popatrzał mostowniczy, i jak przed chwilą Ocieski sam nie wiedział znowu, czy Zagłoba żartował, czy chwalił w istocie... Zamilkł więc... Z nim się zadzierać i rąbać nie było sposobu: nimby do czego przyszło, językiem by zawsze pobił.
— Mówiono mi — odezwał się Żudra popiwszy — iż młodzi Brühlowie, którym daliśmy krzyżyk na drogę, sądząc, że nie powrócą, podobno dziś nazad do nas przyjechali... Sprowadził snadź zięcia pan wojewoda — ano mi nieboraka żal... bo mu tu goręcéj być może niż na sejmie... Tam się już z gołemi widział szablami, gdzie żelaza nie zwykliśmy dobywać, może się teraz nietylko widzieć z niemi, ale i powąchać ich... bo się one kapturów nie zlękną, jak się sali sejmowéj nie bały... Ho! ho! Nie chciałbym być w jego skórze.
— Ani ja — dodał Zagłoba — skóra niemiecka a szlachcic polski, jak to mu tam siedzieć być musi niewygodnie.
— Wietrzeje mu ono szlachectwo! — dodał Żudra, stukając szklanką o stół — za to ręczę... śladu go nie zostanie kędy było.
— Oprócz na tym nieszczęśliwym Ocieskim — odezwał się z politowaniem skarbnik — bo tego nieboraka ono szlachectwo zgubiło.
Żudra się obejrzał.
— A juścić! — potwierdził zagadniony — święta prawda, któréj się nie zaprę. Oszukali mnie niemcy, bzdurstwem gębę zatknąwszy; dla tego im to na dobre nie wyszło... Człek za życia ministra milczał — praepotentia, co robić było?.. a teraz, na dobry ład, godziłoby się im proces wytoczyć.
— Szczególniéj o przyrost familii — dodał Zagłoba — niechby ją choć wyposażyli...
Zaczęli się uśmiechać Babiński i Kostrzewa. Ocieski już ręką wywinąwszy w powietrzu, więcéj się nie odzywał...
Pora też była do domu i musiano śpieszyć się z wysączeniem gąsiorka, bo w późniejszéj porze, mimo straży marszałkowskich i starościńskich w ulicach, nie bardzo było bezpiecznie. Wszyscy panowie, którzy z dworami przybyli do Warszawy, ze sługami, czeladzią i wszelkiego rodzaju ciurami, naprowadzili tu rozmaitego ludu... skłonnego do burd i awantur. Listopadowe noce bywają ciemne, miasto nie było oświecone, chłopcy z latarkami dla wszystkich nie starczyli. Podkomorzy Laskowski ujął Zagłobę pod rękę, choć do niego miał żal wielki za tak lekkomyślne traktowanie spraw publicznych — i miał pono zamiar uczynić mu za to we cztery oczy wymówkę... Wyszli więc, rozpłaciwszy się z winiarni, a znalazłszy szczęściem chłopaka z łojówką w latarence, kazali się na Podwale prowadzić.
Około zamku i w głównych ulicach ruch jeszcze był wielki, konnych zwłaszcza mnóztwo, każdy zbrojny, a ci co po kilku jechali, w głos rozmawiali, śmieli się i nawoływali.
Szli tedy bezpieczni, że wśród tak ożywionéj części miasta nic im się nie stanie i szabel dobywać nie przyjdzie... gdy z boku około Panny Maryi okrutną posłyszeli wrzawę.
Wszyscy przechodnie i przejeżdżający postawali, aby się temu przysłuchać... Głosy się szeroko rozlegały.
— Rozsiekać tego niemieckiego sługę! rozsiekać!
— Cóż to ulica nie wszystkim wolna? — wołał głos drugi...
— Czemu z drogi nie ustępujesz?
— A wy dla czego macie tu prym trzymać?...
— Znamy cię kawalerze!
Hałasowano tak, aż i szczęk szabli dał się słyszeć i na raz umilkło — snadź się wzięli do rzeczy.
Laskowski, choć nierad był mieszać się do spraw cudzych i wdawać w burdy uliczne, poczuł w sobie krew szlachecką, szabelka mu zaświerzbiała, sam nie wiedział jak jéj dobył, i z Zagłobą razem polecieli na odsiecz...
Nim dobiegli, już się tu na dobre rozprawa zaczęła... Mężczyzna na koniu siedzący, do muru przyparty, bardzo raźno krzyżową sztuką odbijał się jak mógł trzem razem następującym nań także konnym ichmościom, którzy oskoczywszy naciskali. Na ten hałas powybiegali ludzie ze światłem z bliskich domów, ale się tylko przypatrywali nie mieszając do niczego...
Młody człowiek, którego napadnięto, bronił się bardzo dzielnie, jednego już płatnął po uchu tak, że zalawszy się krwią ustąpić musiał... i chustą sobie, klnąc i łając, ranę naciskał; dwaj drudzy tém zajadléj napadali na niego... gdy Laskowski dobiegł z impetem i krzyknął:
— A cóż to się dzieje! w kilku na jednego! a toć to rozbój na gładkiéj drodze!...
Ale nie posłuchano... W téj chwili broniący się dostał cięcie w rękę z jednéj, w głowę z drugiéj strony, zachwiał się i z konia padł na ziemię, a szkapa wyrwawszy się skoczyła wierzgając. Napastnicy zaś zobaczywszy co się dzieje, natychmiast pierzchnęli, tak, że podkomorzy miał ledwie czas ich kokardy zobaczyć i po nich poznać kolory i służbę Familii.
Wnet z Zagłobą razem i chłopcem, co im świecił, zbliżyli się do leżącego na ziemi, który z powodu uderzenia w głowę, chwilowo ogłuszony i bezprzytomny leżał.
Był to piękny, silny młodzieniec, na którego twarzy malował się gniew i oburzenie... Podniesiono mu zbroczoną głowę... i poczęto go do życia przywracać... nie wiedząc co z nim począć, gdy od zamku ukazała się kareta pańska z pochodniami, którą Laskowski zatrzymał...
— Na miłość Boga, pomóżcie nam ratować, czy przenieść tego oto biedaka, którego trzech sług zielono-czerwono-białych napadło i porąbało...
Po liberyi poznał Laskowski powóz generała Brühla — jakoż on to jechał, i wyskoczył zaraz z karety, biegnąc na miejsce... W téj chwili ranny oczy otwierał... Był to Godziemba... sekretarz generała... tém więc skwapliwiéj wzięto się do ratowania go.
Oprzytomniał wkrótce... a rana w rękę była daleko niebezpieczniejsza od uderzenia w głowę.
— Co się to z waćpanem stało? — krzyknął Brühl — niezwykłeś zwady szukać...
— Anim ją wywołał! spokojnie jechałem, gdy mi, poznawszy mnie zapewne, Familii słudzy drogę zaskoczyli...
— Infamisy! — rzekł Brühl.
— I gdyby nie ci panowie, byliby mnie pewno leżącego dobili — dodał Godziemba...
— Możemy się teraz co chwila podobnych wypadków spodziewać... — szepnął generał — a najwięcéj na nie wystawieni będą ci, co mają nieszczęście ze mną trzymać lub mi być przyjaźni...
Zaczął potém dziękować Laskowskiemu i Zagłobie, a naprędce obandażowawszy sam rany Godziemby, do karety mu wsiąść dopomógł i odwiózł do pałacu Saskiego.
Zaledwie powóz się zatoczył do bramy i po domu rozeszła się wieść, że Godziembę rannego mocno przywieziono, pokojówka pobiegła o tém pani Dumont oznajmić, a Francuzka mocno przejęta, nie miała nic pilniejszego nad to, aby natychmiast lecieć do hrabiny.
Szczęściem jeszcze, że ją samą jedną zastała... Z załamanemi rękoma, bez tchu wbiegła do jéj pokoju, rzucając się na kanapę. Dosyć już było téj mimiki, ażeby biedną i chorą panię generałową przerazić... Stanęła nad przyjaciółką nie śmiejąc nawet pytać, co się tam stało? i drżąc wcześnie na wiadomość, którą otrzymać miała. Dumont płakała i za serce się trzymała, nierychło zdobywszy się na głos słaby, którym oznajmiła o nieszczęściu okropném, nie mówiąc czém ono było...
Nieroztropna Francuzka zaczęła od zaklęć, aby się hrabina starała panować nad sobą, aby nie dała żalowi wziąć góry...
W ten sposób przygotowując hrabinę, któréj wszelkie, najstraszniejsze ewentualności przez ten czas przechodziły przez głowę, o mało jéj o omdlenie nie przyprawiła. W ostatku na ucho jéj powiedziała dopiero, że Godziembę silnie rannego przywiózł hrabia do domu...
— Zabity? — spytała z energią rozpaczliwą Brühlowa.
— Ale nie... ranny... w rękę i głowę...
Po chwili namysłu hrabina nie słuchając już Dumont, otworzyła drzwi i wprost poszła do męża zapytać, co się stało? Był to krok wprawdzie dający do myślenia, ale Godziemba był jéj sekretarzem od niejakiego czasu... miała prawo się nim interesować.
Blada i drżąca zapukała do gabinetu, siląc się aby okazać chłodną... Brühl wyszedł sam do drzwi.
Zmieszana trochę hrabina, oświadczyła mu, że Dumont jéj przyniosła wiadomość o Godziembie. Generał chodził jeszcze gniewny... Zdziwił się nieco tą oznaką uczucia u żony, ale nie wziął jéj tego za złe...
— W istocie Godziemba ranny, — rzekł — ale felczer powiada, że rany nie są niebezpieczne... Jest to oznajmienie i przestroga dla nas, abyśmy się lepiéj strzegli... Dziękuję hrabinie za mojego Godziembę, — dodał — chłopak to godny współczucia i szacunku... Ale, proszę być spokojną, że ja nad nim czuwać będę... bo go kocham...
Odeszła ode drzwi milcząca hrabina, wróciła do siebie blada, ze łzami w oczach, i uklękła modlić się na intencyą — rannego.
Dumont, gdy zbiegłszy na dół i dotarłszy sama do felczerów, przekonała się, że w istocie nie było niebezpieczeństwa, wróciła zamyślona mocno na górę...
— Kto to wie? — dumała cała zaprzątnięta tém zawsze, że się te dwie kochające istoty zbliżyć do siebie nie mogły, — kto to wie? może choroba, która ją skłoniła do tego śmiałego kroku, nareszcie doda odwagi, czułości i... zbliży ich dla szczęścia, którego się tak nieboraczęta lękają! Może wypadek ten wyjść na dobre obojgu...
Dumont to jedno mając w myśli, gotowa już była błogosławić tych co Godziembę posiekali. Uczyniła wcześnie plan pewny... odwiedzin chorego; osnuła na tém cały romans francuzki, znając jak mężczyznie do twarzy jest ręka na temblaku... nie obrachowała tylko ani uczciwości pana Tadeusza, ani religijnych zasad hrabiny, która czytywała romanse z zajęciem, po książkach nabożnych, ale heroiną występną i nieszczęśliwą wcale być nie myślała. Dumont żałowała zawsze, że do tak niewdzięcznych i zimnych istot się przywiązała.






Przypisy

  1. Historyczne.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.