Starosta warszawski/Tom III/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Starosta warszawski
Podtytuł Obrazy historyczne z XVIII wieku
Data wydania 1877
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Indeks stron


II.


W kwietniu 1763 roku, opuścił król August III. Warszawę, i ostatniego tego miesiąca stanął w opustoszoném Dreznie. Dnia 1. maja po wszystkich kościołach stolicy, przy biciu z dział i dzwonach, odśpiewano Te Deum, a dnia 3. t. m. przywiezione napowrót z Königsteinu celniejsze obrazy swéj galeryi, te najdroższe klejnoty. Sykstynę swą, Tycyana, grosz Cezara, Magdalenę Corregia, Noc sławną oglądał znów rozmiłowany król, oczyma załzawionemi.
W teatrze były pustki jeszcze... czuć w nim było stęchliznę pruskich magazynów... dekoracye spłowiały, artyści się rozbiegli, muzykę zbierać musiano. Król tęskno, smutnie, nieśmiało pytał codzień Brühla, kiedy usłyszy znowu słowicze głosy swoich śpiewaczek. Trzy całe długie miesiące czekać było potrzeba na tę chwilę upragnioną aż dnia 3-go sierpnia, w dzień imienin króla i uroczystości ustanowienia orderu Orła, otwarły się drzwi długo zamknięte, król wszedł do loży znowu, zagrano mu Hassego Siroë... Odtąd powtarzała się ona, aż dopóki nie przygotowano Talestris, regina delle Amazoni. Była to opera, którą serce ojcowskie mogło się radować, bo jéj libretto i muzykę zarazem utworzyła utalentowana wielce synowa króla, a aktorami była królewska rodzina. Talestris samą grała Marya Antonina.
Po Talestris, miała na urodziny sześćdziesiąte siódme króla daną być opera Leucippo... gdy znużony życiem, znękany bezczynnością, król August III. nagle, u stołu, na dwa dni przed tym dniem, dnia 5go października rozstał się ze światem, z Saksonią, z Brühlem, z galeryą swą i operą.
Łatwo było przewidzieć, że śmierć króla zakończy to panowanie Brühla — którego kresu wszyscy tak niecierpliwie oczekiwali. Minister czuł już swój upadek... i po smierci pana zachorował. Kurfirst następca odjął mu natychmiast wszystkie jego dostojeństwa i urzędy.
Generał artylleryi zaraz po śmierci króla przybył do Drezna i pozostał przy ojcu razem z braćmi. Rzeczpospolita tymczasem przeszła niemal cała pod władzę i kierunek familii, która słabością króla i Brühla sił nabrała. Wojska obce kraj zalewały. Stronnictwo Radziwiłłów i Potockich, silne szablami, nie miało głowy, coby je umiała prowadzić. Przyspasabiała się już konfederacya zamierzająca z tronu zrzucić Augusta III. gdy Opatrzność oczy mu zamknęła. W chwili jego zgonu, stronnictwo dworskie, mimo hetmana Branickiego, potęgi Radziwiłła, zbiorowych sił trzydziestu Potockich z wojewodą kijowskim na czele, mimo Sołtyka, mimo wszystkich swych adherentów, widomie słabsze było niż obóz przeciwny. Już to samo czyniło je takiém, że między dowódzcami kilku liczyło pretendentów do korony, — dość silnych, by jéj pożądać, za słabych, aby ją otrzymać.
W chwili gdy wieść o śmierci króla nadeszła do kraju, sprawa trybunału wileńskiego, którym owładnął Radziwiłł, trzymała wojsko nadworne wojewody na stopie wojny i wszystkie siły familii przeciwko niemu zgromadzone. Lękano się wybuchu, zaledwie powstrzymanego staraniem Branickiego i Mokronowskiego. Rozdrażnienie partyj walczących z sobą o lepszą, rozbicie na obozy nieprzejednane, kazało się obawiać w czasie bezkrólewia największych klęsk — najstraszniejszego zamięszania, na które i obcy obojętnie patrzeć nie mogli.
Młody Brühl, którego położenie w kraju przyswojonym mogło być nadzwyczaj trudne — przebył u łoża ojca chwile przesilenia. Minister odprawiony przez kurfirsta... otoczony dziećmi, na lepszy świat przygotowany przez protestanckiego duchownego (bo się to działo w Saksonii) — zmarł, spełniwszy za zdrowie swych przyjaciół kieliszek starego węgierskiego wina.
Rodzinie jego pozostawał spadek ogromny, ale razem z nim ciężary niezmierne, odpowiedzialność moralna za długie rządów lata, odsłonienie niezliczonych tajemnic dotąd zakrytych, otwarcie tysiąca ust, które na zamknięcie trumny oczekiwały.
W Saksonii zasekwestrowano Brühlom majątek cały po ojcu; w Rzeczypospolitéj wrócono do zarzutu nieszlachectwa i zabierano się obu braciom urzędy, starostwa, dygnitarstwa, dowództwa odbierać. Szczęściem przez poszanowanie dla pamięci zmarłego króla, sekwestr wprędce zniesiono w Saksonii — choć w Polsce uzyskana siła nowa przez familię odzierała generała z tytułów i posiadłości.
W październiku zmarł król na początku, w końcu jego Brühl zamknął oczy, wszystkie klęski sypały się razem — ale stałego umysłu pana generała nic zachwiać nie mogło. Tam, gdzie mu największe zdawało się grozić niebezpieczeństwo, postanowił wrócić dobrowolnie, aby mu stawić czoło. On i brat jego cześnik w listopadzie wybrali się do Warszawy, gdzie sama jedna, otoczona niechętnymi, ale spokojna i niemal obojętna, modliła się i szyła ornaty hrabina Brühlowa.
Dom jéj stałby był może pustkami, gdyby nie wielki napływ do stolicy wszystkich Potockich, którzy wespół z panem wojewodą kijowskim niezmiernie byli czynni. Przewaga Familii, która po kraju jednała sobie stronników, siłę czerpiąc po za granicami jego, zmuszała Radziwiłłów, hetmana i Potockich do pilnego czuwania nad sobą. Dom więc pani generałowéj stał się, mimo jéj woli i chęci, miejscem schadzek i narad, które się tu nieustannie odbywały. Z Krystynopola szły listy, posłańcy, polecenia, nie dające odpoczynku... Z posłuszeństwem dziecięcia generałowa zlecenia spełniała, choć do wszystkich tych spraw serce jéj nie przywiązywało wagi.
W tém jedném może zgadzali się z sobą małżonkowie, iż dla obojga ambicya była obcą. Generał artylleryi miał tę jedną, iż chciał być użytecznym człowiekiem, cenił środki, jakie mu los ku temu dał w ręce... ale, gdyby ten sam los z życia publicznego go wytrącił, skazał na spoczynek domowy i zabawianie się ciche książkami, sztuką, w kółku ludzi wybranych, nic a nic nie czułby się nieszczęśliwszym.
Pod tym względem młody Brühl więcéj miał charakteru ojca chrzestnego, Augusta III, aniżeli rodzonego... Płakał on po nim, bo stary Brühl dobrym był dla swych dzieci i czuwał nad zapewnieniem ich losu, lecz czuł się teraz swobodniejszym, nie będąc zmuszonym stawać się ofiarą rachub i intryg, których korzyści nie rozumiał. Łacno mu było przewidzieć, iż w Rzeczypospolitéj z trudnością się potrafi utrzymać na swém stanowisku; — nie obchodziło go to wiele — patrzał z rezygnacyą, okiem spokojném na przyszłość.
W Warszawie, w pałacu Saskim, do którego na zimę przeniosła rezydencyę pani generałowa, część gwardyi jeszcze zajmowała stanowisko i straże, służba króla pozostała jak dawniéj — Brühl miał pozwolenie zostać pod opieką obu. Na dni kilka przed przybyciem jego nadbiegł kuryer z Drezna, oznajmujący o generale i bracie jego. Nowinę tę hrabina przyjęła ze zwykłym sobie chłodem i rezygnacyą. Jéj tu tak jakoś było dobrze, spokojnie saméj jednéj, pomiędzy kościołem, nabożeństwem a uprzejmą służbą pana sekretarza Godziemby i przyjacielską troskliwością staréj Dumont, iż przybycie męża chyba zatrwożyć mogło, aby tego szczęśliwego nie zakłóciło spokoju.
Francuzka, pomimo całéj swéj gorliwości w zbliżaniu tych serc kochających, które pragnęła połączyć; nie potrafiła jednak ani o krok daléj posunąć tego stosunku dziwnego, który już dla niéj stawał się niezrozumiały.
C’est du grec pour moi! — mawiała do dobréj swéj przyjaciółki, dla któréj nie miała tajemnic — do pani St. Aubin, właścicielki magazynu mód na Krakowskiém-Przedmieściu, u któréj przebywać lubiła. — Że się oni kochają, to nie ma najmniejszéj wątpliwości, że ten człowiek życieby za nią dał, to pewna jak Bóg na niebie, że ona tyle ma szczęścia póki na niego patrzy i słucha go, ani wątpić, a mimo to... zbliżyć ich nie ma podobieństwa... Nic im w świecie nie przeszkadza, oprócz tego co ona cnotą nazywa, a on poszanowaniem... A modlą się, powiadam ci!... Ile razy przypadkiem dotknie się hrabina ręki sekretarza, że to snadź na niéj czyni impressyę, zaraz pości, a on ani dnia nie opuści, żeby Pana Boga nie nudził lamentując... Takiéj miłości anim sobie wyobrażała... anim mogła przypuścić... monstrualna... Męczą się, a żeby się to choć komu na co przydało! Brühlowi to tak obojętne... Miłość usmażona w nabożeństwie — dodawała Dumont zniechęcona wielce — piękna mi konfitura!!
W dzień przybycia generała do Warszawy, ostatnich dni listopada, dosyć liczne grono przyjaciół oczekiwało nań w apartamentach Saskiego pałacu: starsza siostra pani Mniszchowa, piękna i poważna kobieta, któréj wykształcenie i wychowanie dawało wielką wyższość nad wojewodziną kijowską, oboje Sołłohubowie, naostatek ksiądz biskup krakowski Sołtyk, jeden z najmilszych w towarzystwie ludzi, który był wiernym przyjacielem Brühla i sługą nieboszczyka króla....
W Sołtyku, mimo sukni duchownéj, trudno było dopatrzyć powołania kapłańskiego. Człowiek był wielkiego świata, wychowaniec dworu, pełen talentów, lubiący sztukę — jak wszyscy saskiego dworu uczniowie, muzyk, miłośnik teatru i kwiatów, przepychu i świetności... Umysł niezmiernie żywy, wesołość i dowcip, galanterya dla dam, swoboda mowy i obejścia, więcéj w nim francuzkiego abbé, niż polskiego duchownego przypominały.
Piękna twarz i zręczna postawa, do któréj zdawał się przywiązywać wagę, ubiór zawsze świeży i wykwintny, wskazywały człowieka, którego charakter nie odpowiadał powołaniu, i który walczyć sobie nie zadawał pracy nad tém, aby się innym niż był wydawać.
Oprócz niego, pani Mniszchowej i Sołłohubów, z Potockich był tu jeszcze znany ze swéj ekscentryczności i zuchwałego obejścia starosta szczerzecki, którym się często posługiwał wojewoda kijowski, mężczyzna postaci okazałéj, mówiący głośno, śmiejący się krzykliwie i poczynający sobie w towarzystwie nieco po żołniersku. Znano go z fantazyj niemal do starosty kaniowskiego zbliżających i buty, którego żadnego hamulca nie znała. W salonie starosta bywał postrachem kobiet i niepokojem mężczyzn, bo nigdy odgadnąć nie było podobna, z jaką wystąpi fantazyą, lub z jakim rumieniec wywołać mogącym wyrazem.
Zmęczone rysy twarzy, oczy nabrzękłe, rozogniona cera, kazały się domyślać życia wcale nie oszczędzanego. Strój zaniedbany dozwalał posądzać, że z garkuchni od swobodnych koleżków, dostał się wprost do pałacu. Nie był to jednak człowiek zaniedbanego wychowania, i owszem znać na nim było jak najstaranniejsze, ale rozpasaniem i jakby wzgardą form wszelkich popsute...
Pierwsze miejsce w salonie zajmował naturalnie ks. biskup krakowski, rozparty na krześle przy kanapie, obok pani generałowéj przyjmującéj w nim duchownego, gdy prałat zdawał się o to starać tylko, aby o tém zapomniano. Wsparty od niechcenia na ręku, Sołtyk, którego koronkowych mankietów i klejnotów mogła pozazdrościć największa elegantka, miał twarz dosyć zakłopotaną i posępną... Trochę opodal siedząca hr. Mniszchowa, piękna i spokojna postać, przeglądała rysunki jakiegoś dzieła, przyniesionego z bibljoteki... Sołłohubowa zawsze cudnie piękna, a tego dnia więcéj ożywiona niż kiedykolwiek, roztargnioném okiem spoglądała po twarzach obecnych. Za jéj krzesłem stał mąż, blady, zamyślony i znużony...
Starosta szczerzecki, któremu na miejscu trudno było usiedzieć, przechadzał się po salonie, poruszając się z fantazyą taką, z jaką rzucał słowami... Gospodyni domu milcząca, wydawała się więcéj zakłopotaną niż szczęśliwą ze swych gości, których zabawić jéj było trudno. Dumont byłaby jéj w tém zapewne pomocą, gdyby rozmowa się nie toczyła o sprawach Rzeczypospolitéj, których ona mało była świadomą.
Przybycie hr. Brühla zapowiedziane było na wieczór nieochybnie... Spodziewano się go téż co chwila, i generał z bratem przyjechał w istocie o oznaczonéj godzinie, lecz musiał się przebrać, nim mógł ukazać się u żony... Rozmowa toczyła się właśnie o Dreźnie i Maryi Antoninie żonie kurfirsta... gdy Brühl z bratem wszedł na pokoje, a zarumieniona żona uznała za właściwe zbliżyć się doń kilka kroków na powitanie. Generał ucałował jéj rękę z wielką uprzejmością, po cichu kilka słów przemówiwszy, a tuż do stojącéj blisko zwrócił się zaraz pani Mniszchowéj, która go serdecznie, jak on ją, uściskała...
Zaczęły się powitania z biskupem, który bardzo gorąco przyjął generała — ze starostą szczerzeckim, który śmiał się i krzyczał, z panią Sołłohubową, któréj oczy oddawna się spotkały ze wzrokiem Brühla, a twarz zdradziła uczucie, naostatek z Sołłohubem, a nawet ze starą Francuzką, dygającą z daleka...
Mimo żałoby domu i królestwa, przykrych zawodów i przejść, jakie go spotykały i których się mógł spodziewać generał, twarz jego była wypogodzona, zdawał się zupełnie spokojnym i niestrwożonym... Usiadł przy biskupie, naprzeciw pani Sołłohubowéj, i zaczął mówić o swéj podróży...
Biskup słuchał roztargniony. Widoczném było, że przyjaciel saskiego domu pośpieszył tu na powitanie przybywającego w nadziei dowiedzenia się co słychać było w Dreznie.
Zwolennicy saskiéj dynastyi łudzili się jeszcze tą nadzieją, że słaby, ułomny, niedołężny Fryderyk Chrystyan... a raczéj nadzwyczaj zdolna, zręczna i zabiegliwa żona Marya Antonina, która pragnęła tronu i królewskiéj korony, potrafi za poparciem mocarstw i pomocą partyi dworskiéj zwyciężyć na przyszłéj elekcyi... Biskup Sołtyk był jednym z tych, którzy sobie tego najmocniéj życzyli... Autorka Talestris, królowéj amazonek, uczennica sławnego Porpory — była bardzo łaskawą na biskupa, a ksiądz Siewierza wielkim wielbicielem nie tylko jéj rozumu i talentów, ale nawet wdzięku niewieściego, który u niéj piękność zastępował...
Wszyscy pragnęli natychmiast, dobyć z przybyłych wiadomości, jakie przywozili z sobą. Pani Mniszchowa, młodszego brata wzięła do wybadania na ustęp — reszta towarzystwa czekać musiała, aż generał dozwoli się zacząć badać. Brühl do tego mało okazywał ochoty.
Dwa czy trzy razy biskup go po cichu zagadnął — i otrzymał grzeczną, wymijającą odpowiedź... Oczy Brühla szukały przedewszystkiem jednéj uśmiechającéj mu się z dala twarzyczki, i pozoru, by się do niéj mógł przybliżyć... On i Sołłohubowa mówili z sobą z dala tym językiem wejrzeń, który powiada wiele, ale rodzi pragnienie, aby to usta mogły powtórzyć.
Sołtyk zrozumiał wprędce, iż do rozmowy o poważniejszych sprawach chwila jeszcze nie przyszła... Generał wstał wprędce i począł od Sołłohuba samego, zapytując go o zdrowie; to mu dozwoliło przysunąć się nieco do pani, i podać jéj rękę raz jeszcze... Wcale się nie troszcząc o wejrzenia i świadków, zwróciła się ona ku niemu z powitaniem, w którém radość szczerą znać było... Wtém starosta szczerzecki zostawiony sam sobie i trochę tém dotknięty, odebrał Sołłohuba i na chwilę generała samego przy żonie jego zostawił.
Miała czas szepnąć tylko:
— Nieznośne natręty! ale przyjdźże jutro do mnie!...
— Piękna kuzynko — odparł Brühl — nie potrzebowałem ani zaproszenia, ani przypomnienia. Jeślim z Drezna tu w paszczę moich nieprzyjaciół dostać się tak pospieszał, wierz mi pani, twe oczy więcéj niż polityka do tego się przyczyniły...
— Bardzom za to moim oczom wdzięczna! — cicho szepnęła Sołłohubowa — lecz tyle tylko powiedzieć sobie mogli, bo pani Mniszchowa z powagą starszéj siostry wabiła go już do siebie. Cześnik jéj nie starczył, Alojzemu wierzyła więcéj i lepiéj z nim sympatyzowała. Zmieniło się więc o tyle, że młodszy Brühl przysiadł się do Sołłohubowej, a starszy do siostry.
W chwilę potém podano wieczerzę i towarzystwo przeniosło się do jadalnéj sali, a u stołu już mowa tylko była o tych rzeczach, o których i przy służbie i na ulicy bodaj mówić można. Kurfirstowa, którą zwano imieniem jakie jéj nadała akademia pasterzy arkadyjskich — Ermelindy, osoby dwór jéj składające, nowe słońca na horyzoncie drezdeńskim wschodzące... muzyka, malarstwo, teatr, którym pod panowaniem Ermelindy świetną wróżono przyszłość — były przedmiotem powszechnego zajęcia... i nie dziw, że starosta szczerzecki pił tylko i ziewał słuchając.
Rzecz godna uwagi, jak niemal od Augusta Mocnego, który sam więcéj przepych i świetność lubił niż sztukę, miłość kunsztów zagnieździła się na dworze i przeszła na wszystko co go otaczało. Gdy Fryderyk pruski zaledwie w nagiéj Magdalenie Battoniego miał upodobanie, żartując sobie ze sztuki i artystów, August III żył niemal obrazami, teatrem, muzyką, żona jego malowała pastele, pierwszy minister zostawił galeryę przepyszną, jego syn był muzykiem, malarzem, pisarzem dramatycznym, córka Mniszchowa przyjaciółką Winckelmanna, a kurfirstowa, uczennica najsłynniejszego z kompozytorów ówczesnych, sama téż uprawiała sztukę namiętnie.
Młody Brühl należał właśnie do tego świata, który wyrósł z miłością kunsztu, na ruinach swawoli Augusta II i jego kochanek... Było to dziecię swojego wieku, w całém tego wyrazu znaczeniu; bo w nim talenta przyjemne łączyły się z umysłem męzkim i poważniejszą nauką, która przyszłość zdrowszą zwiastowała.
Mówiono więc o operze, o muzyce... o amatorskich teatrach, a jak najmniéj o polityce, choć biskup i starosta szczerzecki radzi byli właśnie i z Brühla coś wyciągnąć, i jemu opowiedzieć co się tu święciło...
Dopiero po wieczerzy, gdy damy przeszły do salonu, ks. Sołtyk szepnął, że radby pomówić na osobności z generałem. Obaj oni, starosta i Sołłohub, weszli natychmiast do pobocznego gabinetu... Tu książę Siewierza nie usiadł jeszcze, gdy zagadnął Brühla:
— Cóż przywozicie? co się dzieje na dworze? są jakie nadzieje, że kurfirst... seryo się weźmie do starania o koronę?
— Kurfirst? — rzekł cicho generał — to znaczy chyba, że Ermelinda za niego zajmie się tą sprawą. Wiecie jak mało on może i jak niewiele potrafi. W Rzeczypospolitéj król bez nóg, który ani na konia siąść, ani nawet przejść o swéj sile przez pokój nie może, nie pozyska sympatyi... Ale nasza pani, Ermelinda arkadyjska... zasypie listami wszystkie dwory, posłańcami gościńce... poruszy kancellarye państwowe... potrafi sobie przymileniem i urokiem zyskać nawet przeciwników... bo pragnie korony i mieć ją musi...
— Wszystko to furda... — przerwał sobie właściwym tonem gwałtownie starosta szczerzecki — nie pomogą potencye, gdy za sobą szlachty mieć nie będzie...
— Zdaje mi się — gorąco odezwał się Sołtyk — że dwa panowania dynastyi saskiéj i jéj dobrodziejstwa, rozlane na tyle rodzin i osób, już same znaczną część narodu pozyskaćby powinny... Byłoby srogą niewdzięcznością...
Brühl się uśmiechnął.
— Wasza Eminencya zapominasz, — rzekł — ile w ostatnich czasach goryczy, żalów i rekryminacyj przeciwko królowi powstało...
— Od tych, którzy mu najwięcéj byli winni — dodał Sołtyk... — Potrzeba się starać, nie opuszczać, a mam nadzieję, że jedyny kandydat obcy i kwalifikujący się pochodzeniem do tronu, utrzymać się potrafi...
— Dziś już — przerwał starosta — przeciwko niemu sieją tu podejrzenia... że trzeci z rzędu Sas niemal dziedzicznym tron uczyni, a tego szlachta nie chce...
— Bo sama nie wie czego chce — ofuknął się biskup bardzo żywo — tak jest... Tron dziedziczny bezpieczniejszymby był niż elekcyjny, i z nim mielibyśmy więcéj ładu z czasem...
— Ale my ładu takiego nie lubimy, — rozśmiał się starosta — nam on niedogodny... Patrzcie na Familię, która póty prawiła o reformach, póki się nie zbliżyła elekcya... Już dziś o nich — cyt, ani słowa!
Biskup oczyma tylko Brühlowi wskazał starostę, jako przyczynę, dla któréj od dalszych się rozpraw wstrzymywał, i nagle zwrócił się ku innemu przedmiotowi....
— Zamiast reform z łaski Familii, — rzekł — na wojnę się zanosi... Im daléj i dłużéj idziemy w bezkrólewiu, tém straszniejsze nam grożą niebezpieczeństwa... Familia ma silna podporę obcą... i wkrótce przewodzić będzie... naówczas...
— Naówczas, — dodał, kłaniając się Brühl — pierwszym użytkiem przewagi jéj będzie spodziewam się zemsta nademną, do któréj jestem zresztą zupełnie przygotowany... Wiem co mnie czeka... Jeżeli jednak sądzą, że postrachem wygonią ztąd i zmuszą do ustąpienia, mylą się srodze. Odebrać mi mogą wszystko... oprócz przywiązania, jakiego nabrałem do tego kraju, i nawyknienia do niego a nadziei, że chwilowe ich zwycięstwo nie będzie ostatniém słowem losu.
— Tak, — westchnął, marszcząc się Sołtyk — nie tajmy jednak przed sobą, że my, adherenci dworu saskiego i dynastyi, ciężką mieć możemy chwilę do przebycia...
Starosta szczerzecki, który stał przy stole, obiema rękami weń uderzył.
— Ale, ale! — zawołał — Wasza Książęca Mość, księże biskupie, zapominacie, że dalipan i Potoccy też coś znaczą w Rzeczypospolitéj, i pan hetman Branicki ma powagę, i z księciem Radziwiłłem nie przelewki też...
— Policzcież się, — krótko odparł Sołtyk, — a przekonacie pono, że Familia ma więcéj niż my wszyscy i potężniejszego sprzymierzeńca...
Potocki głową pokiwał.
— Zobaczymy, — rzekł — myśmy tu przecie na swoich śmieciskach i to coś znaczy... zobaczymy.
Brühl spytał, kto był w Warszawie? i odebrał odpowiedź zwiastującą hetmana z jednéj, kanclerza i wojewodę ruskiego z drugiéj strony... Stolica była poruszona, radzono mu ostrożność wielką...
Starosta szczerzecki dopiero teraz dobył sporą opieczętowaną paczkę papierów od wojewody kijowskiego — i zwolna ostygły rozprawy, jakby się w niewielu słowach wyczerpały...
Mimo należenia do jednego obozu, Sołtyk, Brühl, Potocki i Sołłohub, odzywający się mało, może zbyt różnie się zapatrywali na położenie, ażeby o niém otwarcie mówić mogli. Wkrótce więc pożegnano gospodarza...






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.