Starosta warszawski/Tom III/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Starosta warszawski
Podtytuł Obrazy historyczne z XVIII wieku
Data wydania 1877
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Indeks stron


I.


Zaledwie w początku roku 1763 doszły do Warszawy wieści o zawartym pokoju w Hubertsburgu, o opuszczających Saksonję wojskach pruskich, gdy znudzony długim pobytem w Warszawie August III — począł się wyrywać do Drezna... Pokój ten i powrót do stolicy okupiony był drogo. Straty Saksonii, o których zwrocie ani mówić sobie nie dawał Fryderyk pruski, liczono na trzysta miljonów talarów, ludzi przeszło siedmdziesiąt tysięcy wyciągnięto z niéj do wojska. Królowa wojnę tę przypłaciła życiem...
W lutym nastąpiły układy, a w marcu już królby się był wyrwał do ukochanego Drezna, gdyby to było możliwe. Ociężały i przybity losem własnym i dzieci — odzyskiwał na chwilę żywości trochę myśląc, że się znajdzie znów w spokojnéj stolicy nad Elbą, gdzie wszystko tak mu było posłuszne i tak się składało wygodnie.
Brühl zaledwie mógł go już utrzymać w Warszawie, przedstawiając jakie po sobie ruiny zostawiała wojna... Wreszcie i pora samych wiosennych roztopów nie sprzyjała podróży, należało czekać aż śniegi znikną i oschną gościńce... Brühl starał się o to, aby teatr obrócony na magazyn, zamek uszkodzony, porabowane i na kordegardy pozajmowane pałace, na przyjęcie pana cokolwiek się odświeżyły... aby było go czém tam przyjąć i zabawić, czém mu długą wynagrodzić tęsknotę.
Jak najmniéj troszczono się o sprawy Rzeczypospolitéj, w któréj walka od sejmu poczęta, wzmagała się i coraz groźniejsze przybierała rozmiary... Brühl zostawiał tu syna, i przyjaciół i krewnych, — na Litwie Radziwiłła, na Rusi Potockiego z całą jego rodziną, w Warszawie Sołtyka i Mniszcha... Brühla i dwóch ostatnich, zwano żartobliwie Trójcą dworską... Trójca i jéj rozpromienienie chwilowo siłę miały i przewagę... Z nią był stary hetman Branicki i wielu innych... Familia więc na pozór odepchnięta była i zwyciężona, ale nie wyrzekła się nadziei tego odwetu, który każdy dzień upokorzenie przeciągający, czynił straszniejszym... Wprawdzie wodzowie sami woleliby może byli już jakieś układy i porozumienie, o które potajemnie na dworze czyniono starania, lecz Brühl karmiąc nadziejami, był w nienawiści nieubłaganym...
Ze wszystkich politycznych działaczów ministrowi podległych, syn może w intrygach najmniéj był czynnym, bo wcale do nich niezdatnym... Wynagrodził go ojciec generalstwem artylleryi, które mu ustąpił, cześnikowstwo przenosząc na brata... i pan Aloizy, czując się w swoim żywiole, bo działa, prochy i kule bardzo go zajmowały — innym zostawiał polityczne kabały, któremi się brzydził... Z Młocin trzeba się było teraz przenieść do Warszawy...
Pałace Brühlowski i Saski, oba stały pustkami, mógł więc generał artylleryi, którego dwór powiększono znacznie i uczyniono bardzo świetnym, wybrać sobie rezydencyę, jaka mu się podobała. Wolał Warszawę w istocie, aby cekhauzu być bliżéj.
Z dala patrzący na jego życie — dziwili się temu pierworodnemu i spadkobiercy ministra, który po nim nie wziął najmniejszego usposobienia do zabiegów i intryg dworskich, i życie swe zapełniał w najoryginalniejszy sposób...
Znano go najprzód z wielkiéj gorliwości około podniesienia artylleryi, która w chwili objęcia jej przez niego, prawie imienia tego nie była warta... Około dział i po prochowniach spędzał długie godziny... gromadził około siebie oficerów... krzątał się, aby ślad zostawić swéj komendy w mnóstwie ulepszeń... Gdy mu potém czasu stało, wracał czytać Moliera, pisać komedye dla teatru amatorskiego... rysować plany lub grać kwartety...
Gdy rozmowa zwracała się na rozogniające naówczas kwestye promocyi, znaczenia, dygnitarstw, zabiegów stronnictw i t. p., hrabia zaczynał ziewać, zamyślał się i najczęściéj wysłuchawszy co doń mówiono, znajdował się w tém przykrém położeniu, iż nie wiedział o co chodziło. Myślą był gdzieindziéj.
W domu... płynęło życie tym trybem jak naówczas w wielu pańskich stadłach i gospodarstwach... Hrabina żyła i rządziła się swoim dworem, swym humorem: hrabia z wielkiém dla niéj zawsze poszanowaniem i grzecznością, zostawiał jéj swobodę zupełną, ale ją téż dla siebie warował. Czasem spotykali się przy gościach, a gości w Młocinach, w Saskim i Brühlowskim pałacu bywało wielu — szczególniéj cudzoziemców i artystów... Pani i pan mieli kółko swoich przyjaciół i dwór osobny, który się łączył chętnie, choć może nie był zupełnie z jednych żywiołów złożony...
Wojewodzianka kijowska, nie dała się nigdy wciągnąć w ten świat europejski, świetny, wesoły, do którego Brühl należał... Pozostała tą, jaką z Krystynopola wyjechała, nieśmiałą, milczącą, smutną, pobożną, trwożliwą, po trosze zabobonną niewiastą, któréj serce zamknięte obawiało się odemknąć. Poczciwa Dumont była może jedyną jéj przyjaciółką, dla któréj nie miała tajemnic; a nie można zaprzeczyć, iż Francuzka sprawiała interesa pani generałowéj z gorliwością i poświęceniem nadzwyczajném... Szczególniéj ów platoniczny romans z Godziembą miała na sercu...
Gdy w czasie sejmu 1762, zasłyszała o niebezpieczeństwie zagrażającém panu Tadeuszowi, którego stary Pinczuk chciał koniecznie z córką poswatać, Dumont nie miała chwili spoczynku, usiłując zapobiedz oddaleniu się Godziemby. Wpadła najprzód na niego samego, starając się go przekonać, iż się zgubi żeniąc z wieśniaczką, i na wsi zardzewieje w niwecz. Godziemba, któregośmy mało tu widzieli, był to w swoim rodzaju, osobliwszy człowiek, nie mówił wiele i trudno go było, jak naówczas powiadano, spenetrować. Francuzka usiłując go przyswoić i usta mu otworzyć, a ośmielić, wiele z nim biedy zażyła. Nie uciekał od niéj, ale się z niczém nie zwierzał, i trudno go było skłonić do tego, od czego raz wstręt okazał. W pierwszéj nawet chwili Dumont nie zrozumiała, czy do tego ożenienia miał czy nie skłonność, mówił o niém obojętnie ale bez wstrętu. Dopiero nierychło się odezwał, że na cudzéj łasce i na fartuszku żoninym żyćby sobie nie życzył. Jednakże do starego Godziemby jeździł i nie odpychał ich wcale. Ale się to przewlekało.
Pani cześnikowa gdy o tém zasłyszała, że się Godziemba od dworu oddalić może, choć od niéj zawsze z dala stał, mocno to uczuła, do tego stopnia, iż sama Dumont zaczepiła w tym przedmiocie, z czego Francuzka niesłychanie była szczęśliwa. Chwyciła się tedy niezmiernie gorąco téj sprawy, aby Godziembę, bądź co bądź, utrzymać... Aliści, drugiego czy trzeciego dnia zmieniło się usposobienie.
Brühlowa z jakąś gorączką i oczyma zaczerwienionemi, przywoławszy Dumont do siebie, odezwała się ściskając ją i całując:
— Moja droga Dumont, ja w tém widzę rękę Opatrzności. Sam Pan Bóg chce, aby to grzeszne przywiązanie ustało; sam On nastręcza zręczność oddalenia człowieka, na którego ja patrzéć nie powinnam...
Cześnikowa była bardzo pobożna, Dumont także, ale miała to przekonanie, iż w sprawach serdecznych Pan Bóg jest niezmiernie wyrozumiały, i — od czegoż spowiednicy? Ofuknęła więc mocno swoją wychowanicę za przesadzone skrupuły.
— Moja droga hrabino — rzekła, — przecież kochać i patrzéć w żadnym razie grzechem nie jest...
— Ale obowiązkiem, — odparła Brühlowa — miłość taką wyrwać z serca... Widoczna ręka Opatrzności, która mnie chce ustrzedz od... upadku...
— Od jakiego upadku? — przerwała Dumont... ja już nie wiem czy na całym świecie było kiedy dwoje istot szczerze się kochających, któreby tak prosto jak wy chodziły... Ażeby sobie dobrowolnie jedyną pociechę w życiu odebrać — to się nie godzi...
— Ja to czuje w mojem sumieniu, — dodała cześnikowa — że powinnam owszem dołożyć starania, aby się on ożenił, oddalił, zyskał przez to rodzinę, przyszłość... a gdybym przez egoizm do tego przeszkody stawiła... byłabym niegodziwą kobietą.
Brühlowa mówiąc to płakała, i bardzo szybko i zręcznie łzy ocierała, które wejrzeń Dumont nie uszły...
— Wszystko to nader jest heroiczne, — przerwała wybuchając — ale nie ma, za pozwoleniem, sensu... Hrabia się bałamuci i kocha w Sołłohubowéj, nie masz pani obowiązków względem niego...
— Ale je mam względem siebie, — odparła hrabina. — Moja Dumont, lepiéj żeby się oddalił — niech się oddali...
— Lepiéj owszem żeby się ośmielił, przybliżył i żebyście byli choć raz w życiu szczęśliwi! — wybuchnęła ośmielona Francuzka; ale w téj chwili cześnikowa usta jéj zatknęła i wpadła w rodzaj spazmów, z których Francuzka przestraszona ratować ją musiała...
Rozmowa ta przeciągnęła się długo, a z niéj Dumont wyniosła tylko to przekonanie, że miłość, która na pozór zdawała się jéj wielce ostygłą, żywszą była niż kiedykolwiek...
Dumont uczuła się powołaną do uszczęśliwienia swéj wychowanicy, uważając jéj skrupuły za niedorzeczność i dzieciństwa. Tymczasem trudno było nawet dowiedziéć się, jak stała sprawa ze starym Godziembą. Francuzka użyła fortelu dla wyszpiegowania. Pan Tadeusz staruszkę mamkę swoją, do któréj był bardzo przywiązany, utrzymywał we dworku na Bielanach. Wiedzieli o tém wszyscy. Chadzał do niéj wieczorami, siadywał godzinami i starał się jéj życie uczynić znośném. Sawaniha tęskniła do Rusi swéj, ale mając dziecko przy sobie, powoli się z nowém życiem oswajała. Francuzka, która nauczyła się przez długi pobyt w kraju i języka panów i tego, jak go zwała chłopskiego, postanowiła zapoznać się ze staruszką, aby przez nią starać się działać na Godziembę. Z Młocin do dworku na Bielanach nie było daleko... spacerem łatwo się tam przeszło. Francuzka dowiedziawszy się o dworku, zaszła doń wody się napić i wdała w gawędę z Sawanihą. Bardzo zręcznie umiała o Godziembie napomknąć i chwaląc go bez miary, zyskała serce staruszki... Drugi i trzeci raz ją odwiedzając, naprowadziła rozmowę na projekt ożenienia, o którym Sawaniha już wiedziała, a była za nim całą duszą. Wiele kosztowało Francuzkę przekonać ją, że nie miała słuszności, że się tak ożenić, było to zaprządz się do niewoli, i że Godziembę (to osłoniła tajemnicą) mogły daleko świetniejsze czekać losy.
Całe te zabiegi poczciwéj intrygantki, która romansu platonicznego nie mogła nigdy zrozumieć — rozbiły się nagle o wcale niespodziany wypadek... Ospy jeszcze naówczas nie szczepiono (jedna z pań Mniszchowych miała ją późniéj pierwsza wprowadzić), panowała ona w Warszawie... dostała jéj panna Agnieszka Godziembianka... Staruszek nikogo nie znał, doktora nie wiedział gdzie szukać, szło mu o jedyne dziecko... przyleciał do pana Tadeusza, który urlop wziąwszy łatwo, poświęcił mu się cały na usługi.
Francuzka, dowiedziawszy się o tém, niemal w rozpacz i straszliwy gniew wpadła! Najprzód mógł sam Godziemba dostać strasznéj choroby i być zdefigurowanym, potém mógł jéj, uchowaj Boże, przynieść jeszcze do dworu. Stara Dumont obawiała się o resztki swych wdzięków.
Cześnikowa z heroizmem znosiła wszystko. Było w jéj charakterze, kochać się w męczeństwie, znajdować w niém rozkosz, dziękować Bogu za krzyże, szukać dobrych a coraz nowych powodów do modlitw, łez, postów i martwienia siebie. Modliła się więc od rana do wieczora, oblewała łzami, i zasypiała z rezygnacyą. Stań się wola Twoja.
Tymczasem panna Agnieszka, która po wiejsku ani umiała, ani chciała się szanować, zaziębiła się biedna i siły a zdrowie nie uratowały jéj. Umarła biedna...
Rodzice oboje o mało nie poszaleli z żalu... A że Tadeusz cały czas był przy nich, że im i choréj służył jak własne dziecko, przywiązanie do zmarłéj zleli na niego. W ich myśli był on jakby wdowcem po téj, którą mu za żonę przeznaczali.
Starzy go inaczéj nie nazywali, tylko dzieckiem. Nie mówili mu nic o przyszłości, ale go trzymali przy sobie łzami swemi i poczciwą miłością dla niego. Gdy przeboleli nieco, poczęli się nazad w Pińskie do domu wybierać. Godziemba wieczorem przyszedł do Tadeusza, ręce mu obie na ramionach położył, rozpłakał się jak bóbr biedaczysko i począł prosić.
— Moje dziecko — mój Tadziu, odprowadź ty nas do domu, lżéj nam będzie... Jejmość ciebie kocha jak syna...
W pół godziny potém stara Godziembina ściskała go płacząc i prosząc.
— Odprowadź nas na Zahorodzie... widzisz, że cię Jegomość kocha jak własne dziecko.
Starzy byli tak osieroceni, zboleli, że litość brała. Tadeusz się zadumał, pocałował w rękę staruszkę i prosił o parę dni czasu. Dano mu, choćby tydzień. Okurzywszy się, obmywszy, poszedł nazajutrz do Brühla, który dawno go nie widząc tęsknił do niego.
Zasłyszał coś świeżo mianowany generał o wypadku Godziemby, i niemal rad był nieszczęściu, które dawało nadzieję, że Tadeusza przy sobie utrzyma. Był to jego sekretarz domowy, poufny, człowiek, bez którego obejść mu się było trudno. Miał oprócz tego jeden jeszcze przymiot, który go czynił Brühlowi drogim. Pan Aloizy, wielki wielbiciel Moliera, pisał komedye niemieckie, tłómaczono je po francuzku i po polsku i grywano na improwizowanych teatrzykach domowych. Brakło często amatorów, Godziemba miał talent niepospolity, grał młodych paniczów wyśmienicie.
Ukazanie się Tadeusza uradowało generała.
— Co się z tobą działo? dzieje? narzeczona ci słyszę umarła? — zapytał żywo.
— Nie była moją narzeczoną — rzekł Godziemba — nie myślałem się wcale żenić, ale ludzie poczciwi, rodzice, co stracili dziecię jedyne, są w rozpaczy... musiałem się nimi zająć. Są mi krewni, a co większa, są sami w świecie i bardzo biedni.
— Cóż na to poradzimy? — zapytał Brühl.
— Żądają po mnie, abym ich odprowadził do domu...
— Bardzo dobrze — ale, zlituj się, wracaj! rachowałem i rachuję na ciebie. Sprawy mojego generalstwa dają mi tyle do roboty, że się bez twéj pomocy nie obejdę. Tyś prawa ręka moja.
Skłonił się Godziemba.
Francuzka, mimo wiedzy generałowéj, zręcznie bardzo miała czas téż poddać Brühlowi myśl, że i żona jego często potrzebuje sekretarza i lektora. Lektorowie byli naówczas po dworach prawie konieczni. Dumont narzekała na oczy. Wmówiła wiec Brühlowi, żeby Godziembie parę godzin w dniu polecił czytać, i listy urzędowe niejako, do których pisania była zmuszona pani Brühlowa ekspedyować. Generał więc dodał:
— A i żonie mojéj jako lektor i sekretarz mógłbyś być użytecznym — więc cię nie puszczę.
Posłyszawszy to, zmięszał się mocno pan Tadeusz — lecz jakoś Brühl tego nie postrzegł. Godziemba wychowany, jak wojewodzianka, na dworze bardzo pobożnym i surowych obyczajów, był równie religijnym jak ona. Nieszczęśliwa miłość ta dręczyła go niewypowiedzianie, czynił sobie za nią wyrzuty sumienia. Usłyszawszy o zbliżeniu się do hrabiny Brühlowéj — chociaż się uczuł szczęśliwym z tego — był razem mocno zaniepokojonym. Wystawiało go to na nowe męczarnie i niebezpieczeństwa. Radby się był przez poszanowanie téj, którą kochał, oddalił zupełnie — a serce — serce go tu przykuwało.
Zmilczał.
— Jedź waćpan — rzekł Brühl — ale wracaj, i wracaj, zmiłuj się, co rychléj — bo, jeszcze ci raz powiadam, nie obejdę się bez was. Bądź pewnym, że ocenić potrafię pracę.
Po widzeniu się z Brühlem, gdy się chciał wymknąć z Młocin Godziemba, Francuzka, która na niego czatowała, chustkę oblaną lawendą trzymając przy ustach i nosie, gwałtem go wciągnęła do swojego pokoju.
Pilno jéj było zapowiedzieć mu, że ona to zrobiła, iż się będzie mógł zbliżyć do generałowéj.
Godziemba przyjął to raczéj przestraszony niż szczęśliwy. Dumont się w głowie pomieścić nie mogło, że ci kochankowie tak utrapienie byli poczciwi. Im się o tém bardziéj przekonywała, tém mocniéj ją korciało naprowadzić ich na dobrą drogę.
Wesoło i gadatliwie przyjęła Godziembę, a chcąc go związać koniecznie, skłamała — mówiąc, że pani generałowa kazała mu się z sobą widzieć koniecznie. Nie dając czasu do rozmysłu, oblała go wodą pachnącą dla bezpieczeństwa i kazała iść za sobą.
Śmiało wkroczyła z nim do gabinetu generałowéj, która na widok wchodzącego o mało nie zemdlała ze strachu. Podniosła się jednak z uśmiechem bolesnym na ustach. Francuzka bardzo żywo zagaiła sprawę, iż wolą jest pana generała, aby JMPan Godziemba służył jéj za lektora i sekretarza. To powiedziawszy, zakręciła się Dumont i niby czegoś zapomniawszy, wyszła.
Pierwszy niemal raz w życiu znaleźli się tak sam na sam.
Generałowa zmuszoną była oprzeć się na stoliku, aby nie upaść; Godziemba drżał jak liść — słów zabrakło obojgu... Aż pan Tadeusz się nakoniec ośmielił i począł za tę łaskę pani dziękować. Splątał się, zmięszał, nie wiedział co mówić i sam nie pojmując jak, znalazł się u podanéj sobie ręki bialuchnéj, wychudzonéj, drżącéj, którą gorącemi całował usty.
Generałowa zakryła sobie oczy.
— Wracaj więc pan — rzekła — proszę... będę na pana oczekiwała... i modliła się na jego intencyę.
Nowe nastąpiło ręki pocałowanie.
Dumont schylona patrzała przez dziurkę od klucza.
Godziemba zaczął opowiadać o swych krewnych, o potrzebie ich odprowadzenia, o litości jaką miał nad nimi. Kilku słowy przerwała generałowa bardzo i coraz bardziéj pomieszana. Nareszcie dała na drogę przyszłemu sekretarzowi różaniec, aby się na nim modlił i jeszcze raz rękę do pocałowania. Godziemba tak oszalał, że przyklęknął. Generałowa zasłoniła sobie oczy. Skończyło się na tém, że mu nad głową zrobiła krzyżyk prosząc, aby się szanował... Godziemba kierował się ku drzwiom, błądząc jak pijany, gdy Francuzka weszła napowrót.
Zobaczywszy niemal osłabłą wychowanicę, musiała już zostać przy niéj... Wprawdzie trochę się więcéj spodziewała po tém spotkaniu, lecz — nie była téż z niego niezadowolona. Krok jakiś naprzód był uczyniony.
Nie wiedziała poczciwa Dumont, że kawaler poszedł z różańcem do kościoła i klęczał tam płacząc łzami gorącemi pół godziny, i że generałowa za słabość, jaką okazała, naznaczyła sobie post i pacierze...
Niemniéj jednak na szyję się rzuciła Francuzce i darowała jéj tego dnia piękny łańcuch złoty... Dumont była uszczęśliwiona ze swego trafnego postępowania.
Pan Tadeusz pojechał do Pińska z Godziembami, z mocném postanowieniem powrócenia do Warszawy co najrychléj. Różaniec włożył na rękę i na chwilę się z nim nie rozstawał. Smutna twarz generałowéj nie schodziła mu z oczu. Podróż na Zahorodzie była długa i męcząca, stary w drodze kilka razy chorował, łamały się osie, konie kulały, wlekli się powoli.
Naostatek przybyli tam, gdzie Godziembom każdy kątek ich dziecko drogie przypominał. Cała służba się zbiegła z płaczem witać tych starych sierot dwoje. Scena była rozczulająca, a pan Tadeusz, choć obcy, od łez się wstrzymać nie mógł. Matka, niemal więcéj okazała rezygnacyi i męztwa od starego, który się zachodził, szlochał i powtarzał: Niema dziecka mojego.
Jakże tu było porzucić biednych zaraz — choć powracać musiał pilno?.. Dano mu najlepszą izbę gościnną, pieszczono jak syna, ludzie go nazywali swoim paniczem i rozpadali się służąc mu. Konie, strzelby, psy, niewody, łodzie, wszystko było dlań na usługi. Stary, nie mówiąc nic, oprowadzał go po gospodarstwie... pokazywał... opowiadał, jakby mu wszystko chciał zdać jutro. I on i staruszka starali się z najpiękniejszéj strony okazać przybyłemu ten kraj, otoczony błotami, oblany wodami jak wyspa, żyzny, cichy spokojny, od świata oddzielony, w którym nic nie brakło, czego jak powiadano, dusza zapragnęła. Zdawali się chcieć tego, aby się Tadeusz na Zahorodziu rozkochał.
O wyjeździe nie mogło być mowy. Następnych dni zjechało się sąsiedztwo, dwóch Skirmunttów, jeden Twardowski i Kwaśniewski, stary druch Godziemby. Wszyscy się popłakali, wszystkim gospodarz prezentował gościa, jako dziecko swoje. Wiedziano téż, iż się miał żenić z Jagusią; a nikt nie wątpił, iż mu stary odda co ma po sobie. On sam unikał mówienia o tém, zdał to snadź na Kwaśniewskiego, który był człek poważny i rozumny, a niegdy regent kancellaryi grodzkiéj w Pińsku. Kwaśniewski, snadź z naprawy Godziemby, wziął młodego na stronę i począł mu wystawiać przyjemności żywota wiejskiego.
— Wiem ja to — mówił regent — iż trzymając się klamki pańskiéj daleko zajść można, że to życie dworskie smakuje... ale mości panie, — nie warto ono się mierzyć z żywotem szlachcica na wsi. Tam się wielkości kupują upokorzeniem i niewolą, ja tu pan i nikogo, oprócz Pana Boga nad sobą nie znam, tum ja król. Drugim mogę uczynić dobrego wiele, a sam być szczęśliwym.
— Nie przeczę temu — odparł Tadeusz — że na starość wieś szlachcicowi przystała; ale za młodu czy rycersko, czy dworsko, czy przy sądach, trzeba się przecierać i uczyć.
— Aby niedługo — rzekł Kwaśniewski — bo się można zetrzeć w niwecz. Dla tegom ja, choć mi na regentostwie do kieszeni płynęło... choćbym był mógł znaczniejszéj się fortuny dorobić, wolałem na jednéj wsi siąść, żonę wziąć i Pana Boga chwalić, dzieci wychowując dla Niego. Takbyś i acindziéj powinien uczynić dworską służbę cisnąć do kata, a tu sobie osiąść.
— Aleć ja — rzekł Godziemba — niemam ani z czém, ani na czém.
Spojrzał nań Kwaśniewski uśmiechając się.
— Jakbyś to acindziej tego nie spenetrował i nie widział, że mu starzy wszystko chcą oddać, byle przy nim siedzieć mogli. Poczciwą żonę i hożą, a i bez kołtuna — toć tu nie wszyscy z kołtunami chodzą, znajdziemy jegomości na poczekaniu.
Pan Tadeusz oczy spuściwszy milczał.
— Takiéj łaski ani się czuję godnym — rzekł — anibym ją mógł przyjąć. Co lekko przyszło, to się nie ceni; pracować muszę sam. Przy tém, mam jeszcze obowiązki u generała.
— E! porzucićby to do kroćset! — szepnął Kwaśniewski — co za obowiązki! Szlachcic może sobie szukać gdzie mu lepiéj. Chyba tam acińdzieja serduszko do jakiéj dworki ciągnie, a z tego życzyłbym się zwolnić, bo to amory warszawskie nie zdrowe; kobiety popsute, szczęścia w tém nie znajdziesz, chyba łysinę i suchoty.
Z długiéj rozmowy, nic jednak regent nie wyniósł nad to, iż musiał koniecznie pan Tadeusz do Warszawy powracać.
Trzeciego dnia potém starzy oboje, uroczyście wezwawszy pana Tadeusza, oświadczyli mu, iż cały majątek na niego dymittują; a żeby mu do ożenku nie zawadzali, sami się nawet ze dworu do blizkiéj oficyny wynieść chcieli. Popłakali się wszyscy. Tadeusz im do nóg padł dziękując, ale stanęło na tém, że chciał na ich łaskę zasłużyć, że musiał do Warszawy wracać, do nich zaś miał dojeżdżać, mieszkać czasami.
Nie śmieli mu gwałtu zadawać, ale stary sprowadził nie zwlekając regenta i akt donacyjny razem z żoną, dożywocie sobie zapewniając (przy czém obstał młody) sporządził. Jejmość, choć się jéj serce krajało na córki wspomnienie, obrachowała snadź, że możeby młodego dziewczyna za serce chwyciwszy — wstrzymała. Sekretnie więc najprzód w odwiedziny zaproszono pana Twardowskiego z córkami... A było ich dwie, pięknéj urody i wychowania. Potém do Twardowskich Tadeusza zawieźli, gdzie ich przyjmowano bardzo gościnnie. — Starszéj panience imię było (nowomodne) Elwira, mówiła po francuzku i grała na klawikordzie. Lecz tak wysoko się ze swą edukacyą, rodem i posagiem nosiła, iż śmielszy od Tadeusza byłby się jéj nastraszył. Panicz się jéj pono podobał, był dla niéj bardzo grzecznym, lecz gdy go potém Godziemba stary badał, przyznał mu się, że gdyby kiedy żenić się miał, szukałby skromniejszéj niewiasty. Przyznali starzy oboje, iż miał słuszność. Panna była piękna, ale na wsi już tęskniła i nudziła się nią, do wielkiego świata wzdychając.
Po téj próbie pokój dano. Gdy wyjazd się stał nieuchronnym, wymogli na Tadeuszu, żeby brykę na ressorach nową i cztery młode konie ze stada wziął jednomastne; sama jejmość, czém dom miał, wyładowała na podróż sepeciki. Jak syna go wyprawili, płacząc a żegnając poczciwi starzy. W ganku Godziemba porwał go w ramiona, przytulił siwą głowę do jego twarzy i przerywanym łzami głosem rzekł:
— Pamiętaj, żeś tu rodziców zostawił, którzy po tobie tęsknią, a niech cię aniołowie, stróżowie i świeci pańscy prowadzą i odprowadzają.
Smutny pan Tadeusz, pojechał do Warszawy, jakby istotnie dom własny, ojca i matkę zostawiał za sobą...






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.