Starosta warszawski/Tom III/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Starosta warszawski
Podtytuł Obrazy historyczne z XVIII wieku
Data wydania 1877
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Indeks stron


IV.


Rok ten i następnego część znaczna, były dla generała artylleryi chwilą może z całego jego życia najboleśniejszą do przebycia...
Znane są dzieje téj epoki, w któréj anarchia doszła do najostateczniejszego kresu; kreślić ich tu nie myślimy.
W chwili przybycia do Warszawy, generał łudził się jeszcze nadzieją, że stronnictwo mające po sobie dynastyę saską, hetmana Branickiego, wojewodę Potockiego, całą rodzinę tego imienia, Sołtyka, naostatek choć słabego, ale dotąd więcéj na stronę dworu przechylającego się prymasa, i niezmiernéj odwagi a impetu księcia Radziwiłła, potrafi się utrzymać górą...
Rachuba ta, jak się codzień przekonywał, zawiodła go zupełnie; Radziwiłł miał wprawdzie rycerską zamaszystą energię do korda, ale politykiem nie był wcale, a na przekór mu szli uparci Massalscy, hetman był stary i niepewien co miał poczynać, prymas się chwiał, teść zaś wojewoda kijowski mimo wielkich sił, ani głowy, ani stanowczego planu do ich użycia nie okazywał... Nie działano ani zgodnie, ani w kierunku jednym, a to co się na pozór skupiało, w istocie potajemnie szło do celów zupełnie różnych... Branicki był pretendentem do korony, był nim Potocki, był i kurfirst forytowany jakiś czas przez prymasa...
Gdy Familia umiała się zrzec osobistych ambicyi na jednego z najmłodszych swoich członków, święcąc kanclerza, ks. Adama i Ogińskiego dla niego — w przeciwnym obozie niedowierzano sobie. Potocki nie radby był dopomódz Branickiemu, ani hetman wojewodzie...
Stronnictwa rozdrażnione coraz bardziéj z każdą chwilą, w końcu nie widząc innego ratunku, rachowały tylko na siłę i rozprawę orężną, i nigdy bliżéj nie była Rzeczpospolita wojny domowéj, niż czasu tego bezkrólewia... Skupiano wojska nadworne, powoływano obce... Zgoda wzajemnemi ustępstwy okupiona była niemożliwa, bo nikt ustępować nie chciał... Jeden z najmilszych wodzów partyi tak zwanéj republikańskiéj, książę Radziwiłł wojewoda wileński, ze swojéj strony wierzył tylko w szablę i siłę. Nadzwyczajnych potrzeba było środków, błagań i nalegań, aby go powstrzymać od kroków zaczepnych. Z téj też strony nie było głowy jednéj, coby kierowała i skupiała, każdy szedł swoim dworem i humorem. Łączyli się jedynie wszyscy we wspólnéj niechęci dla Familii.
Skutek więc łatwy był do przewidzenia, gdy raz sprawa się wytoczyła przed ultima ratio, żołnierzy i działa...
Książę kanclerz, który od dawna się sposobił do tego, aby zyskać sobie posłuszeństwo i zaufanie u szlachty, znalazł znaczną jéj część sobie przychylną... Na Litwie miałby większość Radziwiłł, gdyby mu jéj nie wyszczerbiali Massalscy...
Ten, któremu prawo dawało powagę największą, prymas, nie wiedział komu sprzyjać, a pragnął godzić, gdy się już wszystko do wojska sposobiło.
Generał siedząc prawie ciągle w Warszawie, był zrezygnowanym widzem biernym tego dramatu historycznego... Nie czuł się téż w obowiązku czynnie mieszać do niego... ani miał ochoty wciskać palce między drzwi...
Nie zapomniano mu jednak téj roli, jaką odegrał na sejmie 1762 r. Stolnik litewski, którego znaczenie z każdym dniem rosło i który energię całego życia wyszafował na te dni stanowczego przesilenia, był osobistym Brühla nieprzyjacielem. W jego i Familii rękach był teraz los generała, który przewidywał, że się na nim zemścić zechcą i muszą. Unikał więc narzucania się na oczy i występowania do walki, któréj prowadzić nie mógł... Z dala czasem mijali się w ulicy ks. Adam, pan stolnik i on mierząc tylko oczyma. W jednych z nich błyskało jeszcze zemsty pragnienie. Generał patrzał zimno i bez brawady, ale wcale nie ulękniony.
Przeciwnicy Familii schodzili się do jego domu i drzwi im zamknąć nie mógł, słuchał mało się mieszając, radząc niewiele. Czasem powoływał go pan kijowski do Krystynopola, chcąc go użyć, i wybadawszy zrzekał się téj myśli. Brühl grał na flecie, na skrzypcach, rysował i komedye pisał... a wierny przywiązaniu do pięknéj pani Sołłohubowéj, która z mężem w Warszawie przebywała — w cichéj i pełnéj poszanowania z nią rozmowie... zabawiał ją żartując ze swego położenia, a po trosze i z tych, co go otaczali.
Wśród powszechnego roznamiętnienia, on jeden zdawał się i był zupełnie panem siebie i krwi zimnéj... Losy dynastyi saskiéj, reprezentowanéj przez niedołężnego kurfirsta i trzpiotowatą Ermesindę, niewiele go obchodziły. Był w położeniu człowieka, który nie pijąc nic, znajdował się w towarzystwie ludzi po orgii szalonéj upojonych i rozgorączkowanych... Chciano go w początkach zużytkować, ale postrzeżono, iż nie przejmował się wcale rolą narzuconą, i dano mu pokój...
Kilka miesięcy pielęgnowano rannego Godziembę, który dosyć długo rękę na temblaku nosić musiał... ale obowiązki lektora przy hrabinie i pomocnika sekretarza przy generale mógł spełniać. Poczciwa Dumont, co się tak wiele spodziewała z poruszonego litością serca — ostateczny wydała wyrok: iż to są ludzie bez czucia i namiętności... Nie mogąc zaś wyżyć bez małéj intryżki do pielęgnowania, zajęła się panią Sołłohubową i hrabią, sądząc, że choć tu użyteczną być potrafi.
Tu nowa ją czekała niespodzianka; piękna Marya i hrabia kochali się jawnie, oczywiście, nie kryjąc się z tém wcale, lecz nie przechodziła ta miłość granicy zakreślonéj obowiązkami i poszanowaniem... i Francuzka nie miała tu co robić, bo tajemnic nie było żadnych...
W ostatku zrozpaczona tymi ludźmi północy, których bryłami lodu nazywała, rzuciła się Dumont pocieszać nieszczęśliwego Sołłohuba współczuciem, jakie mu okazywała... Sądziła, że może mu wynajdzie jakiś przedmiot, któryby go oderwał i rozerwał. Generałowicz mówił z nią chętnie, miał nawet do niéj słabości trochę, lecz naówczas już chory, znękany, smutny, o szukaniu dystrakcyi na świecie wcale nie myślał. Dla tych, co nań patrzali z daleka, co go widzieli dawniéj młodym, pełnym życia, kwitnącym, jawne było, iż miał w sobie zaród śmierci... o którym wiedział, który czuł, ale się go nie obawiał.
Stosunek jego z żoną był dziwny... Piękna Marya, może dręcząc się tém, że kochać go nie mogła i że kochała innego, była dlań z czułością, dobrocią i wyrozumiałością siostry. Małżeństwo nie będąc szczęśliwe, było czułe niemal... Żona czuwała nad zdrowiem jego... Brühl był dlań prawie bratem... Zazdrosne oko biednego zakochanego śledziło stosunki jego i żony — lecz nie mogło ich o nic więcéj obwinić nad to czemu oni winni nie byli.
I — rzecz dziwna — Sołłohub przestał do Brühla mieć żal o to, że się w jego żonie kochał. Zdawało mu się to niezmiernie naturalném, dziwił się raczéj wszystkim, którzy mogli i śmieli się w niéj nie kochać... Z powodu choroby Sołłohub politycznie był bezczynny, a że się go nie obawiano, wchodził prawie wszędzie, słuchał i wiedział wszystko... Codzień niemal przynosił wieść jakąś Brühlowi, wieść, która Maryę do rozpaczy i gniewu pobudzała, a którą generał przyjmował z uśmiechem...
W początkach wydająca się niemożliwą, niemal śmieszną, w końcu roku kandydatura stolnika stała się jawną i głośną... Hrabia Stanisław, którego pierwsze wystąpienie czynne, co nań zwróciło oczy, wymierzone było przeciwko Brühlowi, nie mógł zadać kłamu tym krokom, którym winien był część swéj rodzącéj się popularności. Co chwila więc grożono generałowi pomstą, z któréj się on uśmiechał... Obok czynnéj roli politycznéj stolnik niezmiernie był zajęty płcią piękną, która również sympatyi mu wiele okazywała. Liczba jego miłości, krótkotrwałych, ale nadzwyczaj natarczywych, wydawała się niemal bajeczną. Codzień prawie miasto się dowiadywało, o jednéj świeżo zawróconéj główce, któréj się może zdala uśmiechała korona, a nazajutrz już mówiono o innéj znowu, i te plotki przestawały nawet zajmować w końcu, tak liczba ich nie do uwierzenia rosła...
Jednego wieczoru w październiku 1764 roku, Brühl miał u siebie kilku zaproszonych artystów, którzy kwartet wykonać mieli... i zajęty był niezmiernie zapowiedzianą przyjemnością, mając ją z kilku przyjaciołmi podzielić. Do zaproszonych należał biskup Sołtyk, sam muzyk, utrzymujący doskonałą kapellę, Sołłohubowie i kilka osób poufalszego grona. Na sali czyniono przygotowania do muzyki, i artyści zbierali się powoli, gdy generałowicz wzruszony mocno, sam, bez żony wbiegł na salę.
Z twarzy jego łatwo poznać było można, iż coś przynosił niespodzianego i niezbyt miłego. Brühl, spojrzawszy nań, odgadł to, i zbliżając się doń, podawszy mu rękę, rzekł śmiejąc się:
— Jasiu kochany, przynosisz mi coś niedobrego, wiesz co? odłóż to na późniéj... popsujesz nam wieczór i muzykę...
— Ale mój Aloizy, co tam o muzyce myśleć... to się ciebie tycze! a choćbym ja zmilczał, ktoś tu wpadnie inny, aby ci o tém oznajmić. — To mówiąc, z miną kondolencyjną za obie ręce go chwycił.
— Biedny mój Brühlu!
— Dla czegóż mam w téj chwili być biedniejszym, niż przed godziną?...
— Jak to? nic nie wiesz?
— Co gorsza, ja o niczém nawet wiedzieć nie chcę...
— Nieprzyjaciele twoi... dokazują...
— Doskonale, niech dokazują, ja chwała Bogu jestem spokojny. Nie mieszam się do niczego... a zniosę wszystko.
— Przygotujże się natychmiast...
— Jestem gotowiuteńki.
Domawiał tych wyrazów Brühl, gdy z wielkim hałasem przez otwarte podwoje wkroczył książę Siewierza. Zobaczywszy Sołłohuba, snadź pewny, że generał już o wypadkach tego dnia jest uwiadomiony — wprost przyszedł do niego i uścisnął w milczeniu.
— Wierz mi, hrabio, — rzekł — tak mnie to boli, jakbym ja sam był na twém miejscu... Niegodziwi!
Dla Brühla było to jeszcze zagadką, o któréj rozwiązanie nie śpieszył się domagać, patrzał na Sołłohuba i uśmiechał się.
Nadeszło dwóch Potockich i wręcz także przypadli pocieszając, ale nie mówiąc o co chodzi.
— Po nich nie można się było czego innego spodziewać! — zawołał wojewoda wołyński, któremu towarzyszył podczaszy litewski. — Mój kochany hrabio! męztwa i wytrwałości...
— Raz się to skończyć musi! — dodał podczaszy...
Otoczono go kołem. Każdy inny w położeniu generała byłby się może uląkł téj zapowiedzi nieszczęścia, którego rozmiarów nie wiedział. Brühl pragnął się okazać, jak zawsze, aż do obojętności stoicznym.
— Wasza Książęca Mość, — odezwał się do biskupa z uśmiechem, — jako duchowny, którego powołaniem jest pocieszać nieszczęśliwych... czy nie raczysz mi nareszcie rozwiązać téj zagadki?... Słyszę zewsząd kondolencye... ale, na honor, nie wiem co mnie dotknęło...
Wzięto niemal za fanfaronadę to oświadczenie.
— Ale jakże może być? — oburzając się rzekł biskup. — Od rana o tém całe miasto wie.
— A ja... nie... daję na to najuroczystsze słowo moje — odezwał się Brühl.
— Nie może być! — zawołał podczaszy.
— Tak jest! — potwierdził Brühl.
Wszyscy osłupieli... milczenie panowało czas jakiś, spoglądali po sobie...
— Raczcież mnie objaśnić! powtórzył Brühl.
— Ale gdzieżeś hrabia był przez ten dzień?
— W domu! Prawda, żem nie kazał nikogo przyjmować, bo pisałem... nikt nie był u mnie... Poczciwy Godziemba odprawił tam kilku z miasta.
— Zyskałeś więc, kochany hrabio — rzekł biskup — kilka godzin tytułu starosty i generała artylleryi... a naostatek i szlachcica polskiego. Sejm ci to wszystko odjął za jednym zamachem, nie jesteś starostą, nie jesteś generałem... i musisz się zadowolić hrabstwem państwa rzymskiego.
W chwili gdy biskup domawiał tych słów, otworzyły się drzwi i oficer od artyllerji Dłubicki z dwoma towarzyszami wpadł do salonu. Rozogniona twarz jego świadczyła, jakie go tu wiodło uczucie. Brühl odwrócił się ku niemu.
— Panie generale — zawołał z wyrazem żalu najgorętszym — nie mogliśmy się tu stawić wszyscy, niech mi wolno będzie z dwoma towarzyszami moimi być tłumaczem żalu całego korpusu naszego. Uczuliśmy, jaką ponosimy stratę, wiemy, że jéj nam nic nie zastąpi... ani Warszawie starosty, ani artylerji generała.
Brühl chwycił go za rękę.
— Mój pułkowniku — rzekł — tracicie towarzysza broni, który was kochał i starał się być dla was dobrym kolegą, ale przyjaciel wam zostaje... Dziękuję wam serdecznie. Zanieście odemnie czułe pożegnanie wszystkim... Któż wie? spotkamy się może jeszcze.
Była chwila milczenia.
Zameldowano urzędników starościńskich, których jako z ręki Brühla mianowanych, los ten sam co jego spotykał. Weszło to smutne grono z kondolencyą tém rzeczywistszą, iż ją i nad sobą samymi mieć musieli.
Brühl z twarzą wesołą i zupełnie spokojny, pocieszać się ich starał, zaręczając im, że przeciwność tę zniesie z rezygnacyą.
Nieboracy wzdychali.
A że właśnie i do salonu generałowéj przyniosła była Dumont fatalną nowinę, weszła hrabina trwożliwie spoglądając na męża, który ku niéj pospieszył.
Chère Comtesse — rzekł — bardzo mi przykro widzieć cię zdegradowaną z generałowéj na prostą hrabinę... i ze starościny na wojewodziankę — ale znieśmy ten cios, pocieszając się muzyką.
Obrócił się do gości, prosząc siadać oficerów artylerji i urzędników. Ci jednak odmówili, wymawiając się pilnemi zajęciami urzędowymi; oficerowie tylko z Dłubickim pozostali. Ksiądz biskup zbliżył się do hrabiny, powtarzając wyrazy najżywszego oburzenia i współczucia.
Jak burza, wbiegła w tém pani Sołłohubowa, wprost się zbliżając do Brühla z niepohamowanym gniewem, jakim ją napełniła świeżo otrzymana wiadomość.
— Nie ma co mówić! — zawołała — jednają sobie przyjaciół i gotują przyjemną przyszłość.
Brühl się uśmiechnął żartobliwie.
— A! pani! — zawołał — czyżeś się mogła choć na chwilę łudzić, że mi przebaczą i że mogąc się pomścić, będą wspaniałomyślni? ja przynajmniéj ani na chwilę nie przypuszczałem, żeby mnie pozostawiono na stanowisku, na którembym w dzisiejszym stanie rzeczy sam zostać nie mógł.
A ciszéj dodał żartobliwie:
— Któż temu winien, jeśli nie piękne oczy pani Maryi? Stolnik na niewinnych nawet mści się za ich okrucieństwo, a ja padam ich ofiarą.
— Wiesz hrabio — odezwała się równie zniżonym głosem Sołłohubowa, podając mu rękę — bardzo cię szacuję, c’est peu dire, a jednak nawet dla ocalenia ci generalstwa i starostwa, oczy moje kłamać by i uśmiechać się nie potrafiły temu galantowi wszystkich piękności, który w istocie żadnéj nigdy nie kochał i kochać nie umie nic — prócz siebie.
Powiedziała to żywo — Brühl przyklasnął — wszyscy byli ciekawi dowiedzieć się, jakim ostrym dowcipem strzeliła piękna pani, ale usta jéj się zamknęły, a Brühl nie wydał tajemnicy.
Towarzystwo gwarnie rozprawiało o wypadku głównym dnia tego i o gotujących się jeszcze nowych krokach Familii, która władała sejmem i stolicą i czuć dawała swą potęgę nieprzyjaciołom — gdy Brühl z pulpitu nagotowanego wziął nuty... i zwrócił się do księdza biskupa.
— Nie ma w takich razach lepszego środka na myśli ponure, ani skuteczniejszego na ich rozbicie, nad boską muzykę. Jéj tony przenoszą nas w lepsze światy i każą zapominać o wszystkiém co nam tu dolega. Mieliśmy właśnie odegrać dziś kwartet, znakomitego nowego kompozytora, który mi nadesłał Esterhazy. Haydn, autor tego ślicznego dzieła, jest jego kapeli dyrektorem. Nawet nasz Haase drezdeński ustąpić przed nim musi, gdy idzie o głębokie uczucie — o śpiew wyrażający na przemiany melancholję, smutek, ból, tęsknotę.
Wprawdzie, mizerny amator... (tu się skłonił), grać musi pierwsze skrzypce — ale piękność kompozycji pokryje wykonania wady.
Trzej zaproszeni muzycy już stroili drugie skrzypce, alt i wiolonczelę, Brühl założył rękawy fraka i odrzucił mankiety, dobył swego Stradivariusa, ocierając go batystową chusteczką i stanął u pulpitu, na którym leżał numer pierwszy, dzieła 64, z re majeur. Goście powoli ustąpili, grupując się ku krzesłom przy ścianach, w sali zapanowało milczenie i po chwili zabrzmiało Allegro moderato, którego słuchano z przejęciem i w milczeniu.
Brühl mimo, że się nazwał dylletantem prowadził wykonanie wybornie, i jako dobry kwartecista nie starał się odegrywać pierwszéj roli, ani świetnieć kosztem swoich współtowarzyszy. Z jednakową siłą i precyzją występowały wszystkie równouprawnione instrumenta, jak czteréj bracia rodzeni... żeniąc zgodne głosy.
Po chwili spoczynku krótkiéj, Adagio cantabile zaczęto. To było prawdziwym Haydn’a, jeszcze naówczas mniéj znanego tryumfem... Śpiew ten szeroki, prosty, pełny uczucia, zabrzmiał jak coś stworzonego umyślnie na pociechę serc zbolałych. Gdy ostatnie jego takty w cichém piano skonały, nie oklask, ale tylko szmer i westchnienia poświadczyły o wrażeniu.
— W tym śpiewie — rzekł żywo Sołtyk — który już zmilczeć dłużéj nie umiał, w tym śpiewie czuć człowieka, któryby dla kościoła i dla Boga godzien był nucić.
Odgadł mimowolnie późniejszego twórcę najwspanialszéj pieśni boleści, jaką uczucie chrześciańskie natchnąć mogło — Siedmiu Słów Zbawiciela na krzyżu.
Żywy menuet i z potężną werwą odegrany finał (Presto) zakończył, rozbijając w słuchaczach tęskne uczucia, które Cantabile aż do rozrzewnienia rozkołysało. Brühl położył nareszcie Stradivariusa i otarł pot z czoła. Zbliżał się do niego Sołłohub właśnie.
— Wierzaj mi Jasiu mój — to są jedyne, to są prawdziwe, żadną zgryzotą, przesytem nie zamącone życia rozkosze. Myślenie, sztuka, pieśni, obrazy. Wszystko inne niesmakiem się kończy i zawodem. W tych płodach człowieka tkwi co natura ludzka najlepszego, najszlachetniejszego wydać może. W życiu czuć ułomność naszą — poezyi i sztuce naszą iskierkę boską.
Westchnął...
— Mój drogi, dałbym wszystkie generalstwa w świecie i starostwa grodowe w dodatku, gdybym mógł raz w duszy uczuć i wymarzyć taki kwartet jak ten Haydn’a... taką symfonię jaką on dla Esterhazego napisał, gdybym kiedy potrafił wymalować un Christ alla moneta, i napisać Tartuffa.
— Dodajże — spokojnie odezwał się Sołłohub — gdybyś kochając, uczuł się kochanym, i...
— Stój! — rzekł Brühl — o miłości mówić nie pora nam obu... przebyliśmy jéj rozkwity pierwsze i najżywsze. Miłość to arka święta, która w przybytku zawsze osłoniona stać powinna. Świętokradzca kto ją ręką zuchwałą odsłania.
Sołłohub westchnął spoglądając na żonę. Siedziała ona zdala, nie bardzo się bawiąc z Francuzką, usiłującą ją czémś rozerwać. Dumont szeptała jéj do ucha — ona się zdawała nie słuchać i nie słyszeć...
W drugiéj stronie salonu skupiło się kilka osób około podczaszego litewskiego, który coś dobywszy z kieszeni fraka, dyskretnie przypuszczonym do oglądania pokazywał. Z kolei przysuwali się wtajemniczeni dla przypatrzenia się jakiéjś kartce papieru czy pergaminu, starannie w rodzaj pugilaresu zawiniętéj. Przyszedł i Brühl.
— Zaczekaj, nim pokażę — odezwał się podczaszy — najprzód to wytłomaczyć muszę. U wojewody ruskiego na dworze bawi sławny francuzki miniaturzysta Violant. Znałem go dawniéj, robił coś i dla mnie. Wczoraj przypomniałem go sobie z powodu portretu żony, który mieć chciałem. — Poszedłem sam do niego. Na pulpicie znalazłem — zgadnijcie co? — miniaturę pana stolnika... jedną, drugą, trzecią i to w całéj postaci i w najrozmaitszych strojach. Uderzyła mnie oto ta... na któréj jak widzicie — odmalowany już jest w płaszczu z gronostajami, excusez du peu, z berłem w ręku i koroną na głowie. Strój, o którym decydować nie umiem, zdaje mi się hiszpańskim, tak przynajmniéj wnoszę z kryzy, pończoch i trzewików.
— Nie znajdujecie państwo, że to trochę zawcześnie? — rzekł uśmiechając się podczaszy.
— Nie chcąc być wziętym au depourvu, — rzekł Brühl — należy się zawsze wcześnie przysposobić.
— Tych miniatur, któremi stolnik obdarza piękne panie, swe przyjaciółki... nastarczyć Violant nie może.
Sołtyk patrzał z rodzajem dumy i niechęci, która o los miniatury trzymanéj w rękach podczaszego lękać się kazała. Widząc to Potocki, zawinął ją starannie.
— Dałem słowo honoru Francuzowi, że mu ten szacowny depozyt jutro zwrócę... Chciałem tylko pokazać to państwu, jako rzecz wielce charakterystyczną... W chwili gdy się ważą losy Rzeczypospolitéj... ten, co ster jéj w ręce wziąć pragnie, siedzi do miniatur i myśli o koronacyjnym stroju...
— Trzeba przyznać — dodał wojewodzic wołyński — że jest istotnie piękny i nie dziw, że naśladuje Narcyza.
Rozmowa potoczyła się o wszystkich młodych paniach zaszczycanych względami stolnika... na których czele stała księżna Sapieżyna wojewodzicowa, siostra kasztelanica bracławskiego, który na krok nie odstępował naówczas stolnika i dodawał mu we wszystkiem odwagi.
Dano wieczerzę i Brühl z wesołą twarzą, jakby mu się dnia tego nie przytrafiło nic nadzwyczajnego, gości zaprosił do stołu... Ten stoicyzm ex-starosty i ex-generała oddziałał wkrótce na innych, i spokojniejszym umysłem zaczęto się zapatrywać na sprawy potoczne.
Pomimo wysiłków Radziwiłła, hetmana, wojewody Potockiego, już jawném było dla wszystkich, że sprawa została przegrana... Prymas w boleści głębokiéj, powtarzał narzekania na Francyę, Mokronowski starał się walkę braterską i wojnę domową powstrzymać — mówiono głucho o obrotach hetmana, o rwaniu się szaloném księcia wojewody...
Lecz dosyć było obliczyć siły — ażeby przewidzieć po czyjéj stronie będzie wygrana.
Wszystkie nadzieje Saksonii i Ermelindy spełzły ze zgonem kurfirsta, żaden z panującego domu kandydat nie zgłaszał się do cierniowéj korony... Wszyscy rozprawiali bardzo żywo o zbliżającéj się tuż, tuż elekcyi; jeden Brühl słuchał w milczeniu, a wieczorami grał Haydna kwartety, wcale się nie zdając troszczyć, co się stanie z koroną...






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.