Starosta warszawski/Tom II/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Starosta warszawski
Podtytuł Obrazy historyczne z XVIII wieku
Data wydania 1877
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Indeks stron


III.


Pochmurny był dzień jesienny, i może wilgotne a chłodne powietrze gości od Młocin odstraszyło. Spokojnie więc i cicho było w pałacyku cześnikowstwa... — Brühl od rana zamknął się w bibliotece i studyował Molièra — po raz może pięćdziesiąty odczytywał „Tartuffa“... Ktoby nań spojrzał, tak zatopionego, z twarzą spokojną i rozradowaną mistrzowstwem pisarza... oddanego zupełnie rozważaniu dzieła sztuki i geniuszu, zgłębiającego warunki w jakich charakter przedstawia poeta, aby go uwydatnił — nie domyśliłby się, że miał przed sobą syna wielkiego ministra, czynnie wmieszanego we wszystkie ówczesne kabały i intrygi... popychanego co chwila do grania w nich roli stanowczéj. Myślą i duszą całą Brühl był w innym a lepszym świecie. Cisza panująca do koła, zaledwie przerywana powolnym chodem zegara, który posłuszny a bierny światu znaczył godziny, sam ich nie czując i nie mierząc, dozwoliła zatopionemu w czytaniu usłyszeć turkot w brukowanym dziedzińcu... Wzdrygnął się z lekka. Książka wysunęła się z rąk, oczy podniósł zdając się wyrzucać losowi, że mu nasyłał natręta...
Chwilę tak siedział w oczekiwaniu przybycia, którego się lękał, łudząc nadzieją, że odwiedziny mogą nie być koniecznie do niego, — gdy drzwi biblioteki uchyliły się i wszedł Sołłohub...
Ów szczęśliwy generałowicz jakoś smutnie i ponuro wyglądał. Zawsze to był ten sam żywy, piękny i nie sięgający ani uczuciem, ani myślami po za wrażenie dnia obecnego młodzieniec, jednak spoważniał i na twarzy jego widać było jakieś znużenie...
— A! stokroć cię przepraszam, mój Aloizy, rzekł ode drzwi — wiem, że jestem ci natrętnym, że oderwę od najmilszego zajęcia! Wiem, że w duszy możesz mi nie być rad, ale musiałem dziś przyjechać do ciebie...
— Cóż znowu za ceremonie robisz ze starym towarzyszem! zawołał Brühl wstając i podając mu obie ręce, z tą uprzedzającą grzecznością, którą wybornie przejął od ojca. Siadaj mój drogi, nigdy mi nie możesz być ani natrętnym, ani zbytecznym, bo cię kocham...
— Sołłohub począł z wolna rękawiczki zdejmować, kapelusz umieszczać, perukę poprawiać, mankietki pomięte wyciągać i prostować — łatwo było poznać, że przybył z czemś niemiłem do zgryzienia...
— Jakże ty się masz? spytał.
— Rozśmiał się Brühl...
— Wszakże wiesz, rzekł, — że ja nigdy nie choruję — na to nie mam czasu...
— A! ty! ja tobie wszystkiego zazdrościć muszę, — odezwał się przybyły, szukając krzesła, i starając się je umieścić w sposób dogodny... co wyglądało tylko na zabicie czasu i roztargnienia. Ty, mówił — jesteś we wszystkiém szczęśliwy... — nie tracisz humoru, nie bierzesz nic do serca, wieczna pogoda na twém czole, wieczny pokój w duszy.
Pan Aloizy spojrzał nic nie odpowiadając...
— Prawdziwie, ciągnął daléj Sołłohub — gdy takiemu jak ty filozofowi przyjdzie zamącić spokój... człowiek czuje to w sumieniu...
Brühl posłyszawszy ostatnie wyrażenie, drgnął nieco.
— Jadłeś ty śniadanie? — przerwał.
— Dziękuję ci — nie mam apetytu...
— Zrzućże od razu z serca co na niém cięży, lżej ci będzie...
Westchnął Sołłohub, poprawił się w krześle, wziął rozłożonego Molièra, spojrzał i położył go znowu na stoliku...
— No powiem ci, począł, — że wprost przyjechałem do ciebie, aby cię ostrzedz... — Jestem przyjacielem, życzę ci dobrze, nie radbym widzieć w przykrem położeniu...
— Cóż to jest? — obojętnie wtrącił cześnik...
— Na was, to jest na ojca twojego burza się gotuje... Ciebie, ciebie niemal wszyscy kochamy; minister ma tysiącami nieprzyjaciół... Sejm się zbliża... umysły są okrutnie podrażnione... Familia... gotuje się do jakiegoś kroku szalonego, wiesz, że ja będąc związany z Radziwiłłami, trzymam ze dworem, z wami, Potockimi i hetmanem... Lecz walka się nie rozpoczęła jeszcze... bywam wszędzie, słyszę wszystko, uszu moich dochodzą mimowolnie wszystkie uliczne wieści... Co wy myślicie? Czy wiecie co wam, a najbardziéj co tobie grozi?
— Cóż mi zagrażać może, — chłodno zapytał siadając cześnik — naprzykład?
— Familia wywołała skandal na sejmie... Jesteś wybrany posłem z ziemi Warszawskiéj — mówił po cichu Sołłohub... Między nami mówiąc, wasze polskie szlachectwo jest fikcyą... zadadzą ci najboleśniejszy raz — zaprzeczając mu.
— Kto? spytał Brühl...
— Familia...
Rozśmiał się cześnik.
— Ale mój drogi Sołłuhubie, któż ojcu i mnie to szlachectwo wyrobił, jeśli nie ta Familia? Któż ustąpił ze starostwa dla mnie? wojewoda ruski... Przed kim ja składałem przysięgę? przed ich szwagrem wojewodą mazowieckim...
— Tak, wszystko to prawda, odparł generałowicz — ale w namiętnościach politycznych nie ma logiki. Oni was uszlachcili i oni zechcą pokazać co ich potęga znaczy...
Zamyślił się Brühl i ziewnął.
— Wiesz co, rzekł: — to są rzeczy tak nudne... assommantes, a ja zwykłem tak w nich ślepo być posłusznym ojcu, że gdyby ci to wszystko jedno było mówić o czém inném?
— Zmiłuj się, tu idzie o twą skórę! rozśmiał się przybyły...
— Sądzisz, że aż o skórę? ze śmiechem zimnym odparł Brühl.
— No dosłownie tego brać nie potrzeba może... odezwał się Sołłohub — ale jeśli Familia szlachtę rozdrażni... ha! któż wie!
— Policzymy się, wtrącił cześnik.... Wierzę mocno, że Familia ma za sobą znaczną część szlachty.. nie przeczę jéj sile, ale my téż, Potoccy, Radziwiłłowie, hetman, partya dworska część posłów wielką mamy za sobą, a tu w Warszawie, pochlebiam sobie, że i ja znajdę trochę przyjaciół. Nim przyjdzie do stanowczych kroków, Familia rozliczy siły i nie porwie się.
— A ja ci mówię, że się rzuci i rzuci się na ciebie! — zawołał Sołłohub; ty będziesz kozłem ofiarnym, a ciebie mi żal...
Brühl uścisnął przyjaciela...
— Bóg ci zapłać — rzekł — przestrogę twą powtórzę ojcu, sam nie pocznę nic. Między nami, tak mnie to mało obchodzi... a tak mi to jest zarazem obrzydłe...
Nie dokończył...
Sołłohub daleko goręcéj snadź biorąc do serca sprawę Brühla, niż on sam, wnet począł znowu:
— Według mnie ojciec twój zawinił... Przy ostatniéj promocyi... Familia chciała, aby jéj kandydaci otrzymali nominacye... Prowadzili na krzesło wileńskie Ogińskiego...
— Wiem o tém — rzekł Brühl — lecz Familia wymagała nominacyi, nie dając nam nic w zamian, nawet spokoju... Groziła królowi, groziła nam i groźbą złamać nas chciała. Uledz było to się uznać zwyciężonymi, abdykować... Tego nie mogliśmy dopuścić.
— I doprowadziliście do wojny...
— Nie ja — westchnął Brühl — zrzekłbym się wszystkiego dla spokoju... Ja jestem tém ziarnem żyta niewinném, które między dwoma kamieniami młyńskiemi Czartoryskich i Potockich zgniecione być musi... To się zdaje mém przeznaczeniem.
— I nietylko ja, ale wszyscy nad tém boleją, — mówił generałowicz — nawet nieprzyjaciele ojca twojego. Książę Adam spotkał mnie wczoraj, i może umyślnie, użalał się zawczasu nad twym losem, upewniając mnie, iż się o to postara, aby ci włos nie spadł z głowy.
Zarumienił się cześnik i żywo odparł:
— Niech książę Adam będzie spokojny, my sami starać się o to będziemy... Jak sądzisz — dodał po chwili — czy on sam myśli przeciw mnie wystąpić?... Toby było zabawne!
Rozśmiał się.
— O ile wiem, nie on, ale młody stolnik litewski.
— Którego ojciec odemnie odbierał przysięgę — zawołał Brühl ruszając ramionami. — Żal mi go, że będzie musiał grać tę rolę. C’est un galant homme, wcale do tego rodzaju burd, jaka się w sejmie obiecuje, nie przeznaczony... równie jak ja, żeby być ich ofiarą...
— Kogóż wy postawicie ze strony waszéj? — zapytał Sołłohub...
— Ty się mnie pytasz — odpowiedział Brühl — a ja, musiałbym o to mojego ojca...
— Nic nie wiem, domyślam się tylko, iż na czele naszéj partyi stanie ten, którego nominacya na województwo wileńskie wszystkiéj téj wojny bodaj jest przyczyną... najpotężniejszy z panów w Rzeczypospolitéj... wasz kuzynek...
Sołłohub potrząsł głową.
— A! jeśli książę Karol stanie na czele, możesz być pewnym, że się bez guza nie obejdzie... Ordynat nieświezki, słucki, klecki, ołycki, żółkiewski, pan na Łachwie, Dryświatach, Białéj, Złoczowie i Kamieniu... a mój dostojny kuzynek... jeśli swą Litwę szaraczkową przyprowadzi z sobą na sejm, skończy się na szablach... On inaczéj nie rozumie, panie kochanku. Sprawy żadnéj, tylko pięścią w oczy...
— Mamy za sobą i hetmana Branickiego — rzekł Brühl...
— Potęga wielka, ale siedmdziesiąt trzy lata... każą mu zdać i tę sprawę na Mokronowskiego.
Tu uśmiechnął się Sołłohub...
— Hetman Branicki lubi odegrywać rolę królika, gdy janczarowie warty w Białymstoku zaciągają, gdy u stołu toasty na cześć jego wznoszą przy huku moździerzy... lecz gdzie trzeba być czynnym, starowina, czy przy pani Izabelli, czy na sejmie wyręczy się Mokronowskim.
Po tym ucinku zamilkł Sołłohub, spuścił oczy, począł się długo przypatrywać końcom swych trzewików, westchnął parę razy i zdawało się, że skończył rozmowę.
Brühl chodził zadumany po bibliotece...
— A więc nadziei pokoju?
— Nie ma najmniejszéj — dodał generałowicz. — Ojciec twój rozdał wszystkie urzędy, które mogły stanowić okup... i sam wypowiedział wojnę. Mianowanie Radziwiłła doprowadziło ich do rozpaczy.
Sołłohub jakiś czas jeszcze starał się niebezpieczeństwo grożące odmalować Brühlowi, który zaledwie go słuchał.
— Wiesz co, — rzekł — ja zupełnie tu jestem neutralnym... Chcesz pomówić z ojcem, jedźmy do niego...
— Jedźmy — odparł Sołłohub.
— Konie zawsze były w gotowości.
Cześnik zadzwonił.
— Niech powóz zachodzi...
Przyniesiono płaszcz, kapelusz i rękawiczki, w chwilę potém siedzieli w powozie milczący, a konie niosły ich do stolicy, którą widać było przed nimi.
Ministra o téj godzinie trzeba było szukać w pałacu saskim u króla...
Wysiedli przed nim, a młody Brühl spytawszy pazia, który się nastręczył... wprowadził za sobą Sołłohuba do gabinetu ojca, przytykającego do wielkiego salonu...
Drzwi były na pół uchylone... dochodziła z niego żywa, przerywana, rozmaitemi głosy prowadzona rozmowa... Z tonu jéj wnieść było łatwo, że umysły podrażnione i gniewne udział w niéj brały... Niekiedy spokojny, łagodzący odzywał się, łatwy do poznania głos ministra: przerywali mu ostrzejszemi tony, na przemiany coraz inni interlokutorowie... Odbywała się w sali narada, do któréj Sołłohub ani prawa, ani ochoty nie miał należeć...
Cześnik zajrzał przez uchylone drzwi i dał mu znak, ażeby usiadł. Ojciec już wiedział o nim — czekać na niego musieli. Dochodziły tu ich głosy wzburzone, wykrzykniki namiętne, które Brühl uśmierzać i łagodzić musiał... Wreszcie zaczęli się goście po jednemu wynosić, i minister wolnym krokiem wszedł do gabinetu, w którym zapewne syna tylko zastać się spodziewał... Twarz jego była posępna, piękne czoło sfałdowane, oczy spuszczone. Wychodząc z narady, znać nie sądził, że tu obcego zastanie, nie starał się więc nadać fizyognomii wyrazu kłamliwego... Dopiero spostrzegłszy Sołłohuba, ocucił się jakby ze snu i uśmiechnął, usiłując przybrać weselsze oblicze... Z nadzwyczajną uprzejmością powitał gościa...
— Kochany ojcze — odezwał się cześnik: — Sołłohub, nasz dobry przyjaciel, przybył mnie ostrzedz o zamachach i wojennych usposobieniach familii. Ja, ponieważ się nie mieszam do tego tylko o tyle, o ile każecie, przywiozłem go tu... Zdaje mi się, że generałowicz zbytecznie przez przyjaźń dla mnie się lęka.
Brühl stary wdzięcznie najprzód ręko przybyłego ścisnął.
— Nieskończenie mu jestem obowiązany za ten dowód jego przyjaźni — ale, cóż to tam groźnego?
— Wasza Ekscellencya wiesz to zapewne równie jak ja... Zbiera się burza przy rugach... chcą wystąpić przeciw szlachectwu pana cześnika...
Stary ramionami poruszył...
— Które oni sami nam doradzili i dali, i które ja — l’ai eu la faiblesse de ne pas refuser. Mogłem to samo zrobić inaczéj i bez ich pomocy... ale stało się... Zapomniałem o jednéj wielkiéj maksymie, którą obu panom młodym polecam, jako najważniejszą w życiu: Z przyjaciołmi zawsze należy tak postępować jakby jutro wrogami się stać mieli. O tém nie pamiętałem, gdyśmy z familią szli ręka w rękę i za to pokutuję...
Grożą mi — dodał — grożą nam... ha! zobaczymy!.. sprezentujemy z obu stron siły nasze, jeżeli wojewoda ruski z kanclerzem i młodą szlachtą Poniatowskimi — więcéj zaważy w Rzeczypospolitéj, niż Potocki wojewoda kijowski, niż Radziwiłł wileński i pan hetman, a w ostatku — sługa pański... (tu się skłonił), naówczas parlamentować będziemy... ja jakoś serca nie tracę.
Cześnik koronny popatrzał na ojca i widocznie się uspokoił. Minister zbliżył się do syna.
— Mój Aloizy — rzekł ciszéj — matka twoja — trzeba, ażebyś był u matki... Mnie tu trzyma nasz biedny król... ja się wyrwać nie mogę... Chce koniecznie niedźwiedzia... a tam... twoja matka.
— Chora? — niespokojnie przerwał Aloizy.
— Jest bardzo źle — bardzo źle, żywo powtórzył minister — jedź do niéj. Minąłeś się z posłańcem, którego posłałem po ciebie — ciągle się z tobą widzieć żądała.
Cześnik rękę wyciągnął do Sołłohuba, który nie mówiąc już słowa, wstał także i począł się żegnać z ministrem...
Brühl zamyślony mruczał niewyraźnie:
— Jak ci się zdaje, Sołłohubie? — czy wojewoda wileński przyszle mi niedźwiedzia dla króla?
I niedosłyszawszy odpowiedzi, dodał żywo:
— Familia poi i karmi szlachtę... ale książę kanclerz w żywe oczy z niéj szydzi... Szlachta to rozumie — nie będą jéj mieli po sobie...
Wychodzili już, gdy w zabłoconych butach, z twarzą od deszczu i wiatru wysieczoną, wszedł przybywający z Drezna z papierami Wolfersdorf. Minister się zwrócił ku niemu. Z drugich drzwi szambelan wzywał go do króla. Paź jeden oznajmował przybycie biskupa krakowskiego, drugi któregoś z kasztelanów. Brühl zasępioną twarz potarł dłonią i wydając rozkazy na wsze strony, wybiegł szybko z pokoju.
Cześnik spieszył do matki.
Hrabina już od kilku tygodni była niemal dogorywająca — życie, z którém zwycięzką walkę wiodła lat tyle... które się jéj uśmiechało i dało, czego tylko zażądać mogła — oprócz szczęścia — opuszczało ją. Czuła się znużoną śmiertelnie i nie pragnęła już żyć...
Przed brühlowskim pałacem nasłana grubo słoma w ulicy i dziedzińcu, zapowiadała w nim chorą. Wszystko tu zdawało się już wymarłe... Służba stała milcząca, poruszając się cicho i ostrożnie... W wielkich salonach nie było żywéj duszy... Cześnik ze smutkiem w sercu, z głową zwisłą, powoli kierował się ku sypialni, gdy przed nią spotkał siostrę, marszałkową Mniszchową, z chustką na oczach, zapłakaną i hamującą łkanie.
Spojrzeli tylko na siebie. Siostra ta i brat z całego rodzeństwa najbliżsi siebie wiekiem, najbliżsi téż byli sercami i darami umysłu... Kochali się jak dwie istoty — które się rozumieją i czują nie krwią, ale duchem pokrewne. Też same gusta i myśli — też same łączyły ich losy.
— Matka? — zapytał Brühl.
— Jest bardzo źle — szepnęła marszałkowa — idź, ja nie mogę, bo przy niéj płakać nie chcę, a łez wstrzymać mi już niepodobna... Od rana pyta się ciebie i domaga.
Cześnik zasłonę, która drzwi okrywała, uchylił i wszedł do sypialni matki... Pokój był firankami przyciemniony... woń jakichś leków złowrogich powietrze do oddychania ciężkiém czyniła... Oczyma szukał syn choréj na łożu, lecz pawilon jego był odwinięty, na fotelu obok z głową na ręku wspartą siedziała hrabina...
Oczy miała wlepione w komin, na którym głownie dogorywały. Cała osłoniona chustami, z głową przykrytą, wydawała się jakiémś widmem obwiniętém w całuny, z pod których tylko biała, wychudła twarz i ręce suche wyglądały. Pomimo wieku i choroby, oblicze hrabiny zachowało rysy piękności, któréj ani namiętności, ani ból, ani nieszczęście lat ostatnich zetrzeć nie zdołało.
Wspaniale była i majestatycznie piękna, a gorączka przedśmiertna, która raz ostatni zaogniła jéj oczy, nadawała charakter groźny... coś wieszczego i już nieziemskiego...
Ujrzawszy syna, wyciągnęła ręce...
— Przecież! przychodzisz... mój drogi! jakem czekała na ciebie... bałam się umrzeć — choć — czas! a! czas... alem chciała pożegnać — uścisnąć! zobaczyć twarz twoją — biedne ty dziecko moje, aby jéj obraz zanieść z sobą...
Brühl całował jéj ręce.
— Przecież nie gorzéj jest dzisiaj? — zapytał.
— A! lepiéj, lepiéj! bo się przybliża godzina wyswobodzenia... czuję jak życie uchodzi.
Spojrzała na syna i drżącą dłonią powiodła po jego twarzy zamyślona.
— Cóż ty? — mów.
Cześnik się uśmiechnął, o sobie nic powiedzieć nie umiał.
— Ofiary! ciągnęła jakby sama do siebie — mówiąc chora — wszystko ofiary... ja, wy... tak! Nie mogło być inaczéj. Narzędzia i ofiary — wielkość opłaca się drogo... Smokowi temu rzucają na pastwę dziewice, dzieci, krwawe serca, aby mu jedną paszczą więcéj urosło...
Rozśmiała się smutnie.
— W końcu gdy życie dogasa, jak się to wydaje okrutném! ale są przeznaczenia.
Zwróciła twarz.
— Mniszchowa — rzekła cicho — ty, ja... jak mi cię żal, dziecko moje... Pocałowała go w głowę. Tyś nie był stworzony do tego ukropu, w który cię wtrącono — ani ja. Ale ja z wrzątkiem się oswoiłam, żyć z nim mogłam — a ty biedaku?
— Ja także nie skarżę się — szepnął Aloizy.
— A tak! skarżyć się nie trzeba, bo na skargi odpowiadają szyderstwem, cierpieć i śmiać się. Wszystko to śmieszne...
Zamilkła — a potém dodała:
— Wy może wrócicie do Drezna — pokłoń się staremu miastu naszemu, którego ja nie zobaczę... przyjdzie mi spocząć jeszcze ofiarą na obcéj ziemi, na któréj nie ma spokoju... To kraj wrzawy i zajadłych walk...
A! jak mi cię żal.
Łzy potoczyły się z oczu, podparła się na dłoni, zadumała znowu. W tém zasłonę uchylając weszła Mniszchowa po cichu. Matka poczuła ją raczéj, niż posłyszała, zwróciła głowę — patrzała na dzieci stojące przed sobą, i strumienie łez nie ocierane toczyły się jéj po twarzy. Widząc, że córka tamuje z trudnością płacz... obróciła się do niéj.
— Mnie płakać wolno — rzekła — bo żałuję was, co jeszcze dużo cierpieć macie — a wam się płakać nie godzi, że ja odchodzę, jam żyła i przeżyła samą siebie. Po co żyć? Wszystko znane powtarza się do koła, ludzie nudzą, świat męczy, ciało dolega — pragnienia ustają... wyczerpane wszystko do dna. Gdyby mi dawano życie napowrót z warunkiem, bym je tak samo znowu jak wprzódy przeżyła, — a! nie chciałabym go za nic...
Mniszchowa klękła przy niéj i ujmując ją za rękę, cicho szepnęła:
— Lekarz nakazał spokój — mówienie mamę porusza.
— Nic mi już nie pomoże i nie zaszkodzi — odpowiedziała po cichu — ale wnet jakby posłuszna zamilkła, oczy zwróciła na ogień, potém na dzieci i powtórzyła razy kilka:
— Ofiary! ofiary! wszystko ofiary.
Stąpanie dało się słyszeć zdala, głowa się podniosła, oczy skierowały na drzwi, widocznie poznała czy przeczuła nadchodzącego... W progu ostrożnie wsuwający się ukazał minister... Wchodził pomięszany, twarz ułożywszy obojętną do smutku... Zbliżył się do krzesła i stanął pochylając ku hrabinie.
— Jakże dziś — lepiéj?
Uśmiechnęła się.
— Zupełnie dobrze! widzisz... nie mogło nawet być lepiéj.
I ręką wskazała dzieciom, aby wyszły, a mężowi krzesło, które przed chwilą przesunęła była Mniszchowa. Posłuszne dzieci wyszły, minister widocznie zakłopotany usiadł.
Przez czas jakiś milczenie trwało, bo chora myśli się zbierać zdawała.
— Ofiary! ofiary! poczęła znowu jakby sama do siebie. — Brühl! — kiedy tych ofiar będzie dosyć... i kiedy wielkością się nasycisz? — powiedz mi?
Minister milczał długo — nie doczekawszy się odpowiedzi, chora mówiła daléj:
— Król, — ja, — dzieci — dwa kraje — tysiące ludzi — ofiary! Brühl! czy się to kiedy skończy?.. Syt jesteś...
— Masz trochę gorączki! — odezwał się grzecznie minister — a to mówienie...
— Ja? życie całe miałam gorączkę, która mnie spaliła... Płoniemy na stosie dla ciebie... powiedz mi, jesteś szczęśliwy?
Poruszył się niecierpliwie na krześle Brühl i począł patrzeć na ogień nie odpowiadając nic. Ręką jedną szarpał mankietki u drugiéj.
— Doktór bardzo zalecał spokojność — odezwał się łagodnie — gdybym wiedział, że moje przybycie rozdrażni, byłbym się wstrzymał — lecz... sam będąc niespokojny, chciałem się przekonać o stanie jéj zdrowia. Może nie w porę.
— Bardzo w porę... później już byłoby zapóźno, — rzekła nieco zmienionym głosem hrabina — i wyciągnęła rękę ku niemu, łagodniéj mówiąc:
— Trzeba sobie przebaczyć, trzeba się pożegnać. Ja ciebie nie winię. Mam tylko prośbę jedną.
Minister żywo się pochylił ku choréj.
— Co tylko mogę — wyjąknął.
— Wszak ty możesz wszystko! a moja prośba za dziećmi... niech dosyć będzie tych ofiar! Mniszchowa... Aloizy... rzuceni w paszczę... ty sam, i ty ofiarą jesteś. Wszak syt być możesz... spoczynku! — pokoju! ciszy! dla nich.
Minister zawahał się widocznie z odpowiedzią.
— Ale wojna się kończy... pokój spodziewany... mam nadzieję, że powrócimy do Drezna, i ty, naówczas pomyślimy o spoczynku.
— Ja? rozśmiała się smutnie hrabina — ja? powrócę do ziemi, z któréj wyszłam... ale nie do téj, na któréj poczęłam życie. — Ja? o mnie zapomnijcie... Proszę za dziećmi... Aloizy... daj mu swobodę — on nie jest do tych walk stworzony.
Minister, który się zdawał namyślać — podniósł nieco głos.
— Nie ja winienem, ale losy i okoliczności... Ofiary? cóż bez ofiar! Nie poszły one darmo przecie... My — podnieśliśmy się najwyżéj... aż do tronu... twe dzieci postawiłem na szczeblach, z których sięgnąć mogą gdzie zechcą. Otoczyłem was dostatkiem — poszanowaniem — blaskiem.
— A wszystko to ciężyło jak kajdany — przerwała hrabina... były to spróchniałe owoce z nad Martwego morza, popiół w nich. Zaklinam cię, daj dzieciom szukać szczęścia gdzie zechcą... Słyszysz! mnie dochodzą jęki, szlochania, które wycisnąłeś ty. Saksonia płacze i przeklina, ten kraj się burzy... a ty?
Brühl wstał z krzesła nagle, jakby go co rzuciło.
— Ale pani! — zawołał — ja jestem cierpliwy, dla chorych wyrozumiały, a jednak już mi trudno, męczyć ją dłużéj moją przytomnością i samemu dać się brać na te tortury.
To są gorączkowe wizye, proszę się uspokoić.
Wyjął zegarek, spojrzał nań, chciał ująć ją za rękę — lecz hrabina zwolna mu ją usunęła.
— Masz słuszność — odezwała się — dziś to słowa daremnie na wiatr rzucone — za późno! Ofiar z paszczy nie wydrę. Muszą być ofiary, nic ocaleje nikt, tak, ofiary! aż do końca... do ostatniéj.
Minister już był wyszedł po cichu, a usta jéj powtarzały jeszcze ten wyraz, który myśl opanował. Było to ostatnie słowo jéj życia. Z tém słowem zamknęły się tegoż wieczoru usta na wieki.
Zgon hrabiny był od dawna spodziewany, przed królem tylko tajono jéj stan niebezpieczny, tak jak ukrywano przed nim większą cześć wypadków mogących utrapienia, jakich doznawał, powiększyć jeszcze.
Wieczorem gdy we wszystkie dzwony uderzono po kościołach, August się strwożył i wysłał szambelana, aby się dowiedział kto zmarł.
Przyniesiono królowi nazwisko jakieś nieznane, spojrzał i nie odpowiedział nic. Spytał o Brühla. Ministra nie było, wezwano go właśnie do umierającéj, królowi powiedziano, że jest na radzie. Niespokojny kilka razy posyłał po niego.
Późnym wieczorem z posępną twarzą wszedł nareszcie minister. Jakkolwiek usiłował pokryć wrażenie którego doznał, zdradzało go wzruszenie. Król poznawszy po nim, że coś z sobą przynosi niepomyślnego — strwożony zapytał natychmiast:
— Brühl! mów mi prawdę, co się stało?
— Najjaśniejszy Panie — odparł po chwili namysłu minister — poniosłem najcięższą w życiu stratę. Hrabina Brühl nie żyje.
August zakrył oczy dłońmi i wnet wstał, aby się rzucić ukochanemu słudze na piersi... Łez miał pełne powieki, drżał i płakał — ale nie rzekł słowa...
W milczeniu przeszła chwila. Król usiadł wsparty na ręku.
— Nieszczęśliwi my jesteśmy! — szepnął. — Tu nikt długo nie wytrzyma, tu wszyscy umierają. Brühl, zostaw mnie samego.
Ucałowawszy rękę pańską, cofnął się minister na palcach. Kazano przywołać kapelana.
Wieść o stracie, jaką poniósł Brühl, rozeszła się tegoż wieczoru po Warszawie; lecz umysły wzburzone przeciw niemu nie dały się nią powstrzymać od dalszego działania.
Partya, która starała się pomścić na Brühlu, widziała w tém tylko prawie szczęśliwe zrządzenie losu, odejmującego siły przeciwnikowi. Pomylono się jednak; był on z tych ludzi, których serce może się poruszyć na chwilę, lecz rachuba włada nimi i nałóg zwraca ich na dawne tory. Ciało spoczywało jeszcze w dolnéj sali pałacowéj, wybitéj suknem czarném, jaśniejącéj tysiącem świateł, zapełnionéj duchowieństwem, gdy Brühl zwoływał już radę swoją i szykował przyjaciół do boju. Z mocą ducha, która mogła się nazwać obojętnością zarazem, rozporządzał wspaniałym pogrzebem i wysyłał zauszników swych do śledzenia ruchów familii. Nie było czasu do stracenia. Obóz przeciwny ściągał massami szlachtę, dla poparcia tłumem i wrzawą skandalu, jaki miano na sejmie wywołać. Brühl i Potoccy słali téż gońców na wsze strony za przyjaciołmi swymi, powołując ich, aby przybywali zawcześnie.
Familia, która się gotowała wystąpić jawnie przeciw Brühlom, zachowywała jednak pewne względy dla dawnych z nimi stosunków. Spotykano się z pozorną grzecznością — mówiono mało, patrzano sobie bystro w oczy. Na pogrzeb hrabiny nieprzyjaciele stawili się, aby okazać, że grubiańsko chybiać nie chcą i zachowują pewną litość nad tym, którego samo niebo ścigać się zdawało. W orszaku ścierali się i stali obok siebie ci, którzy za dni kilka mieli wystąpić z zajadłością do boju... Ale daleko liczniéj i wspanialéj występowały rody sprzymierzone, Potockich, Radziwiłłów i szlachty zostającéj pod rozkazami dwóch królików Rusi i Litwy. Wojewoda wileński sam jeszcze nie przybył do Warszawy, ale ogromny orszak już go wyprzedził.
Na pogrzebie więc tym mogli się niemal policzyć zapaśnicy, i za trumną szli z myślą, kto kogo pokona i upokorzy... Brühl postępował za nią blady, na pozór spokojny, jak gdyby boleśnie i głęboko czuł stratę — chociaż schodząca do grobu ofiara od nowych go powstrzymać nie mogła.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.