Starosta warszawski/Tom II/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Starosta warszawski
Podtytuł Obrazy historyczne z XVIII wieku
Data wydania 1877
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Indeks stron


II.


Dwa lata, które upłynęły od r. 1760, zmieniły wielce położenie Brühlów w Rzeczypospolitéj; nie przybywało im przyjaciół, a wrogowie się mnożyli. Narzekania na ministra, którego uważano za główną sprężynę nieładu, zamieszania i intryg kraj rozrywających, odzywały się zewsząd — nie dochodziły tylko króla, pilną strażą otoczonego. Wzdychał on do Drezna, przechodzącego z rąk pruskich do austryackich, z kolei obleganego i niszczonego przez sprzymierzeńców i nieprzyjaciół; pocieszał się polowaniem, marzył o prędkim powrocie do stolicy, i przyjmował za dobre co mu na pociechę przynoszono. Minister, częstokroć żółcią napojony tém, co z Saksonii dochodziło, i co na miejscu znosić musiał, wypogadzał twarz idąc do króla, aby przed nim ukryć prawdziwy stan nieszczęśliwych dwóch państw, któremi rządził. Wypadki polityczne składały się tak, że trzeba było niemal cynizmu i bezczelności, aby z nich jakąkolwiek lepszéj przyszłości wyciągnąć nadzieję...
Z dnia na dzień pogorszało się położenie starego Brühla, którego żelazny charakter i dziwna rachuba na jakieś niespodziane zmiany, wytrwać tylko zdołały wśród tego chaosu klęsk i narzekań spadających nań dokoła. Z Saksonii donoszono o głodzie i rozpaczy, jakie długa, siedmioletnia wywoływała wojna; w Rzeczypospolitej trzeba się było nieładem ratować od upadku. Umysły zdrowsze widziały w nim sprawę ministra, i nienawiść ku niemu rosła z każdą godziną. Najzaślepieńsi jego zwolennicy nie mogli, nie śmieli stanąć w obronie.
Starosta warszawski, teraz już cześnik koronny, po śmierci Teodora Lubomirskiego, związany synowstwem z interesami ojca, narzędziem będąc w jego rękach, posłuszny woli, poddany rozkazom, obracał się wśród nieprzyjaznych sobie ludzi, z tą twarzą spokojną i obojętną, któréj wyrazu nic zmienić nie mogło... Ze stoicyzmem pokrytym powierzchowną lekkomyślnością, wiódł życie jakie mu zgotowały wypadki, nie skarżąc się, idąc w jarzmie konieczności posłuszny. Mało ludzi tego hartu i siły nad sobą miała epoka ówczesna, a młody cześnik winien był może w części przynajmniéj tę moc, jaką posiadał, szczególnemu usposobieniu, które go obcym niemal czyniło wypadkom, choć go one na pozór najbliżéj dotykały.
Aloizy Brühl żył zmuszony w tym świecie intryg i zabiegów o władzę, w istocie był on mu obojętnym i wcale go nie obchodził. Poeta i artysta duszą, czuł się sobą i najszczęśliwszym gdy się mógł zamknąć w bibliotece, malować, słuchać lub wykonywać muzykę, albo rozmawiać z uczonymi i artystami o tém, co dla niego stanowiło cel życia.
Natura wcale go nie stworzyła na syna i spadkobiercę ministra. Stary Brühl zaczynał to widzieć i bolał nad tém, chociaż na syna skarżyć się nie mógł. Na zawołanie ojcowskie jechał na pole walki, na dwory monarchów, posłował, ubiegał się o urzędy, dworował panom, ożenił się dla ojca, rzucał dlań najmilsze zajęcia. Możnaż więcéj było wymagać? Lecz w tém wszystkiém, mimo największéj gorliwości ze strony syna, nie czuć było serca, nie widać było namiętności. Stary Brühl nie mógł mu nic zarzucić, a nie był nim zadowolony.
Sam przez się pan cześnik koronny nie czynił nigdy nic... Jak tylko zbywała chwila czasu, usuwał się do Młocin, a gdy w nich przyjmować nie potrzebował tych, których mu ojciec pozyskiwać kazał, otaczał się ludźmi, których stary lubił może, ale ich wcale nie cenił... Wszyscy oni nie żyli duszą w tych sferach wirów i prądów, wśród których minister nałogowo obracał się najswobodniéj, czując się w swoim żywiole...
Pożycie z żoną zawsze było toż samo... pełne uprzejmości, dobroci, ale ani trochę nie czulsze niż było pierwszych dni po weselu. Oboje nawykli nie zawadzać sobie wcale, spotykali się z twarzą pogodną, pytając o zdrowie i rozchodzili się żegnając najceremonialniéj do takiego samego jutra. Pani cześnikowa chodziła po ogrodzie, czytała pobożne książki, kaszlała coraz więcéj, smutna była zawsze... ale się mieniła szczęśliwą. W istocie w granicach możliwości, mogła się nią nazywać... Spokój i dostatek ją otaczał, nie krępowano jéj woli, mogła marzyć... i iść tak pomału ku... jakiemuś końcowi... mglistemu, ku jakimś lepszym spodziewanym światom...
Z razu dosyć odosobniona i samotna, zyskała teraz kilka poufalszych znajomości. Dumont nie była potrzebna w Krystynopolu, Marya dała jéj schronienie u siebie. Sołłohub ożenił się nareszcie ze swém bóztwem, które się czasem pokazywało w Młocinach i serdecznie poprzyjaźniło z kuzynką.
Dwie Marye... obie podobno nie zbyt szczęśliwe, kochały się jak siostry, ale mimo miłości téj nigdy się nie wyspowiadały szczerze przed sobą... Domyślały się serc swoich... a zrozumieć ich nie mogły... Sołłohubowa z ubóztwiającym ją mężem obchodziła się dosyć despotycznie, nie kryjąc przed nim, że ją nudzi. Wyższa umysłem i ukształceniem od niego, znosiła dobrego zresztą człowieka jako losu konieczność, ale przywiązać się do niego nie mogła, był dla niéj zbyt dziecinnym, zbyt płochym, zbyt nieznaczącym...
Brühl tak samo nigdy nie potrafił małżonce natchnąć swych gustów i przelać myśli... Nie rozumiała Molièra... i szła czytać Naśladowanie; przy muzyce myślała... o tém tylko, aby jéj swym kaszlem nie przerywać... upodobania męża wydawały się jéj płoche... a zarazem charakter jego i żartobliwość raziła ją chłodem, choć ten był tylko powierzchownym. Los za całą pociechę w tém życiu nudném, jednostajném, zimném jak podbiegunowe miesiące mroku bez słońca, dał jéj, twarz poczciwego Godziemby, który wyzdrowiawszy został przy dworze pana cześnika, a nawet był jego ulubieńcem...
Dumont zastawszy go tutaj, nadzwyczaj była i zdziwiona i przelękła; zdawało się jéj, wedle francuzkich obyczajów, że taki domownik był niebezpiecznym i kompromitującym. Wahała się długo zagadnąć o to swą wychowanicę... Była przekonana że musieli zbliżyć się do siebie, i napełniało ją to obawą, aby zdradzona tajemnica, pokoju domowego nie zakłóciła. Przekonała się wszakże pobywszy tu dłużéj, iż cześnikowa, która z wielką nieśmiałością czasem się odważyła spojrzeć na Godziembę, nie mówiła do niego prawie nigdy, chyba zmuszona, i że pełen poszanowania dworzanin, choćby się był dał posiekać za swą panią, stał od niéj tak daleko, był tak nieśmiałym... jak niegdyś stara Dumont nie mogła tego pojąć... Jednego razu wreszcie, gdy sam na sam były z sobą, ośmieliła się napomknąć po cichu cześnikowéj, iż cieszy się tém mocno, że to dziecinne przywiązanie wygasło...
Marya podniosła ku niéj oczy łzawe, i rzuciła się na szyję...
— Moja kochana Dumont, mylisz się — rzekła do ucha się pochylając — ja go kocham tak jak niegdyś, moje uczucie dla niego nie wygasło i nigdy zgasnąć nie może, ale mnie wiąże przysięga... ja nie należę do siebie... On to dobrze rozumie, iż pogardziłabym nim, gdyby się zbliżyć ośmielił...
Wystarcza mi to, że go widzę...
Dumont tym heroizmem i energią młodéj pani, okazała się tak zdumiona, że w początku słowa nie umiała powiedzieć. Popatrzała na młodą zrezygnowaną męczennicę, dobrowolną i wielką dla niéj litość uczuła...
W owych czasach tak surowe pojęcie obowiązków żony, było zupełnie wyjątkowém, przynajmniéj w tych sferach, w których państwo cześnikowstwo się obracali.
— Admiruję — odpowiedziała powoli Francuzka — admiruję cię doprawdy, ale... mam być szczerą?
— A! moja Dumont... ciebie mam jedną — rzekła ręce składając Marya.
— No, to powiem wszystko, nie będę nic w bawełnę obwijała. Twój mąż, człowiek bardzo szlachetny, miły, pełen talentów, jakoś nie ma zbyt czułego dla ciebie serca... Jestem pewna, że byłoby mu niemal... pociechą, gdybyś się trochę rozerwała... On sam, wiem to najpewniéj także, gdzieś jakieś potajemne ma amory, i nie jest tak skrupulatnym... W tém wszystkiem idzie tylko o to... o to — tu głos zniżyła — aby ludzie nie gadali, a Pan Bóg, Pan Bóg, wierz mi, jest pobłażającym na grzechy miłości...
Francuzka miała może pewne myśli, stać się użyteczną i niezbędną, ale z tych ją zaraz wyprowadziła cześnikowa. Podniosła czoło spokojne i oczy trochę załzawione.
— A moja Dumont — odezwała się — nie mów tego... Wolę dla saméj siebie, aby Bóg mi nie miał nic do przebaczenia. Winnam to sobie... Wystarcza mi, że patrzę na niego, że wiem, iż ktoś mnie kocha mocno... Cóż chcesz? życie krótkie, przejdzie jak sen... poniosę moją miłość dziecinną do grobu...
Stara Francuzka z uwielbieniem zaczęła całować dawną uczennicę, nie miała wyrazów na pochwałę jéj cnoty, lecz, pomyślała sobie, że albo nie ma ku niéj ufności, albo się tai... lub, nie umie sobie dać rady... Nie poprzestała więc na tém, i w duchu postanowiła sobie... uszczęśliwić te dwie istoty... przynajmniéj o ile niewinnie i przyzwoicie da się to uczynić. Nie zaręczamy jednak, czy zupełnie w myśl miłosiernéj niewiasty trafiliśmy... To pewna, iż nie mogła patrzeć obojętnie na smutne życie swéj wychowanicy, mocno postanawiając je osładzać. Była to dla niemłodéj osoby rola nader właściwa, dozwalająca przynajmniéj odświeżyć sobie w pamięci niepowrotne dni i lat ubiegłych wrażenia.
Wchodziło w plan poczciwéj przyjaciółki dośledzenie, w kim się kochał pan cześnik? bo że się kochał, o tém nie wątpiła bynajmniéj. Znane jéj były nawyknienia i obyczaje dworu saskiego, jego tradycje, żywot i sprawy starego ministra... a może i coś więcéj jeszcze. Z żywości temperamentu młodego Brühla wnosiła, iż z sercem niezajętém nie mógł pozostać. Znano jego dawną passyę dla jakiejś Angielki, za którą biegał za granicę... szeptano o różnych miłostkach pobocznych...
Godziemba należał teraz do najpoufalszych sług pana Aloizego... Poznawszy w nim charakter szlachetny i wykształcenie nad stan, używał go chętnie jako sekretarza, dawał mu polecenia poufne a zazdrość całego dworu była najlepszym dowodem jakie u niego miał zaufanie. Najchętniéj i prawie wyłącznie posługiwał się Godziembą... Zdawało się więc, że jeśli kto to on musi być wtajemniczony w stosunki serdeczne hrabiego. Od przyjazdu swojego na dwór, madam Dumont nie miała zręczności widzieć się nigdy sam na sam z panem Tadeuszem, ani mu się nawet wytłómaczyć z tego kroku, do którego była w Krystynopolu zmuszona. Teraz nadchodziła pora zużytkowania przeszłości i zaplątania małéj intryżki domowéj, która wśród téj nudy, ciszy i braku zajęcia... przyjemną mogła rozrywkę stanowić...
Obeznawszy się więc z domem i jego obyczajem Dumont czatowała na Godziembę, tymczasowo jednając go sobie nader przyjacielskiemi uśmiechami i ruchami głowy przy spotkaniu. Pan Tadeusz grzecznie na to, ale z daleka odpowiadał... nie zbliżając się więcéj. Francuzka więc była zmuszona jednego wieczoru zaprosić go do swojego pokoju... Postanowiła wyjść z téj bezczynności, która ją dręczyła. Godziemba, któremu szepnęła naznaczając godzinę, nie odpowiedział nic, skłonił się tylko.
O mroku czekała nań poczciwa Dumont z wielką niecierpliwością; młody człowiek się zjawił i spytał coby mu miała do rozkazania?
— Sądziłam oddawna — rzekła Dumont — że mnie się waćpan spytasz, dla czego tak sobie z nim postąpiłam, nastraszywszy go w Krystynopolu... Widzę jednak, żeś nie ciekawy, a ja przecie mu to wytłómaczyć muszę, aby dlań nie było zagadką...
Tu przystąpiła bliżéj i rzekła cicho:
— Miano waćpana w podejrzeniu!! rozumiesz mnie?
— O co? — zapytał Godziemba.
— A! o co! domyśl się waćpan! Nie byłeś bez winy... a dosyć było najmniejszego... cienia tylko, abyś i waćpan zginął, i drugą osobę uczynił nieszczęśliwą.
Godziemba się zmieszał.
— Już się waćpan nie zapieraj — dodała Francuzka — ta druga osoba nie miała i nie ma dla mnie tajemnic... Ja wszystko wiedziałam i wiem.
— Ale ja nie wiem o niczém! wybąknął Godziemba zmieszany...
Francuzka popatrzała mu w oczy.
— No, niechże sobie tak będzie — dodała — dosyć, że mnie waćpan rozumiesz, a mogłabym coś jeszcze powiedzieć więcéj ale... ale kiedy nie chcesz mieć dla mnie ufności, dam pokój.
Tadeusz stał milczący i widocznie nie pewien jak się miał znaleźć...
Milczenie trwało czas jakiś.
— Ja jeszcze mam jednę prośbę do pana, odezwała się Francuzka. Jest ona wszakże takiego rodzaju, iż równie jak to o czém mówiliśmy, zaufania wymaga... więc nie wiem...
— Jeśli mogę czém byś użytecznym... przerwał Godziemba.
— Przepraszam waćpana, nie o mnie tu wcale chodzi, nie o mnie...
Przeszła się parę razy po pokoju i znowu przybliżyła się do młodego dworzanina, który stał ciągle nieopodal ode drzwi.
— Siadaj-no pan, rzekła, i bądźmy dobrymi przyjaciółmi, ja mu się téż na coś przydać mogę...
Pomilczała chwilę i odezwała się nagle pochylając ku niemu:
— To dziwny człowiek ten Brühl... dla żony zupełnie obojętny... ta kobieta opuszczona... wzbudza we mnie największą litość, boć lepszego losu warta! Takie serce! Powiedz mi waćpan, to nie może być, on się w jakieś innéj kochać musi!
Pytanie to wypadło tak nagle: a było tak poufne, iż Godziemba, który nie czuł jeszcze wcale zbytniego zaufania dla Francuzki, zmilczał chwilę, namyślając się co ma odpowiedzieć. Jawném dlań było że kochała Maryą, że jéj życzyła dobrze — to go za serce ujęło.
— To są tak drażliwe rzeczy, odezwał się w końcu, iż doprawdy... nie umiem o tém nic powiedzieć... Moje położenie nie dozwala mi tych tajemnic dostąpić...
— Przepraszam — zawołała Francuzka: jeśli kto to waćpan, waćpan jeden znasz na wylot młodego Brühla, to wszyscy wiedzą...
— Ale mi się ze stanu serca nie zwierza — uśmiechnął się Godziemba.
— Tak — waćpan masz oczy i przenikliwość... uderzając go po ramieniu poczęła Dumont — to nie może być, ażebyś się nie domyślał...
— A gdyby i tak było — rzekł powoli dworzanin — do czego się zda to wiedzieć?...
— Hm — szepnęła Dumont bardzo poufnie i cicho — a jeżeliby pewna osoba życzyła sobie...
Na pewnéj osobie Francuzka mocny położyła nacisk.
Godziemba się zarumienił.
— Możesz to być? spytał żywo...
— Kiedy ja waćpanu powiadam! Wierz, nie wierz — jak chcesz...
Pan Tadeusz namyślał się długo...
— Wiesz pani — odezwał się wreszcie z jakąś energią nagle wydobytą z piersi — mam najżywsze uszanowanie dla obojga moich państwa...
— Spodziewam się jednak, żartobliwie wtrąciła Dumont, że dla jednéj z tych dwóch osób masz waćpan coś więcéj nad uszanowanie i pewne obowiązki...
Zmieszał się pan Tadeusz, lecz zaraz dodał:
— Dla pana cześnika mam wdzięczność za dobroć jego...
— Ale nudny waćpan jesteś — odezwała się Dumont klepiąc go po ręku. Jemu to nie uwłacza że ma serce... i że się kocha! Wątpię żeby się pewna osoba bardzo gniewała za to, a wiedząc, że z jego strony... na przywiązanie rachować nie może... no... czułaby się spokojniejszą.
Spojrzała mu w oczy — Godziemba był chmurny zamiast się rozradować, jak Francuzka przypuszczała...
— No — ale mówże waćpan...
Pan Tadeusz oczy spuścił...
— Niech pani nie sądzi o nim, żeby on był płochy i łatwy do odgadnięcia i do zwierzenia... Trudno go zbadać.
— Ale przecież?
— Jabym się ledwie śmiał domyślać.
— Kogo? czego? — Doprawdy, poczęła niecierpliwiąc się Dumont, trzeba mieć anielską, zimną krew... kogóż się domyślasz?
Godziemba nagle wstał z krzesła.
— Słowo daję — nic nie wiem...
Dumont się rozgniewała, lecz wstrzymała wybuch nieukontentowania.
— Więc mam odpowiedzieć pewnéj osobie że... waćpan nie wiesz nic i nie śmiesz się domyślać!
Ruszyła ramionami, wstając także z krzesła.
— Przyznam się — rzekła — że są osobliwsze na świecie charaktery, które odpychają tych, co im chcą wyświadczyć przysługę!... odpychają cisnące się szczęście! Któż to rozumie...
Walczyć z sobą zdawał się Godziemba...
— To darmo — szepnęła Francuzka — kiedy waćpan mi nie wierzysz... nie ma co dłużéj mówić... Stosunek ze mną mógłby mu być przydatny, lecz siłą nie narzuca się dobrodziejstwa. A! tak! to darmo! to darmo! — powtórzyła po razy kilka.
— Pani mnie zrozumieć nie chcesz — odezwał się pan Tadeusz — ja oprócz domysłów nie umiałbym nic więcéj powiedzieć...
— Więc są domysły? są do nich powody?...
— Znalazłyby się — rzekł niechętnie Godziemba zapewne... Pan cześnik... ma nadzwyczajne uwielbienie, choć się z niém dosyć ukrywa... dla pani Sołłohubowéj...
— Nareszcie — zawołała Francuzka klaskając w ręce. Ja się tego téż domyślam, ale powiedzże mi waćpan... jak się mu zdaje? — mają bliższe stosunki...
Tu zakaszlała i spojrzała znacząco.
— Innych nad te na które wszyscy patrzymy, nie sądzę...
— Nie widują się z sobą potajemnie?
— Uchowaj Boże! przerwał Godziemba.
— Nie pisują do siebie?
— Nie — zaprzeczył dworzanin — posyła jéj książki.
— W nich mogą być listy... albo — albo miejsca znaczone... o! o! książki, przez nie wiele powiedzieć można...
— O tém nie wiem...
— Bo waćpan nic nie chcesz wiedzieć... A mąż? zazdrosny?.
Nie dostrzegłem tego. Jest zresztą z takiém dla żony uwielbieniem, że nie ośmieliłby się jéj posądzać.
— Jakże ona dla Brühla?
— A! bardzo przyjaźnie usposobiona...
— Przecież, badała zręczna Francuzka — waćpan powinienbyś rozróżnić przyjaźń od innego uczucia...
— Nie śmiem wyrokować...
Po téj ostatniéj odpowiedzi, Dumont zdawała się tracić cierpliwość i nadzieję, spojrzała zbliżywszy się do zegara na godzinę... Mrok już był w pokoju...
— Nie śmiem, nie śmiem! powtórzyła; nieśmiałość, wiesz waćpan, jest może w kobiecie wdziękiem i przymiotem, ale jest w mężczyznie defektem... Potrzeba być śmiałym, kto chce na świecie być szczęśliwym...
— A zatém, dobranoc... a gdybyś waćpan miał co na sercu, potrzebował rady przyjacielskiéj pociechy, zwierzenia, proszę nie zapominać o mnie.
Godziemba się skłonił i skierował ku drzwiom.
— Tak! tak, śmielszym być potrzeba! — powtórzyła odchodzącemu Dumont...
Drzwi się zamknęły.
— Na uczciwość! — rzekła sama do siebie — przy najlepszych chęciach, przy najszczęśliwszém położeniu, co tu człowiek poradzi dwom istotom, które chcą się męczyć? Trudno im narzucić... A! — tu westchnęła myśląc, iż ona gdyby się znajdowała w położeniu podobném... inaczéjby pewnie z niego korzystać umiała...
Namyśliwszy się co z rozmowy miała udzielić wychowanicy, Dumont przeniosła się po chwili do salonu, w którym pani cześnikowa była sama. Męża jéj nie było w domu, goście się rozjechali, na wieczór nikt się nie zaprosił i nie był zaproszony, miały go więc spędzić sam na sam.
Rozmowa zaczęła się od pogody... Francuzka jednak umiała ją sprowadzić na bliższe sercu sprawy. Cześnikowa dowiedziała się z przestrachem jakimś że Dumont miała poufne spotkanie z Godziembą. Zlękła się tego, wzrok jéj to wyrażał. Dumont zrozumiała i śmiać się poczęła...
— A przecież — szepnęła ostrożnie — ja wszystko co poczynam, robię na mój własny rachunek. Wszak mnie ciekawą być wolno. Wzięłam go na spytki... Szło mi ciężko, nie łatwo co wydobyć z niego... Milczek i ostrożny. Przecie w końcu... dobadałam tajemnicy...
Schyliła się jéj do ucha...
— Cześnik się kocha... a wiecie w kim? Nie ma nic niebezpieczniejszego nad kuzynki i przyjaciółki... Rzecz pewna, że ma słabość dla Sołłohubowéj.
— A! to dla mnie nie nowina! — rozśmiała się smutnie Brühlowa — i ona mu się wypłaca wzajemnością! Wiem o tém dawno! Lecz jakżeby on jéj nie kochał, kiedy ona go tak dobrze rozumie! Oni są prawdziwie stworzeni dla siebie... Nie dziwię się wcale. Marya ma wszystkie jego upodobania, jest tak miła...
Dumont słuchała z podziwieniem spokojnego głosu cześnikowéj.
— Wiec się tego domyślałaś?
— Byłam pewna — dodała Brühlowa — i zaręczyć mogę, że to przyjaźń, któréj się oboje wstydzić ani kryć z nią nie mają potrzeby...
Francuzka zaczęła się śmiać po cihu, coraz głośniéj potém, mocniéj coraz, i nie mogąc niby utrzymać się od śmiechu, pochyliła się aż na kanapę. Uścisnęła potém wychowankę.
— O! moja ty droga, czysta i święta istoto! — zawołała — ty z siebie sądzisz o wszystkich... Nie chcę cię wyprowadzać z błędu... Miłość rzadko umie mieszkać w obłokach, poić się promieniami, karmić rosą i być czystym duchem... To nad ludzkie siły... Każda się zaczyna od najczystszych żądań... a kończy na najzuchwalszych... Ale, niech będzie jak chce, byleś ty była spokojna...
— Ja wcale o męża nie jestem zazdrosną — dodała cześnikowa.
— Lecz gdyby, gdyby okazał się winnym...?
— Żalby mi go było bardzo, lecz... wina jego... nie spadałaby przecie na mnie...
— A! zapewne! przeciwnie — żywo wtrąciła Francuzka — mogłaby cię rozwiązać i uczynić swobodną.
— Mnie? — dodała zdumiona Marya, z prostotą dziecięcia. — Moja przysięga i przyrzeczenie zawszeby mnie wiązały.
— Względem wiarołomcy?
— Tak sądzę — mówiła spokojnie Brühlowa — byłożby lepiéj go naśladować?
Francuzka zamilkła, tym razem poważniejąc...
— Ale, mój Boże! — szepnęła smutnie Brühlowa — jak oni są nieostrożni, kiedy już na siebie oczy zwrócili... Ta Marya, tak jest dziwna... Ja jéj już mówiłam razy kilka, że... że się kompromituje. Odpowiedziała mi śmiejąc się, że jéj to wszystko jedno... Ale Sołłohub biedny jest zazdrosny... i mogą mieć przykrość.
Mówiła to tak spokojnie, jakby ją osobiście wcale ta sprawa nie obchodziła... Dumont nie mogła wyjść z podziwienia.
— Sołłohub zaślepiony — szepnęła.
— Tak, bo ją także bardzo kocha — wrzuciła cześnikowa — a ja kocham ją także... Ma w sobie coś tak miłego...
— Rywalka! — dodała dziwnie gwałtownie Francuzka. Cześnikowa podniosła oczy...
— A! nigdym rywalką jéj nie była — dokończyła — serca pana cześnika nie miałam... i nie roszczę praw do niego... Ze spuszczonemi oczyma Brühlowa wzięła ze stołu robotę, rozciągnęła ją na kolanach, wpatrzyła się w nią i szycie swe ukazując Francuzce, zapytała:
— Powiedzże mi, moja Dumont, czy dno czarne czy migdałowe będzie lepsze? Nie mogę się sama zdecydować. Sołłohubowa jest za czarném. Ma wiele smaku... Mnie się ono wydaje za ostre... Ja lubię ciche barwy...
— A ja krzyczące! — ofuknęła trochę gniewna Dumont, spotykając tę niezrozumiałą dla siebie obojętność u cześnikowéj. Cela sera fade, nie cierpię bezbarwnych rzeczy... Taką byłam całe życie.
Rzuciła ramionami...
— Teraz się ludzie rodzą bez krwi, bez namiętności, bez uczucia — i nudzą się téż na świecie... Co warta egzystencya taka! Nie rozumiem prawdziwie, nie rozumiem!
To mówiąc dobyła z kieszeni talię kart i zaczęła kłaść pasians na stoliku... Cześnikowa spojrzała na nią, zakaszlała cicho i zawlókłszy w igłę włóczkę migdałową, pilnie się wzięła do roboty.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.