Starosta warszawski/Tom I/X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Starosta warszawski
Podtytuł Obrazy historyczne z XVIII wieku
Data wydania 1877
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Indeks stron


X.


Już było dobrze z północy, gdy państwa młodych, wedle obyczaju polskiego, uroczyście do ich apartamentów odprowadzono... Tu, w salce do niego przypierającéj, Brühlowie przygotowali cukrowe gody dla łaskawych gości... Wojewoda występował po królewsku, minister téż nie chciał się dać zaćmić, choć ta wieczerza nie dozwalała mu tak się okazać i bogactwem swém i przepychem, jakby był życzył sobie.
Od kilku dni służba pana ministra miała salę pod swym kluczem... przybyłe wozy wyładowywano, a przystrojenie odbywało się tak tajemnie, iż najciekawsi, do których Bebuś się liczył, przez dziurki od klucza tylko dopatrzyć mogli, iż się tam pilnie krzątano. Słychać było stukanie, stąpanie, brzęk... Wnoszono pudła, kufry i kosze, ale przed przyjęciem państwa młodych, z miejscowych nie dopuszczono nikogo. Zbywano się natrętów bardzo grzecznie, ale bardzo stanowczo... składając się rozkazami Jego Ekscellencyi...
Gdy nareszcie na dany znak otwarły się drzwi salki, ujrzano coś jakby z tysiąca nocy wydarty obrazek... Całe ściany salki wybite były świeżych farb gobelinami, przedstawiającemi w wieńcach kwiatów girlandy aniołów i obrazy mitologiczne... Jedną ścianę całą zajmował kredens, od stropu do posadzki lśniący nagromadzonemi naczyniami złocistemi, półmiskami i misami ogromnemi jak tarcze, dzbanami, roztruchanami, beczkami... Konew złocista, w któréj butle stały... podparta na dwóch smokach, zdawała się z niemi razem na straży tego skarbca ustawioną... Z obu jéj stron dwa stoły całe kute ze srebra, przedziwnéj roboty kielichami różnych rozmiarów i barw zastawione były... Nie tyle tu kruszec oczy ściągał, co misterna robota, która daleko cenę jego przewyższała.
Całą posadzkę miękkiemi wysłano dywanami... Po rogach w wielkich kandelabrach bronzowych płonęły świece piramidami piętrzące się do góry... Porcelanowy pająk nad stołem lśnił także i światłem jarzącem i kolorami świeżemi swych kwiatów... Z pośrodka ich wychylone amorki... zdawały się róże i lilie ciskać na głowy gości...
Stół wielki który się ciągnął przez całą salę, pięknością zastawy, wszystkie te przewyższał cuda. Środkiem jego w wazonach olbrzymich, ustawiono żywe kwiaty, trudne do rozróżnienia od porcelanowych ich rywalów... Z obu ich stron na zwierciadłach rzędami nimfy i amory pobrawszy się za ręce przeglądały z za kryształowych kielichów... Całe nakrycie stołu, talerzyki, noże, łyżki, widelce były złote...
Na misach, w koszach z porcelany i srebra... stosy cukrów i owoców włoskich, smażonych i świeżych nęciły oczy, — a gdy ucichła kapela, która państwa młodych przeprowadzała — wśród chwilowego uciszenia — niewidzialna... jakby z niebios muzyka, cicha, łagodna, melodyjna, dała się słyszeć zdumionym gościom, którzy ani instrumentów, ani grających na nich, ani miejsca zkąd płynęły te dźwięki — odgadnąć nie umieli...
Czarodziejski ten chór stłumiony, niby daleki... oczarował gości... zamilkli wszyscy słuchając...
Hymn jakiś uroczysty brzmiał jakby z za jedwabnych wychodząc opon, które ściany okrywały... Niekiedy cichnął niby się oddalając i ginąc, to znowu zbliżał, podnosił, wzmacniał... aż nareszcie... skonał w niedosłyszanem westchnieniu...
Natenczas Brühlowie naprzód państwo województwo oboje, potém dostojniejszych gości do stołu zapraszać zaczęli. Kielichy już były nalane... pili więc, kto się tu potrafił docisnąć, bo ledwie cząstka gości mogła miejsce znaleźć — zdrowie młodych państwa... Tymczasem biskup Wołłowicz szedł poświęcić pokoje i łoże...
Szturm przypuszczono do stołów, w mgnieniu oka je opróżnił, i natychmiast napełniły się jakby czarodziejsko nowemi misami, nowemi cukry i słodyczami... Jedni wychodzili, wchodzili z kolei drudzy, tymczasem u drzwi klęcząc państwo młodzi powtórnie wzięli błogosławieństwo rodziców i drzwi się za niemi zamknęły...
Wojewodzianka osłabła niemal ze znużenia, wprost poszła do klęcznika, który stał w jéj pokoju... Na nim przy starożytnym obrazie N. Panny Częstochowskiéj, paliły się świece, leżała wspaniale oprawna księga... Padła przed nim na kolona, głowę złożyła na rękach złamanych — i tak pozostała nieruchomą. Brühl cofnął się do drugiego pokoju i spokojnie usiadł na krześle... Zegar na kominie wskazywał pierwszą po północy godzinę... z dala słychać było niekiedy huczniejsze tony pałacowéj kapeli... i okrzyki szlachty spełniającéj zdrowia wojewody i dygnitarzy...
Cisza tych kilku komnat, mrok który w nich panował... odbijały smutno jakoś od wrzawy, która dochodziła z dala i miała w sobie coś dzikiego niemal...
Z krzesła, na którém usiadł Brühl, przez drzwi otwarte widać było tę kobietę w bieli, w wieńcu z pochyloną głową, nieruchomą, jak mamurowy posąg na grobowcu. Pół godziny upłynęło w oczekiwaniu — wojewodzianka nie drgnęła nawet... Starosta wstał i przeszedł się po sypialni. Na twarzy jego malowało się najdobitniéj — znudzenie... Ziewał niekiedy zasłaniając się ręką, zdawał się czekać niecierpliwie jak się skończy — i żadne inne uczucie nie rozpromieniło mu twarzy.
Spojrzenie na zegar, którego skazówki żółwim krokiem zbliżały się ku drugiéj godzinie, zdało go się nareszcie natchnąć jakiémś postanowieniem i odwagą...
Z wolna przestąpił próg pokoju żony, zbliżył się do klęcznika; i popatrzywszy na nią chwilę, odezwał się głosem stłumionym:
— Proszę mi przebaczyć, że przerwę modlitwę..
Wojewodzianka z wolna podniosła twarz bladą, po któréj ciekły dwa łez strumienie... Brühl który już chciał mówić wstrzymał się — litość odmalowała się na twarzy i zafrasowanie razem...
— Godzina bardzo spóźniona — rzekł — pani — by należało odpocząć — ja — pójdę do mojego pokoju, wskazał na drzwi garderoby... Mógłbym zadzwonić na służącą...
Widząc że Marya drżała ciągle — dodał głosem pełnym łagodności:
— Niech się pani uspokoi... proszę mi wierzyć, nie jestem ani złym, ani grubiańskim, ani natrętnym... Pani jesteś zupełnie swobodną, a moje prawa ograniczają się do służenia jéj i — jeśli podobna osłodzenia losu... z którym niestety! przejednać się potrzeba... Pani jesteś okrutnie zmęczona? Nie prawdaż? Potrzebujesz spoczynku?
Marya nie odpowiadała nic...
Brühl widząc, że się chwiała, chwytając za klęcznik, podał jéj rękę i podprowadził do krzesła, na które jak złamana — upadła...
Jakiś czas patrzał na nią; westchnął.
— Chciałem pomówić — uspokoić — ale dziś nawet najłagodniejsze wyrazy byłyby barbarzyństwem... Zadzwonię na służącą — i dam pani dobranoc...
To mówiąc oczyma szukał dzwonka, którego nie było... poszedł do drzwi, przez które wyjrzał. Przedpokój był pusty... W drugim dopiero dwie garderobiane wsparte na stole szeptały z sobą — dał im znak i sam zniknął. Przechodząc około żony, wziął ją za zwieszoną rękę, pocałował i szybko usunął się do swojego pokoju...
Tu także nie zastał nikogo.
W drugim spało dwóch lokajów... Popatrzał na nich nie budząc — świece ustawił bezpieczniéj i wrócił do gabinetu, w którym szeroka sofa za wygodne stała łoże...
Przez dni kilka trwały uroczystości weselne, ale trzeciego już część gości rozjeżdżać się zaczęła... Państwo młodzi przyspasabiali się do drogi. Z wielką pociechą wojewodziny, niepokój i trwoga młodéj starościny, tak widoczne dni pierwszych, zwolna jakoś ustępowały. Nie była wesołą, ale zdawała się przytomniejszą — spokojną... Brühl pozostał jak był chłodnym, uprzejmym dla wszystkich, w potrzebie wesołym, ale gdy konieczność ta ustąpiła — poważnym chętnie i nieco zamyślonym...
Trzeciego dnia, gdy już mniéj nieco gości pozostało w Krystynopolu, a generałowicz Sołłohub ciągle jeszcze dosiadywał, nie chcąc z oczu stracić ubóztwianéj cześnikówny — napadł znowu przyjaciela Brühla, aby za nim przemawiał...
Starosta dosyć kwaśno przyjął z razu żądanie...
— Mało znam cześnikównę, rzekł — moje słowo wcale u niéj ważyć nie będzie. Co ci w głowie? Uproś swoją krewną Radziwiłłównę... kolligatów... starszych zresztą i poważniejszych odemnie ja ci się na nic nie przydam...
— Przepraszam cię — przerwał Sołłohub. W téj chwili kiedy ty jesteś cały swém szczęściem zajęty...
Tu Brühl nieznacznie ruszeniem ramion mu odpowiedział.
— Jabym cię nie nudził tém ciągnął daléj generałowicz — ale mam powody, dla których to czynię. Wczoraj jakoś korzystając z zamętu, udało mi się przysunąć do panny i zawiązać rozmowę... Chwaliłem się jéj twoją przyjaźnią... mówiliśmy o tobie... powiedziała, że takiego jak ty przyjaciela zazdrości. Dziewczę takie szczere i naiwne, nie mogło cię się nachwalić. Masz u niéj łaski...
— A dajże mi pokój — przerwał niecierpliwie Brühl...
— Użyj ich na korzyść swoją!
I Sołłohub począł go ściskać... a nareszcie ująwszy pod rękę zaprowadził do cześnikówny i przy niéj go posadził. Dziewczę się zarumieniło z radości, nie kryjąc z nią, uśmiechnęło się wdzięcznie.
— Tego szczęścia się nie spodziewałam, ażeby pan starosta chciał się nudzić ze mną... Ale to poświęcanie dla przyjaciela...
Sołłohub był odszedł — Brühl siedział jak na torturach... Przez te trzy dni patrząc na cześnikównę, rozkochał się w niéj na zabój. Miłość owa dla ideału, która lat tyle rosła w duszy powoli, teraz za zbliżeniem się do niego, rozpłomieniła się... paliła go jak szata Nessusa. Obawiał się z nią zdradzić — a niewinne dziewczę, nie wiedząc o tém, czując tylko instynktowo w jego duszy życzliwość i sympatyę — narzucało mu się wejrzeniami i całym wdziękiem, którego nie znało potęgi.
— Wie pani, że to rzeczywiście poświęcenie — rzekł Brühl odważając się wreszcie spojrzeć jéj w oczy i prędko odwracając wzrok — a! tak jest, to poświęcenie rzeczywiste przemawiać za kimś... tam, gdzie tylko za sobą mówić bierze pokusa.
Cześnikówna niby czy doprawdy nie zrozumiała, podniosła niebieskie źrenice i jak w tęczę spojrzała na niego...
— Pani mnie nawet zrozumieć nie możesz... pani nie znasz tego do siebie, iż jesteś niebezpieczną istotą... a Sołłohub nieroztropny prawdziwie, że mnie na ogień tych ślicznych jéj oczu naraża!
Rumieniec wystąpił na twarz panny cześnikówny.
— Że téż panowie z tego wielkiego świata nie możecie się zbliżyć do nas... żebyście nam nie prawili tych komplementów!.. Westchnęła. Doprawdy, mnie się zdawało, że pan starosta, musisz być szczerszym i prawdziwszym... O tych oczach i o ich potędze słyszę ciągle... to tak nudne!...
Uśmiechnął się Brühl...
— Darujże mi pani — rzekł — ale zaklinam się na wszystko co mi najdroższe... mówiłem prawdę; czułem co mówiłem! powiedziałem to mimowoli — choć mi nie wolno... i choć pani gniewać się możesz...
— Gniewać się? ale nie... tylko wolałabym mówić i słyszeć co innego... Słyszałam, że pan starosta tyle rzeczy umiesz... masz tyle dowcipu... a dla mnie przynosisz ten chleb powszedni, który dają ubogim...
Starosta słysząc te słowa — zamyślił się smutnie...
— A! pani gdybyś wiedziała jak jesteś bogatą — rzekł jakby mimowolnie się unosząc... Ale — milczę! Cóż mam mówić za Sołłohubem?
— Mówmy o czém inném — spuściwszy oczy odezwała się cześnikówna.
— Dałem mu słowo, że sprawę jego u pani będę popierał; — niestety! rzekł Brühl z zapałem — nie potrafię dotrzymać obietnicy... Gdyby to nie było szaleństwem i zbrodnią, powiedziałbym pani: — ani Sołłohuba, ani nikogo w świecie!! Popatrzawszy na panią dwa dni — człowiek się staje wściekle zazdrosnym.
Znowu cześnikówna zdawała się nie rozumieć, spuściła oczy, ale się nie pogniewała — a po chwili szepnęła:
— Po drugich dwóch dniach i zazdrość i pamięć... odchodzi!
— Omyliłem się — poprawił Brühl — ja lat dziesięć nieustannie na nią patrzałem...
Oczy cześnikówny podniosły się.
— Tak jest, pani — od téj chwili jakeś pani podała mi rączkę do pocałowania na warszawskim zamku... miałem ją ciągle przed oczyma, aż do tych dni... Rosłaś pani w mych myślach... patrzałem jakeś rozkwitała... Cóż dziwnego, że taka stara.. tu wyrazu zabrakło — że taki stary... poprawił się... zmieszał — że jedném słowém — jestem zazdrosny...
Nastąpiło milczenie.
— Ale przyjaźń, panie starosto — odpowiedziała z wolna panna Potocka — wszak przyjaźń zazdrosną być ani powinna, ani może...
I oczyma zmierzywszy go, dziwnie potrząsała śliczną główką, a loczki co ją otaczały, kołysały się na ramionach, i każdy z nich zdawał uczucia swéj pani podzielać i wyrażać. Mówiły wszystkie Brühlowi: Czyż się to godzi być takim bałamutem?..
Widząc, że się na nich oczy zwracają, Brühl chciał wstać już...
— Muszę panią pożegnać — szepnął cicho, choć radbym, aby mnie do tego krzesła przykuto — ja ludziom zazdroszczę, ale widzę, że oni mnie też strasznemi mierzą oczyma... Sołłohub zabija wejrzeniem... Sołtyk... zastrzeliłby mnie, gdyby mógł i umiał... nie wiem ilu posiekałoby mnie na kawałki... Odchodzę... ale — ponieważ dałem słowo przyjacielowi, wstawiam się za generałowiczem... bądź pani na niego łaskawą!
Brühl wstał był z krzesła.
— Usiądź pan na chwilę — odezwała się cześnikówna. Muszę się mu wyspowiadać. Jestem sierotą... nie mam matki coby mnie spytała, kogo ja chcę... i kogo wybieram... Opiekunowie mną rozporządzą jak zechcą. Dziś — jutro — nie wiem, powiedzą mi: — Oto twój przyszły! Wybiorą mi jak najlepiéj podług siebie... ale... będę przyjąć musiała co mi los narzuci... Cóż to pomoże Sołłohubowi, choćbym mu była życzliwą?..
Westchnęła cześnikówna...
— A serce pani? wolno spytać... rzekł Brühl z cicha — mówi ono za nim?
Potrzęsła główką i mocno się zarumieniła.
— Ani za nim, ani przeciw niemu... Serce moje... ja nie wiem... nie pytałam go o to... milczy. A gdy oczy podniosła była w nich jakby łez zasłonka przejrzysta, w których się umyło spojrzenie. Podała rączkę staroście... i umilkła. Alojzy odszedł trochę pijany, trochę zmieszany — tak, że gdy niecierpliwy Sołłohub przystąpił do niego badając — starosta nic mu na razie odpowiedzieć nie umiał.
— Mnie się zdaje — do ucha mu nareszcie wrzucił, — że... ma dla ciebie — szacunek! wiesz co to znaczy — ale więcéj nic... Zdaje mi się téż, iż serduszko jéj nie wolne... kto tam zbada kobietę!
Rezolutnie bardzo generałowicz ręką rzucił.
— Wiesz co? odezwał się — jam tak głupi, czy taki niepoczciwy przez to kochanie, że byle moją była... ja więcéj nie chcę.
— A serce?
— Zdobędę... przekona się — pozna! zlituje! Powiesz, żem szalony, ale ja — ja bez niéj żyć nie mogę...
Cóż było odpowiedzieć na to? Starosta z góry popatrzył na przyjaciela, uścisnął go i zmilczał...
Gdy się to działo, a dwaj starzy towarzysze rozmawiali z sobą, oczy panny Maryi ciągle ku nim były zwrócone, jak gdyby odgadnąć chciała, o co pytał Sołłohub i co mu starosta odpowiadał. Czy odgadła... ze spokojnéj jéj twarzyczki wyczytać było niepodobna...
Po kilku dniach pobytu w Krystynopolu, wyjazd państwa młodych do Warszawy i Młocin, gdzie zamieszkać mieli, został na piętnasty stycznia oznaczony. Tymczasem przodem szły przeprzęgi, furgony, dwór, wyprawa pani i fraucymer, jaki jéj matka przydawała... Dumont płakała ciągle, nie mogąc się oswoić z tą myślą, że najdroższą utraci... Zbliżyła je do siebie jeszcze wiecéj niż dawniéj wspólna obu tajemnica... Wojewodzianka miała w niej pocieszycielkę i powiernicę... Ona jéj wytłómaczyła zniknięcie Godziemby i ona nazajutrz po ślubie szepnęła, że zuchwały chłopiec znalazł się najdziwniejszym sposobem na dworze jéj męża... nie uląkłszy się z nim przybyć do Krystynopola... Naówczas przyznała się dopiero Marya przed madamą, że ona go w dzień ślubu, idąc do kościoła, widziała... Trwoga była wielka obu... ażeby go nie pochwycono... Dumont nie śmiała się dowiadywać, ażeby nie zwracać uwagi — nie wytrzymała wreszcie, i trzeciego dnia spotkawszy w korytarzu starostę Zawideckiego, zaczepiła go ostrożnie o Godziembę.
— Prawda to, że się w czasie wesela wrócił i śmiał stawić przed wojewodą?
Starosta człek dobrego serca, ruszył tylko ramionami.
— Niestety! rzekł — młodzieńcze zuchwalstwo nie zna granic.
— Cóż się z nim stało? spytała Dumont.
Zmieszał się starosta widocznie.
— Prawdziwie nie wiem, szepnął oglądając się — a raczéj, powiedzieć nie mogę...
Ukłonił się i odszedł.
Odpowiedź starosty miała złe znaczenie, a choć tajemnica we dworze była ściśle zachowywana, najprzebieglejszy ze szpiegów, który wszędzie się wcisnąć i podsłuchać, Bebuś wiedział, że z rozkazu wojewody pochwycono Godziembę, i — jak powiedziano — wsadzono go tak, że więcéj światła dziennego ujrzeć nie miał...
Dowiedziała się o tém madam, ale nie chcąc przerażać Maryi — zmilczała o tém przed nią, zapewniając, że się mu ujść udało...
Państwo młodzi po uroczystém pożegnaniu, przy którém popłakali się wszyscy, prócz ojca, bo ten łzy, choćby je miał na powiekach, ukrywał, aby się słabym nie okazać — wyruszyli z wielką kalwakatą i dworem do Młocin i Warszawy...
Pani starościna zbyt była rozżalona opuszczając Krystynopol, siostry, brata, swoją jedyną przyjaciółkę Dumont — i całą przeszłość, któréj tu wspomnienia zostawały, aby boleć nad losem nieszczęśliwego Godziemby... Usłyszała tylko wypadkiem, że mąż jéj dowiadywał się o dworzanina, którego polubił i który znikł mu w Krystynopolu. Nikt się nie zdawał domyślać, co się z nim stało; składano na jakąś płochość młodzieńczą, na jakiś wybryk niesforny, na przypadek niedocieczony ujście nagłe Godziemby, spodziewając się jego powrotu...
Tymczasem biedny chłopak, który nie przypuszczał, ażeby swobodnego szlachcica z orszaku własnego zięcia wojewoda mógł kazać chwytać, a po pierwszém widzeniu się ze starym, miał się już za ubezpieczonego — padł ofiarą swéj nieopatrzności. Wojewoda nawykły był do ślepego posłuszeństwa od wszystkich, miał jednak ludzi, na których więcéj niż na innych rachował. W staroście Zawideckim zawsze się domyślał zbyt miękkiego serca — i do spraw, w których wiecéj hartu było potrzeba, posługiwał się innymi.
Podkoniuszy Wilczek, a zwłaszcza niejaki Zarębski szczególnie się w takich razach odznaczał... Znał go wojewoda z tego, że go nic nie kosztowało choćby zamordować człowieka, byle rozkaz dostał. Gdy szło o plagi, o burdy — o wymiar ostréj sprawiedliwości, Zarębskiego wołano.
Człeczek był niewielki, od konia miał nogi wykoszlawione, barczysty, szeroki, brzuchaty, opój sławny i kostera... małomówny, ale do awantur śmiały mu się oczy. Temu wojewoda drugiego dnia przykazał, aby Godziembę wziął tak, aby hałasu z tego nie było. Zarębski, który go dobrze znał, wyszukał zaraz, nie spuścił z oka, zaprosił do siebie na warcaby, a zwabiwszy do izby, mając w pogotowiu dwóch drabów, związać kazał, zakneblować i zanieść do lochu pod wieżą na bramie... Godziemba się bronił mężnie, żołnierzy pozakrwawiał, sam dostał dwie rany, lecz w końcu go obalono i wzięto... Loch ten, do którego wrzucono go, służył tylko dla więźniów najciężéj obwinionych... Był to karcer in fundo, bez okien, wilgotny, zamknięty na dwie kłódki żelazne... Chleb i wodę przez okienko stróż więźniowi podawał, które we drzwiach na ten cel było zostawione... Można tam było zgnić zapomnianym, jeśli wojewoda nie spytał o więźnia...
Z izby, w któréj Zarębski pochwycił Godziembę — do lochu było przejście przez korytarz i podziemie, w których się tylko żołnierze kręcili... Tu choćby kto spotkał prowadzonego — nie bardzo zwracał na to uwagę. Rzecz była w Krystynopolu nie nowa, a o tém co się działo z rozkazu pana, mówić nie śmiano... Gdy miotającego się Godziembę niosły prawie na rękach wojewodzińskie ciury, żywéj duszy nie było na drodze. Starosta Zawidecki dowiedział się o uwięzieniu gdy było dokonane. Ratunku już nie widział żadnego...
Gdy ojca Godziemby zasiekano dla miłości pana wojewody, a dziecko przez litość do Krystynopola wzięto... nie miało ono nikogo na świecie, oprócz swéj mamki, kobiety, o któréj wspomnieliśmy, a która straciwszy własne dzieci, do swojego wychowańca namiętnie się po macierzyńsku przywiązała. Dla miłości jego przywlokła się Sawaniha do Krystynopola i w miasteczku poszła służyć, dlatego tylko, żeby — jak mówiła — dziecko swoje czasem oglądać. Kobieta już była nie młoda, lecz silnéj budowy, do pracy nawykła, istna wiedźma ukraińska, gdy postarzała. Twarz miała wyschłą i spaloną, włosy siwiejące rozczochrane — wejrzenie dzikie — charakter nieunoszony: lecz za dwie robiła, nie nużyła jéj robota żadna, siłę miała ogromną, i nikt jéj w służbie nie mógł nic zarzucić. Dobijano się o Sawanihę. Całą nagrodę w jéj ciężkiém życiu stanowiło, że w niedzielę mogła pójść do swego panicza, i stojąc przy drzwiach lub siedząc na ławie, pomówić z nim, posłuchać go, czasem w głowę pocałować.
Gdy Godziemba pierwszy raz uchodził z Krystynopola, pamiętał o tém, aby Sawaniszie się oznajmić... bo wiedział, że ona w światby za nim ruszyła, albo z tęsknoty się zapłakała... Ona go na trakt wyprowadziła sama i pobłogosławiła... Wróciwszy z Brühlem, poszedł znowu do niéj... Mamka była nierada zuchwalstwu, chciała mu nazad iść kazać, nie dał się Godziemba... Drugiego dnia, widząc że mu się nic nie stało, i ona się uspokoiła... Gdy potém nagle nie stało go, stara nie miała pokoju. Przeczucie jakieś mówiło jéj, że coś złego wydarzyć się musiało... Korzystając z mnóztwa ludzi, jacy się jeszcze po weselu, około pałacu kręcili, Sawaniha się wcisnęła w dziedzińce a że ją z dawna dobrze tu znano, nikogo nie zdziwiło że się tu znalazła. Nieznacznie wypytywać zaczęła... nikt jéj nic nie umiał powiedzieć. Niespokojna zaczepiła starostę, z którego oczu tylko wyczytać mogła, iż niedarmo się niepokoiła... Zarębskiego nie było co badać, ten nikomu nie odpowiadał nigdy, mruczał, klął bił i popijał. Siedząc i kręcąc się około odwachu, a mając oko baczne na wszystkich, Sawaniha napatrzała pokaleczonych żołnierzy... miała przeczucie jakieś, że od nich coś dowiedzieć się może. Jeden z dwóch ciurów, Semen Zawity, znajomy jéj był jako pochodzący z téj saméj okolicy... Sawaniha, niby z politowania obiecała mu ranę opatrzyć, dać ziele skuteczne i wygoić, poprowadziła do miasteczka... Tu opatrując mu głowę, kazała wódki postawić, i pojąc powoli dopytywała. Semen nie bardzo z razu chciał usta otworzyć, wódka je dopiero rozwiązała. Sawaniha o mało nie padła dowiedziawszy się co spotkało Godziembę — ale stłumiła w sobie gniew, i ziele dawszy Zawitemu — dostawszy języka gdzie umieszczono jéj panicza... odprawiła do kordegardy.
Wypłakawszy się w kącie, nałamawszy rąk... myślała o ratunku... Do wojewody iść, paść mu do nóg, wypraszać, wiedziała że się na nic przyda... Mogła tylko zostać wychłostaną... Przekupić stróżów nie było sposobu... Sawaniha najprzód obliczyła co miała, powiązała węzełki swoje, uczyniła się chorą i za służbę podziękowała... Wkupiła się potém w komorne do Żydów, i rozpoczęła jakby żebracze życie... Wychodziła codzień zrana, wracała nocą, jadła kawałek chleba suchego z solą, popiła go wodą i na workach w kącie próbowała usnąć a spocząć.
Całą jéj robotą było, włóczyć się około pałacowéj bramy i odwachu... oglądać mury... lub w głębokim rowie pod mostem, siedzieć ukrytéj. Śniegi jeszcze leżały, ziemia była zamarznięta... Sawaniha w suchych krzakach i gałęziach nagromadzonych pod mostem miała przytułek... Tu jéj nikt dojrzeć nie mógł... Oglądając bramę i rozpatrując się we wejściu do lochów, stara obrachowała, że piwnica w któréj jéj drogie dziecko było zamknięte — musiała gdzieś ścianą, głęboką — przytykać do mostu... Ne zraziło jéj to, że — jak jéj opowiedziano — więzienie było pod ziemią. Z téj strony od parowu mur nie mógł już sięgać zbyt głęboko; rów zdawał się ułatwiać to, co Sawaniha zamyślała... Ze ślepą wiarą, że musi trafić tam gdzie ją miłość jéj prowadziła — zaczęła w krzakach pod mostem powoli wyrąbywać zmarzłą ziemię, szukając ściany... Ścianę chciała choćby paznogciami wydrapać, i wyłamać w niéj otwór, i dziecko swe uwolnić!!
Zamiar mógł się wydawać szalonym i był taki w istocie — ale miłość nie wątpi o niczém i daje siły, których pospolitemi nie można... Sawaniha od dzieciństwa nawykła była do łamania się z losami i wszelkiego rodzaju zawadami w życiu... Wolę i cierpliwość miała niezłomną... Nie przyszło jéj na myśl nawet, że omylić się może, że cała praca na nic się nie przyda... wierzyła w to, że Opatrzność, że Święci Pańscy, że Siły niebieskie jéj pomogą... Na targu kupiła dwie tępice, zbite siekiery, które do rąbania ziemi i muru starczyły. Śnieg, na pozór będący przeszkodą, służył jéj po odgarnieniu do przykrycia świeżéj ziemi. Rachuba nie omyliła jéj... Wprędce obnażyła ścianę... Mur był gruby, stary, zlany jak jeden głaz... Zwolna poczęła go łupać... Szła praca opornie, ale otwór się powiększał... Szczęściem przed bramą było pusto, i stukania jéj nikt słyszeć nie mógł... Od brzasku do późnéj nocy Sawaniha biła mur cierpliwie...
Byłaby może i część nocy dla pośpiechu nie opuszczała swéj jamy, ale cisza panująca około pałacu nie dozwalała kuć tak bezpiecznie ściany jak we dnie. Niepostrzeżona, przesuwała się o świcie — a nie wychodziła ztąd aż zciemniało... Z nadzwyczajną energią zrazu niezręcznie, potém nabrawszy wprawy, stara po odrobinie wygrzebując gruz dobywała się do wnętrza... Przychodziło jéj na myśl, że praca być może nadaremną — ale wnet wiara w Boga i jakieś jasnowidzenie macierzyńskie, odejmowało jéj zwątpienie... Otwór sięgał coraz głębiéj... Sawaniha wkładała weń głowę i uderzając w ścianę, po rozgłosie starała się przekonać, czy gruby mur jeszcze dzielił ją od podziemia...
Jednego wieczoru... gdy przyłożyła ucho do cegieł, — usłyszała z wnętrza odpowiadające jéj jakby lekkie pukanie... Uszczęśliwiona poczęła gwałtownie, oszalawszy niemal rwać gruz i bić cegły... tego dnia jednak nic zrobić nie mogła... Noc nadchodziła, stara obwinęła się w płachty swoje, a że mróz był zelżał, nie odchodząc już do miasteczka całą noc na próżnych spędziła posłuchach... Jak dzień — zaczęła pracować znowu i choć zmęczona i głodna, rozgorączkowana łamała cegły do wieczoru... Jedna z nich wreszcie potoczyła się do wnętrza... Stara chwyciła sterczące do koła gruzy i silnemi rękami wyłamała otwór... Dysząc z niecierpliwości... głowę wsunęła do czarnéj próżni — wołając swoje dziecko... Chwila milczenia dla niéj wiek trwała... ale głos słaby dał się słyszeć z głębi. Fadiejek jéj żył... dostała się do niego... była szczęśliwa...
Przebudzony ze snu, chory, pół żywy, z nadzieją wyswobodzenia się Godziemba odzyskał siły... Noc sprzyjała ucieczce, bo nocą nikt do drzwi nie przychodził... Otwór w murze był wysoki i ciasny, dostać się do niego, osłabionemu ciężko było... ale tam czekała go — swoboda...
Chwytając się chropawego muru, wdrapując i spadając — Godziemba w ostatku ręką mógł dosięgnąć otworu. Sawaniha chwyciła ją i niemal sama go wywlokła... W téj chwili podobna była do wilczycy ratującéj swe szczenię... Zapomniała, że je pokaleczyć może... Poraniony, odarty, skrwawiony Godziemba musiał, dobywszy się zewnątrz położyć na ziemi, bo na nogach ustać nie mógł. Przytomna stara z obawy, aby światła w otworze zawcześnie się nie dopatrzono, zatkała go chrustem gałęźmi i śniegiem... Starczyło jéj sił jeszcze potém, aby dziecko osłabłe wziąć na barki i wynieść je z parowu... Tu Godziemba orzeźwiony nieco, mógł już stanąć o swéj sile i z pomocą Sawanihy iść daléj. Iść trzeba było natychmiast — iść i ślady zacierać za sobą na śniegu i zgubić je na gościńcu, aby nie zdradziły... potém znanemi ścieżynami szukać schronienia w lasach i gdzieś w litościwéj chacie.
Ucieczka z więzienia była jeszcze mniejszą rzeczą niż uniknięcie pogoni... Nie wątpiła Sawaniha, że jeśli się nazajutrz rozgłosi ucieczka... na wszystkie trakty, po siołach polecą kozacy za zbiegiem. Mogło jednak przez dni nawet kilka pozostać tajemnicą, że więzień uszedł. Nikt posądzać go nie mógł o to, aby pomyślał o wydobyciu się z lochu... Stróż zwykle oknem we drzwiach spuszczał chleb i dzbanek z wodą i słowa nie mówiąc odchodził. Ledwie raz w tydzień otwierano drzwi i dowiadywano się o więźnia...
Ciemna noc dosyć szczęśliwie posłużyła Godziembie... zawieja śnieżna obiecywała zatrzeć ślady... Sawaniha złożywszy panicza pod ścianą szopy jakiéjś — sama pobiegła po swe węzełki i odzież do karczmy... Godziemba tak był znużony, tak się czuł chorym, że siedząc usnął... Obudziła go powracająca i zmusiła do dalszego pochodu nocnego...
Nazajutrz, ani dwóch dni następnych w Krystynopolu nikt nie pomyślał nawet o Godziembie. Zarębski dawno w duchu sobie powiedział, że — zczeznąć tam musi marnie... (Tak się wyrażał). Trzeciego dnia stróż, który nie słyszał głosu i nie otrzymywał odpowiedzi, przyszedł oświadczyć mrucząc, że więzień albo chory, albo zmarł, bo się go dowołać nie można... W kilku tedy ze światłem zeszli do lochu...
Łatwo sobie wystawić osłupienie ich, gdy więzienie pustém zastali. Chciano zrazu stróża obwinić... nie pojmując co się stało, gdy ktoś w górze wskazał zatkany otwór... Przestrach się stał ogromny musiano wojewodzie raportować, obawiał się każdy — Zarębski zaklął się, że nie pójdzie.
— W złości wojewoda w mordę mi gotów dać... rzekł ponuro — a ja — jak Boga kocham, oddam i — jutro będę wisiał. Nie chcę...
Spadło to na starostę Zawideckiego, któremu łatwiéj było zwiastować złą nowinę, bo on za nią nie odpowiadał — ale Zarębski.
Nazajutrz rano, gdy przyszło do rapportu stawać wprzódy zbywszy inne sprawy powszednie — starosta oznajmił, że ma coś złego do powiedzenia — ale to co się stało, nie było jego winą.
— Zarębski z rozkazu Jaśnie Wielmożnego pana wsadził Godziembę in fundo.
— Cóż? zdechł? spytał wojewoda...
— Lepiéjby zrobił, gdyby to uczynił — rzekł śmiało starosta...
— A cóż się z nim stało?...
— Uciekł...
Potocki zbladł, ale zdawał się nie wierzyć uszom...
Ex fundo? uciekł? Któż mu otworzył?
— W ścianie dziura wybita...
Długo wojewoda nie odpowiadał ani słowa... patrzał, usta zagryzł... myślał... oczy całe zdawały się chwilami w białka obracać... cera żółkła... Wszechmogący pan... nie mógł pojąć zuchwalstwa, z jakiém mu się ofiara wymknęła. Nie szło mu o Godziembę, ale o to, że powaga jego naruszona została.
— Kto winien? kto... pomógł? spytał cicho.
Starosta nic na to odpowiedzieć nie umiał.
Nakazano jak najsurowsze dochodzenie — ale zarazem wojewoda zabronił mówić o wypadku i pragnął, aby go nie rozgłaszano... Zarębski tegoż dnia dostał abszyt i odprawę; czem się nie koniecznie zmartwił, bo mu wszakże dano jakąś konsolacyę... Stróża odesłano na wieś... loch in fundo kazano zamknąć i zarzucić...
O ściganiu jakoś mowy nie było nawet — gdyż zdawało się niepodobieństwem na ślad trafić — a może téż sam wojewoda pragnął dalszéj zemsty uniknąć... któraby zbyt wielki rozgłos miała... Wojewodzina gwałtowniéj to uczuła od męża... i mściłaby się srożéj pewnie, lecz po naradzie wspólnéj postanowiono pokryć to milczeniem... Bebuś, który pode drzwiami, wedle obyczaju słuchał, przeląkł się straszliwie, gdy się dowiedział o tém co się stało... Gęba mu tak świerzbiała, iż tegoż dnia, oprócz Beby, w garderobie wyspowiadał się z tajemnicy przed jedną panną, i pobiegł do Dumont z tą nowiną. Uradowała się niezmiernie Francuzka, dowiedziawszy się o szczęśliwéj ucieczce Godziemby i postarała o to, aby uboczną drogą donieść pani starościnie. List poszedł niezwykłemi kresami, bo oddawszy go wojewodzinie, Dumont była pewna, że wprzódy będzie rozpieczętowany i czytany, zwłaszcza że był do hr. Brühlowéj, — ale przez poczciwego księdza, który podobne korrespondencye zwykle madam ułatwiał...
O Sawanisze mało kto w miasteczku wiedział — zniknięcie jéj przeszło prawie niepostrzeżone. Spodziewano się kilka dni powrotu, potém w powszechne weszło przekonanie, iż ją gdzieś wilcy stadami właśnie się włóczący — bo to było około Gromnicznéj — zjeść musieli. Myśl ta się tak dobrze przyjęła, iż opowiadano potém wypadek ze szczegółami... jak gdyby ktoś był jego świadkiem. Często nie inaczéj tworzą się ludowe podania.


KONIEC TOMU PIERWSZEGO.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.