Starosta warszawski/Tom I/IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Starosta warszawski
Podtytuł Obrazy historyczne z XVIII wieku
Data wydania 1877
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Indeks stron


IX.


Już na dzień Nowego Roku 1760, znaczna liczba gości sproszonych na wesele córki pana wojewody, do Krystynopola zjeżdżać się zaczęła...
Dostojniejszych gości stawiono w pałacu, w przeznaczonych dla nich apartamentach; innym dworzanie i służba ustąpić musieli z oficyn; wreszcie ostatek w miasteczku miał wyznaczone kwatery, bo wszystkie domy porządniejsze i część klasztoru księży bernardynów wziętą była w rekwizycyę...
Śmiało powiedzieć można, iż co było najprzedniejszego w obywatelstwie Rzeczypospolitéj, stawiło na to wesele, o którém zawczasu głoszono, iż za pamięci ludzkiéj równego mu w Polsce nie było. Nietylko książę Czetwertyński, ale wice-marszałkujący starosta Zawidecki, i łowczy nadworny Sadowski, starosta rapczycki w pomoc wzięty, i przedniejsi z dworzan, Lipski, Jabłonowski, Dzbański, Polanowski, Świeżawski, Świejkowski, Kamenecki, Złotnicki zajmowali się ciągle przybywającymi gośćmi, których wszelkie potrzeby kosztem wojewody zaspakajano. Sanie, karety, powozy ładowne bryki ciągnęły ze wszech stron, co chwila oznajmowane... Ruch we dworze był ogromny, dzień i noc nieustający. Ściągnięto w pomoc służbę od gubernatorów dóbr, część nawet żołnierzy wojewodzińskich musiano w liberyę poprzybierać, aby wszystkiemu starczyć... W pałacu stoły nakryte cały dzień, przyjęcie ciągłe, a w kuchni istne wrzało piekło.
Wojewodzina szła spać po północy, a przede dniem się zrywała — bo na nikogo się nie rada była spuścić... Wojewoda od brzasku już był ubrany i albo z officyalistami odbywał konferencye, lub przybywających witał i odwiedzał...
W wigilię ślubu, gdy już się zjechały tłumy, gdy pałac się napełnił i same obrzędy już przygotowywać zaczęły... gdy najdostojniejsi ze spodziewanych gości przybyli, — Krystynopol przedstawiał niemal obraz stolicy czasu sejmu...
Ludzie, co po kilkadziesiąt lat nie spotykali się z sobą, tu się witali niespodzianie znajdując. Z całéj Rusi klienci wojewody, wszystko co mu winne było krescytywę, co żyło jego protekcyą, zbiegło się dworować potentatowi, z najodleglejszych prowincyj przyjaźni Potockim, spokrewnieni, cała partya dworska i Brühlowska przybyła uświetnić obchód uroczysty.
Było to jakby obliczenie sił i demonstracya przeciw Familii, szło więc wielce panu wojewodzie aby jak najwięcéj osób zgromadził około siebie i w całéj ukazał się potędze... Miał prawo być dumnym, gdyż z najodleglejszych krańców przystawiło się co żyło, i nie brakło ani jednego z imion wielkich Rzeczypospolitéj. Brühlowie, którzy już znaczną część zaproszonych przybywszy zastali — mogli téż sobie winszować, iż taką siłę zapewnili do walki z nieprzyjaciołmi...
W oczach ich wprawdzie nieco dziwnie ten świat szlachecki musiał się wydawać, którego znaczniejsza część przybywając z zapadłych kraju kątów przywoziła z sobą strój, fizyognomię, obyczaj przedwieczny... Z przepychem wielkim a staroświeckim występowali niemal wszyscy, bo co najwspanialszego dom miał, to starém i odziedziczoném było po przodkach... Wyszły więc na scenę kołpaki sobolowe co Batorego może pamiętały, delie zygmuntowskie, i pasy prastare, i broń, i klejnoty jakby z muzeów zapożyczone. Niejeden pradziadowski wdział kontusz i żupan lamowy, którego właściciel od dawna rozsypał się w trumnie.
Tak samo powozy i rzędy na konie i barwa sług — staroświecką fozą ściągały oczy — ale tuż obok tego przedpotopowego świata widniał już drugi, co się rozstał z tradycyą i przeszłością, a wdział na się szaty europejskie, cudzoziemskie, tak samo jak językiem obcym się posługiwał... Nie sami Brühlowie występowali w perukach i frakach, znaczna część młodzieży arystokratycznéj miała na sobie ten mundur przyszłości, który dziwnie trochę wyglądał i w jednych urągowisko i niechęć, w drugich niemal wywoływał zgrozę. Samo wesele dwoisty miało charakter, gdyż było w istocie małżeństwem dwóch sfer społeczeństwa i przejednaniem Rzeczypospolitéj z obcemi żywioły. Ocierały się tu one o siebie wyższą jakąś siłą popchnięte i zmuszone chociaż powiedzieć nie było można, czy przymierze interesów było zarazem związkiem serdecznym. Kwaśno jeszcze jakoś przypatrywali się jedni drugim, chociaż nie okazując tego co po myśli chodziło i w sercu się działo. Czasem można było dostrzedz uśmiech z pod wąsa i szyderstwo zmarszczek, które otaczała pięknie trefiona peruka. Przebaczano sobie nawzajem szpady i karabele w pochwach zardzewiałe...
Starosta warszawski i minister wystąpili także z przepychem, w którym smak i elegancya nadewszystko górę brały... Brühl wiódł z sobą przeszło sto koni, a dwór jego wytwornością mógł rywalizować z panami w tym samym stroju cisnącemi się na pokoje. Pomiędzy dworzaninem ministra, a przebraną po niemiecku arystokracyą, nie było prawie różnicy...
Stary Brühl, który wdzięczną twarz do późnego wieku dochował — rozpromieniony kłaniał się, ściskał, prawił grzeczności, które będąc nałogiem nic go już nie kosztowały. Ojciec i syn występowali we wstęgach orderów, z gwiazdami u boku... jako wzory mody i smaku, którym nic sprostać nie mogło... Aloizy zmuszał się do wesołości, chociaż na czole jego dostrzegłby może znający go lepiéj, świeżo zatarte fałdy, w których się smutek i znużenie chowało...
Niekiedy rzucał oczyma ku narzeczonéj, do któréj zaledwie słów kilka mógł przemówić. Kobiety szeptały pomiędzy sobą, że piękna wojewodzianka była uróżowana... Tak w istocie téż było, gdyż na bladość przerażającą inaczéj poradzić nie umiano.
Dwór jéj składał się teraz z całego wieńca panien, pokrewnych domu, które za druchny służyły. Wśród tych młodych i wesołych po większéj części twarzy, ofiara wyróżniała się przestraszoném obliczem i stale prawie spuszczonemi oczyma...
W tém gronie piękności... choć nie w pierwszym rzędzie, wszystkich oczy zwracała jedna twarzyczka nie tyle blaskiem ile wdziękiem... Było w niéj coś mówiącego o duszy... coś rzewnego zarazem i spokojnego, smutnego i jasnego. Pociągała ku sobie urokiem świadczącym zawsze albo o sercu lub o geniuszu... o uczuciu lub rozumie... Każdemu się zdawało, że ją rozumiał i że ona go rozumieć musiała... Każdy niemal spotkawszy jéj wejrzenie, musiał zaciekawiony spytać: — kto to taki? Młodzi i starzy zaintrygowani byli tą śliczną twarzyczką, która milcząc mówiła tyle...
Piękniejsze pewno od niéj otaczały ją dziewice, rozkwitłe, błyszczące barwą zdrowia, z płomienistemi oczyma, z rysami regularnemi jak starożytne medale... ale żadna nie miała jéj wdzięku. Miała ten wyraz — którego opisać niepodobna, to coś, co z niebios darem przychodzi, co dawniéj czarodziejki swym wybranym przynosiły do kolebki.
Niewysłowiony urok ją otaczał jak aureola... Kryła się jakby zawstydzona, inne ją zazdrośnie zasłaniały sobą — przecież ją najwięcéj widać było...
Kto to taki? szeptano w tłumie. I nie potrzeba było dopytywać, do któréj stósowało się pytanie; każdy zgadywał, że do téj z niebieskiemi oczyma, ze złotym ciężkim warkoczem młodziuchnéj dzieweczki, która zdawała się z innych jakichś światów gościem...
Pani wojewodzina możeby była wolała, ażeby ta kuzynka nie przyjechała w druchny na wesele, bo jéj gasiła narzeczoną, — i widziano ze zgrozą, jak młody Brühl, ledwie odstąpiwszy od swéj przyszłéj, gdy ujrzał w jéj orszaku to zjawisko, stanął osłupiały i wlepił w nią oczy.
Po latach tylu — o cudo! poznał w niéj od razu tę dzieweczkę, co mu się uśmiechała na warszawskim zamku, którą naówczas w rączkę był pocałował, któréj wspomnienie go nie opuszczało... tę, ku któréj tak tęsknił... Wiedział wprawdzie że ją tu spotka, mówił sobie nawet, że wypieszczony w wyobraźni ów obraz jéj, rzeczywistość zaćmi, że się rozczaruje... Niestety! — dziecię wyrosło na anioła... rzeczywistość przeszła marzenie... Cześnikowa Potocka gasiła co ją otaczało...
Brühl zapomniał o narzeczonéj, o weselu, o oczach, które na niego były zwrócone, i byłby stał tak nieruchomy nie wiem jak długo, bo spotkał wejrzenie i pół uśmieszek na jéj ustach, gdyby pan generałowicz Sołłohub nie ujął go w téj chwili pod rękę.
— Widzisz ją! zawołał w uniesieniu, którego pohamować nie umiał. — Brühl! drogi przyjacielu — teraz zrozumiesz mnie może... i będziesz miał litość nademną...
Alojzy ledwie słyszał co mówiono do niego; myślał właśnie jakby się mógł zbliżyć do niéj. To go tak zajmowało, że się nie wahał użyć fortelu...
— Zareprezentujże mnie cześnikównie, rzekł, a raczéj przypomnij, bo mi się zda, żeśmy podobno znajomi z sobą...
Sołłohub w przekonaniu, że narzeczony w wigilię ślubu wcale nie jest niebezpiecznym rywalem, rad z żądania, pochwycił go pod rękę i przecisnął się z nim do panny cześnikówny.
Zaledwie go przedstawiwszy, chciał mu dać zupełną swobodę i wysunął się. Cześnikówna piękne oczy zwróciła z dziecinną śmiałością na Brühla.
— Pani sobie zapewnie nie możesz mnie przypomnieć, rzekł starosta kłaniając się — a ja — nie jest to komplementem, ale największą prawdą — ja od pierwszego spotkania z nią, do dnia dzisiejszego jéj obraz miałem w pamięci, i — na pierwsze wejrzenie ją poznałem! Czy przypomnisz sobie pani tego chłopaka, co ją w dniu... wstąpienia na starostwo w śliczną rączkę pocałował??
Cześnikówna słuchała wciąż się uśmiechając zarumieniła się, pobladła, zmieszała trochę, odzyskała zaraz dziecięcą swobodę i spokój, i odpowiedziała głosem srebrzystym:
— Hrabia się pewnie mniéj zmieniłeś odemnie... ja także poznałam go... zaraz...
— Czyni mnie to bardzo szczęśliwym... zawołał Brühl... nad wyraz szczęśliwym... Nie wiem czy wrażenia tych lat tak są trwałe czy jakiś dziwny urok rzuciłaś pani na mnie.
Śmiechem przerwała mu cześnikówna, i niewinnie, jak wówczas kiedy miała główkę całą w pukle ustrojoną — popatrzała mu w oczy.
— Pan jesteś pochlebca... rzekła.
— Pozwolisz pani, ażebym ją kuzynką nazywał, od jutra będę miał do tego prawo — począł Brühl nie zważając, że się nań zwracają oczy — i bądźmy dobrymi przyjaciołmi — proszę o to...
Mój przyjaciel Sołłohub dał mi polecenia do pani, lecz spodziewam się innym razem się z nich wywiązać...
Usłyszawszy nazwisko generałowicza, panna cześnikówna nic a nic nie zmieszana, rozśmiała się, spojrzała w tę stronę gdzie stał, potém na chusteczkę, którą w ręku trzymała spuściła oczy, podniosła je... i zdawała się mówić, że odgaduje polecenia, ale one ją niewiele obchodzą. Miała coś w sobie dziecięcego, naiwnego, śmiałego razem i skromnego...
— Generałowicz szczyci się jego przyjaźnią... odezwała się po cichu...
— Wolnoż mi spytać, czy umiał sobie także życzliwość pięknéj kuzynki pozyskać?
Cześnikówna niby się trochę namyślała — i cicho szepnęła:
— Pan hrabia wiesz, że nam bez pozwolenia starszych — nie wolno życzliwością rozporządzać...
Trochę żartobliwości smutnéj było w tych słowach, które o uczuciu nie świadczyły...
Starosta tak się zajął druchną, iż o narzeczonéj zapomniał. Mniszech którego minister wykomenderował, szepnął mu coś w téj chwili na ucho, i wziąwszy go pod rękę powoli z zaczarowanego koła wyprowadził. Oczyma pożegnał Brühl piękną cześnikównę — zmuszony będąc odejść.
— Mój drogi — szepnął mu szwagier — wszyscy uważają że jesteś do zbytku grzeczny w wigilią wesela dla pięknéj kuzynki. Wojewodziny oczy zaczęły świecić złowrogo, musiałem cię odciągnąć. Na Boga... odłóż to na potém...
Zaledwie marszałek go porzucił, nadbiegł Sołłohub...
— A co zapytał.
— Nic! zaledwiem począł rozmowę, kazano mi iść precz... odparł Brühl.
— Nie jestże to bóztwo! krzyknął generałowicz.
Starosta nie umiał odpowiedzieć, czuł może aż nadto urok, co je otaczał...
Nikt nie uważał, że za odchodzącym Brühlem dwoje ślicznych oczu poszło goniąc tęsknie, nie wstydząc się wcale téj pogoni... i nie czując, aby ona za złe mogła być wzięta.
Cześnikówna, która już od dni kilku bawiła w Krystynopolu, i miała czas bliżéj się zapoznać z wojewodzianką, zbliżyła się późniéj ku niéj... Piękna narzeczona jak nieprzytomna stała wśród tego tłumu...
— Mówiłam tylko co z twoim przyszłym kochana Maryo — odezwała się cześnikówna — wiesz... to bardzo miły człowiek... a myśmy z nim bardzo dawno, dawno znajomi...
I po cichu, żywo, śmiejąc się poczęła opowiadać swoje spotkanie na warszawskim zamku. Pamiętała i o tém, bo jéj to powtarzano, że naówczas ktoś sobie żart zrobił i swatał ją panu staroście, ale się do tego nie przyznała. Pomyślała tylko, iż dziwnie, dziwnie imię i nazwisko zgadł ten prorok szyderca... Wojewodzianka słuchała zimno, obojętnie, oczyma oślepłemi wodząc po sali...
Odstąpiły trochę na bok...
— Ty taka jesteś smutna i zmęczona, szczebiotało dziewczę... Prawda! że ten ślub to straszna zawsze rzecz... ale twój Brühl ma tak dobrą, łagodną, miłą twarz, że — jabym się go nie obawiała, i ty nie powinnaś!
Smutny uśmieszek przebiegł po ustach wojewodzianki, która sobie przypomniała rozmowę u stołu...
— Nie dziw się mi — rzekła... Dla ciebie to człowiek obcy, z którym zaledwie kilka słów przemówisz w życiu — a dla mnie to pan i władca... którego mam być niewolnicą.
— Ale nigdy niewolnicą! oburzyła się cześnikówna... Co za myśl moja droga! poddawać się nie trzeba... a potém... jeśli się kochać będziecie... czyż zacięży niewola?
Wojewodzianka obejrzała się jakby lękając, aby ich nie podsłuchano... gorzki uśmiech blade jéj usta ściągnął...
— A jeśli się kochać nie potrafimy? szepnęła.
— A! toby było bardzo smutno! opierając główkę na ramieniu narzeczonéj, odezwała się cześnikówna. Jak ci się zdaje?
Popatrzały na siebie...
— Bóg jeden wie!
— A serce twoje?
Marya spuściła oczy...
Muzyka, która się w téj chwili odezwała na galeryi, zwiastowała pochód do wieczerzy... pary już się wiązały, Brühl nadbiegł podać rękę narzeczonéj. Cześnikówna ciekawie oczy w niego wlepiła, gdy jéj towarzyszkę posłuszną i zrezygnowaną odprowadzał...
Jéj zamiast Sołłohuba, któremu kazano prowadzić jakąś kasztelanową, z powodu, iż ona jak jego matka z domu była Radziwiłłówną — dostał się mały kuzynek Potocki, i znikli w wirze idących do stołów...
Nie będziemy opisywali obrzędów ani dziewiczego wieczoru, ani nawet pańskiego wesela, które odpowiedziało zapowiedzianéj wystawie i było — królewskie... Kawał drogi, którą szli państwo młodzi z orszakiem do kościoła, kazał pan wojewoda wysłać suknem ponsowem szeroko... Dzień był mroźny i słoneczny, wąsy marzły szlachcie i dłonie do szabel przylegały, ale nikt dotkliwego nie czuł zimna, tak wszystkim w duszy ciepło było...
Brzmiała muzyka, szmigownice i moździerze zwiastowały światu gaudium magnum, rzucano ubóstwu srebrne pieniądze, winszowały gromady, niosły podarki kahały, a wojewoda w poczuciu swéj potęgi, marzył o daleko większéj jeszcze, która dlań była dostępną...
Ktoby był zajrzał w duszę jego — znalazłby na dnie jéj koronę, tak samo jak w marzeniach familii stała ona za cel wszystkich zabiegów...
Z tryumfalnym marszem po błogosławieństwie JMci księdza Wołłowicza, któremu na pamiątkę ofiarowano krzyż kosztowny i pierścień — wrócili do pałacu, którego ganek, sień i przedpokoje, mimo zimy, zasłano kwiatami, aby młodemu małżeństwu drogę przyszłego życia ukwiecić.
Tłumy zaproszonych zapełniły sale i pokoje... Wielu z nich, ledwie raz w życiu widziało gospodarstwo i wcale ich poznać nie mogli, witali na los szczęścia, szlachta schylała się do kolan pana wojewody, i odchodziła uszczęśliwiona, gdy magnat rzucił dobre słowo.
Mówiono o księciu kanclerzu i bracie jego, że niemal całéj Rzeczypospolitéj familie i ich kolligacye znali na pamięć, że pamiętali twarze tak, iż nigdy mnogich panów braci przyjmując nie wzięli Dowejki za Domejkę, a o jednym z nich, że niby serdecznie przyciskając do piersi braci w liberum veto, psuł im nosy i policzki umyślnie je trąc o ostre guziki fraka. Pan wojewoda wcale zwyczaju tego nie miał i popularności w ten sposób nie szukał... Dumniejszy daleko skarbił sobie przyjaciół protekcyą, ale ich trzymał w przyzwoitéj odległości, i gdy mu się do kolan schylali, ledwie głową kiwnąć raczył...
Wśród téj ciżby pan podkomorzy Laskowski znalazł się insperate ze skarbnikiem Zagłobą razem...
— Pan Jezus przy dziecięciu! zawołał podkomorzy — a asińdziéj co tu robisz?
— Hm! szepnął skarbnik — zaszczycono mnie inwitacyą — trudnoż było odmówić? Odbyłem piękną podróż dobrą sanną, i ot — mam przyjemność podkomorzego uścisnąć — to mi stanie za wiele...
Ręce sobie podali.
— Ja téż — odezwał się Laskowski — zaproszony zostałem, a że z mojego powiatu nikt jechać nie mógł, jako podkomorzy przybyłem reprezentować go... Co asińdziéj na to mówisz?
— Co mam rzec?... Wystąpił pan wojewoda, że go już nikt nie zakasuje... ale... (tu chrząknął i do ucha się pochylił Laskowskiemu) panna młoda jakby z krzyża zdjęta, a pan młody jakby nie do ołtarza na gody i do Sakramentu, ale w kręgle szedł grać... tak sobie lekko poczyna... Szkoda mi biednéj wojewodzianki, którą nam ten Niemczyk konfiskuje. A no!!...
I usta sobie zatkał palcami...
— Mnie się widzi — dodał po chwili, że to nie wesele, ale obóz sposobiący się do wojny...
Laskowski się uśmiechnął.
— Żeby nie było co podobnego jak pod Olkiennikami... rzekł: w takim razie my, co tu marcepany pana młodego jeść będziemy, musimy stanąć po jego stronie! hę?
— Jam stary — rzekł skarbnik, nie moja rzecz...
— Ja téż — dorzucił Laskowski; ale młodzi będą mieli co robić...
Jednak — rozśmiał się obejrzawszy — pamiętasz acindziéj, gdyśmy razem stali czasu wjazdu na starostwo? Dobry z waćpana prorok — swatałeś mu Maryę Potocką... przypominasz sobie, a los dopisał i dał mu... choć inną, ale tego samego imienia i nazwiska...
To mówiąc wskazał skarbnikowi, gdzie między druchnami jaśniejąca pięknością dziewiczą stała w bieli, w kwiatach i brylantach, śliczna cześnikówna...
— A oto ta... o któréj mowa!...
Popatrzali.
— Ponoby ją Brühl wolał od wojewodzianki — rzekł skarbnik, ale taby mu miliona nie wniosła...
— Mospanie mrugając rzekł Laskowski — jéj oczy więcéj niż dwa miliony warte!!
Rozmaite postrzeżenia czyniono tak do koła... a wszyscy niemal z zajęciem spoglądali na bladą narzeczoną, która mimo zabarwionego rumieńca z rozkazu matki, wyglądała smutnie...
Gniewało to panią wojewodzinę — lecz już nie czas było córkę strofować, gdy dom miała rodzicielski opuścić. Stary Brühl, dostrzegłszy w synowéj tych oznak trwogi i cierpienia, poszedł sam zabawiać ją rozmową — lecz mimo całéj swéj zręczności i galanteryi nie mógł na niéj wymódz nad kilka słów, w których nie wiele było związku. Wojewodzina postrzegłszy tę jego wyprawę i odgadłszy jej cel, czatowała nań w powrocie, aby wrażenie, jakiego mógł doznać, naprawić...
Stało się wedle jéj woli — minister po krótkiéj rozmowie cofnął się i znalazł na drodze wojewodzinę..
— Marynia nie bardzo jest dziś zdrowa, szepnęła mu na ucho: trudno biednemu dziecku, co się nigdy w życiu od naszego boku nie oddalało — pogodzić się z myślą rozstania... Nie śmiała jest bardzo... Wszystko to, da Bóg, przejdzie.,.
— Ani wątpię, odparł Brühl, całując w rękę panią wojewodzinę — będziemy się starali oba z synem, aby kochanéj synowéj życie jak najprzyjemniejszém uczynić... Spodziewam się, że dwór, zabawy, świat...
— A! panie ministrze — rzekła pani Anna — najprzód do nich jeszcze musi nawyknąć... ale że do dobrego łatwo się przyzwyczaja... Marynia porzuci tę nieśmiałość dziecięcą... bo to jeszcze dziś dziecko...
— Mój syn, dodał minister — nie pochlebiając mu — ma charakter tak zgodny i miły, iż nie wątpię, że sobie wkrótce serce małżonki pozyskać potrafi.
— To już ma — już ma! z przyciskiem odezwała się wojewodzina. Marynia zna swe obowiązki, wychowana bogobojnie...
Rozmowę ktoś przerwał — i na tém się ona skończyła. Wojewodzianka do tego dnia przygotowana była, z myślą małżeństwa miała się czas oswoić, a bladość i pomieszanie spowodowane były wypadkiem, którego nikt się nawet domyślać nie mógł...
Gdy pochód uroczysty z pałacu do kościoła się rozpoczął, że niezmierny tłum ludzi z kluczów sąsiednich i z dalszych dóbr Potockich, z Tartakowa, Waręża, Łaszczowa, Witkowa, zalegał dziedzińce i miasteczko — musiano strzegąc nacisku ciekawych, wzdłuż suknem wysłanéj drogi ustawić piechotę wojewodzińską, służbę, dworzan, a nawet i dwory niektórych panów przybyłych gromadnie na wesele... Murem więc po nad drogą stała ta straż... gdy państwo młodzi przy odgłosach marszu powoli postępowali do kościoła...
Na pół drogi od pałacu, wojewodzianka idąc ze spuszczonemi oczyma... postrzegła u nóg jéj padający bukiet róż białą wstążką związany, mimowolnie wejrzenie jéj podniosło się... i ze łzami ujrzała tuż stojącego Godziembę w stroju paradnym, z głową gołą i czapką w górę podniesioną... Blady był jak trup... Panna Marya zadrżała... drużki sądziły, że o sukno zawadziła stopą, podtrzymano ją i szli... daléj... Nikt nie dostrzegł zbiega, który się tak zuchwale, korzystając z zamieszania, zjawił w Krystynopolu, jakby urągając władzy pana wojewody... Dopiero gdy po ślubie znowu wracali państwo młodzi, a starosta Zawidecki wśród nacisku przed niemi porządek robił — idąc natrafił nagle na Godziembę... Nie miał czasu ani słowa rzec, ani coś przedsięwziąć — języka, jak mówią w ustach, zapomniał, zmieszał się... W głowie mu się pomieścić nie mogło zuchwalstwo człowieka, który śmiał prezentować się po takiéj ucieczce... na dworze pana... Właściwie ciężył na nim dekret skazujący go na kobierzec i więzienie! Obowiązkiem było starosty natychmiast go pochwycić i zamknąć.
Zadrżał na myśl, iż stojącego nade drogą mógł zobaczyć wojewoda, który w gniewie nagłym hamować się nie umiał, choćby nań tysiące oczu patrzało... Poczciwy marszałek rad był szalonego młokosa ocalić — byłby utaił, że go widział, ale tu, gdzie go znali wszyscy, poznali zaraz dawni towarzysze, i szmer się wszczął po przejściu orszaku między nimi.
Powtarzano imię Godziemby... szukano go oczyma, podawano sobie z ust do ust osobliwą nowinę...
— Głowa mu na karku świerzbi! wołał Złotnicki — dosyć, aby kto słowo pisnął wojewodzie — żadna moc go nie ocali... zgubiony człowiek.
— Szalona pałka! mówił Dzbański, szukając oczyma na okół — niechby go kto poczciwy ostrzegł, aby uchodził póki cały... korzystając z tego, że tu dziś wszystko wre...
— Na miłość bożą, niech mu kto powie!
— Waryat! mruczeli inni...
Właśnie w ganku między dworzanami i służbą była mowa o tém, gdy wolno od kościoła idący zjawił się Godziemba — jak gdyby był w domu i najbezpieczniejszy w świecie. Czapka na bakier, ręka za pasem, ubrany wytwornie... nie zdawał się ani wiedzieć o tém, że mu ziemia pod stopami gorzała... Starosta Zawidecki, który biegł właśnie rozdawać rozkazy artylleryi, kiedy na jaki sygnał z moździerzy palić mają, oko w oko zetknął się z Godziembą, i w pierwszym impecie rękę podniósł jakby go za kołnierz chciał chwycić.
— Życie ci niemiłe! krzyknął — co waćpan tu robisz!!
Godziemba cofnął się krok i rękę do szabli przyłożył.
— Co waćpanu, panie starosto? albom to ja poddany wojewody, co mu zbiegł z gruntu? Szlachcic jestem, nie przymierzając, jak i on — podziękowałem za służbę, wziąłem inną i z dworem moim tu przybyłem!
— Z jakim u licha dworem? Myślisz, że wojewoda ceremonie z waścią albo z jego protektorem czynić będzie? Co ci się śni!...
A cicho dodał nagląc:
— Zmykaj, człowiecze! mówię ci... zmykaj, pókiś cały...
Godziemba ramionami ruszył.
— Ani myślę, rzekł...
Wszyscy się skupili okrążając go do koła.
— Z kimże u dyaska przybyłeś? zapytał się starosta.
— Z panem starostą warszawskim, do którego dworu mam zaszczyt się liczyć...
— Licho cię tu przyniosło! mruknął marszałek: wołałbyś był w Młocinach zostać. Widzieli cię wszyscy, jak nie zamelduję o was wojewodzie, na mnie potém gniew wywrze; pijże sobie piwo, jakiegoś nagotował...
— A pewnie! pewnie! odezwał się obojętnie Godziemba, obie ręce kładnąc za pas.
I z najzimniejszą krwią został z innymi w ganku.
Ponieważ do wojewody dnia tego dostąpić nie było podobna — starosta Zawidecki téż nie chciał spieszyć z raportem, któryby gody pomieszał — nikt zaś Godziemby tknąć się nie ważył, śmiały chłopak pozostał swobodnym. Zdawało się wszakże, jakby biedy szukał i jéj się napraszał... Z dworzany rozmawiając, z ganku wszedł do przestronnéj ogrzanéj sieni, w któréj się ciągle służba i panowie przewijali... Wojewoda niejeden raz wśród dnia, sam wydając rozkazy, musiał wychodzić.
Już czas obiadowy się zbliżał — gdy w chwili kiedy go się najmniéj spodziewano, wyszedł wojewoda, szukając Mniszcha, który był na chwilę z sali się wymknął, a tam go Brühl zapotrzebował. Przebiegając oczyma zgromadzonych, wojewoda zobaczył i poznał Godziembę... Zdało mu się zrazu, że się omylił — jakkolwiek czasu miał mało, szybko ku niemu przystąpił, a widząc, że go oczy nie zwiodły, zmarszczył brwi.
— Co ty tu robisz? krzyknął gniewnie: ty łotrze niewdzięczny... ty!...
— Przybyłem z dworem pana starosty warszawskiego, do którego należę — odparł śmiało Godziemba. — Łotrem nie jestem... Nie uciekałem, alem za służbę podziękowawszy odszedł... Szlachcic jestem nie poddany...
Wojewodzie usta zadrżały, dziki uśmiech je ściągnął, oczy błysły — ręką miał dać znak jakiś — i wstrzymał się — popatrzał na Godziembę długo.
— Masz szczęście, trutniu, że dziś taki dzień — precz mi z oczu — precz mi z oczu...
Dłoń wojewody drżała — Godziemba z wolna skłonił mu się i wcale nie spiesząc odszedł ku drzwiom, a oczy Potockiego ścigały go do progu. Przez tę króciuchną chwilę wojewodzie w ustach i gardle zaschło... otarł czoło ręką — i pierwszego jakiego spostrzegł dworzanina wysłał po starostę Zawideckiego.
Historya rozgłosiła się zaraz i rozniosła od ust do ust, spodziewano się okropnéj zemsty jakiéjś — ale dzień upłynął, a Godziembie włos nie spadł z głowy...
Bebuś, który na tę uroczystość przepysznie został wystrojony i razem z Bebą na usługach wojewodziny był ciągle — korzystał z dawanych mu rozkazów, aby czynić wycieczki ku rozmaitym częściom pałacu, w zwyczajnych dniach mu niedostępnym. Parę razy wdarł się do panien do garderoby, pozwalając sobie żartów nieprzyzwoitych — kilkakroć zawitał do piwniczego i butelek, pełną kieszeń nałapał cukrów ze stołu — w ostatku na ganek się wyrwał i tu posłyszał, gdy o Godziembie sobie rozpowiadano. Schwytawszy tak doskonałą plotkę, powrócił z nią co najprędzéj za krzesło wojewodziny, czatując na chwilę, gdy jéj będzie mógł to podać do ucha... Dopatrzył wreszcie wolnego momentu i szepnął, że Godziemba był we dworze i postawił się ostro panu wojewodzie...
Wojewodzina była jeszcze surowszą od męża, z siebie więc sądząc, nie wątpiła, iż katastrofa nastąpi, któréj tego dnia rada była uniknąć. Gdy po tém po raz pierwszy zbliżył się do niéj mąż, odwiodła go na bok...
— Zjawił się słyszę Godziemba — szepnęła mu na ucho... czyście go już kazali zamknąć?
— Nie — odparł wojewoda — zmitygowałem się... Chwalił mi się, że do dworu Brühlów należy — to mi wszystko jedno... Dziś frej — nie przystoi mi tego dnia truć — jutro go wezmą i w kajdankach do Niemirowa zawiozą...
Wojewodzina nie odpowiedziała nic... Bebuś, który był za krzesełkiem ukryty, słyszał wszystko i uradował się niezmiernie.
W téj chwili kapela huknęła, i wojewoda pospieszył, gdzie go obowiązki powoływały...





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.