Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Starosta Warszawski.djvu/242

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    nieść je z parowu... Tu Godziemba orzeźwiony nieco, mógł już stanąć o swéj sile i z pomocą Sawanihy iść daléj. Iść trzeba było natychmiast — iść i ślady zacierać za sobą na śniegu i zgubić je na gościńcu, aby nie zdradziły... potém znanemi ścieżynami szukać schronienia w lasach i gdzieś w litościwéj chacie.
    Ucieczka z więzienia była jeszcze mniejszą rzeczą niż uniknięcie pogoni... Nie wątpiła Sawaniha, że jeśli się nazajutrz rozgłosi ucieczka... na wszystkie trakty, po siołach polecą kozacy za zbiegiem. Mogło jednak przez dni nawet kilka pozostać tajemnicą, że więzień uszedł. Nikt posądzać go nie mógł o to, aby pomyślał o wydobyciu się z lochu... Stróż zwykle oknem we drzwiach spuszczał chleb i dzbanek z wodą i słowa nie mówiąc odchodził. Ledwie raz w tydzień otwierano drzwi i dowiadywano się o więźnia...
    Ciemna noc dosyć szczęśliwie posłużyła Godziembie... zawieja śnieżna obiecywała zatrzeć ślady... Sawaniha złożywszy panicza pod ścianą szopy jakiéjś — sama pobiegła po swe węzełki i odzież do karczmy... Godziemba tak był znużony, tak się czuł chorym, że siedząc usnął... Obudziła go powracająca i zmusiła do dalszego pochodu nocnego...
    Nazajutrz, ani dwóch dni następnych w Krystynopolu nikt nie pomyślał nawet o Godziembie. Zarębski dawno w duchu sobie powiedział, że —