Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Starosta Warszawski.djvu/241

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    całą noc na próżnych spędziła posłuchach... Jak dzień — zaczęła pracować znowu i choć zmęczona i głodna, rozgorączkowana łamała cegły do wieczoru... Jedna z nich wreszcie potoczyła się do wnętrza... Stara chwyciła sterczące do koła gruzy i silnemi rękami wyłamała otwór... Dysząc z niecierpliwości... głowę wsunęła do czarnéj próżni — wołając swoje dziecko... Chwila milczenia dla niéj wiek trwała... ale głos słaby dał się słyszeć z głębi. Fadiejek jéj żył... dostała się do niego... była szczęśliwa...
    Przebudzony ze snu, chory, pół żywy, z nadzieją wyswobodzenia się Godziemba odzyskał siły... Noc sprzyjała ucieczce, bo nocą nikt do drzwi nie przychodził... Otwór w murze był wysoki i ciasny, dostać się do niego, osłabionemu ciężko było... ale tam czekała go — swoboda...
    Chwytając się chropawego muru, wdrapując i spadając — Godziemba w ostatku ręką mógł dosięgnąć otworu. Sawaniha chwyciła ją i niemal sama go wywlokła... W téj chwili podobna była do wilczycy ratującéj swe szczenię... Zapomniała, że je pokaleczyć może... Poraniony, odarty, skrwawiony Godziemba musiał, dobywszy się zewnątrz położyć na ziemi, bo na nogach ustać nie mógł. Przytomna stara z obawy, aby światła w otworze zawcześnie się nie dopatrzono, zatkała go chrustem gałęźmi i śniegiem... Starczyło jéj sił jeszcze potém, aby dziecko osłabłe wziąć na barki i wy-