Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Starosta Warszawski.djvu/237

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    lecz za dwie robiła, nie nużyła jéj robota żadna, siłę miała ogromną, i nikt jéj w służbie nie mógł nic zarzucić. Dobijano się o Sawanihę. Całą nagrodę w jéj ciężkiém życiu stanowiło, że w niedzielę mogła pójść do swego panicza, i stojąc przy drzwiach lub siedząc na ławie, pomówić z nim, posłuchać go, czasem w głowę pocałować.
    Gdy Godziemba pierwszy raz uchodził z Krystynopola, pamiętał o tém, aby Sawaniszie się oznajmić... bo wiedział, że ona w światby za nim ruszyła, albo z tęsknoty się zapłakała... Ona go na trakt wyprowadziła sama i pobłogosławiła... Wróciwszy z Brühlem, poszedł znowu do niéj... Mamka była nierada zuchwalstwu, chciała mu nazad iść kazać, nie dał się Godziemba... Drugiego dnia, widząc że mu się nic nie stało, i ona się uspokoiła... Gdy potém nagle nie stało go, stara nie miała pokoju. Przeczucie jakieś mówiło jéj, że coś złego wydarzyć się musiało... Korzystając z mnóztwa ludzi, jacy się jeszcze po weselu, około pałacu kręcili, Sawaniha się wcisnęła w dziedzińce a że ją z dawna dobrze tu znano, nikogo nie zdziwiło że się tu znalazła. Nieznacznie wypytywać zaczęła... nikt jéj nic nie umiał powiedzieć. Niespokojna zaczepiła starostę, z którego oczu tylko wyczytać mogła, iż niedarmo się niepokoiła... Zarębskiego nie było co badać, ten nikomu nie odpowiadał nigdy, mruczał, klął bił i popijał. Siedząc i kręcąc się około odwachu, a mając oko baczne