Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Starosta Warszawski.djvu/234

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    najprzebieglejszy ze szpiegów, który wszędzie się wcisnąć i podsłuchać, Bebuś wiedział, że z rozkazu wojewody pochwycono Godziembę, i — jak powiedziano — wsadzono go tak, że więcéj światła dziennego ujrzeć nie miał...
    Dowiedziała się o tém madam, ale nie chcąc przerażać Maryi — zmilczała o tém przed nią, zapewniając, że się mu ujść udało...
    Państwo młodzi po uroczystém pożegnaniu, przy którém popłakali się wszyscy, prócz ojca, bo ten łzy, choćby je miał na powiekach, ukrywał, aby się słabym nie okazać — wyruszyli z wielką kalwakatą i dworem do Młocin i Warszawy...
    Pani starościna zbyt była rozżalona opuszczając Krystynopol, siostry, brata, swoją jedyną przyjaciółkę Dumont — i całą przeszłość, któréj tu wspomnienia zostawały, aby boleć nad losem nieszczęśliwego Godziemby... Usłyszała tylko wypadkiem, że mąż jéj dowiadywał się o dworzanina, którego polubił i który znikł mu w Krystynopolu. Nikt się nie zdawał domyślać, co się z nim stało; składano na jakąś płochość młodzieńczą, na jakiś wybryk niesforny, na przypadek niedocieczony ujście nagłe Godziemcy, spodziewając się jego powrotu...
    Tymczasem biedny chłopak, który nie przypuszczał, ażeby swobodnego szlachcica z orszaku własnego zięcia wojewoda mógł kazać chwytać, a po pierwszém widzeniu się ze starym, miał się już za