Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Starosta Warszawski.djvu/225

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    kiwaniu — wojewodzianka nie drgnęła nawet... Starosta wstał i przeszedł się po sypialni. Na twarzy jego malowało się najdobitniéj — znudzenie... Ziewał niekiedy zasłaniając się ręką, zdawał się czekać niecierpliwie jak się skończy — i żadne inne uczucie nie rozpromieniło mu twarzy.
    Spojrzenie na zegar, którego skazówki żółwim krokiem zbliżały się ku drugiéj godzinie, zdało go się nareszcie natchnąć jakiémś postanowieniem i odwagą...
    Z wolna przestąpił próg pokoju żony, zbliżył się do klęcznika; i popatrzywszy na nią chwilę, odezwał się głosem stłumionym:
    — Proszę mi przebaczyć, że przerwę modlitwę..
    Wojewodzianka z wolna podniosła twarz bladą, po któréj ciekły dwa łez strumienie... Brühl który już chciał mówić wstrzymał się — litość odmalowała się na twarzy i zafrasowanie razem...
    — Godzina bardzo spóźniona — rzekł — pani — by należało odpocząć — ja — pójdę do mojego pokoju, wskazał na drzwi garderoby... Mógłbym zadzwonić na służącą...
    Widząc że Marya drżała ciągle — dodał głosem pełnym łagodności:
    — Niech się pani uspokoi... proszę mi wierzyć, nie jestem ani złym, ani grubiańskim, ani natrętnym... Pani jesteś zupełnie swobodną, a moje prawa ograniczają się do służenia jéj i — jeśli podobna osłodzenia losu... z którym niestety! prze-