Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Starosta Warszawski.djvu/230

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    nie potrafię dotrzymać obietnicy... Gdyby to nie było szaleństwem i zbrodnią, powiedziałbym pani: — ani Sołłohuba, ani nikogo w świecie!! Popatrzawszy na panią dwa dni — człowiek się staje wściekle zazdrosnym.
    Znowu cześnikówna zdawała się nie rozumieć, spuściła oczy, ale się nie pogniewała — a po chwili szepnęła:
    — Po drugich dwóch dniach i zazdrość i pamięć... odchodzi!
    — Omyliłem się — poprawił Brühl — ja lat dziesięć nieustannie na nią patrzałem...
    Oczy cześnikówny podniosły się.
    — Tak jest, pani — od téj chwili jakeś pani podała mi rączkę do pocałowania na warszawskim zamku... miałem ją ciągle przed oczyma, aż do tych dni... Rosłaś pani w mych myślach... patrzałem jakeś rozkwitała... Cóż dziwnego, że taka stara.. tu wyrazu zabrakło — że taki stary... poprawił się... zmieszał — że jedném słowém — jestem zazdrosny...
    Nastąpiło milczenie.
    — Ale przyjaźń, panie starosto — odpowiedziała z wolna panna Potocka — wszak przyjaźń zazdrosną być ani powinna, ani może...
    I oczyma zmierzywszy go, dziwnie potrząsała śliczną główką, a loczki co ją otaczały, kołysały się na ramionach, i każdy z nich zdawał uczucia swéj pani podzielać i wyrażać. Mówiły wszystkie Brühlowi: Czyż się to godzi być takim bałamutem?..