Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Starosta Warszawski.djvu/244

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    Potocki zbladł, ale zdawał się nie wierzyć uszom...
    Ex fundo? uciekł? Któż mu otworzył?
    — W ścianie dziura wybita...
    Długo wojewoda nie odpowiadał ani słowa... patrzał, usta zagryzł... myślał... oczy całe zdawały się chwilami w białka obracać... cera żółkła... Wszechmogący pan... nie mógł pojąć zuchwalstwa, z jakiém mu się ofiara wymknęła. Nie szło mu o Godziembę, ale o to, że powaga jego naruszona została.
    — Kto winien? kto... pomógł? spytał cicho.
    Starosta nic na to odpowiedzieć nie umiał.
    Nakazano jak najsurowsze dochodzenie — ale zarazem wojewoda zabronił mówić o wypadku i pragnął, aby go nie rozgłaszano... Zarębski tegoż dnia dostał abszyt i odprawę; czem się nie koniecznie zmartwił, bo mu wszakże dano jakąś konsolacyę... Stróża odesłano na wieś... loch in fundo kazano zamknąć i zarzucić...
    O ściganiu jakoś mowy nie było nawet — gdyż zdawało się niepodobieństwem na ślad trafić — a może téż sam wojewoda pragnął dalszéj zemsty uniknąć... któraby zbyt wielki rozgłos miała... Wojewodzina gwałtowniéj to uczuła od męża... i mściłaby się srożéj pewnie, lecz po naradzie wspólnéj postanowiono pokryć to milczeniem... Bebuś, który pode drzwiami, wedle obyczaju słuchał, przeląkł się straszliwie, gdy się dowiedział