Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Starosta Warszawski.djvu/239

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    Śniegi jeszcze leżały, ziemia była zamarznięta... Sawaniha w suchych krzakach i gałęziach nagromadzonych pod mostem miała przytułek... Tu jéj nikt dojrzeć nie mógł... Oglądając bramę i rozpatrując się we wejściu do lochów, stara obrachowała, że piwnica w któréj jéj drogie dziecko było zamknięte — musiała gdzieś ścianą, głęboką — przytykać do mostu... Ne zraziło jéj to, że — jak jéj opowiedziano — więzienie było pod ziemią. Z téj strony od parowu mur nie mógł już sięgać zbyt głęboko; rów zdawał się ułatwiać to, co Sawaniha zamyślała... Ze ślepą wiarą, że musi trafić tam gdzie ją miłość jéj prowadziła — zaczęła w krzakach pod mostem powoli wyrąbywać zmarzłą ziemię, szukając ściany... Ścianę chciała choćby paznogciami wydrapać, i wyłamać w niéj otwór, i dziecko swe uwolnić!!
    Zamiar mógł się wydawać szalonym i był taki w istocie — ale miłość nie wątpi o niczém i daje siły, których pospolitemi nie można... Sawaniha od dzieciństwa nawykła była do łamania się z losami i wszelkiego rodzaju zawadami w życiu... Wolę i cierpliwość miała niezłomną... Nie przyszło jéj na myśl nawet, że omylić się może, że cała praca na nic się nie przyda... wierzyła w to, że Opatrzność, że Święci Pańscy, że Siły niebieskie jéj pomogą... Na targu kupiła dwie tępice, zbite siekiery, które do rąbania ziemi i muru starczyły. Śnieg, na pozór będący przeszkodą, służył jéj po