Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Starosta Warszawski.djvu/227

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    się przytomniejszą — spokojną... Brühl pozostał jak był chłodnym, uprzejmym dla wszystkich, w potrzebie wesołym, ale gdy konieczność ta ustąpiła — poważnym chętnie i nieco zamyślonym...
    Trzeciego dnia, gdy już mniéj nieco gości pozostało w Krystynopolu, a generałowicz Sołłohub ciągle jeszcze dosiadywał, nie chcąc z oczu stracić ubóztwianéj cześnikówny — napadł znowu przyjaciela Brühla, aby za nim przemawiał...
    Starosta dosyć kwaśno przyjął z razu żądanie...
    — Mało zuam cześnikównę, rzekł — moje słowo wcale u niéj ważyć nie będzie. Co ci w głowie? Uproś swoją krewną Radziwiłłównę... kolligatów... starszych zresztą i poważniejszych odemnie ja ci się na nic nie przydam...
    — Przepraszam cię — przerwał Sołłohub. W téj chwili kiedy ty jesteś cały swém szczęściem zajęty...
    Tu Brühl nieznacznie ruszeniem ramion mu odpowiedział.
    — Jabym cię nie nudził tém ciągnął daléj generałowicz — ale mam powody, dla których to czynię. Wczoraj jakoś korzystając z zamętu, udało mi się przysunąć do panny i zawiązać rozmowę... Chwaliłem się jéj twoją przyjaźnią... mówiliśmy o tobie... powiedziała, że takiego jak ty przyjaciela zazdrości. Dziewczę takie szczere i naiwne, nie mogło cię się nachwalić. Masz u niéj łaski...
    — A dajże mi pokój — przerwał niecierpliwie Brühl...