Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Starosta Warszawski.djvu/240

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    odgarnieniu do przykrycia świeżéj ziemi. Rachuba nie omyliła jéj... Wprędce obnażyła ścianę... Mur był gruby, stary, zlany jak jeden głaz... Zwolna poczęła go łupać... Szła praca opornie, ale otwór się powiększał... Szczęściem przed bramą było pusto, i stukania jéj nikt słyszeć nie mógł... Od brzasku do późnéj nocy Sawaniha biła mur cierpliwie...
    Byłaby może i część nocy dla pośpiechu nie opuszczała swéj jamy, ale cisza panująca około pałacu nie dozwalała kuć tak bezpiecznie ściany jak we dnie. Niepostrzeżona, przesuwała się o świcie — a nie wychodziła ztąd aż zciemniało... Z nadzwyczajną energią zrazu niezręcznie, potém nabrawszy wprawy, stara po odrobinie wygrzebując gruz dobywała się do wnętrza... Przychodziło jéj na myśl, że praca być może nadaremną — ale wnet wiara w Boga i jakieś jasnowidzenie macierzyńskie, odejmowało jéj zwątpienie... Otwór sięgał coraz głębiéj... Sawaniha wkładała weń głowę i uderzając w ścianę, po rozgłosie starała się przekonać, czy gruby mur jeszcze dzielił ją od podziemia...
    Jednego wieczoru... gdy przyłożyła ucho do cegieł, — usłyszała z wnętrza odpowiadające jéj jakby lekkie pukanie... Uszczęśliwiona poczęła gwałtownie, oszalawszy niemal rwać gruz i bić cegły... tego dnia jednak nic zrobić nie mogła... Noc nadchodziła, stara obwinęła się w płachty swoje, a że mróz był zelżał, nie odchodząc już do miasteczka