Starosta warszawski/Tom II/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Starosta warszawski
Podtytuł Obrazy historyczne z XVIII wieku
Data wydania 1877
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Indeks stron


I.


Wiosna 1760 r. dosyć była wczesna... gdyż już w końcu marca drzewa się rozwijać zaczynały — a choć nocami trafiały się przymrozki, dni były słoneczne i ciepłe...
Pani starościna warszawska od wesela swojego zamieszkiwała w pięknym pałacyku w Młocinach, wśród ciszy i lasów, używając daleko większéj swobody, niż w rodzicielskim domu. Brühl był wprawdzie najchłodniejszym z mężów, lecz pełnym uszanowania, grzeczności i usiłującym tęskne żonie uprzyjemnić życie. Nie mogła go kochać, ale się nań skarżyć nie miała powodu... Pożycie obojga było tajemnicą dla tych co na nie patrzali, mogli jednak widzieć, iż starosta najtroskliwiéj starał się uprzedzać wszystkie życzenia żony, a publicznie obok niéj występując, okazywał jéj największe uszanowanie. Mówiono po cichu tylko, że to było małżeństwo polityczne, że tam miłości podobno nie trzeba szukać było, ale oddawano sprawiedliwość obojgu, że ciężkie jarzmo włożone im na szyje, nosili nie dając poznać ludziom jego brzemienia. Smutek na twarzy starościny spokojny był i prawie pogodny... Miała swobodę wszelką... mogła się zabawiać i zajmować jak chciała — cóż, gdy jéj nic nie bawiło. W towarzystwie była milcząca, chętnie usuwała się do swych pokojów i mechaniczną jakąś robotą zajęta, z głową spuszczoną spędzała godziny długie niekiedy tylko stając, gdy ją suchy kaszel, który się coraz powiększał, zmusił porzucić krosienka.
Ulubioném jéj czytaniem było Naśladowanie i Św. Franciszek Salezy, książka jéj panieńska do nabożeństwa, a czasem jedna z tych nowości francuzkich, do których ciągnęła ciekawość, a dziwna ich lekkość i śmiałość odstręczała. W tém życiu znośném, jedyném utrapieniem dla lubiącéj spokój i ciszę były konieczności jéj położenia i stosunków z dworem... Młody Brühl musiał wozić żonę do Warszawy, przedstawiać ją królowi, który się o jéj bytność na operze i uroczystościach upominał; musiał przyjmować i oddawać odwiedziny liczne. Ona poddawała się temu losowi bez oporu, lecz nie nabierając do rozrywek smaku nie szukając znajomości, zawsze łagodna, cicha ale nieśmiała i milcząca. Charakter ten przypisywano znanemu wychowaniu na krystynopolskim dworze, gdzie wszystko żelaznéj woli państwa województwa ulegać musiało...
Mąż nie zdawał się nawet próbować wpłynąć na usposobienie żony, szanował jéj upodobania i wcale się im nie sprzeciwiał. Sam on zmuszony był życie prowadzić wcale inne, a nikt nad niego czynniejszym nie był. Od młodu zaprawiony do pracy, umysłu żywego i niespokojnego prawie, niezmordowanym był w spełnianiu obowiązków, w szukaniu rozrywek... Jako syn ministra i jego narzędzie, nieustannie prawie był w poselstwach, intrygach, na posyłkach jego u dworu lub w powozie i podróży. Wyjeżdżając przychodził po rozkazy żony która mu nigdy nic nie rozkazywała i o nic go nie prosiła, powróciwszy stawił się spytać o jéj zdrowie, na co mu rumieniec i kaszel odpowiadał. Jeśli miał parę dni wolnych, zamykał się w bibliotece, malował, grał, pisał i nie spróżnował chwili. Ale najczęściéj godzin do tych rozrywek, które mu najmilsze były szukać musiał przede dniem, dopóki Młocin zwykły najazd nie zagarnął. Nie było bowiem dnia swobodnego od gości, nie było obiadu bez obcych... klientów, przyjaciół, posłańców...
Starościna wychodziła kiedy chciała do salonu, bardzo często wymawiała się niezdrowiem... Brühl chyba w ostatniéj konieczności ośmielił się zapukać do jéj drzwi, i prosić jéj aby się ukazała przybyłym... Naówczas pani ubierała się posłuszna jak jéj kazano, wychodziła krokiem mierzonym, witała chłodnym uśmiechem, odpowiadała krótko i grzecznie, i dopełniwszy obowiązków gospodyni, pospiesznie wracała do gabinetu niebieskim wybitego atłasem, gdzie na nią czekały krosienka panieńskie, jéj parę książek i samotność, z którą jéj było najlepiéj.
Młode panie warszawskie, rade zajrzeć do Młocin i być wtajemniczone w życie nowego małżeństwa, wpraszały się w przyjaźń i poufałość starościny, przyjmowała je z grzecznością, któréj nabrała od męża, lecz usta jéj i piersi stały zamknięte... Każdy czuł patrząc na nią, że w sercu pogrzebała tajemnicę... Napróżno silono się ją odgadnąć...
Starosta, który żonę zrozumiał od pierwszych dni i zrezygnowany był na chłód i bierne posłuszeństwo, jakie mu okazywała, nie starał się o nic więcéj nad to, aby się z jego winy nie mogła nazwać nieszczęśliwą. Usiłował zgadnąć jéj upodobania, obudzić zajęcie czémś, smak do czegoś, wszystko to było próżne. Starościna tak samo patrzała na piękne obrazy, jak słuchała muzyki... nie dając znaku rozbudzenia i życia... Brühl po cichu zwał ją chodzącym posągiem, i szczerze litował się nad nią. On także to złamane życie, to wystygnięcie zawczesne przypisywał despotyzmowi rodzicielskiemu, który sercu nigdy się nie dał otworzyć... Starościna zdawała się nie mieć i nie chcieć mieć woli własnéj... pytała o nią męża, a zostawiona sama sobie, widocznie pomieszana nie wiedziała co począć...
Była to przy wszystkich szczęścia warunkach, najnieszczęśliwsza w świecie istota...
Nadchodząca wiosna, poddała myśl staroście, że możeby żona jego polubiła ogród i kwiaty... Przed pałacykiem założony w ówczesnym stylu śliczny ogród, podzielony na kwatery, starannie bardzo utrzymywany, przyozdobiony fontanną i kilku rzeźbami przywiezionemi z Saksonii, schodził aż ku Wiśle, która właśnie szeroko rozlana, przedstawiała majestatyczny obraz... ciemnemi liniami borów zamknięty w mglistéj dali. Obszerne szklarnie z których jeszcze drzewa wynosić było zawcześnie, przytykały do pałacu... Ogrodnicy już się oczyszczaniem po zimie ścieżek i kwater zajmowali, gdy jednego ranka, starosta z myślą wyrwania żony z téj tęsknéj samotności w któréj się zamykała, zapukał do drzwi jéj gabinetu...
Gdy wszedł uchylając drzwi powoli, zastał ją na kanapce z listem w ręku, zarumienioną mocno... Spostrzegłszy go, szybko schowała pismo, które czytała, i widocznie pomieszana... zerwała się z siedzenia. Baczny postrzegacz charakterów Brühl domyślił się łatwo, iż przyszedł nie w porę... list zaciekawił go trochę, ale grzecznym był i miłosiernym, nie dał wiec poznać po sobie, że spostrzegł cokolwiekbądź... i z wesołą twarzą odezwał się, że dzień jest nadspodziewanie ciepły i piękny, że możeby starościna chciała go użyć wydając rozkazy w ogrodzie, który może urządzić wedle swojego smaku...
Brühlowa nie zdawała się nawet rozumieć o co chodziło, pomieszanie jéj zwiększało się...
— Ja, ja zupełnie się nie znam na ogrodzie — odezwała się zakłopotana — niech pan starosta rozporządzi jak zechce... jestem pewna, że to będzie najlepiéj. Ja nie mam gustu — dodała skromnie.
— A to prawdziwe nieszczęście — odezwał się uśmiechając się Brühl — iż pani nie chcesz mieć w niczém upodobania. Radbym z duszy pobyt w Młocinach uczynić jéj jak najprzyjemniejszym, a rozpaczam, żeby mi się to udało...
— Ale ja ręczę panu — śpiesznie odpowiedziała Marya — że tu nie mogłoby mi być lepiéj.
— Tak, tu, ale gdzieindziéj? — podchwycił Brühl cicho, patrząc jéj w oczy...
Starościnie łzy się zakręciły pod powiekami, które szybko otarła...
— A! w Krystynopolu! — zawołała — ale ja całe tam spędziłam życie... niech się pan nie dziwi, potrzeba czasu, aby zapomnieć, przywyknąć. Oto właśnie — dodała jakby na swe usprawiedliwienie, dotykając drżącą ręką listu, który miała na piersiach, odebrałam list ztamtąd...
— Od wojewodziny? przez kogo? — zapytał starosta — ja nie miałem żadnego.
— Od mojéj nauczycielki Dumont — rumieniąc się wytłómaczyła starościna z widoczném pomieszaniem.
Brühl nie badał już więcéj, nadto był dyskretnym, aby się chciał domagać wiadomości, których mu dobrowolnie nie udzielano...
Ruszył się zaraz, aby usunąć... ale żegnając w progu, dodał jeszcze:
— Ogród jest i może być ładny... mógłby niejedną uprzyjemnić chwilę... Wszyscy są na jéj rozkazy... a ja proszę... aby się pani nim zajęła.
— Jeśli pan starosta każe...
— Ja nigdy nie rozkazuję! — rozśmiał się Brühl, a proszę tylko dla tego, iż sądzę, że toby mogło uczynić jéj przyjemność, gdy w ogóle tak ich mało pani używa...
— Ja lubię samotność — cicho odezwała się starościna — proszę mi darować. Sama czuję, że nie umiem być taką gospodynią, jakiéj Młocinom potrzeba...
— Lepszéj i milszéj mieć nie mogły — odezwał się Brühl z dworską galanteryą się kłaniając.
Nic nie odpowiedziała starościna, a Brühl powtórzywszy ukłon, z westchnieniem wysunął się za drzwi. Zaledwie znikł z jéj oczu, pani Brühlowa żywo dobyła listu i pobiegła, zdając się zapominać o wszystkiém, czytać go do okna.
Łzy kręciły się jéj w oczach... Pismo madamy Dumont oznajmowało jéj o cudowném uwolnieniu Godziemby. Francuzka jednak, zawsze ostrożna, nie wymieniła w niém nazwiska, i wypadek osnuła jakąś tajemnicą, łatwą do odgadnięcia dla Maryi...
Gdy Brühl zamyślony wracał do biblioteki, z któréj był wyszedł porzuciwszy w niéj tom otwarty ulubionego Molièra, w progu jéj zastąpił mu marszałek jego dworu, pan Latour, oznajmując, że dawny dworzanin (skaleczył jego nazwisko), prosi o posłuchanie.
Zdziwiony trochę starosta wnet wpuścić go kazał... Prawie w tymże momencie, opierając się na lasce, schorzały i blady, wsunął się do niepoznania zmieniony Godziemba.
Spojrzawszy nań starosta pośpieszył kilka kroków i ze współczuciem go zapytał:
— Widzę, żeś waćpan był chory?
Latour stał z tyłu. Godziemba dał poznać, iż chciałby mówić na osobności, i Brühl wprowadził go z sobą do biblioteki, a widząc osłabionym, najprzód podał mu krzesło...
— Co się z waćpanem stało? nie mogliśmy sobie jego zniknięcia wytłumaczyć?
— Mam być otwartym? zapytał Godziemba — nie weźmiesz mi pan tego za złe? Dla oczyszczenia się z podejrzenia o płochość, muszę się wytłumaczyć obszerniéj.
— Mów pan, proszę — rzekł Brühl siadając — słucham go, dopóki nam kto nie przerwie...
— Nie wspomniałem panu staroście o przeszłości mojéj, począł Godziemba. Ojciec mój w sprawie pana wojewody zarąbany był na śmierć przez jego nieprzyjaciół... mnie przez litość wzięto do Krystynopola na wychowanie. Skończywszy szkoły, musiałem się wysługiwać dworsko... Sprzykrzyła mi się służba — podziękowałem za nią i poszedłem w świat. Jestem szlachcic — byłem wolny. Wojewoda tego zrozumieć nie chciał, widział we mnie niewolnika... Gdym wyjechał, rozesłano za mną gońców jak za zbiegłym poddanym... Pan hrabia wiesz, jakem u niego przyjął służbę. Miałem odwagę z nim ukazać się w Krystynopolu... spotkałem się tu z wojewodą. Przestrzegano mnie, abym gniewu jego unikając uciekał. Nie sądziłem, aby mnie śmiano dotknąć...
Brühl spojrzał zdziwiony.
— Jakto? cóż się stało?
— Trzeciego dnia z rozkazu wojewody, pochwycono mnie... Broniłem się do ostatka; związanego wrzucono mnie do ciemnicy... byłbym w niéj zgnił — to było przeznaczenie moje...
— Ale, to nie może być!
— Niestety, tak było! odparł Godziemba — widzisz pan na mnie ślady przebytéj niewoli... Winienem cudowi, poświęceniu staréj kobiety, mamki mojéj... która niemal rękami ścianę więzienia rozbiła, że oto tu przed nim stoję...
Brühl zamyślił się głęboko, widać było, że nie rad był więcéj powiedzieć, niż mu pozwalało położenie. Kilka razy spojrzał na biednego Godziembę, jakby nie wiedział co sobie z nim poradzić.
— Mów pan szczerze, odezwał się wreszcie, musiałeś coś więcéj przewinić przeciw panu wojewodzie? obrazić go?
— Niczém więcéj nad to, żem mu za służbę podziękował... Wychował mnie, alem mu odsługiwał za to, i winien był mojemu ojcu, który zginął za niego, opiekę nad sierotą.
Starosta stał zakłopotany, nie chciał widocznie otwarcie nic przeciw ojcu żony powiedzieć.
— Cóż waćpan myślisz? zapytał: poszukiwać swéj krzywdy?
— Ja? odparł uśmiechając się Godziemba — a z czemże i jakbym to mógł uczynić? Myśl podobna nie powstała we mnie... Przyszedłem się wytłumaczyć panu staroście i spytać go: czy mimo żem tak nieszczęśliwie naraził się panu wojewodzie, zechce mnie utrzymać na swym dworze?
— Zdaje mi się że nie jestem wcale obowiązany poślubiać ani zemsty, ani urazy mojego teścia, zawołał Brühl, a czuję się raczéj w obowiązku krzywdę przez niego wyrządzoną, jeżeli można, naprawić... Przez krótki czas pobytu jego u mnie, byłem z niego zadowolony. Ale prawdę rzekłszy, dodał Brühl spoglądając na przybyłego: waćpanu najprzód leczyć się i sił nabrać potrzeba. Proszę powiedzieć panu Latour’owi, aby miał o nim staranie...
To mówiąc westchnął Brühl, a widząc, że Godziemba z krzesła się podnosi, zbliżył się do niego.
— O jednobym waćpana prosił, rzekł cicho: przez wzgląd na żonę moją i na mnie, nie życzyłbym sobie abyś rozgłaszał swe przygody. Surowość pana wojewody dosyć jest znana, sam wiesz, że szukać zadosyćuczynienia byłoby nadaremnie, zatém czy nie najrozumniéj jest milczeć?
— Tak — i najbezpieczniéj, dodał smutnie Godziemba.
— Dla tego, dopóki nie przyjdziesz do zdrowia, najlepiéjby się nie pokazywać, aby nie wywoływać pytań i domysłów... Naostatek gdy z Krystynopola kto przyjedzie, lub mnie tam być wypadnie, nie masz pan potrzeby nastręczać się panu wojewodzie...
Rad tych wysłuchał Godziemba z pokorą, westchnął i nic już nie mając do dodania, z wolna zabrał się do wyjścia...
Los chciał, ażeby gdy się przesuwał korytarzem, pani starościna wyszła, posłuszna woli męża do ogrodu. Droga ją wiodła właśnie tém samém przejściem... Godziemba odkrył głowę i stanął przy ścianie... Na widok jego, starościna pobladła... w istocie litość obudzał twarzą wychudzoną i cerą wyżółkłą, mimowolnie zatrzymała się, stanęła... łzy się jéj w oczach zakręciły. Zdawała się chcieć coś powiedzieć, wargi poruszyły się, pół uśmiech jakiś przebiegł po nich ukrywając pomieszanie i szybko poszła ku ogrodowi.
Już we drzwiach będąc i jakby ośmielona oddaleniem, spojrzała znowu na stojącego jeszcze Godziembę.
— Pan jesteś chory? — wyjąknęła z trudnością... poszlę panu doktora... wszak... należysz do naszego dworu?
— Tak jest... pani! skłonił się Godziemba.
— Nie potrzebujesz pan czego?
Dworzanin się skłonił raz jeszcze... i milczeniem podziękował.
Starościna zeszła do ogrodu...
Brühl po wyjściu Godziemby, nie rychło do Molièra powrócił, być może, iż zapomniawszy, że jest synem ministra, z którego rozkazu tylu biednych ludzi, niewinniejszych od Godziemby, gniło po więzieniach saskich, zastanowił się nad dziwnemi losami, które jednych czyniły tak nieograniczenie wszechwładnymi, drugich tak bezbronnymi... być może, iż mu się w świetle tego wypadku komedya życia wydała tragiczną... zadumał się długo... a gdy siadł do czytania, nie tknął już komika, ale wyszukał Montaigne’a, otworzył go na los szczęścia i zanurzył się w tych odmętach zwątpienia...
Długi czas nie podnosił oczu, gdy podniesionym głosem ktoś począł domagać się, aby go wpuszczono... Słychać było jak się z nim służący drożył, jak przybyły nalegał, i gniewał się, śmiał — a chciał przemódz posłusznego lokaja, postawionego na straży, który dowodził, że gdy hrabia jest w bibliotece, naówczas mu przerywać nie wolno.
Brühl chociaż głosu poznać nie mógł, czuł w nim kogoś znajomego, rzucił książkę i sam drzwi otworzył. Stał przed niemi zrozpaczony, ale śmiejący się jednak generałowicz Sołłohub, strojny nadzwyczaj elegancko, rozpromieniony, wesoły i zdający się bawić walką, którą prowadził z kamerlokajem. Zobaczywszy Brühla, krzyknął, ręce rozpostarł i rzucił się ku niemu śpiewając...
Cóż ci jest? spytał Brühl — jesteś w jakiemś usposobieniu szczęśliwém, w jakiém cię od wieków nie widziałem?
— Bom najszczęśliwszy z ludzi! odezwał się Sołłohub wchodząc i kapelusz rzucając o ziemię a sam padając w objęcia przyjaciela — winszuj mi, zazdrość, ciesz się...
— Co ci jest?
— Widzisz! szaleję!
— Ale od czego? od czego?
— Opiekunowie cześnikówny, złamani nareszcie instancyami moich wujów Radziwiłłów... zgodzili się na to... abym pannę Maryę poślubił...
— A ona?
— Ona — musi się na to zgodzić!
— I ty weźmiesz ją zmuszoną?
— Wezmę taką jaka jest... i będę u nóg jéj leżał, dopóki mi nie przebaczy i nie pokocha...
Starosta blady, ostygły, ręce włożywszy w kieszenie, patrzał na przyjaciela.
— Miłość, jak wiemy, rzekł z cicha, dziwactwa wyprawia; ale tak szalonéj jak twoja trudno spotkać... i tak dziwnie pewnéj siebie...
— Mów, sądź jak chcesz, potępiaj mnie, ja jedno wiem, z zapałem dodał Sołłohub, że ją mieć muszę...
— Starąjże się o serce...
— Będę je miał... ale najprzód chcę być pewnym ręki...
— Droga, którą wybrałeś... niekoniecznie jest logiczna, szydersko rzekł starosta... Otrzymując jéj rękę przeciw woli... trudno byś serce pozyskał...
— Jesteś zimny jak kamień... i nigdy mnie nie zrozumiesz... począł niecierpliwiąc się Sołłohub... Coby mi pomogło mieć serce, gdyby mi opiekunowie ręki odmówili? — teraz gdy ich słowo mam... serce! muszę pozyskać...
— Przyznajesz więc, że nie jesteś go pewien...? mruknął Brühl.
— Cześnikówna jest mi przyjaźna, dobra jest jak anioł... zrozumie przecież, iż z nikim nie potrafi być szczęśliwą, tylko z tym co ją ubóztwia.
— A ty sam jeden ją ubóztwiasz? rzucił znowu szydersko Brühl...
— Tak jak ja nie może jéj kochać nikt! dwóch takich miłości nie ma na świecie... Aloizy! przyjacielu!
Tu rozpiął frak, rozerwał kamizelkę i czując, że mu słów braknie, pokazał na serce, potém rzucił się osłabły na fotel... podniósł głowę, ręce złożył, oczy w sufit wlepił i począł jak dziecię tupać nogami, rzucać się... swawolić z uszczęśliwienia.
Brühl patrzał nań poważnie...
— Nie daćby ci szklanki zimnéj wody? zapytał — istotnie boję się o głowę twoją.
Na nowo Sołłohub ściskać się go rzucił, porwał w pół i zmusił okręcić się parę razy po bibliotece jak w tańcu. Miał na prawdę szalonego pozór...
— Bóztwo moje! krzyknął klękając... Maryniu, aniele! stawiać ci będę ołtarze... na kolanach służyć ci... ale kochaj mnie choć odrobinkę...
Starosta patrząc śmiał się, lecz śmiech jego był jakiś smutny, dziwny i nie szczery...
— Kochany mój, rzekł po krótkiem milczeniu... jeżeli takim jak przedemną będziesz się pokazywał przed cześnikówną, pobudzisz ją rychléj do śmiechu, niż do miłości!
— Słuchajże jak to było, przerwał w téj chwili, już trzpiotowatą myśl zwracając w innym kierunku generałowicz. Całą klikę moją Radziwiłłowską naprowadziłem na opiekunów cześnikówny... wszystkich moich kolligatów... najpryncypalniejszych... Obrachowałem się, że są skąpi... użyłem fortelu, nasyłałem im coraz innego Radziwiłła z dworem, końmi, przyjaciółmi... aby prosił i objadał... Jednemu odmówili lub zbyli go ani tém ani owém, przybywał drugi w koni dwadzieścia i tyleż gąb... ledwie ten był za bramą, jechał trzeci ze zwiększonym orszakiem!! Pomiarkowali, że to nie przelewki... musieli mi nareszcie pannę przyrzec, inaczéj groziło im to ruiną.
Brühl słuchał z szyderskim wyrazem twarzy.
— A cześnikowa? zapytał — a cześnikówna??
Mów o niéj, toć przecie główne...
Sołłohub usta skrzywił.
— Cześnikówna, rzekł do Brühla, z samego natręctwa musi być przekonaną o sile mojego affektu... Ty mój Brühlu, widzę, przepraszam cię, że to powiem, wziąwszy pono wojewodziankę zahukaną, która, z młodu tak była wychowaną, że nigdy nikogo w świecie kochać nie mogła, zbytnio się troszczysz o serce kobiece, które miękkie jest i czci bałwochwalczéj w końcu uledz musi...
To mówiąc uściskał go, jakby za zbyt szczere wyrażenie przepraszał.
— Nie gniewasz się?
— Ja? nic a nic — może nawet masz słuszność, żem spragniony przywiązania... a moja dobra, cicha, posłuszna, bierna, milcząca żona dać mi go nie może... Jam trochę poeta, marzyciel trochę, więcéj fantazyi i polotu chciałbym widzieć w aniołach... Mój ze spuszczonemi skrzydły, śpiący biedaczek chodzi po ziemi... Lecz ja mój drogi, ja żeniąc się wiedziałem, że zaślubiam interesa mojego ojca; ty żenisz się dla szczęścia i serca — to wcale co innego...
— I muszę być szczęśliwym... zawołał Sołłohub...
— A tymczasem myśl też trochę, aby i ją uczynić szczęśliwą, bo w miłości nie ma szczęścia, gdy go nie dzielą dwa serca...
Generałowicz stanął przed zwierciadłem... poprawił peruki, wygiął się, nogą jedną naprzód wysunął.
— Ale proszęż cię Brühl, bądź sprawiedliwym — nie znajdujeszże mnie pięknym i mogącym się podobać?
Zwrócił się ku niemu przymilając wesoło.
— Ja — ja cię znajduje nietylko pięknym, ale w téj chwili szczególniéj, nieporównanym, rzekł starosta. Szczęście cię rozpromieniło, aureolę widzę nad twém czołem... Mam ochotę natychmiast siąść twój portret malować i podpisać pod nim: „Oto człowiek szczęśliwy.“ Cóż, mój drogi, szepnął ciszéj, całując go — gdy jutro... portret być może anachronizmem lub szyderstwem?
Tak jak ty teraz, można być tylko szczęśliwym w oczekiwaniu, nigdy w posiadaniu szczęścia... i to na przelotną chwilę...
Sołłohub stał zamyślony; gdzieś już pędził w marzeniach do stóp ukochanéj, i śnił co jéj powie o miłości swéj, i co odpowie ona, i jak ręka jéj biała spadnie mu do ust... a wargi różowe szepną wtórując oczom: — Kocham ciebie!
Niestety! jak wszystkie sny i marzenia, i to się ziścić nigdy nie miało.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.