Semko/Tom III/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
< Semko‎ | Tom III
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Semko
Podtytuł (Czasy bezkrólewia po Ludwiku).
(Jagiełło i Jadwiga)
Data wydania 1882
Wydawnictwo Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron



I.

Rok niespełna upłynął od opisanych wypadków, a Polska jeszcze króla ani królowej nie miała...
Pusto było na Płockim zamku i smutno. Ogłoszony królem w Sieradziu Semko, niepewien był czy się nawet na własnem księztwie utrzyma...
Stara Błachowa siedziała przy kądzieli łzy ocierając, a wychudła i blada Ulina, chodziła po izbie z rękami załamanemi. Na tym zamku odbijały się teraz wszystkie gromy, które jeden po drugim uderzały w tego, co na nim panował.
Rozległ się tu naprzód odgłos z Sieradzia, iż Semka królem obrano; lecz króla tego nikt znać nie chciał, oprócz tych co przy nim stali, gdy był księciem.
Od tego czasu jak po błyskawicy, biły już tylko pioruny.
Domarat i Grzymały porwali się znowu do broni. Wszyscy się Semka lękali, nikt go nie chciał...
Semko się dał ściągnąć do Krakowa, i wymódz na sobie zawieszenie broni zdradliwe, w chwili gdy Mazowsze zalać mieli Węgrowie, gdy całe pułki obcego ludu padły na spokojny kraik, niszcząc go ogniem i mieczem.
Jagiełło z Litwinami najechał Drohiczyn, w Wielkopolsce dawne zdobycze, przechodziły napowrót w ręce Domarata, który głowę podnosił. Nie pomogło bohaterskie rzucanie się Bartosza z Odolanowa, odbiegali przyjaciele, uchodziła szlachta strwożona...
W tej chwili na zamku Płockim nie wiedziano nawet, gdzie się Semko ukrywał. Ukazywał się on tu niespodzianie i znikał, nie chcąc walki zaprzestać.
Przybywał milczący, z obłąkanym wzrokiem, padał na łoże, zrywał się jęcząc przez sen niespokojny, nagle konia podawać kazał i znikał.
Straszno było zbliżyć się do niego, niebezpiecznie przemówić. Za najmniejszą winę karał okrutnie, i jak ojciec rzucał obuchem o ściany.
Po nocach chodził przez izby puste sam mówiąc do siebie. Stara Błachowa nie śmiała podnieść zasłony od jego komnaty. Ulina stawała w progu, patrzała z politowaniem, i zakrywając oczy, uchodziła.
Szalonym był niemal boleścią.
Nawet zuchwały Henryk, nie śmiał mu się pokazywać na oczy. Gdy po raz pierwszy pozwolił sobie go królem powitać, Semko chwyciwszy go za barki, cisnął o drzwi tak, że rozbite poleciały razem z młokosem na podłogę.
Pocieszać go, nikt nie śmiał, radzić mu nikt się nie ważył, a pomódz nie było komu.
Brat Janusz pozostał wiernym słowu swojemu; ocalił siebie, nie czyniąc kroku dla ratowania brata. Mazowsze jego poszanowali umyślnie najezdnicy Węgrowie Zygmuntowi, nie tknięto jego dzielnicy, siedział spokojnie w Czersku, lub Warszawie.
W Krakowie zawsze jeszcze spodziewano się przybycia królowej Jadwigi, a Elżbieta coraz nowemi zwłoki uwodziła panów krakowskich, którym się cierpliwości przebrało.
Wśród smutnej ciszy zamkowej, w której oprócz załogi, garstki pozostałych dworzan, kilku księży i księcia Henryka, nie było nikogo; czasem przywlókł się ranny lub zbłąkany rycerz z jaką wiadomością, której ciekawie zbiegano się słuchać i rozchodzono wysłuchawszy ze zwieszonemi głowami.
Niekiedy z miasteczka przyszedł rzemieślnik który coś od przejezdnych słyszał i dowiadywał się na zamku, czy i oni już wiedzieli o tem.
Wieści chodziły niepewne, dziwaczne, jedne od drugich mniej prawdopodobne, nazajutrz odwoływane.
O księciu mówiono, że z oddziałem swym i z Bartoszem to tu, to ówdzie się pokazywał i znikał. W Wielkopolsce Domaratowi Węgrowie brali górę.
Jednego majowego wieczora, gdy się go najmniej spodziewano, cicho, ukradkiem, z małą garścią ludzi zajechał Semko na zamek. Nie wjechał do dworca na koniu, zsiadł w bramce, i przyszedł pieszo. Służba przestraszona, pozrywała się na nogi, bo pan był straszny i surowy.
Ale tym razem szedł do swych komnat znużonym krokiem, obojętny, nie przywożąc z sobą nawet gniewu.
Rozsiał go po lasach i polach, wyczerpała się namiętność, przyszło po niej znużenie. Wyglądał jakiegobądź końca.
Zamek stary ze swym spokojem i ciszą wydał mu się gniazdem szczęśliwem, i w progu zadumał się, dlaczego to łatwe szczęście swoje postawił na kość jedną, aby kupić sobie lata całe wzburzonych nadziei, zawodów i klęsk.
Rady ojca i nauki brata na myśl mu przyszły za późno. Królem był niecały jeden dzień w życiu, a pokuta za tę koronę zdała mu się trwać wieki. Nie widać było jej końca.
Postradał wszystkie nadzieje, nagle odrastały one znowu! W Polsce nie było króla ni królowej, któż mógł przewidzieć, czy znużeni nie odwołają się do niego?
Z temi myślami, wszedł do dworca, w którym dopiero przybycie jego życie zamarłe rozbudziło.
Czeladź, dwór, służba, urzędnicy, poruszali się jedni drugim oznajmując, książe! książe!
Przez puste jeszcze komnaty, Semko szedł do swej sypialni.
Tu na niego czekała już Błachowa, z rękami rozpostartemi i cień tej dziewczyny, która się zwała Uliną, a dziś była tylko jakby widmem młodej siostrzycy. Na niej się odbiły wszystkie te boleści i przewroty, odbolała je i płaciła życiem...
Na twarzy wychudłej tylko oczy jeszcze pałały.
Obie niewiasty z trwogą wychodziły na spotkanie Semka, niewiedząc co przyniesie z sobą, gniew straszny, niemy, narzekanie czy przekleństwa. Znały go tak dobrze od dziecka, że teraz spojrzawszy, odgadły iż wracał wysilony, zdrętwiały znużeniem.
Błachowa zbliżyła się troskliwie, rękami drżącemi poczynając rozpinać zbroję. Ulina podeszła z uśmiechem smutnym, rękę mu kładnąc na ramieniu. Semko dawał z sobą czynić co chciały. Żadna skarga się nie wyrwała z ust jego.
Srogie ciosy, które w niego biły teraz ciągle, kamiennym go jakimś uczyniły, niemal obojętnym na to, co go jeszcze czekać mogło.
Błachowa tymczasem, obyczajem starych bab, słowami pieszczonemi dziecko swe witała, na które on nie odpowiadał. Ulina milczała.
Pytać nie śmiała żadna, ani co z sobą przynosił, ni czy przybywał na długo. On wodził oczyma jakiemiś zgasłemi po ścianach.
Tu w tej sypialni ojcowskiej nie zmieniło się nic, a na świecie, tak wiele. Pytał sam siebie, dlaczego nie pozostał na tem gnieździe, w którem mu tak dobrze być mogło?...
Wspomnienia tego burzliwego roku przesuwały się przed nim krwawe, czarne, groźne...
Zapukano do drzwi i Ulina spiesznie się cofnęła. Błachowa powoli, składając na stole pozdejmowane żelaztwo, spojrzała ku drzwiom. Wchodził ks. kanclerz na powitanie pana.
I na tym Bogu oddanym, cierpliwym człowieku, rok ostatni pozostawił ślady drapieżne. Postarzał nagle, suwał nogami, spojrzenie było nieśmiałe.
Książe łagodniej niż zwykle powitał go skinieniem głowy. Kobiety obie odeszły, zostali sami. Ksiądz stał nie śmiejąc przemówić, aby słowem nieostrożnem nie wzbudzić jakiego wspomnienia, i nie wywołać burzy.
— Przybyłem, jak widzicie — odezwał się Semko smutnie — nie wiem na jak długo. Potrzebuję spoczynku, a potem i robić podczas niema co, czekać trzeba.
Kanclerz spojrzał jakby chciał zapytać. — Na co? I książe w myśl jego odpowiedział.
— Tak, więcej może teraz poczekać waży, niż się gwałtem dobijać. Królowa Elżbieta zwodzi Polaków, córki im dać nie chce, nieda jej może, króla potrzebują, zkąd go wezmą? Wojowali ze mną, a w końcu, któż wie? zwrócić się ku mnie będą musieli...
Właśnie w tych czasach, znowu obiecane jest przybycie Jadwigi, ale czy ona przybędzie? czy ją królowa da im?
— Królowa Elżbieta — odezwał się kanclerz cicho — wiarołomną jest i przewrotną niewiastą... kto może przewidzieć co ona uczyni, gdy u niej słowo, przyrzeczenie i przysięga nie ważą nic?
— Widzicie więc — rzekł Semko — nie wszystko stracone jeszcze, czekać potrzeba... Posłałem do Krakowa, dadzą mi tu wiedzieć, czy królewna przyjedzie, i co postanowią ci, co czekają na nią.
— Tak, czekać — powoli mówił kanclerz — ale nie mniej i myśleć o sobie.
Semko zdumiony popatrzył na kanclerza, nie zrozumiawszy dobrze, jakie to w ustach jego miało znaczenie.
Ten, zatrzymał się nieco z tłumaczeniem.
— Byłem ja zawsze przeciwnym — rzekł po namyśle — temu niebezpiecznemu dobijaniu się o koronę. Stało się, teraz już do ostatka trzeba próbować, ażali się z tej toni nie da wybrnąć.
Znowu przestał mówić na chwilę.
— Zaszła jakaś niepojęta dla mnie — dodał — zmiana w usposobieniach zakonu krzyżackiego.
Ci ludzie zaprawdę, o obrotach wszelkich spraw lepiej są od innych zawiadomieni. Coś takiego zajść musiało, lub grozić im, co ich ku W. miłości skłania. Wiem to, że są gotowi przyjść w pomoc... przynajmniej dali to do zrozumienia.
Semko, który był z sił opadłym i znużonym, posłyszawszy to zerwał się z siedzenia szybko.
— Sprzyjają przecie Zygmuntowi Brandeburgskiemu! — zawołał.
— Ale wiedzą o tem, że panowie polscy stanowczo się przeciwko niemu oświadczyli — rzekł ksiądz. — Nie wchodzi on w rachunek, tak samo jak Wilhelm rakuzki. Krakowianie i tego nie chcą.
Zadumał się Semko.
— Któż wie! — mówił kanclerz — zwrot jakiś szczęśliwy może nastąpić.
Zakon, to wiem z pewnością, domyśla się, że skarb księcia jest wyczerpany i gotówby go zasilić. Wprawdzie może nowej ziemi w zastaw zechcą, ale to ich obyczaj. Gotowość pożyczenia i pomocy, zawsze coś znaczy.
— Zkądże o tem wiecie? — zapytał książe ożywiając się nieco.
— Jest u mnie znowu przejazdem, gościną ten biedny klecha — mówił kanclerz, który do uzyskania pierwszej pożyczki się przyczynił. Mały to człeczek, lecz się o wielkich ociera; ten mi napomykał...
Kanclerz zawahał się nieco... Semko już znowu ostygłszy, z niedowierzaniem pewnem ostatnią wiadomość przyjął.
— Poniekąd daje się tłumaczyć to skłanianie się Krzyżaków ku miłości waszej — ciągnął kanclerz... Jest jakaś wieść głucha, prawdziwa czy fałszywa, nie wiem, jakoby tam część jakaś polskich panów o Jagielle myślała na tron polski...
— Plotkę tę słyszałem już, noszą ją niektórzy po świecie — rzekł Semko — ale mi się niedorzeczną wydaje.
— Dzieją się czasem cuda — przerwał kanclerz — za nic ręczyć nie można.
Dla zakonu sama ta myśl, że Jagiełło mógłby zasiąść na polskim tronie, jest najstraszniejszą groźbą. W takim razie...
— W takim razie mnieby woleli — dokończył Semko... Macie słuszność, że bodaj z fałszywego strachu korzystać należy...
Książe zdał się odżywać i wychodzić z odrętwienia.
— Ja — dokończył kanclerz — patrzę z dawna na rycerzy krzyżowych, a jedno to powiedzieć mogę, iż rzadkom ich widział mylących się w rachubach...
Rozpoczęta w ten sposób rozmowa, ten skutek miała, że zwolna wywodzić poczęła księcia z tego stanu zniechęcenia i odrętwiałości, z którą powrócił do domu.
Ożywił się nieco, lecz jakby bronił nadziejom tylekroć zawiedzionym i poddawać im nie chciał — nie uniósł się radością wielką.
Oczekiwał na wieści z Krakowa... Czasu miał nieco swobodnego, dokuczał mu niedostatek i pozaciągane długi, bo w ciągu roku żydzi krakowscy namówić się dali i dostarczyli mu pieniędzy... Dla czegóż nie miał spróbować porozumienia z zakonem?
Błyskała mu znowu daleka nadzieja...
Kanclerz nie namawiał do niczego, lecz rad był choć chwilową ulgę jakąś sprawić utrapionemu panu swojemu... Dnia tego nic nie postanowiono jeszcze...
Nazajutrz Semko oznajmił, że będzie czekał na wiadomość o przybyciu królewnej, lub jeźliby nie przyjechała teraz, o tem co postanowią Małopolanie.
Odgrażali się oni wyborem króla, a w razie wyboru, Semko zawsze wyobrażał sobie, iż największe mieć będzie prawo... Władysław Opolski był może więcej znienawidzonym od niego, nad ich dwu, nie było nikogo...
Zamiast spodziewanego posła z Krakowa, przybył nazajutrz Bartosz, wioząc o nowych morderstwach i rabunkach w Wielkopolsce smutne nowiny.
Czeladź Dobiesława z Golańczy, napadła na dwór w Gołaczowie, złupiła go i zniszczyła; Przybko z Przysieki, chwycił dwu swych wrogów; inni poranili śmiertelnie Marcina z Zwanowa, w Obornikach wójta zabito... morderstwom nie było końca.
Bartosz opowiadał o tem niemal z radością, gdyż im większe panowało zamięszanie, tem się spodziewał rychlejszego końca, a dla niego jeden był tylko możliwy — to jest wybór Semka.
Tylekroć zawiedziony w ciągu roku książe, mniej już się nauczył rachować na wszystkie te proroctwa...
Odolanowski pan, choć doznał również strat ogromnych, choć ofiary poniósł ciężkie, starszy, wytrawniejszy, znosił je obojętniej.
Nie ukrywano przed nim tego, że Krzyżacy okazywali pewną skłonność zbliżenia się do księcia, a Bartosz nietylko z niemi, ale z niewiem jak nienawistnym wrogiem byłby się związał, byle mógł na swem postawić. Głosował więc śmiało, aby pieniędzy wziąć od zakonu i silnie się z nim sprzymierzyć.
Kanclerz musiał zapewne podszepnąć coś o tem Bobrkowi, gdyż klecha nie oddalał się z Płocka, siedział u Pelcza, — starał się zbliżyć do pięknej Anchen, a raz na dzień na zwiady do zamku przychodził, gdzie się już z nim wszyscy oswoili.
Wreszcie jednej nocy nadbiegł posłaniec z Nowego Sącza; wedle rozkazania, zbudzono Bartosza, dano znać księciu, i taka była niecierpliwość dowiedzenia się co z sobą przywiózł, iż natychmiast zerwali się wszyscy, słuchać opowiadania jego.
Posłem tym Nałęcz był, jak znaczniejsza część tych, co się przy Bartoszu trzymali, a zwano go Zamechem; człowiek zręczny, gładki i do chwytania języka szczęśliwy.
Książe z komnaty wyszedłszy, ledwie opończą okryty, gdy zobaczył Zamecha, naprzód go spytał głosem niespokojnym.
— Przybyła Jadwiga!
— Nie! — rzekł Zamech.
Bartosz z księciem uśmiechając się spojrzeli na siebie.
— Cóż się stało, mów — odezwał się Semko zbliżając...
— Radzono długo i burzliwie — rzekł Zamech — a że narady tajemne nie były i mnie się na nich być dostało. Chciano jeszcze jedno poselstwo, bodaj ostatnie do królowej wyprawić.
— Jak? po co? — przerwał Semko, — gdy już jednych posłów uwięzić kazała!!
— Tak, a przecież Spytek z Mielsztyna, młokos, który u królowej jest w łaskach, i Piotr z Szczekocin kasztelan lubelski ofiarowali się jechać do niej.
— Spytek! — zgrzytając zębami z nienawiścią krzyknął Semko...
— Byłoby może przyszło poselstwo do skutku — dodał Zamech — gdyby nie Przesław Wąwelski. Ten był w ostatniem poselstwie do królowej i objawił jej, czcią swą zaręczając za to, że Polacy więcej żadnych posłów do niej nie wyprawią, a jeśli Jadwigi im nie da, wprost sobie króla wybiorą. „Moja cześć, rzekł, waszą czcią jest, mówiłem to coście mi powiedzieć kazali. Jeżeli nowych posłów wyprawicie, słowo własne złamiecie, czci waszej ujmę uczynicie...“
Dla obrony więc czci swej zgromadzenie się zgodziło — słowo strzymać i posłów nie wyprawiać.
Semko w ręce uderzył radośnie.
— Na tem stanęło? — zapytał Zamecha.
— Tak jest — zakończył poseł — ale się inaczej obróciło przecie niż postanowiono. Sędziwoj z Szubina, któremu szło o bratanków uwięzionych przez królowę, na swoją rękę pobiegł ostrzedz, że nie przyśle-li Jadwigi a rychło, korona jej przepadnie...
Zmarszczył się Semko trochę.
— Myślicie, że co wskóra? — zamruczał. Zamech stał nie śmiejąc odpowiadać... Bartosz też milczał.
— Królowa córki swej, dziecka trzynastoletniego dać nie myśli pewnie — przerwał sam Semko. — Gdyby chciała ją do Polski odprawić, dawno czas miała sama ją odwieść, lub wysłać... Po tylu zwłokach... nie wierzę!! — zawołał Semko...
Zamech milczący długo, potrząsał głową.
— Jeźli prawdę mam rzec — odezwał się — w N. Sączu inaczej o tem sądzono. Spytek z Mielsztyna naglące wyprawił do królowej ostrzeżenie, iż dłużej Polacy czekać nie chcą i nie będą. Sędziwój też...
Tam w Krakowie, wszyscy się Jadwigi spodziewają, a wyglądają jej jak zbawienia i liczą na to, że przybyć musi...
Bartosz począł posła wypytywać więcej, a książe natychmiast się oddalił... Wziął go więc do izby swej dla lepszego zbadania, a gdy nazajutrz z księciem się zszedł, nie taił, że i on jest tego przekonania, iż Jadwiga przybyć musi.
— Jak gdybyś mi rzekł — odparł gorzko Semko — że my już żadnej nadziei mieć nie możemy!
— Jakto! — gorąco podchwycił Bartosz — męża przecie dla królowej muszą wybrać, a nie mają dla niej nikogo krom was...
Tyle razy to już słyszał Semko, iż przyjął z niedowierzaniem i zimno.
— Słyszeliście o Jagielle — odparł krótko. — Z nienawiści dla mnie gotowi poganina wziąć.
A po namyśle dodał.
— Aby temu zapobiedz jeden środek jest... z Krzyżakami się związać.
— Bodaj z djabłem! — wykrzyknął Bartosz.
Bobrek, który tegoż dnia około południa przyszedł, wedle zwyczaju, pozdrowić kanclerza, w dziedzińcu już potrafił się dowiedzieć o powrocie Zamecha i o tem co on przywiózł. Ks. kanclerz powitał go uprzejmie... Po krótkim wstępie zwrócił się wprost doń.
— Nie od rzeczy by było dla rozmówienia się w sprawie Wizny, około której są różne trudności, aby książe z mistrzem się zjechał?
Bobrek się tego trochę spodziewał.
— Każecie mi się dowiedzieć? — spytał.
— Nie od rzeczyby było — powtórzył kanclerz. — Książe może być ztąd powołany wkrótce gdzieindziej.
— Zatem mam jechać?
Skinął kanclerz potakująco...
Bobrek w rękę go pocałował i zniknął.
W kilka dni potem Semko z Bartoszem wyruszyli niewiedzieć dokąd, i niestało ich w zamku tak cicho, że nikt się nie dopatrzył kiedy i jak wyjechali...
Mistrz Czolner czekał na nich w Toruniu.
Tym razem spotkanie i widzenie się było tak przed oczyma ciekawemi zakryte, iż nikt na zamku się gości nie domyślał. Przybyli w małym poczcie, wysiedli w mniejszym podwórku, a Krzyżacy zaprowadzili ich ciemnemi korytarzami do izb, w których oprócz mistrza i marszałka Wallenroda nie było nikogo.
Czolner i marszałek oba mieli twarze zasępione i czoła pofałdowane. Nie skrywali się nawet z gniewem, który w nich wrzał.
Czolner, zaledwie powitawszy księcia, począł rozmowę wybuchem.
— Książe nie powinieneś zrażać się niepowodzeniem. Wiecie co wam i nam zagraża! Osnutą jest najpiekielniejsza zdrada... poganina tego Jagiełłę chcą na tronie osadzić.
Myśmy go już mieli w ręku! Litwa była naszą...
— Jest że to prawdą? mogłożby się to spełnić? — przerwał Bartosz.
— Nie wątpię, że niemało trudności mieć będą — krzyknął Czolner — w Rzymie i wszędzie gdzie możemy, zapobiegać będziemy...
Tu zwrócił się do księcia.
— Wy powinniście teraz właśnie starać się o to, aby go nie dopuścić...
Polacy Zygmunta nie chcą; zapowiedzieli jemu i królowej, że siłą mu się będą opierać, Opolskiego nie chcą także; was muszą wziąć... Wy...
Bartosz podjął się tu być rzecznikiem swojego pana.
— Wasza miłość wiesz — rzekł do mistrza, iż książe czynił co mógł, wycieńczył się, kraj mu spustoszono, wyczerpały się środki...
— My pomożemy mu — niech idzie z nami — podajmy sobie ręce... począł mistrz — Jagiełły na tron dopuścić nie można... On i Mazowsze pochłonąć zechce i zakonowi pokoju nie da.
Nigdy jeszcze tak otwartemi Bartosz nie widział Krzyżaków; obawę teraz mieli tak wielką, iż ukrywać jej nie umieli...
Czolner natychmiast się oświadczył, że pieniędzy gotów jest pożyczyć, żądał wprawdzie zastawu, lecz obiecywał nietylko niemi zasilić księcia, ale go silnie popierać...
On i Wallenrod utrzymywali, że mężem Jadwigi nikt nie mógł być tylko Semko, już królem wybrany. Gotowi byli nareszcie przeciwko przyjazdowi królowej zabiegać, jeżeli on im grozić miał poślubieniem jej Jagielle.
— Rzecz ta jednak w Polsce dotąd wcale prawie nieznana — odezwał się Bartosz. — Tam jeszcze o Jagielle głucho!
— Tem gorszy znak — krzyknął Czolner. Może się nie udać co głośne zawczasu, a co tajone, najniebezpieczniejsze. O Jagielle nie mówi nikt, ale ci co najprzebieglejsi są, o nim myślą.
My wiemy o wszystkiem... Jeździł Hawnul do Krakowa... ten Niemiec zdrajca, ten chrześcianin co się poganom zaprzedał... Posłali potajemnie Polacy do Wilna... Układają się, zdrady przeciwko nam, przeciw Chrystusowi, przeciw Bogu knują! Odstępcy! Synowie szatana...
To mówiąc nie posiadał się już z gniewu mistrz i pohamować nie mógł.
Przez cały czas pobytu na Toruńskim zamku, mowy o czem innem nie było. Czolner najłagodniejsze ofiarował warunki pożyczki, wymagając od Bartosza i od księcia, aby energicznie popierali sprawę swoją.
Napróżno malowano im trudności, poniesione straty, naostatek najdotkliwsze — odebranie im arcybiskupa Bodzanty, którego stronnictwo przeciwne, najazdem i zniszczeniem dóbr, opanowaniem Znina, zmusiło do odstępstwa... Na arcybiskupa wcale już rachować nie mogli.
Krzyżacy namawiali do wojny, potajemne ofiarując posiłki, wskazywali drogi i ludzi, któremi w Małej Polsce stronników sobie zjednać było można.
We wszystkiem tem jednak, rozważny Bartosz, nie widział żadnej podstawy do działania. Niepowodzenie czyniło go mniej śmiałym, gdy Krzyżacy roznamiętnieni, a cudzemi rękami usiłujący się posłużyć, gotowi byli popchnąć Semka znowu do najzuchwalszych kroków.
Narady więc, oprócz umowy o pieniądze, nie doprowadziły do niczego. Krzyżacy dawali je w przekonaniu, że w jakikolwiek sposób książe je zużytkuje, popierając sprawę własną, Jagielle będzie szkodził i utrudniał zdobycie korony.
Wyczerpawszy wszystkie zasoby, Semko rad był, bądź co bądź, pozyskać zasiłek od zakonu, i upewnić się, iż będzie popartym przez tą potęgę... Stanął więc układ i Semko z Bartoszem powrócili do Płocka zyskawszy grosz na potrzebne dla samego ubezpieczenia się na Mazowszu zaciągi.
Bartosz natychmiast wyruszył znowu gromadzić kopijników...
Semko pozostał jeszcze w Płocku.
Ani jeden, ani drugi nie ważyli się wszakże na żaden krok stanowczy... Jagiełło wydawał się im czasem, jak nieprawdopodobny strach jakiś, rzucony tylko dla wzniecenia popłochu.
W Polsce wcale o nim nie mówiono...
Jeszcze nie pewien był co pocznie, i gdzie się obróci Semko, gdy z bardzo małym pocztem, tajemnie nadciągnął ks. Janusz.
Bracia nie widzieli się z sobą od dawna, stali na przeciwnych sobie krańcach. Janusz nie mięszał się do niczego, wiadomem było, że z królową Elżbietą zawarł rodzaj przymierza, i zobowiązał się nigdy przeciwko jej interesom nie czynić nic.
Napróżno Semko kilkakroć odwoływał się do niego.
Przy najeździe Mazowsza, Węgrowie posiadłości jego nie tknęli, tak jak w Kujawach części trzymanej przez Opolczyka.
Semko miał ciężki żal do brata, chociaż ten zawczasu mu zapowiedział, że o sobie tylko myśleć będzie...
Przybycie Janusza przykrem było dla Semka, musiało też dla obu być niem równo. Lecz spokoju ducha ks. Czerskiego nic zachwiać nie mogło. Przybywał tak chłodny, jakby sobie nic do wyrzucenia nie miał, i wyrzutów się żadnych nie spodziewał... W Płocku czuł się jeszcze zawsze jak w domu i głową rodu...
Zmięszany wyszedł ku progowi na przyjęcie go Semko... Janusz naprzód bacznie się twarzy jego schudłej, ogorzałej i zmęczonej przypatrywać począł. Uścisnęli się zimno.
Starszy brat zrzucił płaszcz i siadł za stół odpocząć.
Starsi ze dworu, którzy się stawili na powitanie, odeszli natychmiast, braci zostawując sam na sam z sobą.
Nierychło Janusz począł rozmowę drażliwą. Spytał o Henryka — potem od jak dawna Semko do Płocka powrócił.
— Obawiałem się nie znaleźć was — rzekł w końcu — lecz czas, byście się już w pole nie kwapili; nie macie co robić na niem... Wszystko skończone, co wam dobrzy druhowie nawarzyli, wypiliście i długo jeszcze pić będziecie...
— Nie straciłem nadziei — odparł Semko.
— Upór wielki, tem drożej go przypłacicie — rzekł Janusz... Jeszcze byście może ratować się mogli teraz, gdy jutro, kto wie czy nie będzie za późno...
Semko rozdrażniony, zerwał się żywo.
— W Nowym Sączu przecież i Małopolanie i wszyscy oświadczyli się, że króla wybrać muszą...
Janusz ramionami ścisnął.
— Wierzaj mi — rzekł — że wybiorą go chyba, gdy królowę mieć będą, a ta niezawodnie przyjedzie...
— Elżbieta posłów uwięziła!
— Wypuści ich i Jadwigę pośle... Chybaby szaloną była...
Chwilę pomilczał Janusz.
— Przybyłem z tem do ciebie — rzekł zimno — abym ci dobrą przyniósł radę. Ratuj się czyniąc w czas pokój i zgodę.
— Nie mogę — zamruczał Semko...
Wnijście starego Sochy przerwało tę pierwszą między braćmi rozmowę.
Janusz zwrócił się do niego.
— Że młodzi szaleją, to nie dziw, — odezwał się — ale i ty stary...
Wojewoda się nie uniewinniał.
— Pana opuścić w jakiej bądź doli nie mogłem — rzekł po namyśle...
Henryk, który teraz rzadziej Semka nawiedzał i zamiast dawnego zuchwalstwa, okazywał mu rodzaj milczącej wzgardy, stawił się dla powitania starszego. Dopełnił tego z przesadzoną uniżonością, jakby okazać chcąc tem lekceważenie dla Semka
Janusz podrosłemu i zmężniałemu przypatrzył się milczący.
— Spodziewam się — odezwał do niego — że suknia już nie cięży?
— Zawsze równie — rzekł Henryk...
— Zbroja też nielżejsza, wierzaj mi — sucho odparł Janusz — a przeto jej nam zrzucić jak tobie sutanny twej nie wolno.
Uśmiechnął się ks. Henryk.
Uśmiech ten zastępował słowo, i znaczył wiele, ale Janusz go nie podniósł. Obrócił się do Sochy z obojętnem pytaniem, potem Semka zagadnął o obronę Płockiego zamku, czy o niej myślał na wypadek wszelki.
Na pytanie to wojewoda odpowiedział, iż mieli na teraz zawieszenie broni, a w przyszłości nadzieję zawarcia pokoju.
— Bógby go dał — rzekł ks. Janusz. — Wojna jest piękną rzeczą, ale dużo kosztuje, a rzadko co przynosi, oprócz ran i żalu.
— Sławy nie liczysz — dumnie odezwał się Semko.
Janusz potrząsł zlekka głową.
— Jak nie wszystkie potrawy każdemu smakują, tak i sława — dodał — nie karmi ona... Jam jej przynajmniej nie pożądał nigdy. Pokój mi milszy. Wiem, że to się zowie nie rycerskiem, lecz nie wszystkim rycerzami być. Wielcy bohaterowie złemi bywają gospodarzami, a u nas jeszcze gospodarzyć trzeba wiele...
Wszyscy słuchali Janusza spokojnie spowiadającego się ze swych przekonań; Henryk tylko twarzą dawał poznać, że ich nie dzielił.
— Ty jako przyszły sługa Boga pokoju i miłosierdzia — rzekł Janusz zwracając się do niego — powinieneś zawczasu uczyć się cenić więcéj trud cichy, niż rycerskie rozrywki.
Nie śmiejąc spierać się ze starszym, Henryk zmilczał, lecz odszedł dalej, aby okazać, że nauki nie przyjmuje.
Ks. Janusz po krótkim przestanku, wszczął już rozmowę inną, dopytując o zniszczeniu, jakie w tej części Mazowsza poczynili Węgrowie. Były one tak dotkliwe, tak wielkie, że Socha począwszy o nich, przejął się boleścią i gniewem.
Całe osady stały pustkami, tysiące ludu rozpierzchło się, poginęło, poszło w niewolę. Ogromne stada bydła, koni, niezliczone wozy łupów uprowadzono... Socha wzdychał i race załamywał.
— Macie owoce bohaterstwa waszego — rzekł Janusz zimno — bo dotąd nie zyskaliście nic więcej. Kraju mi tego żal, bo długich lat potrzeba będzie, aby się rany zabliźniły... Obok was, ks. Władysławowi Opolskiemu włos nie spadł z głowy... A! a! biedne Mazury moje!
Wszystko to co mówił Janusz, jak gorący żar padało na Semka, który stał milczący, bladł i w rękach mieczyk swój cisnął, jakby go chciał potrzaskać w kawałki.
Nie odzywał się, aby nie wywoływać nowych wymówek i w nadziei, że brat niepodsycany sam przerwie raz mowę. Ale Socha zbolały nie ustawał w opowiadaniu.
Pobyt ks. Janusza w Płocku nie był długi, drugiego dnia jeszcze wziął Semka na stronę, usiłując przekonać, że powinien był błąd naprawić i zaniechać wszelkich starań o koronę.
— Mazowsza mi naszego żal — rzekł — bo nad tobą żalić się nie mogę, masz czegoś pragnął i co ci przepowiadałem...
Tak jest — dodał poważnie. — Piastowie korony nosili, ród ich panował Polsce, lecz rody upadają jak grody... i wolę Bożą w tem szanować trzeba. Darmo przeciwko niej się miotać.
Semku mój, póki czas... ocal się i nie daj wichrzycielom przewodzić nad sobą.
— Stanie się co przeznaczono — rzekł Semko. — Przed czasem cofnąć się nie mogę...
— A po czasie zapóźno będzie!
Wstał ks. Janusz i po ojcowsku objął brata za szyję. Drgnęło w obu serce przy tem pożegnaniu. Semko przeprowadził go z poszanowaniem... Podali sobie ręce w milczeniu.
Henryk nadszedł też pokłonić się starszemu, który z właściwym sobie uporem, na odjezdnem jeszcze mu powołanie i sukienkę przypomniał...
Po odjeździe Janusza dni płynęły jednostajnie na Płockim zamku, do którego rozpierzchła, przerzedzona szlachta nie napływała teraz, chyba ze skargami i prośbami... Nawet Bartosz z Odolanowa mniej był czynnym, czując się nie dosyć silnym, aby do walki stawać z Grzymałami, popieranemi jawnie i tajemnie przez Małopolan i stronnictwo królowej.
Bezczynność nużyła człowieka krwi gorącej, młodego, czującego, że go wywiedziono w pole. Krzyżacka pomoc obiecana, za którą ziemią płacić było potrzeba, nie na wiele mu się zdała; nic począć nie mógł, a oczekiwanie i niepewność wyczerpywały siły.
W godzinach takiego zwątpienia przychodziły na myśl rady braterskie, nauki ojcowskie, — zapóźno, bo dziś poddać się było niepodobna bez strat tak wielkich, iż przyszłość odbierały.
Krzyżacy trzymali zastawem znaczną część kraju, ojcowskiej spuścizny; oprócz tego znaczne summy dłużnym był Semko lichwiarzom krakowskim, przy zajętych Kujawach utrzymać się nie było podobna, ani Drohiczyna od Jagiełły odzyskać. Wszyscy ci co dotrwali przy księciu do końca, straciwszy mienie, oglądali się na niego, aby im nagrodził ubytki.
Musiał więc nieszczęśliwy trzymać się do końca — i paść całkiem zniszczony, lub dźwignąć się przynajmniej do dawnego bytu.
Gorzkie to były godziny rozmysłów i żalów nad własną dolą. Drogo opłacał tę chwilę zwycięztwa, gdy szlachta go na barkach wyniosła sadząc na tronie, którego posiąść nie miał.
W tych myślach i nasłuchiwaniu co przychodziło z Małopolski, upłynęło całe lato, zbliżała się jesień.
Z Krakowa posłańcy zgodnie jedną powtarzali piosenkę — Jadwiga przybyć miała nieochybnie.
Tym razem przyrzeczenie królowej Elżbiety, której nikt już nie wierzył, spełnić się miało, nie przez jej dobrą wolę, ale dlatego, że Polska dla niej inaczej byłaby straconą.
Przybycie Jadwigi znaczyło dla Semka tyle, to kres wszelkich nadziei. Mógł walczyć jeszcze, lecz chyba dlatego, ażeby trzymając się, doczekać zagłady, łatwo przewidzianej.
Książe w końcu lata, gdy Krzyżacy wcale mu znowu jawnie pomagać nie chcieli, a dokuczliwe długi coraz nowych ofiar wymagały, rozpaczliwie zadumany, nie wiedział już, w którą rzucić się stronę, gdy dnia jednego wychodząc z kościoła, ujrzał przed sobą we drzwiach u kropielnicy stojącego starego mnicha. Podał mu on uśmiechając się wodę święconą.
Ze zdumieniem i radością jakąś poznawszy w nim brata Antoniusza, Semko się zatrzymał.
— Wy? tutaj? znowu? — zapytał go — cóż porabiacie?
— Po drodze zaszedłem — odezwał się staruszek, który zawrócił się i począł za księciem iść ku zamkowi. Jakiś czas przebywałem w Krakowie u braci, ale u nas posłuszeństwo pierwsza cnota. Gdzieindziej mnie potrzebują. Wziąłem sakwy na ramiona.
— Zatrzymajcież się i spocznijcie u mnie — rzekł Semko. — Kanclerz was przyjmie gospodą.
Stary mnich obejrzał się bacznie dokoła. Zdala szli nieliczni teraz, dwór i dworzanie książęcy, kilku siwych niedobitków po ojcu odziedziczonych i młodzież nowo zaciężna. Bliżej ich nie było nikogo, mogli więc mówić swobodnie.
— Gdybyś miłość wasza miał trochę czasu — rzekł brat Antoniusz cicho — radbym pomówić...
Bystro spojrzał nań Semko.
W tem zrozpaczonem położeniu, najmniejsza zmiana, najlżejsza nadzieja była mu pożądaną. Pomyślał, że może zakonnik przybywał do niego z jakiem poselstwem z jakim promykiem nadziei.
— Chodźcie ze mną, ojcze — odezwał się głosem, w którym wzruszenie czuć było — jestem sam teraz... Będziemy mogli rozmówić się.
Byli już u progu dworca i książe wprost poprowadził Antoniusza do swej sypialni.
Staruszek szedł, oglądając się po zamku z tem weselem nigdy nie zamąconem niczem, które go cechowało... Za wszystko Boga chwalił.
Semko przyspieszał kroku, wyobrażał sobie już, że zakonnik coś mu ważnego przynosi. Zwrócił się ku niemu z oczyma ciekawością wyjaśnionemi.
— Miłość wasza przebyłeś wiele — rzekł stary po namyśle. — Bóg łaskaw, że zsyłając krzyże, ocalił wam życie, a dał doświadczenie. Niech będzie błogosławiony...
Po tym wstępie, stary podniósł nań wejrzenie.
— Co się przecierpiało, trzeba za to dziękować opatrzności — dodał — aleby czas było, abyś miłość wasza, o spokój swój na przyszłość postarać się chciała.
— Mój ojcze — rzekł zawiedziony temi czczemi słowy Semko — starać się bym rad, lecz poniżać się, żebrać nie mogę... Będzie co Bóg da, cześć trzeba ocalić.
Zakonnik myślał trochę.
— Spróbuj miłość wasza — rzekł — ja podam środek...
— Jaki? — zapytał zdziwiony książe... Antoniusz, jakby zmuszonym był każde ważyć słowo i bał się nazbyt powiedzieć wiele, stał zadumany znowu.
— Jaki? — powtórzył Semko.
— Dałem na to słowo, że imienia tego nie wyjawię, kto waszej miłości pomocnym być chce; dowiecie się go sami. Tyle tylko mi zlecono, abyście naznaczyli czas i miejsce, najlepiej kędy ku granicom Mazowsza, w pustem uroczysku, gdzieby dobrej woli a i mocy niemałej człowiek zjechał się z wami na rozmowę.
Dziwne trochę żądanie to, o którem Antoniusz mówił z pewnym uśmiechem łagodnym, tak księcia zdumiało, iż długo nie mógł odpowiedzieć na nie.
— Ojcze mój, — rzekł po namyśle. — Wy w świętobliwości waszej nie podejrzywacie nikogo. Ja muszę się obawiać wszystkiego, nawet zasadzki. Macież pewność, że mnie tam nie wiodą, aby się pozbyć, pochwycić, uwięzić?
Mnich ręce podniósł do góry.
— Możecież przypuścić, żebym ja się dał do tak niecnej sprawy użyć za narządzie.
— Mimo waszej woli.
— Nie — energicznie odparł brat Antoniusz. — Znam i wiem komu wiarę dać mogę. Każecie? towarzyszyć wam będę.
Semko w domysłach był zatopiony.
Trudno mu było odgadnąć, kto mógł i dobrze życzyć, i mieć sposób ratowania go. Brat Antoniusz stał i czekał.
— Mój ojcze — rzekł Semko — zaręczenie wasze wielką ma wagą u mnie, a jednak...
Zakonnik rękę przyłożył do serca.
— W. miłość i cześć swą i mienie i przyszłość możecie ocalić od niepewności i narażenia na losy...
Schylił mu się do kolan.
— Posłuchajcie mnie, naznaczcie czas i miejsce...
Semko zadumał się długo, przeszedł po izbie raz i drugi.
— A jeśli ratunek okaże się niemożliwy, jeźli mi postawią warunki takie, na które przystać nie będę mógł?
— Naówczas, miłość wasza, nie stracicie na tem nic, oprócz kilku dni i daremnej przejaźdzki.
Namyślał się jeszcze książe chwilę.
Lecz nie miał już nic prawie do stracenia, a mógł coś uzyskać? nie należałoż próbować?
— Za czternaście dni na Murawim Ostrowiu — rzekł w końcu.
Staruszek złożył race.
— Bogu niech będą dzięki — szepnął.
Ja idę dziś jeszcze, aby wyprawić gdzie potrzeba...
I natychmiast opuścił komnatę, o kiju spiesznie krocząc do bramy.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.