Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Semko Tom III.djvu/030

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


zmilczał, lecz odszedł dalej, aby okazać, że nauki nie przyjmuje.
Ks. Janusz po krótkim przestanku, wszczął już rozmowę inną, dopytując o zniszczeniu, jakie w tej części Mazowsza poczynili Węgrowie. Były one tak dotkliwe, tak wielkie, że Socha począwszy o nich, przejął się boleścią i gniewem.
Całe osady stały pustkami, tysiące ludu rozpierzchło się, poginęło, poszło w niewolę. Ogromne stada bydła, koni, niezliczone wozy łupów uprowadzono... Socha wzdychał i race załamywał.
— Macie owoce bohaterstwa waszego — rzekł Janusz zimno — bo dotąd nie zyskaliście nic więcej. Kraju mi tego żal, bo długich lat potrzeba będzie, aby się rany zabliźniły... Obok was, ks. Władysławowi Opolskiemu włos nie spadł z głowy... A! a! biedne Mazury moje!
Wszystko to co mówił Janusz, jak gorący żar padało na Semka, który stał milczący, bladł i w rękach mieczyk swój cisnął, jakby go chciał potrzaskać w kawałki.
Nie odzywał się, aby nie wywoływać nowych wymówek i w nadziei, że brat niepodsycany sam przerwie raz mowę. Ale Socha zbolały nie ustawał w opowiadaniu.
Pobyt ks. Janusza w Płocku nie był długi, drugiego dnia jeszcze wziął Semka na stronę,