Semko/Tom II/IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
< Semko‎ | Tom II
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Semko
Podtytuł (Czasy bezkrólewia po Ludwiku).
(Jagiełło i Jadwiga)
Data wydania 1882
Wydawnictwo Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom II jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom II jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron



IX.

Na kilka dni przed Świętym Witem, Bobrek znajdował się jeszcze w Toruniu, w domu matki.
Przybył tu niespodzianie, chory, z febrą która go niemiłosiernie trzęsła, wylękły, zmieniony i zbiedzony, tak że stara, której się już zdawało że dla syna niewdzięcznego w sercu niema nic oprócz żalu srogiego, zobaczywszy go, ulitowała się i zapomniawszy ile cierpiała od dziecka tego, przyjęła je jak marnotrawnego syna.
Zwlókł się milczący do łóżka, dając czynić z sobą co matka rozkazała, poddał się leczeniu, które sprowadzona stara baba rozpoczęła od zamawiania choroby i parę dni leżał w gorączce mało okazując przytomności.
Zamawianie czy zioła, które pił posłuszny, cudownie poskutkowały. Przyczyniła się do tego i troskliwość matki, która od łóżka jego nie odstępowała. Dopóki chory był, nie mówił prawie nic i stara cieszyła się, iż może syna odzyskać, tak się jej okazywał powolnym.
Razem ze zdrowiem jednak dawna natura i obyczaj powróciły. Otworzywszy oczy i przypomniawszy sobie gdzie był, zapytał naprzód o dzień tygodnia i miesiąca.
Dowiedziawszy się o nich, zerwał się niecierpliwie i począł mruczeć niezrozumiałe przekleństwa. Chciał sprobować wstać, lecz dnia tego jeszcze na nogach utrzymać się nie mógł.
Matka w rozpaczy niemal, starała się przekonać go, iż długi czas jeszcze nie będzie się mógł ruszyć z jej domu. Bobrek nie chciał tego słuchać.
Dawne zuchwalstwo mu powracało.
— Dla głupiej febry przebytej, jabym tu miał siedzieć? — zawołał — kiedy pilne sprawy każą iść gdzieindziej??
Zaczął się domagać jadła, napoju, potem obwinął się i głowę zatopiwszy w poduszki, zasnął. Drugiego dnia nim matka wstała był już na nogach, odział się, a choć blady, żółty i osłabiony, upierał się jechać. Matka prosiła, by został, napróżno.
— Wy nic nie wiecie — rzekł do niej — mnie już jedno nieszczęście spotkało, jeżeli panom drugi raz źle usłużę, wszystkie moje zasługi przepadły.
Począł chodzić po izbie, mówiąc jakby sam do siebie.
— Kilka nocy w lesie, na deszczu i rosie, w błocie stojąc, śpiąc w błocie, dla tego łotra co się nam wyśliznął z garści, żelaznyby człowiek nie wytrzymał. Dwóch nas odchorowało! Żebyśmy go byli wzięli! Ale nie... Przesunął się nam pod nosem... Darmo ludzie stali, a kto będzie winien? Bobrek...
Matka słysząc urywane słowa, zapytała go o te nocne czaty, chcąc się dowiedzieć coś więcej, potrząsnął głową nic mówić nie chcąc.
— Tyle tego — rzekł — że mnie teraz jechać znów trzeba.
Potwierdziło się to co mówił, gdyż tego samego dnia przybył z zamku kompan komtura na zwiady do domu matki. Dowiedziawszy się o chorym, poszedł z nim do izby osobnej i siedział na rozmowie długo. Gdy wyszedł, Bobrek zapowiedział ostro i stanowczo matce, że nazajutrz do dnia jechać musi.
Wiedziała biedna stara, że mocy nad nim niema i zatrzymać go nie potrafi, starała się tylko wyprawić tak na drogę, aby mu nie zbywało na niczem.
Nie okazując najmniejszej wdzięczności, klecha przyjmował to jak należne sobie, na matkę nie spojrzał, a tak był już podróżą swą zajęty, że nie słyszał co mówiła do niego i widzieć się jej nie zdawał.
Pocieszało ją to nieco, że Bobrek już dnia tego i silniejszym był, i zdrowie odzyskiwał cudownie. Wielka potęga woli działała w nim.
W przekonaniu, iż napój go pokrzepić powinien, poprzedzającego wyjazd wieczora domagał się wina gotowanego z korzeniami, wypił go dużo i zasnął tak twardo, że matka miała nadzieję, iż zaśpi ranek, a podróż odłoży.
Zbudził się jednak do dnia, i jak postanowił, wnet do podróży przygotował.
Zimno bardzo podziękował matce za gospodę, siadł na konia i na zamek naprzód pojechał.
Komtur przyjął go surowo.
— Jedź natychmiast, abyś w Sieradziu był i wszystko widział na oczy, co się tam dziać będzie. Masz na dworze księcia znajomych.
— Zlecicie mi co?
— Uszy i oczy nastawić — odparł stary Krzyżak.
Klecha chciał mu się tłumaczyć z tego co miał na sercu i rozpoczął uniewinnianie swe, gdy komtur przerwał mu.
— Dość tego, łaska Boża, że nasi ludzie jeszcze nie wpadli sami w ręce nieprzyjaciela. Do zasadzek wyście się nie zdali, niewiele do czego innego, a no, starajcie się sławę swoją naprawić.
Odprawiony tak Bobrek ruszył natychmiast z Torunia, z gniewem w sercu przeciwko światu całemu, nie wyjmując i Krzyżaków, którym służył tak gorliwie. Pocieszało go, że chociaż czyniono mu wyrzuty, przecież się nim posługiwać musiano, nie mając kim zastąpić.
Tym razem nawet, komtur dla bezpieczeństwa dodał mu człowieka, który osłabionemu chorobą miał być pomocą. Mało co spoczywając, nie żałując ani koni ni sługi, Bobrek spieszył tak, że w wigilją świętego Wita w Sieradziu stanął.
O gospodzie myśleć tu co nie było, tak wszystkie domostwa wielkopolscy panosze zajmowali. Wielka ich część leżała obozem naprzeciw zamku. Książe Semko ze dworem swym, na pół siłą wprowadził się do niego i rozgościł.
Bobrek konia i sługę rzuciwszy na łaskę Bożą, powlókł się do zamku, o kanclerza pytać, gdyż spodziewał się, że z księciem jako kapelan przybyć musi.
Lecz dopytać o kogokolwiekbądź, łatwo nie było w tym tłoku ludzi i niezmiernem poruszeniu, jakie się tu czuć dawało.
Na pierwszy rzut oka poznał Bobrek, iż sama niemal drobna wielkopolska szlachta i Mazury składali tłum, wśród którego krakowskich panów i Małopolan wcale widać nie było. Na zamku trafił mu się chłopak od posług ks. kanclerza, który na ten raz bardzo mu się przydał. Pachole było głupawe, ciekawe i gadatliwe.
— Prowadź mnie do pana swego — rzekł klecha.
— Nie wiem gdzie go szukać — odparł chłopiec — poszedł do arcybiskupa, do Dominikanów a Bóg wie kiedy wróci.
— Arcybiskup w klasztorze?
— A jakże, i nie sam — dodał chłopak. — Przywiózł z sobą dwu jeszcze, bo tu powiadają, trzech ich musi być...
Uśmiechnęło się pachole.
— Będziemy mieli koronacyę.
— A korona? — wtrącił żartobliwie klecha.
— Żyd ją przywiózł — szepnęło chłopie cicho, palec do ust przykładając. — Żyd złotnik z nią tu siedzi na zamku.
— Gdzie?
Chłopak wskazał ręką na mury.
— Ciekawaby rzecz zobaczyć! — zamruczał Bobrek.
Na to pacholę głową pokręciło tylko.
— Dziś jeszcze o tem mówić nie wolno.
Oczekując na kanclerza, klecha nie miał nic lepszego do robienia, jak sznurkować po kątach. Chłopak mu izbę pokazał, w której żyd z koroną się miał znajdować.
Śmiało jak gdyby do tego był uprawnionym wtargnął do sklepionej o jednym oknie komory Bobrek. W kącie jej na ławie, w ciemnym płaszczu, siedział mężczyzna blady, z długą brodą w czapeczce na głowie, którą na widok klechy nieco uchylił i natychmiast nakrył znowu. Lękliwem okiem spoglądał na przybyłego.
Klecha ciekawym był sprawdzić powieść o koronie; nie widział innego środka nad próbę rozpoczęcia rozmowy, w ten sposób, aby zdawać się mogło żydowi, iż on o wszystkiem jest zawiadomiony.
— Wy tu sami myślicie nocować? — zapytał — mając przy sobie takie drogocenne rzeczy.
Żyd drgnął, pomyślał.
— No? a gdzie bezpieczniej być ma jak na zamku?
— Oddalibyście lepiej podskarbiemu — dodał Bobrek.
Zamiast odpowiedzi siedzący na ławie głową potrząsnął znacząco.
— Boicie się o zapłatę? — uśmiechając się rzekł klecha, zwolna zaczynając przechadzać po izbie.
Niechętny do rozmowy, głową tylko dał znak potwierdzający. W twarzy jego niepokój malował się wielki.
— A wy kto? — zapytał.
— Do dworu należę i do ks. kanclerza — rzekł Bobrek.
Po chwili milczenia żyd pocichu się odezwał.
— Jak myślicie? będzie ona potrzebna?
Spojrzał nań bystro klecha, nieprzygotowanym będąc na to pytanie, ramiona mu drgnęły.
— Ci co ją gotować kazali, musieli być pewni, że się przyda.
Parę razy przeszedł się jeszcze Bobrek po izbie. Oko jego dostrzegło pudła ciemnego, które żyd pod płaszczem ukrywał starannie.
Nie było więc wątpliwości, iż koronę nawet przygotowano. Sprowadzenie dwóch biskupów miało także znaczenie to, iż się do koronacyi przysposabiano.
Dla wysłańca Krzyżaków, były to wiadomości niepomyślne, ale ważne. Nie miałże się tu znaleźć nikt coby zapobiegł ogłoszeniu Semka?? Panowie krakowscy tak sobie to lekceważyli??
W tych myślach zatopiony Bobrek się wysunął z izby w korytarz i otwierając drzwi omało nie potrącił żywo przechodzącego człowieka, który się obejrzał. Poznał w nim jednego z wikaryuszów kościoła na Wawelu, znajomego z Krakowa, którego zwano ks. Płazą. Ten równie podobno był zdziwiony, widząc tu Bobrka niespodzianie, jak on, że go tu spotkał.
— Co wy tu porabiacie? — zapytał.
— Ja? alboż to trudno odgadnąć — odparł pokornie Bobrek. — Biedny klecha szuka chleba i roboty, więc gdzie dużo ludzi ciśnie się, probuje czy go do czego nie użyją, a ks. wikaryusz?
Nie odpowiadając na pytanie ks. Płaza stanął zamyślony.
— Co tu słychać? — rzekł — ja tylko co przybyłem?
Bobrek rad był się do kogoś przyczepić, zbliżył się więc do wikarego, gotów go objaśnić i razem wybadać.
— Alboż nie wiecie na co się zanosi? — odparł. — Zebrali się królem Semka Mazowieckiego ogłosić.
— Sami! Wielkopolanie, dla siebie? — odparł wikary. — To nie może być!
— Na pewno się to ma stać — podchwycił Bobrek — bo nawet koronę przygotowali...
— Być nie może!
— Wiem to dowodnie. Arcybiskup dwóch biskupów nawet wezwał, bo ich potrzebuje do assystencyi — mówił klecha.
— A gdzież arcybiskup — przerwał wikary żywo — ja go właśnie szukam.
— Nie na zamku, ale u Dominikanów gospodą stanął — rzekł Bobrek. — Chcecie to was tam zaprowadzę. Potrzebujecie się z nim widzieć?
Ks. Płaza głową tylko potwierdził i szybko iść począł, klechę prowadząc za sobą. Widać było w nim zakłopotanie wielkie.
— Głowy potracili! — począł mówić na wpół do siebie, wpół do klechy, który go nie odstępował. Przez samo poszanowanie dla swojego księcia, nie powinni go na pośmiewisko wystawiać! Nie dziwię się szlachcie wielkopolskiej, ale ks. Bodzancie...
Boborek słuchał pilno i chciwie.
— Dobrzeby było, żeby go kto przestrzegł — dodał cicho.
— Jeżeli to pomoże! — odparł ks. Płaza, przyspieszając kroku.
Łatwo już było zmiarkować klesze, iż ks. wikaryusz musiał być posłanym z Krakowa w tym celu, aby arcybiskupa, jeżeli się da powstrzymać od narażenia się na prześladowanie, na skargi, które przeciw niemu, pójść mogły do Rzymu. Inaczej bytności jego tutaj wytłumaczyć sobie było trudno.
Doszli tak do klasztoru ks. Dominikanów, równie zapełnionego gośćmi, jak zamek. Szła starszyzna witać Gnieźnieńskiego pasterza, około którego gromadziło się duchowieństwo, z miasta i okolicy. Mazury swojego Biskupa płockiego szukali. Był tu już Bartosz z Odolanowa i wiele rycerstwa, przyprowadzonego przez niego. Chciano arcybiskupowi okazać, jak licznych miał Semko zwolenników.
Arcybiskup przyjmował gości w refektarzu, wraz z dwoma biskupami zasiadając. Cisnęli się wszyscy do niego, całując po rękach i prosząc o błogosławieństwo. Bodzanta pomimo tej czci, jaką go otaczano, twarz miał smutną i zakłopotaną. Oglądał się, niespokojnie.
Ks. Płaza klechę zostawiwszy w korytarzu, sam wśliznął się do refektarza, lecz wprędce się przekonał, że tu z arcybiskupem na osobności, jak sobie życzył, rozmówić się niepodobna będzie.
Musiał czekać. Ze dworu ks. Bodzanty nieznał nikogo, oprócz jego kapelana, ale i tego tu wyszukać łatwo nie było. Zwrócił się więc na korytarze, pytał i błądził póki kapelana tego nie wynalazł.
— Mój ojcze, — szepnął mu, jestem posłany umyślnie z Krakowa, dla widzenia się z ks. Arcybiskupem. Rzecz niemałej wagi, dzisiaj koniecznie na osobności z nim mówić muszę... Proszę was, abyście jego miłości o mnie donieśli.
Kazano się ks. Płazie w celi, która była przeznaczoną dla ks. Bodzanty, zatrzymać, lecz dobra godzina upłynęła, niżeli się go tu doczekał.
Arcybiskup wszedł, znużony niezmiernie rzucając oczyma do koła, a ujrzawszy ks. Płazę, obrócił się zaraz ku niemu.
Byli sami, bo kapelan wyszedł, aby drzwi zamknąć i nie dopuszczać nikogo. Po ucałowaniu ręki, wikary zbliżył się do siedzącego arcybiskupa, który pot z uznojonego czoła ocierał i wzdychał.
— Jestem wysłany z Krakowa — rzekł.
— Od kogo?
— Bez mała od wszystkich, co tam rej wodzą, — odparł ks. Płaza — ks. Radlica razem z panem krakowskim, z wojewodą i innemi przysłali mnie do was...
Arcybiskup spojrzał strwożony.
— Nikt z nich nie będzie! — spytał.
— Nikt — odparł ks. Płaza. — Wiedzą dobrze, iż Wielkopolanie królem chcą obwołać Semka, a na to się oni nigdy nie zgodzą. Wiadomo i to, że wasza miłość jesteś w ich ręku i że możesz zmuszonym być ogłosić kogo oni okrzykną.
Z boleścią Bodzanta, oglądając się trwożliwie, ręce podniósł ku niebu.
— Tak jest, niestety! — zawołał stłumionym głosem. — Nie mogę się opierać, zajadą mi Łowicz, zniszczą dobra, samo Gniezno niepewne...
Co ja mam czynić? co czynić?
— Ojcze a pasterzu — przerwał Płaza — ale toż samo grozi wam od Margrabiego brandeburgskiego, od Małopolan, którzy górą wezmą niechybnie... byle siły zebrali...
— Rozum każe bliskiego naprzód uniknąć niebezpieczeństwa — odezwał się rozpaczliwie arcybiskup. — Co czynić? Widzicie sami! Jestem przymuszony! Nóż mam na gardle!
Ks. Płaza westchnął.
— Rozumieją to dobrze w Krakowie, sądzę że w. miłość oprzeć się nie możecie — począł — lecz, na miłościwego Boga, za daleko się nie posuwajcie.
Bodzanta załamał ręce...
— Ale jak i gdzie, możliwy kres i miara? Niedosyć, że go będę musiał ogłosić, bo to się i bezemnie stanie że go okrzykną, lecz chcą, bym koronował!
Płaza pokląkł przed arcybiskupem.
— Na Boga, zaklinam was, tego nie czyńcie — zawołał. — Znajdzie się tysiąc środków do odroczenia koronacyi. Korona królewska w Budzie.
— Koronę inną zrobiono i przywieziono tu; dwóch biskupów przywołano, wszystkie przygotowania poczynione.
— Lecz korona niebłogosławiona w Rzymie, nieprzysłana przez Papieża, nie jest koroną — zawołał ks. Płaza. — Nikt dotąd nigdy bez zezwolenia Stolicy apostolskiej, nie włożył jej na skronie!
Możecie i powinniście odroczyć ten obrzęd, a zyskawszy na czasie, ocalicie samego księcia od wstydu, i siebie od prześladowania. Nigdy Małopolanie go nie uznają. Składają się przysięgą uczynioną królowej... czekają na córkę jej Jadwigę.
— Może być małżeństwem połączoną z ks. Semkiem, gdy królowa w Koszycach Wilhelma się rakuzkiego wyrzekła...
— Semka panowie krakowscy nigdy na tronie nie ścierpią! — zawołał ks. Płaza.
Biskup rękami twarz zakrył sobie, drżał cały. Szanując wzruszenie jego, ks. wikary milczał czas jakiś.
— Miłość wasza — dodał — znajdziecie jakikolwiekbądź powód do odroczenia. Z tem mnie posłano, błagam o to, aby smutnych następstw i strasznego rozdwojenia na kraj nasz nie sprowadził niebaczny krok Wielkopolan.
— Jawna jest rzecz, że albo oni przewodzić chcą i prawa dyktować, lub zamierzają się oddzielić od Krakowa i reszty ziem polskich...
Znowuby więc monarchia ta, tylą krwi i trudu zlepiona i połączona, rozsypała się i poszła na łup wrogom...
Bodzanta słuchając łzy ocierał.
— Bracie mój — rzekł — wszystko to, niejeden raz ja sam mówiłem sobie, w godzinach utrapień moich, lecz jak się oprzeć przemocy? Oni mścić się będą.
— Gdyby się nawet ośmielili — rzekł ks. Płaza — nie potrwa to długo...
— Straszne brzemię na ramionach moich — zajęczał arcybiskup. — Biskup Ścibor Płocki nie oprze się, owszem mnie jeszcze przynaglać będzie; Mikołaj z tem tu przybył, aby być Semkowi posłusznym, ja jeden! jeden...
Ks. Płaza słuchał bacznie.
— Do obrządu koronacyi wiele braknie, a gdyby cokolwiekbądź wedle zwyczajów kościoła i kraju nie dostawało, byłaby nieważną. Tem się miłość wasza obronicie...
Ogłoszenie króla, gdybyście byli do niego zmuszeni, bez namaszczenia nic ważyć nie będzie...
Musicie, ojcze i pasterzu, oprzeć się koronacyi. Od Łokietka już koronowali się wszyscy w Krakowie. Nie dopuszczono drugiej koronacyi Loisowi w Gnieźnie, w Sieradziu co ona znaczyć będzie?
Arcybiskup uderzony był ostatnim argumentem.
— Więc chyba odłożyć ją do Gniezna? — wyjąknął wahając się.
— Odłożyć w jakikolwiekbądź sposób, zyskać na czasie — wołał ks. Płaza.
Zadumał się ks. Bodzanta. Utrapionemu arcypasterzowi ta zwłoka była pożądaną. Gniezno mogło do niej być dobrym pozorem.
— Tak — rzekł — uprę się przy Gnieźnie, lecz jeśli zażądają natychmiast go tam prowadzić?
— Gniezno nie jest bezpieczne — odparł ks. Płaza. Domarat i siły margrafa poruszają się. Oni nie ważą się do Gniezna, wy obstawajcie przy nim. Jeżeli nie Kraków, to Gniezno.
Bodzanta, pomimo zachmurzonego czoła, odetchnął wolniej.
— Zdaje mi się — dodał ks. Płaza — iż zawczasu tego warunku objawiać nie potrzeba, dość będzie wystąpić z nim w ostatniej godzinie.
Ukoronowanie musi się odbywać w stolicy, jeżeli nie w królewskiej, to choć arcybiskupiej, u grobu św. męczennika Wojciecha.
Przekonanym zdawał się ks. Bodzanta, milczał, westchnął raz i drugi.
Rozmowa byłaby się przeciągnęła jeszcze, gdyby kapelan nie oznajmił przybycia kujawskich kasztelana i stolnika, którzy z innemi powitać Pasterza spieszyli...
Cofnął się więc ks. Płaza przykląkłszy do pocałowania ręki, a arcybiskup pochylił się mu do ucha i szepnął.
— Bądź spokojny, a daj mi świadectwo, żem zmuszony! Nie władam sobą. Bezpieczeństwa kościoła i mienia duchowieństwa mojego bronić muszę.
Wikary wychodząc we drzwiach się rozminął z nadciągającemi Kujawiakami. W korytarzu przyczajony czekał na niego Bobrek, rad mu z oczów wypatrzeć, co z sobą przynosił. Niełatwem to było, gdyż ks. Płaza, mimo energicznego charakteru, dosyć był w sobie zamknięty.
Gdy z klasztoru wyszli, klecha zagaił ubolewaniem nad uciskiem, w jakim arcybiskup zostawał, lecz wikary zamruczał coś niewyraźnie i nic nie odpowiedziawszy, udał się do Fary, gdzie spodziewał się znaleźć na probostwie pomieszczenie.
Na zamku przez całą prawie krótką tę noc czerwcową, światła nie wygasały, sposobiono się na dzień jutrzejszy, a książę do późna u siebie starszyznę przyjmował, dla której stoły zastawione były.
Na dzień następny wszystko zawczasu zostało obrachowane. Z goryczą przekonali się przyjaciele księcia Mazowieckiego, że Krakowianie, nawet dla zaprotestowania przybyć nie raczyli, i jak poprzednio, spierać się o wybór nie myśleli, chociaż łatwo go mogli przewidzieć.
Był to rodzaj wzgardy i lekceważenia, który szlachtę wielkopolską, w jej miłości własnej ranił boleśnie.
Czuli wszyscy, iż wybór przez to, pod zupełną niebytność tych, którzy znaczną część kraju przedstawiali, tracił na wadze i znaczeniu, — gniewał się i odgrażał Semko, nadrabiał ufnością w swe siły Bartosz, lecz w duchu pojmowali to, że ciężkie na barki wzięli zadanie. Cofać się już nie mogli. Semko mniej niż inni skłonnym był do tego, dla sromu samego, choć widział jasno, że przyjaciele, czyniąc go narzędziem swoich namiętności, nad niebezpieczny skraj go zaprowadzili.
Jak dzień poruszać się wszystko zaczęło... W kościele dominikańskim po rannem nabożeństwie przygotowywano wszystko na przyjęcie księcia uroczyste. Obok tronu arcybiskupiego ustawiono drugi dla niego, pozłocisty i okazały...
Wedle myśli Bartosza, Semko nie miał go zająć przybywszy do kościoła, lecz dopiero po okrzyknięciu jako wybranego króla, podnieść miano uroczyście na ten tron dla niego zgotowany.
Szlachta, której pilno było zająć miejsca najbliższe biskupów, zawczasu kościół napełniać zaczęła...
Bartosz z Odolanowa i co było ze starszyzny a urzędników, przyszli też dla nakazania i utrzymania porządku... Wszystkim pilno było, i na wszystkich twarzach, niecierpliwość się malowała.
Książe w orszaku okazałym, we zbroi, w płaszczu szkarłatnym, przybył konno, a dla natłoku wprowadzono go przez zakrystyę.
Na widok swojego wybrańca, szlachta niecierpliwa już była gotową, okrzykiem go powitać, lecz kierujący nią Bartosz, dał znak i szmerem tylko znaczącym pozdrowiono wchodzącego.
Arcybiskup z towarzyszami czekał na to, by mu znać dano. Blady i drżący wszedł otoczony duchowieństwem i modlitwą do Ducha świętego obrady zagaił...
Zaledwie się ona skończyła, gdy... zasiadłszy na tronie Bodzanta głos zabrał, ale z początku mówił tak cicho, drżący i niepewien, że nikt go, oprócz najbliżej stojących nie słyszał.
Uroczysta, grobowa niemal cisza, panowała w kościele... Arcybiskup mówił o nieszczęśliwym położeniu kraju, który się domagał pana i rządu, wspomniał o poprzednim zjeździe, o zwłokach, któremi królowa napróżno ich uwodziła i wezwał zgromadzonych do obmyślenia dla ojczyzny ratunku.
Po nim w rubaszny a rzezki sposób odezwał się Bartosz z Odolanowa, przypominając uchwałę zjazdu, i naglącą potrzebę wybrania głowy. Zalecał Piastów krew, potem wyraźnie Semka, książęcia Mazowieckiego i Kujawskiego...
Szmer i okrzyki mowę mu już przerywały, znajdowano jednak właściwem przedłużyć narady pozornie, nimby do uchwalonego i umówionego proklamowania króla przyszło...
Mówiło kilku, nikt nie przeczył, żaden głos ani zwłoki, ani nowej narady, ani nieobecności Małopolan nie wspomniał... Spozierano po sobie. Hasło było dane, aby dopiero na znak Bartosza huknął tłum cały, jako jeden mąż, Semka królem ogłaszając...
Ten i ów wtrącił coś: skarżyli się na bezkrólewie, bezrząd i wojnę domową...
Bodzanta siedział bledniejąc w miarę, jak się stanowcza zbliżała chwila... Bliżej niego stojący duchowni widzieli, jak mu się ręce trzęsły i wargi drżały... Oczyma o litość błagającemi bojaźliwie oglądał się do koła...
Na ostatek po przeciągnięciu pozornych onych obrad, gdy wszyscy na jedno zgodni byli, Bartosz podniósł głos zapytując tłumu, kogoby królem mieć chciał...
Zatrząsł się kościół od wybuchu zgodnych głosów.
— Semko królem naszym! Semko!
Wykrzykiwano jeszcze, gdy z pierwszych rzędów kilkunastu się wyrwało przygotowanych biegnąc do księcia... Wstrzymali się jednak, gdyż arcybiskup powstał...
On jeszcze raz słabym głosem, zapytał zebranych o wolę narodu, i okrzyk powtórzył się po raz drugi, z nową siłą.
Naówczas Bodzanta podniósł rękę do góry, nakazując milczenie, i w śród chwilowego uciszenia — ogłosił.
— Książęcia Ziemowita Mazowieckiego i Kujawskiego królem Polski...
Okrzyki radosne, szalone wtórowały mu, kapłani szli ku wielkiemu ołtarzowi, aby rozpocząć pieśń dziękczynną, gdy przygotowana szlachta rzuciła się ku Semkowi, na swoim miejscu stojącemu jeszcze, i pochwyciwszy go na ręce, wzniosła nad głowy... z wołaniem — Niech żyje król nasz Semko! — Nieśli go tak do przygotowanego tronu, i uroczyście posadzili na nim...
Biskupi z Bodzantą śpiewali już pieśń dziękczynienia...
Stało się tedy — król został uroczyście ogłoszonym przez arcybiskupa, okrzykniętym, na tron wzniesionym...
Około tronu stanęli wszyscy znakomitsi panowie mazowieccy, kujawscy i wielkopolscy, tworząc mu orszak wspaniały... Chorąży mazowiecki rozwinął nad głową księcia chorągiew o dwóch orłach i dwu puhaczach...
Na twarzy Semka widać było dumę zwyciężcy i radość doścignionego celu — wielką siłę a razem i troskę wielką, choć pokrytą pozorem wesela...
Dla niego nie był to koniec starań o koronę, lecz dopiero krok pierwszy do jej zdobycia, a razem wypowiedzenia wojny tym wszystkim, którzy odwracali się od niego...
W tłumie radość była nie do opisania — bo dla szlachty znaczyło to zwycięztwo odniesione nad współzawodniczą Małopolską; zwycięztwo gromady nad wybrańcami, ubogich kożuchów władyczych i panoszowych, nad złotogłowy pańskiemi.
Pomimo iż wszystko skończonem się zdawało, nie odchodził nikt, tłum się nie rozpraszał.
Arcybiskup z dwoma towarzyszami i klerem, po odspiewaniu hymnu wszedł do zakrystyi...
Bartosz z Odolanowa czekał tu już na niego... Pocałował go w rękę cały przejęty i uniesiony...
— Ojcze nasz dobrotliwy — zawołał — dokonajmy rozpoczętego dzieła... Na co zwlekać... Koronę mamy przygotowaną, obrzęd włożenia jej na skronie wybranego, natychmiast się odbyć może... Prosimy cię, błagamy!
Arcybiskup stał blady...
— Dziecko moje — odezwał się — to jest niepodobieństwem... Koronacya ma swe prawa i formy przepisane, my do spełnienia ich nie jesteśmy przygotowani. Niepodobieństwo!
Spojrzał na asystujących sobie biskupów, którzy, sprzeciwiać się nie śmiejąc, milczeli. Znać było jednak po nich, że niekoniecznie w zupełności zdanie arcypasterza podzielali...
— Niepodobieństwo! — szepnął ks. Bodzanta.
Bartosz stał chwilę w niepewności wielkiej...
— Zatem jutro! — przebąknął z pewnem rozdrażnieniem w głosie...
— Jutro! ale to ani czas, ani miejsce — dodał wahając się Bodzanta. — Koronacya w Sieradziu nie miałaby znaczenia... Musi się ona odbyć, jeżeli nie w Krakowie, to w Poznaniu, lub w Gnieźnie.
Bartosz poruszył się tak gwałtownie, że zbroja na nim szczęknęła.
— W Poznaniu! w Gnieźnie! powtórzył rozpaczliwym głosem... Zwłokaby była niesłychana. Ojcze, to także niepodobieństwo...
Stali wszyscy milczący. Ścibor biskup płocki, po cichu coś Bodzancie szeptać zaczął, lecz arcybiskup zdawał się nie słuchać i nie słyszeć.
Drżał i powtarzał — Niepodobna! nie żądajcie niemożliwych rzeczy...
Cóżby znaczył ten pospiech? jak gdybyśmy nie byli pewni swego? obawiali się? Koronacya nie może się tak odbyć... W Gnieznie...
Jak skamieniały stał Bartosz z Odolanowa. Był on prawie pewien, że skłoniwszy arcybiskupa do ogłoszenia króla, z koronacyą najmniejszej nie będzie mieć trudności. Namyślał się co miał począć.
— Nad tem się naradzić potrzeba, — zawołał w końcu — odroczym zgromadzenie do jutra.
Arcybiskup się nie sprzeciwiał. Obejrzał się tylko dając znak oczekującym klerykom, ażeby z niego zdjęli obrzędowe szaty... i wzdychając do modlitwy uklęknął.
Starosta, który łatwo męztwa nie tracił, po małej chwili z pogodnem prawie czołem wyszedł do kościoła i poszeptawszy coś z księciem, siedzącym jeszcze na tronie, odezwał się do szlachty zwracając, iż zgromadzenie do jutra odracza...
Z nowem wołaniem, czapki podrzucając wesoło, tłum zwolna z kościoła począł odpływać. Niektórzy szli pierwsi panu się swojemu pokłonić do kolan i życzyć szczęśliwego panowania.
Semko skłaniał się ku nim i dziękował, uśmiechał uprzejmie, lecz brwi miał namarszczone groźno i troskę na czole...
Ruszyli się wreszcie otaczający księcia i on sam nazad przez zakrystyę, gdzie u bocznych drzwi kościoła stał pysznie przystrojony, pod złotem szytą deką, wierzchowiec nowo ogłoszonego króla...
W zakrystyi Bodzanta i biskupi pierwsi złożyli powinszowania, ale książe nie zatrzymał się tu długo, z powagą, milczący wyszedł w podwórze, dosiadł konia, i do koła otoczony wiernemi swemi, wśród okrzyków, które na widok jego wznosiły się, pociągnął ku zamkowi.
Przez całą tę drogę zasianą ludźmi, powtarzało się — Żywie! niech żywie! — i towarzyszyło mu aż w progi zamkowe.
Semko nie mówił nic do swych towarzyszów. Wszystko to wydawało mu się, jakby snem jakimś dziwnym, niemal strasznym. Radość tłumił zrodzony z nią razem niepokój.
Bartosz choć tryumfował i wiedział że wszystko to jego dziełem było, jechał także posępny. Opór Bodzanty zepsuł mu wszystko. Odłożenie koronacyi samo obwołanie zachwiać mogło. Należało ubłagać, przekonać, zmusić bodaj arcybiskupa, ażeby natychmiast do niej przystąpił. Dopiero wpadłszy na zamek, gdy mu znowu kłaniali się jako panu swemu, ci co go tu przeprowadzili, Semko usta otworzył.
— Mówiliście z Bodzantą? — zapytał z pewną nieśmiałością Bartosza.
— Krótko bardzo, gdyż czasu na to nie było — odparł pan Odolanowski — ale natychmiast jadę do niego.
Semko znużony wszedł do drugiej komnaty. Sam chciał być chwilę z sobą. Siadł na ławie. Trwoga jakaś ogarniała go mimowoli.
Przez okna otwarte dochodziły zdala wesołe, szalone, powtarzane kupkami, rozlegające się do koła okrzyki; słuchał ich i drgał.
Wszystko teraz zależało od Bodzanty, potrzeba było na nim wymódz koronacyę niezwłoczną... Polska namaszczonemu królowi poddać się musiała...
Bartosz z Odolanowa czasu do narad i rozmysłów nie chcąc zostawić Bodzancie, siadł na koń i z jednym sługą pobiegł do klasztoru Dominikanów.
Arcybiskup odpoczywał, był cokolwiek osłabiony, nie wpuszczono go do niego. Wszedł do płockiego biskupa Ścibora, którego znalazł krokami wielkiemi przechadzającym się po celi... Biskup płocki był duszą i ciałem oddany Semkowi, lecz nie dosyć miał energii, aby mógł wystąpić stanowczo, przeciw arcybiskupowi.
Musiał go oszczędzać.
— Ojcze — zawołał od progu Bartosz — ogłosiliśmy króla, nie dosyć na tem, musimy go ukoronować i namaścić, inaczej nie zechcą poszanować wyboru Małopolanie.
Zżymnął ramionami ks. Ścibor, okazując że to nie zależało od niego.
— Na Boga! cóż się naszemu arcypasterzowi stało — zawołał Bartosz — w połowie dzieła niedokonanego rzucić je...
— Nie moja to rzecz — odparł żywo Ścibor. — Macie mnie tu, gotów jestem przy koronacyi służyć, lecz nie do mnie ona należy. Mówcie z arcybiskupem.
— Cóż powiada Bodzanta?
— Że w Sieradziu ani czas jest, ani miejsce potemu...
Bartosz cały się rzucił, ręce łamiąc.
— Niepojęta rzecz! To są zabiegi czyjeś, w tem tkwi zdrada! — krzyknął poruszony.
— Umawialiścież się z nim wprzódy o koronacyę? — zapytał biskup.
— Mowy nie było o rzeczy, która musiała nastąpić jako dopełnienie aktu ogłoszenia. Arcybiskup wiedział, żeśmy przysposobili koronę...
Ks. Ścibor głowę spuścił, nie odpowiadał.
Rozgorączkowany Bartosz nie ustępował. Postanowił czekać bodaj u drzwi ks. Bodzanty, ażby go wpuszczono do niego.
Tymczasem upływały godziny, wieczór nadchodził. Pukając i naprzykrzając się starosta, w końcu został wpuszczony.
Bodzanta siedział z zaciśniętemi ustami, blady, przygotowany widocznie już na to przyjęcie.
W imieniu swem i księcia Bartosz zaklinać go począł. Bez tej korony włożonej na skronie, bez błogosławieństwa kościoła, bez namaszczenia, wszystko co się dokonało, nie miało znaczenia!!
Bodzanta zawsze słaby, wahający się, bojaźliwy, tym razem okazał siłę przekonania niewzruszoną.
Odpowiedział łagodnie, pocieszając, lecz dowodząc razem, że koronacya była w Sieradziu niemożliwą, a w Gnieźnie odbyć się tylko mogła, gdy Wielkopolska uspokojona zostanie. Nie taił tego, iż żadnego od niego ustępstwa spodziewać się nie mogli.
Bartosz próżno uniżał się i groził, narzekał, straszył gniewem króla, ks. arcybiskup milczał, lecz ugiąć się nie dawał.
W końcu, odkładając naleganie do jutra, Bartosz musiał na zamek powrócić, gdzie książe na niego czekał z gorączkowym niepokojem.
Ukrywać postanowienie Bodzanty nie było podobna. Starosta starał się tylko wytłumaczyć Semkowi, iż zwłoka ta, nie nadwerężała wyboru, i wcale mu szkodzić nie mogła.
Semko prawie nie słuchał.
Nie chciał się poniżać do żebrania u arcybiskupa o ten obrzęd, do którego zmusić się go spodziewał.
Wyrozumiawszy opór Bodzanty, wydał po królewsku rozkaz Bartoszowi, ażeby się nie ważył więcej mówić z nim o tem, ani go prosić.
Na zagładzenie przykrego wrażenia, jakie uczyniło nagłe cofnięcie się arcybiskupa, przyszła nazajutrz wiadomość radosna, iż Pietrasz Małocha poddał zamek łęczycki.
Semko postanowił podziękowawszy szlachcie, nie widząc się z arcybiskupem nawet, natychmiast z Bartoszem ciągnąć pod Kalisz.
Dumne to znalezienie się względem Bodzanty, dawało wyobrażenie o charakterze Semka, dla którego mała wina zacierała pamięć wielkich zasług.
Nie mógł mu przebaczyć książe tego zawodu, który uczuł boleśnie.
To powołanie na tron, wydawało mu się teraz niemal krzywdą wyrządzoną i pozbyciem się tylko umiejętnem nalegań Bartosza.
Raz powziąwszy myśl ruszenia pod Kalisz, książe ani godziny zwlekać jej nie chciał. Zostawił szlachcie Bartosza, aby jej wyjazd nagły koniecznością wojenną wytłumaczył, a sam tejże nocy z całym orszakiem swoim wyciągnął z zamku.
Szlachta tymczasem ucztowała okrzykując króla swojego, ciesząc się, spodziewając koronacyi i jak piorun spadła na nią wiadomość rano, że Semko biegł Kalisz zdobywać...
Arcybiskup przebudzony dowiedział się o tem z ust kapelana, zdumiony stał chwilę, bo go strach ogarnął zrazu, lecz kląkł na modlitwę spokojniejszy, nie potrzebował się już naleganiom opierać.
Tegoż dnia, Wielkopolanie trochę zawiedzeni w nadziejach, widząc że w Sieradziu robić już co nie mają, rozjeżdżać się zaczęli.
Wszystko pierzchało ztąd z pospiechem większym jeszcze, niż przybyło.
Ks. Płaza po mszy u fary, uspokojony odjazdem księcia, natychmiast wybierać się zaczął z powrotem do Krakowa.
Na wsiadanem już przywlókł się do niego Bobrek. Twarz miał wesołą, ale mówił smutnie.
— Tom się darmo trząsł, aby do tego Sieradzia dobić — rzekł szydersko — nikt nawet jednej modlitewki u mnie nie kupił... Te władyki wielkopolskie grosza przy duszy nie mają. O zielonej paszy, na chudych szkapach się tu przywlekli, krzyknęli raz i drugi, napili się piwa, i jazda nazad do swych zagród.
A i księcia czy króla nagle nie stało — dodał z uśmiechem. — Niewiedzieć teraz jak go zwać, a i on sam niepewien czem jest...
Zniżył głos Bobrek i dodał.
— Złamanegobym denara nie dał za tę jego koronę.

KONIEC TOMU DRUGIEGO.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.