Semko/Tom III/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
< Semko‎ | Tom III
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Semko
Podtytuł (Czasy bezkrólewia po Ludwiku).
(Jagiełło i Jadwiga)
Data wydania 1882
Wydawnictwo Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom III jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom III jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron



II.

Murawi Ostrów leżał na granicy, w lasach Mazowsza, a nazwanym był, jak się domyślać łatwo od położenia swojego na wzgórzu, w widłach dwóch rzeczułek, które u stóp jego rozciągające się błoto łączyło.
Wyniosłość była ledwie znaczna, dość rozległa, prawie cała odwiecznemi porosła drzewami. Po nad rzeczułkami i moczarem gęsto zarastały łoziny, wierzby, krzewy bujne, w pośrodku stare sosny i dęby nie dopuszczały już krzakom żyć pod sobą, tu ledwie miejscami borówki i brusznice żyć mogły... Gałęzie starych olbrzymów prawie nie dopuszczały światła i to tylko co się bez niego obchodzić mogło, drzemiąc w mroku, blade rozpościerało wici.
Część ta lasu majestatyczną była i piękną. Wiosną znaleść było łatwo i zwierza, latem pustował Ostrów, bo tu pożywienia on nie znajdował, czasem tylko stada łosiów i kóz, gdy strumienie powysychały, przychodziły się w nich orzeźwiać.
Ludzie rzadko się tu zabłąkiwali...
Ostrów położony był dość odlegle od gościńców i rzek większych, osad w okolicy nie było...
W końcu Sierpnia, na dzień naznaczony, Semko, który niecierpliwie czekał na to, gubiąc się w domysłach najrozmaitszych; znalazł się wieczorną porą na Murawim Ostrowiu. Towarzyszył mu, jak przyrzekł brat Antonjusz, a oprócz niego służby kilkoro, która namiot i zapasy wiozła podróżne.
Nie zastali nikogo. Semko sam wybrawszy miejsce, wśród najstarszych drzew, nie daleko rzeczki, gdzie pasza dla koni była dobra, namiot duży rozpostrzeć kazał i szałasy sposobić...
Ludzie nawykli czasu łowów do podobnych noclegów, szybko i umiejętnie wzięli się do roboty... Rozpalono zaraz ognisko, wyszukawszy suche gałęzie sosnowe i płomień syknął wesoło. Latem czy zimą, ogień na popasie i noclegu musiał się palić. Wstrzymywano się tylko od nakładania go, gdy mógł zdradzić przed nieprzyjacielem.
W lecie panowała cisza, tej porze roku właściwa, gdy już znaczniejsza część ptactwa milknie.
Górą kołysały się zielone gałęzie, powolnie, jak senne — a szum ich tonął w tem uroczystem milczeniu samą swą jednostajnością.
Książe oczekiwał na jadło, które dla niego przygotowywano, a brat Antoniusz, będący, jak większą część roku, z suchotami — jadł kawałek chleba z solą, który mu najlepiej zawsze smakował, gdy szelest się dał słyszeć zdala, a potem stąpanie koni, po miękkim pokładzie leśnej ziemi, niebardzo się rozlegające.
Z po za drzew ukazało się kilku jeźdźców. Z nich jeden tylko, dawszy znak towarzyszom, aby zostali opodal, gdy księcia zobaczył, dobiegł do obozowiska sam i z konia skoczył.
Semko, którego ciekawość wielka paliła, patrzał pilno, lecz przybywającego poznać nie mógł.
Dopiero, gdy konia rzuciwszy pieszo się zbliżył, czapkę zdejmując przed księciem, wpatrzywszy się w niego, przypomniał... starostę Hawnula. On to był w istocie.
Książę, któremu pamięć po nim dosyć dobra została, uczuł się spokojniejszym, widząc że z nim miał do czynienia.
Łatwo się mógł domyśleć, że przybywał w sprawie Jagiełły.
Wspomnienie Litwina, który był jego współzawodnikiem i odbierał mu koronę, ścisnęło serce Semkowi. Pomimo przykrego wrażenia tego, powitał Hawnula z uprzejmością, lecz razem dumą człowieka, który pamiętał, że choć chwilę królem się sądził.
Hawnul podchodził ku niemu zmięszany widocznie, mierząc go niespokojnemi oczyma, pragnąc myśli odgadnąć.
— Niech mi wasza miłość przebaczy — zawołał — żem ja trudził aż tutaj; Bóg świadkiem, iż pragnę dobra, i sądzę, że pokój i przyszłość szczęśliwą przynoszę...
Milczał książe, skłoniwszy głową tylko. Hawnul witał starego, który na widok jego radośnie się uśmiechał.
— Bracia was pozdrawiają! — rzekł. — O. Paweł śle wam słowo serdeczne.
Zakonnik ręce podniósł uweselony...
Tymczasem drużyna księcia łowiecką strawę przygotowywała i na ziemi rozłożyła przybory. Semko wskazał ręką, poszli wszyscy do tego leśnego stołu i na siedzeniach na prędce uklepanych, miejsca zabrali. Brat Antoniusz tylko dojadający chleba siadać nie chciał, a wkrótce się z różańcem na stronę oddalił.
Hawnul widząc, że Semko nie zechce począć rozmowy, pierwszy zagaił.
— Miłościwy książe, naprzód wam to oświadczyć muszę, że choć za wiadomością pana mego tu przybywam, nie jestem jego posłem. Moja to własna żądza zgody i pokoju mnie tu przygnała. Lecz, pod przysięgą też zeznam wam, iż to co przyrzeknę w imieniu pana mojego, on dotrzyma...
Zamilkł nieco, i mówił dalej.
— Wciągnięto was, miłościwy panie, i zawiedziono... Co się stało, próżno boleć nad tem. Królowa Jadwiga przybywa... to nie ulega wątpliwości. Między panami co ją otaczają i będą pierwszemi jej kierować krokami, znaczniejsza część zobowiązała się dać jej za małżonka pana mojego.
On Polsce przynosi nową siłę, bogactwa, zasługę w obec Kościoła, pokój i, da Bóg, długie lata szczęśliwości...
— Wszystko to — rzekł cicho Semko — jeszcze jest nadzieją tylko i niepewnością... Królewnej dotąd niema, królowa Elżbieta oszukiwała Polaków tylekroć, że jej wierzyć nie można... Jagiełło w wojnie srogiej z zakonem i on sam niepewnym, czy się utrzyma.
— Zadamy cios zakonowi straszny tem, coście wy sami przygotowali — rzekł Hawnul — odbieramy im Witolda. Jagiełło silniejszym się stanie niż był. Nie mamy o to obawy... W Polsce uczyniliśmy starania. — Tu Hawnul się uśmiechnął. — Jedni dla Kościoła i Polski, drudzy dla złota nam pomogą. Mamy czem nagrodzić tych, co posiłkować będą...
Mówił to z taką pewnością, iż Semko słuchając, zwiesił głowę.
— Gdyby korona, którą wam ofiarowano do osiągnięcia była — dodał starosta — nie odwodziłbym was od niej, ani śmiał — odbierać — lecz, miłościwy książe, macie nieprzyjaciół więcej niż druhów. Boją się was. Ktokolwiek królem będzie, wy jej nie osiągniecie. Z nami zawierając przymierze, wyrzekając się tego, co niepodobne, możecie odzyskać, coście stracili i zdobyć więcej, nie wyjmując z pochew oręża...
Semko dumał. Jechał tu wprawdzie nie żywiąc żadnej nadziei, oddawna jej pozbawiony, teraz, gdy z nim w układy wchodzić zapragnął Hawnul, rachował, że przecież coś go do tego skłaniać musiało; odzyskiwał przekonanie, że siłę jakąś mieć musiał...
— Jeżeli nie mam, jak mówicie, żadnego już środka dobicia się korony, dlaczegoż ująć mnie chcecie? — zapytał.
— Dlatego, — zawołał Hawnul, — że nieprzyjaciół, wstępując w próg nowego państwa, Jagiełło mieć nie chce. Możecie bezskutecznie trapić nas walką...
Książe poruszył głową.
— Stawcie się — rzekł — w położeniu mem! Byłem obrany i okrzyknięty królem! Pamięć tego dnia się nie zatrze. Naprawdę, bez władzy, alem tym królem po dziś dzień... Jestem z krwi tych panów, co długie wieki Polską władali... Korona z prawa na kądziel zejść nie mogła. Miałżebym się zrzec tego, zapomnieć, żem walczył, uznać się zwyciężonym? Lepiej umrzeć i ginąć, niż srom znosić. Pokójbym miał, cześć bym postradał!!
Książe ożywił się mówiąc, głos mu drżał — Hawnul dał ochłonąć.
— Zwyciążonym być, bolesna rzecz — odezwał się, — ale któryż rycerz nim nie bywał? Wy zaś, miłościwy panie, zwyciężonym nie jesteście, nie będziecie, poświęcicie siebie dla Kościoła, dla nawrócenia pogan, dla sprawy Chrystusa; Bóg wam to nagrodzi, ludzie ocenią, Polska wdzięczną będzie...
Hawnul mówił żywo i z gorącością człowieka, który wielkim celem, jaki miał przed sobą, był olśniony... Głos jego drżał, wyrazy siłę miały, jaką daje duch możny. Książe zawahał się z odpowiedzią.
Nie śmiał pytać, co w zamian otrzymać może od Jagiełły... Starosta dał mu się rozmyśleć, i wyczekawszy nieco, począł powoli.
— Jagiełło w domu tym, na pierwsze czasy potrzebuje pokoju; zresztą nieochybna czeka go wojna z zakonem. Krzyżacy ochrzcić nie mogąc i uczynić sprzymierzeńcem i hołdownikiem, wszystkie siły zwrócą przeciw niemu... Wojna w domu byłaby nieszczęściem. Nie bądź więc książe nieprzyjacielem, ale sprzymierzeńcem, naśladuj brata. Odzyskasz całą swą dzielnicę.
— Trzymam Kujawy — wtrącił książe.
— Jestem pewien, że albo wam je Jagiełło zostawi, lub innem wynagrodzi nadaniem.
Starosta pomilczawszy chwilę, nieśmiało wahając się dodał zniżywszy głos.
— Widziałeś miłość wasza, będąc w Wilnie, młodą i cudnej urody siostrę Jagiełły... Aleksandrę.
Semko drgnął zarumieniony...
— Jagiełło jej rękę z wianem książęcem wam da z pewnością. Będziecie mu bratem najmilszym, jak ona jest z sióstr najdroższą...
Staniecie przez to tak blizko tronu, że wam ani panowie wielkopolscy, ani w świecie nikt serca Jagiełły odebrać nie potrafi. Będziecie mu doradzcą, bratem.
Spojrzał książe słuchając na Hawnula już nie posępnym wzrokiem, którym go witał, lecz rozjaśnionym nadzieją. Na myśl mu przyszedł obraz tego złotowłosego dziewczęcia. Miałożby ono wyrokiem Bożym być mu przeznaczonem, i losem wskazanem. Serce mu uderzyło... Składało się tak wszystko, iż widzieć w tem mógł wolę opatrzności. Duma jednak poddać się tak skoro nie pozwalała, ona jedna teraz jeszcze zamykała mu usta...
Hawnul nie zrażał się milczeniem upartem, i sam mówił dalej.
— Księżniczkę Olgę Aleksandrę ja znam od dzieciństwa. Mała to rzecz, że najpiękniejszą jest z rodzeństwa, i że w krasie równej niema u nas. Daleko więcej znaczy, że ma serce litościwe, że dla sług i niewolnic jest dobrą, że wszyscy ją kochają, a ona dla najbiedniejszych jest najlepszą. Chrześcianka gorliwa, pobożna, pracowita...
Hawnul z uniesieniem długo począł mówić o przymiotach i cnotach księżniczki.
— Jagiełło ją nad wszystkie swe rodzeństwo miłuje — dodał — możecie więc być pewni, że los jej i wam zapewni świetny...
Zatopiony w myślach, Semko słuchał spokojnie, nic nie odpowiadając, wtrącił czasem krótkie pytanie, nie dając poznać po sobie nic, oprócz ciekawości. Wszakże Hawnul miał prawo wnosić z samego milczenia, że myśl, którą przyniósł, ujęła Semka za serce...
Długo po ukończeniu wieczerzy, siedzieli jeszcze, aż noc zapadła... i ognisko tylko rozłożone im przyświecało. Dla Hawnula czeladź jego opodal szałas przygotowała. Rozeszli się nic wprawdzie nie postanowiwszy, bo Hawnul nalegać nie mógł, lecz starosta udał się na nocleg z sercem nadziei pełnem.
Po drodze przechadzającego się jeszcze z pacierzami spotkawszy brata Antoniusza, Hawnul pochylił się do ręki jego i szepnął.
— Ojcze, módl się, abyśmy nie wracali z niczem.
— Cały wieczór do Boga wzdycham o to — odparł staruszek...
Pozostawszy sam Semko siedział u ogniska długo. Sen go nie brał. Myślał a ważył i rozważał, co czynić.
Jeden wstyd tylko hamował go jeszcze... Opatrzność widocznie łaskawa podawała mu rękę, do wyrwania się z nad brzegu przepaści; lecz potrzeba było mieć męztwo i stateczne postanowienie, aby oprzeć się nowym pokuszeniom Bartosza i tych co z nim trzymali. Zerwać z przeszłością, wrócić na ojcowskie i braterskie tory: wyrzec snu o koronie na wieki!!
Dziś był to już sen tylko złoty, który się skończył krwawo i czarno...
Pobożny Semko, westchnął do Boga... w duszy mówiło mu coś, że Piastów panowanie i ród się kończył.
Dlaczegoż nie zginął w boju?
Marząc i usypiając, budząc się do nowych rozmyślań o swej doli, Semko dotrwał na posłaniu do rana. Zerwał się słysząc drobnych ptasząt ćwierkanie i poszedł błądzić po ostrowie...
Tu go spotkał także już rozbudzony i modlący się brat Antoniusz; a w chwilę potem nadszedł Hawnul.
— Książe miłościwy, rzekł — zbiegłem tu niemal życie ważąc, godziny mam policzone; zatem pokornie proszą was: stanówcie z czem mam powracać.
Stał Semko milczący długo, słowa gotowe w duszy przez usta mu przejść nie mogły. Naostatek wzdychając, rękę wyciągnął Hawnulowi i szepnął:
— Dziej się wola Boża.
— Amen, — dodał pobożny starosta, skłaniając głowę i podnosząc ją wnet z obliczem rozjaśnionem. Z uczuciem ucałował rękę księcia.
— Życie moje stawię na to — zawołał — że miłość wasza postanowienia swego żałować nie będziesz. Uczyni Jagiełło dla was, co tylko w mocy jego; przysięgą jestem gotów to stwierdzić.
Lecz książe dochowaj mu wiary.
— Cóż mam czynić? — zapytał Semko.
— Na teraz nic jeszcze takiego, coby układ zawarty zdradzać mogło. Jadwiga przybywa; wszyscy spieszą przyjmować młodą królowę, jeżeli miłość wasza zapragniesz, choćby potajemnie możesz się znaleźć w Krakowie. Jestem pewien, że panowie małopolscy zażądają zgody i zapomnienia sporów, i zgodą opłacą. W. miłość co uzyskasz od nich i od królowej, to my strzymamy święcie, a w rachunek to wchodzić nie będzie. Dziś więcej do czynienia nic niema.
Semko dał znak zgody...
Jeszcze raz podał rękę Hawnulowi. Dobył potem krzyż, który nosił na piersiach, pocałował go i rzekł.
— Na ten znak Zbawiciela poprzysięgam wam, iż umowy dochowam.
— A ja na tenże znak klnę się, iż pan mój święcie spełni, co ja w jego przyrzekłem imieniu.
Semko zawahał się chwilę. Obraz pięknej Olgi stał mu przed oczyma.
Na palcu miał pierścień, który mu Julianna dała na odjezdnem, przeznaczając go na zrękowiny. Zdjął go powoli.
— Weźcie pierścień ten — rzekł — a bądź co bądź, ja nim ślubuję księżniczce Oldze... i od tej godziny, niech będzie narzeczoną moją.
Hawnul mało co się zawahawszy, pierścień przyjął i starannie zawinąwszy włożył do kaletki.
— Pierścień ten będzie razem zadatkiem przymierza — dodał — zależy jednak na tem, miłościwy książe, aby to coś my tu, z pomocą Bożą, umówili, zostało do czasu tajemnicą. I dla was i dla Jagiełły przystoi to, byśmy się nie zdradzali nim nadejdzie błogosławiona godzina... Wiele jeszcze mamy do przezwyciężenia...
Westchnął Hawnul... — Lecz przy tej samej łasce Boga, która nam dotąd drogę torowała, cel osiągniemy.
Widząc ich dwukrotnie podających sobie ręce, brat Antoniusz zbliżył się rozradowany!
— Mam-li już Bogu dziękować? — zapytał...
— Tak — ojcze! zmówcie modlitwę... rzekł Hawnul.
Nie zwlekając staruszek podniósł oczy ku niebu i gorąco odmawiać ją zaczął. Książe i Hawnul stali przy nim w skupieniu ducha powtarzając wyrazy dziękczynne...
Ranek jesienny, parny ale pogodny ozłocił w tej chwili przeciskającem się przez gałęzie promieniem słonecznym to gronko ludzi pobożnych, marzących o lepszej przyszłości...
W godzinę potem starosta był już w drodze do Wilna, Semko sam, bo mu Antoniusza zabrał Hawnul z sobą, wracał po drodze łowiectwem się zabawiając do domu.
W Płocku zniknięcie to Semka nagłe, wielki niepokój zrodziło. Błachowa, Ulina, wszyscy co o celu podróży nie wiedzieli, zlękli się nowego rzucenia w wojnę, niebezpieczeństw i nowej klęski, po tylu już doznanych. Kanclerz jeden był wtajemniczony, i oczekiwał powrotu z niepokojem tym większym, iż się niewiele spodziewał, po jakichś tajemniczych układach.
Radość więc była wielka gdy po tych dniach oczekiwania, nagle wpadł Semko na zamek, żywo, śmielej, z podniesioną głową, takim jakim go niewidziano od dawna.
Co sprawił o tem się od niego nikt dowiedzieć nie mógł, lecz wnoszono z twarzy a humoru, że nic się złego nie stało.
Pytającemu kanclerzowi powiedział.
— Mój ojcze, zamknięte mam usta przyrzeczeniem milczenia, powiem wam tylko, Bóg łaskaw! Pomódlcie się, aby nim był do końca.
Najniezrozumialszem było wypogodzenie czoła i odzyskana swoboda dla Błachowej i Uliny. Widziały, że Semko rad był czemuś, a niemogły domyśleć się co go tak wesołym czyniło. Odzyskały i one trochę otuchy.
W położeniu jednak nie zmieniło się nic, Bartosz jeszcze wojować musiał, jeżeli nie w nadziei zdobycia czegoś, to w obronie resztek jakie mu pozostały i własnej skóry.
Czyhano na nią ze wszystkich stron, bo nikt się tyle nie naraził Grzymałom i stronnikom królowej co on, musiał więc mieć się na baczności.
Po niebytności dość długiej, jesienią już późną, zjawił się Bartosz z małym oddziałem w Płocku.
Niezrażony niczem dotąd, przybywał i on znużonym, zniechęconym, złamanym. Spodziewał się od księcia wymówek i przygotowany był na nie. Była to godzina wieczerzy. Semko siedział za stołem z Sochą, z chorążym swym i kanclerzem, kilku szlachty, niedobitków mieściło się u szarego końca.
Gdy Bartosz wszedł, rzuciwszy tylko okiem na Semka, poznał, że książe był mniej niż zwykle ponurym, mniej gniewy tajemne dławiącym w sobie.
Wskazano mu miejsce za stołem.
Bartosz chwalić się nie mając czem, o swojej wyprawie nie powiadał wcale. Szlachta opisywała straszne znęcanie się i okrucieństwa Grzymałów.
Przy wieczerzy czas cały zszedł na tych powieściach, jednych od drugich krwawszych i straszniejszych... Semko milczał na łokciu sparty.
Skończyła się wieczerza, zdjęto obrusy, stary wojewoda i kanclerz ruszyli pierwsi od stołu, pociągnął za niemi chorąży, naostatek i biedne władyki. Sam został z Bartoszem Semko.
Chwili tej Odolanowski pan najbardziej się lękał. Sam na sam przychodziły wymówki i żale, teraz książe słowa nie rzekł. Spytał tylko coby słyszał o przybyciu Jadwigi, kiedy się jej spodziewano.
— Niestety — odparł Bartosz — pewnem to już jest i wszystkim wiadomem, że młoda królewna w październiku przybędzie do Polski.
Westchnął zżymając się rycerski pan.
— Głoszą ją cudem piękności, ale co nam potem, kiedy w rękach Krakowian trzymana będzie i dostąpić do niej nie potrafimy.
Semko okazał obojętność zupełną.
Zdziwiło to Bartosza, gdyż znał go namiętnym, a takim jak teraz nie widział od dawna.
— Stracona sprawa nasza — odezwał się książe po krótkiem milczeniu — nie mamy się co łudzić. Wy jedni wiernieście dostali przy mnie do końca, ufajcie, że o tem nigdy nie zapomnę.
— Cóż gdy nas przemożono i niemal w garści mając zwycięztwo, straciliśmy je.
— Wolą losu, nie winą naszą — przerwał Semko. Z tym walczyć nikt nie podoła.
Bartosz coraz większe okazywał zdumienie, nie mógł pojąć, zkąd przyszło to zdanie się na wolę Bożą, w człowieku, który niedawno zaprzysięgał walczyć do końca i niepoddać się nigdy. Wprawdzie on sam stracił był już wszelką nadzieję, lecz w Semku, tak gwałtownym i niepohamowanym ta powolność była dlań niezrozumiałą.
— Nie pozostaje nam pono nic — odezwał się — jak z orężem w dłoni dotrwać do końca. Może przy ogólnem uspokojeniu coś wyjednamy.
— Z orężem w dłoni? — rzek Semko pytająco — tak, ale chyba na własną obronę, bo drażnić ich już dziś na nic się nie przydało.
Bartosz uszom prawie nie wierzył.
— Wy zostańcie w Płocku — odezwał się Semko — należy wam spoczynek, a tu będziecie bezpieczni.
Zwrócił wnet nie czekając odpowiedzi nawet, i począł badać co słyszał o przybyciu Jadwigi, czy ono pewnem było, i na kiedy je obiecywano.
Odolanowski pan wpadł na myśl, że książe może rachować na przypodobanie się młodej pani, i nie przyznając do posądzenia, dodał zaraz.
— Powiadają, że królewna czy królowa, bo nie wiem jak ją zwać mam, wielce jest rozmiłowaną w swym narzeczonym Wilhelmie rakuzkim, z którym się od dziecka wychowywała.
Są co upewniają, że chociaż kłamliwa królowa Elżbieta, zezwoliła na to, aby związek był rozerwany, napewno on przyjdzie do skutku.
— A jakżeby Polacy tym królem mieli się zaspokoić, gdy on u nich mieszkać i panować nie może? — zapytał Semko.
Zapytanie to utwierdziło jeszcze Bartosza w powziętej myśli. Nie miał on nic przeciwko niej, ale znając usposobienie panów krakowskich, nie wierzył, aby ona mogła najmniejsze mieć prawdopodobieństwo ziszczenia.
Zamilkł więc, a Semko tylko nawiasem rzucił życzenie, iżby choć potajemnie rad być świadkiem przyjazdu młodej królowej.
— Potajemnie? — podchwycił Bartosz — trudnem będzie, boć nadto ludzi zna miłość waszą, i zbyt wiele oczów na każdy krok jej patrzy, lecz choćby jawnie, któż tego wzbronić może? Jedzie wszakże Opolczyk, czemubyś miłość wasza nie miał? Jakieś zawieszenie broni się liczy, więc uczynić nic ani zechcą, ani mogą.
Semko dnia tego nie przedłużał rozmowy, lecz nazajutrz we cztery oczy wznowił ją z Bartoszem.
Ten zmianie jaką znalazł w księciu wydziwić się nie mógł, patrzał i słuchał, niedowierzając. Nie postanowieniom się dziwił, bo te konieczność nakazywała, ale nadzwyczajnemu spokojowi i obojętności.
Wybuchów gniewu, narzekań, do których był nawykły z ust jego nie słyszał.
— Co się z nim stało? — powtarzał w duchu — co się z nim stało?
Ani kanclerz, ani wojewoda wytłumaczyć mu nie umieli. Rzecz była zdumiewająca, niepojęta, ale szczęśliwa, i Bartosz lękał się tylko, aby nagle nie wróciła natura dawna.
Nawet przed tym powiernikiem swym, w którym miał największe zaufanie, książe się nie zdradził i nie wydał.
Stara Błachowa i Ulina widząc go tak zmienionym, domyślały się, odgadły, iż zmiana jakaś zajść musiała.
Szczególniej dziewczę o tego brata radośne a podejrzliwe, najmniejszą drobnostkę postrzegające i chorobliwie z niej wyciągające wnioski, po powrocie z ostatniej wycieczki zobaczyło, że książe na palcu pierścienia księżnej Juljanny nie miał... Obudziło to w niej domysły.
Jednego dnia spytała księcia, co się z nim stało. Semko spojrzał bystro na nią, i obojętnie odparł, że go zgubił na łowach.
Ulina potrząsła główką; z twarzy mu czytała, że kłamał. Milcząca a smutna, szpiegowała teraz każdy krok jego.
W końcu września zaczęto robić przygotowania do jakiejś podróży, w której i Bartosz księciu miał towarzyszyć.
Przenikliwe dziewczę domyśliło się jej celu. Jednego wieczora, śmiało mu patrząc w oczy, odezwała się z przekąsem.
— Chce ci się więc bardzo, zobaczyć piękną królowę?
Semko spojrzał na nią ruszając ramionami.
— A gdyby tak było? — spytał.
— Jużbym się nie dziwowała — rzekła Ulina. — Starałeś się o koronę, za którą zapłaciłeś drogo, choć ci jej nie dali, tylko na dzień, możesz się starać i o królowę, której i na godzinę ci nie dadzą!! Źle ci było w spokojnym domu z nami...
Semko słuchając marszczył się.
— Wy baby więcej od nas rozumu macie, wasby słuchać potrzeba! — odezwał się szydersko; lecz ujrzawszy, że dziewczynie łzy się w oczach kręciły, ulitował się nad nią. Wstał i pogłaskał ją po główce obejmując za szyję.
Dziewczę jakby o wszystkiem zapomniało co miało na sercu, przycisnęło się ku niemu i przymknęło oczy. Nastąpiła chwila milczenia, i jak zwykle, stara Błachowa pokazała się w progu. Można było być pewnym, że każde czulsze zbliżenie się ich, wywoła ją zawsze z kąta... Ulina nie zważała na matkę i nie odsunęła się od księcia, który też w miejscu pozostał, spojrzawszy tylko na starą, jakby jej wyrzucał tę niewiarę.
Błachowa nie powiedziała nic, zaczęła się po izbie krzątać, porządkować, sprzątać po kątach, aż póki się nie doczekała że książe powrócił na swe siedzenie, a Ulina głośnym pocałunkiem pożegnawszy go nie odeszła do swej kądzieli.
Przygotowania do podróży, nie dozwalały wszystkim odgadnąć jej celu, książe jechał z małym dworem najzaufańszych, wahał się nawet czy ma kanclerza brać z sobą, lecz choć się chciał w Krakowie skryć, aby o nim nie wiedziano, przeczuwał, że żydzi wierzyciele znajdą go i napastować będą. Naówczas kanclerz mógł mu być potrzebnym do nowych z niemi układów.
Przed samym wyjazdem niespodzianie gość go nawiedził, który sam naprzód nie zjawił się na zamku, lecz Bobrka wysłał przodem. Klecha przybył pewnego dnia do kanclerza, szepcząc mu że jeden z braci zakonnych z Malborga, wysłany od mistrza, chciałby się widzieć z księciem. W godzinę potem zajechał na zamek ubrany po rycersku, lecz bez żadnych oznak, któreby w nim Krzyżaka poznać dawały, towarzysz marszałka Wallenroda, Malcher Sundstein. Był to jeden z tych, których zakon do posłannictw swych dyplomatycznych używał, człowiek przebiegły, w którym więcej było przymiotów prokuratora niż rycerza.
Książe przyjął go na osobności.
Wysłaniec Czolnera począł od jakichś drobnostek tyczących się praw handlu i przewozu w części Mazowsza, którą Zakon trzymał zastawą. Były to tak małej wagi sprawy, iż trudno mógł pojąć książe iż dla nich Sundsteina wysłano do niego. W kilku słowach ułatwione zostały punkta sporne.
Naówczas Malcher rozmowę wszczął obojętną o sprawach Mazowsza i Polski, o przyjeździe królewnej i usiłował wybadać Semka, który się z niczem wydawać nie chciał. Namawiał on księcia, aby się starał zbliżyć do młodej pani, której przyjazd zapowiadano i ręczył mu, że Zakon popierać go będzie.
— A jakimże sposobem wy mnie tam pomocni być możecie? — spytał ciekawie Semko.
Sundstein się uśmiechnął.
— Wierz mi miłość wasza — rzekł — że my wszędzie mamy tak samo przyjaciół jak wrogów. W Polsce też, choć druhowie zakonu lękają się zdradzić, i nie występują jawnie, lecz są silni i czynni...
Książe — dodał rycerz Malcher — powinieneś jechać do Krakowa... i próbować, ażali tam sobie młodej pani i kogo ze dworu pozyskać nie potrafisz...
— Dobraby to była rada — odparł Semko — gdybym ja jak wy, obok wrogów, mógł liczyć na jakichkolwiek przyjaciół. Nie mam ich tam, a tacy ludzie jak wojewoda Spytek, są zaciętymi przeciwko mnie.
— Może stać się jednak, iż księcia będą przenosili, pomimo to, nad Wilhelma i nad poganina, który żadnego prawa znać nie zechce, a jak niewolników ich w garśćby, wziął żelazną. Jedź książe.
Semko się nie chciał wydać z tem, iż wyjazd jego był już postanowiony, odpowiedział, że się namyśli i rozpatrzy.
W ciągu dalszej rozmowy Malcher nalegał silnie. Semko przekonał się z niej, iż zakon o zabiegach Jagiełły był zawiadomionym, lecz spodziewał się je zniweczyć.
Na samo wspomnienie Litwina, burzyła się w rycerzach krew, widzieli niebezpieczeństwo. Książe rad był zbadać Sundsteina kogo Krzyżacy mieli za sobą w Krakowie, lecz poseł złożył się tem, iż to było tajemnicą, samemu tylko w. mistrzowi wiadomą.
Po długich i silnych naleganiach, któremi Krzyżak starał się w Semka wlać otuchę i zachęcić go do podróży, odjechał on nareszcie, zapewniwszy jeszcze księcia, że zakon gotów jest być mu pomocą.
Cicho i niepokaźnie Semko w ostatnich dniach września wyruszył z Płocka, wraz z Bartoszem, kanclerzem i małym pocztem zbrojnym.
Cały jego oddział nie wyglądał wcale na książęcy, ludzi miał niewielu, i uzbrojenie choć doskonałe, ale niepokaźne.
Przodem wyprawiony komornik polecenie miał w stolicy znaleźć gospodę dla księcia wygodną, lecz na ustroniu, tak, by na siebie zbytnio oczów nie zwracał. Spodziewano się, że przy tak licznym zjeździe, łatwo będzie Semkowi ukryć się w tłumie. Rycerski strój ówczesny w wielu uroczystych razach dozwalał występować z przyłbicą zapuszczoną. Na to rachował Semko, który w uzbrojeniu swem unikał wszelkich oznak zewnętrznych, godeł i figur, po których poznaćby go można. Tarcze jego były bez orłów, hełmy bez klejnotów, z piórami tylko... Służbie zakazano brać z sobą suknie, na których europejskim zwyczajem szyte były herby książęce. Deki dla koni, bogato ozdobne, nie miały też godeł żadnych... Bartosz musiał się zastosować do pana, któremu towarzyszył.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.