Ramułtowie/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Ramułtowie
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1881
Drukarz Drukarnia S. Orgelbranda Synów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
VII.

W małéj salce Sylwana, któréj drzwi na ogród były otwarte, siedziała w fotelu Lelia... przeglądając album z fotografiami... Sylwan przechadzał się zamyślony...
— Mnie się zdaje — mówiła siostra — iż najprostsza grzeczność każe ci, bądź co bądź złożyć uszanowanie starościnie, i oddać wizytę panu Aleksandrowi!... C’est de rigueur!
— Nie przeczę! a jednak — będę otwarty z tobą — waham się — dla wielu powodów... Na co mam w sobie przygasły ogień odżywiać? po co niepokoić pana Aleksandra? Na co babci robić przykrość, a biednéj Hannie już nie wiem kłopot czy — niepokój?
— Ty łudzisz się kochana Lelio — tobie się chwilami zdawać może, iż cuda się dzieją na świecie, że pan Aleksander może się dać przebłagać i spojrzeć na mnie lepszém okiem... że — nie mówmy o tém.
— Owszem, mówmy o tém, śmiało podchwyciła Lelia — ty kochasz Hannę i Hanna ciebie kocha... to założenie.
— Ale nie trzeba nigdy z fałszywego założenia wychodzić, odparł Sylwan. Że ja kocham ją, to nie ulega wątpliwości, a żeby ona mnie kochać miała — jest więcéj niż wątpliwém...
— Mylisz się...
Sylwan zmilczał.
— Babcia, rzekł po chwili, ledwie mnie znosi... ojciec jawnie okazuje wstręt, i dał sam do zrozumienia, abym się nie uwodził marzeniami. Hanna sobą nie włada.
— Jesteś samą prostotą i niewinnością, przerwała Lelia. Babcia, poczciwa staruszka, ulega wpływom i kocha Hannę... ojciec jest najsłabszym z ludzi, którego ja nawet, istota wątła, mogę uśmiechem i słodkiem słowem poprowadzić gdzie zechcę. Jest więc wiele do zrobienia..
Vous comptez sans votre hote! chłodno począł Sylwan nie patrząc na nią, z oczyma spuszczonemi w ziemię — tym gospodarzem jest klika, obóz, stronnictwo, nazwij go jak chcesz, do którego babcia i Oleś, sami o tém nie wiedząc, należą... Jakżeby to stowarzyszenie dopuściło milionowéj pannie wyjść za ubogiego inżyniera, który nie udaje ani panicza, ani szlachcica i chce mieć własne przekonania, nie ulegając komendzie z góry? Potwarz, intryga, gwałt, oszczerstwo, postrach, użyte zostaną byle nie dopuścić tego uronienia siły... Majątek ten musi się dostać komuś nieposzlakowanemu o radykalizm i swobodę przekonań — a gdyby nawet Hannę potrzeba poświęcić, poświęcą ją nie wahając się, byle majątku nie stracić i nie dać go w ręce tych, których uważają za swych przeciwników. Do tak wysokich celów... o jakich marzą — wszelkich środków użyć wolno; a teologowie stowarzyszenia znajdą wyborne argumenta na uniewinnienie. Wyższy cel oczyści nawet z szalbierstwa, z gwałtu zadanego woli i t. p.
— Wiesz kochany Sylwanie, że mi się słuchając ciebie na śmiech zbiera... odezwała się nie dając mu dokończyć Lelia. Hrabia Rzewuski, autor „Soplicy“, mówił jednemu z wyższych urzędników, jeśli się nie mylę p. B......wi, że zna dwóch śmiesznych (wyraził się ostrzéj) ludzi, z których jeden zawsze się czegoś boi, drugi wiecznie czegoś spodziewa... Wiadomo do kogo to było zastosowane. Ja znam dwóch takich co się wzajem straszą, sami nie wiedzą czém... jedni skrytą potęgą Lojoli... drudzy massonami i tajemniczemi spiski... W średnich wiekach można się było może obawiać takich machinacyj podziemnych, dziś to są straszydła na wróble... Jezuici chcieliby może udawać potężny zakon Lojoli i mają ogromne siły finansowe, które umiejętnie zużytkowują — a massoni i ludzie postępowi na jaw wyciągają wszystko, i bój musi się toczyć nie po ciemnych kątach, ale na szerokim placu pod słońcem jasném.
— Tymczasem, mówił Sylwan, jezuicka potęga, tak czy inaczéj się ona zowie, potęga wstecznictwa jest jeszcze wielka; wszystko co jest w posiadaniu mienia, władzy i intelligencyi broni monopolu.
— Ale cóż do tego Hanna należy? śmiejąc się spytała Lelia — c’est une lubie!
— Hanna ma majątek! Hannę nawrócą... głowę jéj zawrócą... i pójdzie za ich wybranego lub... do klasztoru na ksienię... Wmówią jéj missyę obrony społeczeństwa, porządku... religii.
Zerwała się Lelia z krzesła, rzuciła album, pobiegła do brata i pocałowała go wołając:
— Jesteś monoman!...
Potem wróciła do krzesła...
Śpiewka dochodząca z ogrodu i uderzenie silne furtką nie dały jéj mówić daléj: w progu, w kapeluszu, niepostrzegłszy jeszcze Lelii — stał Herman.
— Sylwanie! zawołał, ratuj! umieram...
W téj chwili postrzegł Lelię i zmieszał się; ona parsknęła śmiechem.
— A! przepraszam! nie widziałem pani.
— Cóż ci się stało? zapytał podchodząc Sylwan.
— Nic, spokojnie odparł Herman: moja chroniczna choroba — nudy.
— Kobiety, dawniéj słynęły jako lekarki — wtrąciła Lelia szydersko na niego patrząc, na nudy mam doskonałe lekarstwo...
— Dajże mi go... pani... siostro... wahając się jakiego ma użyć wyrazu, odezwał się Herman i spojrzał na nią tak, że się jéj tego biedaka żal zrobiło.
Siadajże — panie lub bracie, jak chcesz, poczęła wesoło... Przyznam się, że jak na rodzeństwo jesteśmy w dość szczególném położeniu — nie wiemy nawet jak się nazywać.
— Ale siostro i bracie! wtrącił Sylwan — po staropolsku...
— Moje lekarstwo? podchwycił Herman, ratujże mnie, siostro...
— Na nudy?
— Tak jest, na chroniczne nudy...
— Jedno w świecie, wypróbowane — trzeba się mocno zakochać...
— Sylwan zaręcza, że ja tego nigdy nie potrafię, bom nadto zepsuty.
— Napraw się! zawołała Lelia...
— Człowiek jest jak zegarek, który im więcéj się naprawia, tém gorzéj idzie — rzekł Herman, — to dowiedziona rzecz. Ja mam zwyczaj, gdy mi się psuje zegarek, darowywać przyjacielowi...
— Piękny mu robisz podarek, rzekł Sylwan.
— Zresztą co się tycze zakochania, ciągnął daléj Herman: z tobą jako z siostrą droga pani, mogę mówić bardzo otwarcie. Jak tu się dziś zakochać w jednéj z tych panienek, które mówić nie umieją, czuć nie potrafią, sztywne, zimne, nudne... a wyrachowane jak tabliczka Pitagoresa. Są to kandydatki do stanu małżeńskiego i swobód jego... a nie do kochania. Dla nich miłość się zaczyna dopiero, gdy jest już zabroniona.
— Ślicznie nas malujesz...
— Cóżem winien, że mam taki wzór przed oczyma? mówił Herman — mógłbym się chyba zakochać w istocie żywéj, swobodnéj, rozumnéj... a takiéj nigdzie nie ma... mylę się... może jest jedna tylko... Pomiędzy garderobianą co śpiewa Filona, a hrabianką, co piszczy Casta diva... w środku braknie istot tych, którymby pieśń ich własna z serca i ust popłynąć mogła.
— Oleś powiedział, że jest jedna? podchwyciła Lelia.
— Tak... jedna się przypadkiem znalazła — odparł Herman, i dodał z emfazą, patrząc na Sylwana: — i ta cudzym przykuta pierścieniem.
— Cóż? mężatka? zapytała Lelia.
— Gdzie tam! nawet nie mężatka, bo gdyby nią była... gotowy dramat, i jużbym się nie nudził...
Lelia śmiała się, lecz z ciekawością spoglądała na Hermana, który po raz pierwszy tak się jéj dziwacznie a otwarcie malował... Wyobrażała go sobie gorzéj daleko...
— Jest jeszcze drugie lekarstwo — począł Sylwan — ale gorzkie.
— A ja gorzkich nie przełykam; ale jakże się zowie?
— A! stare jak świat, pewnie jak chinina od febry — praca...
— Doskonałe — a no, trzeba się nauczyć niém posługiwać... bo to coś nakształt gimnastyki...
— A sprobować?
— Nie mogę, rzekł Herman. Cóżby powiedziała mama! gorzéj, cóżby powiedziało jéj świątobliwe otoczenie. Praca zaraz pachnie demokracyą, radykalizmem, my jesteśmy ortodoksy... modlić się nam wolno a pracować tylko na chwałę boża, i — zresztą praca tak to coś nieoznaczonego... vague... wolałbym się zakochać.
Śmieli się z Hermana, on na Lelię patrzał, ona na niego.
— Widzę, że z ciebie braciszku bardzo biedne stworzenie... rzekła cicho — my ubodzy choć tych waszych chorób nie mamy... to pociesza.
— Na świecie kompensuje się wszystko, c’est connu! mówił Herman. Mama, która zapewne musi się też domyślać, że ja się nudzę, chce mnie zapędzić w święty stan małżeński...
— Doprawdy? i już dobrano bratu towarzyszkę nudy i niedoli?
— A jakże! komitet na większą chwałę bożą czuwa, bym mezaliansu nie popełnił. Ale kochana siostro — (si vous permettez) — mogą się strasznie omylić w rachubach...
— Kogóż przecie swatają?
— Najpiękniejszą, najbogatszą, najrozumniejszą jak powiadają, prawdziwy ideał, o którym wy może najlepiéjbyście mi coś powiedzieć mogli — pannę Hannę.
Sylwan obrócił się zdziwiony, Lelia aż krzyknęła.
— Jakto! już postanowiono?
— Już, c’est dit — mówił Herman wzdychając. Nie pytając ani jéj, ani mnie, ułożono to w komitecie, polecono mi tylko wykonanie dekretu...
Brat i siostra spojrzeli na siebie.
— Co wy na to? zapytał Herman...
— Jestem Hanny przyjaciółką, choć o wiele od niéj starszą, odezwała się wdowa, znam ją jak siostrę... kocham... jak mego brata... i nie zdaje mi się, ażebyście państwo dla siebie byli stworzeni, ani by Hanna była owemu komitetowi posłuszna...
— Ja zaś, o ile siebie znam, rzekł Herman, przewiduję, że nie potrafię się ożenić z dyspozycyi... ale że mi spokój miły... nie będę się kłócił...
Odwrócił się do Sylwana.
— A powiedz też ty mi, proszę, coś tym panom zrobił, że ciebie tak nienawidzą czy się lękają? Zdaje się, że wczoraj musiała ich wielce zgorszyć twoja przytomność na wieczorze, i mamie coś napletli, bo mi zakazała wasze towarzystwo... a owoc zakazany — najsmaczniejszy.
— To było do przewidzenia — rzekł Sylwan: mam niezasłużoną reputacyę herezyarchy i rewolucyonisty dla tego, że w religii oprócz formy pragnę ducha i czynu, a lud uważam za braci. Dla tych panów tego wszystkiego aż nadto do potępienia człowieka, bo im religia narzędziem, formą tylko i administracyjną machiną, lud zawsze poślednim materyałem, stworzonym, by go wyzyskiwano...
Ruszył ramionami Sylwan... brat patrzał na niego długo milczący.
— Dalipan! tyś bardzo odważny człowiek, rzekł w końcu... z twojém wyznaniem wiary... wiekuiście musisz być prześladowany, na indeksie. Ja — mój Sylwku — wolę w te rzeczy się nie wdawać... Gdy kto porządek i społeczność ratuje siedząc na kanapie, a mówi obrazowo jak Lubicz... poklaskuję — gdy kto głosi braterstwo ludu... admiruję... gdy kto staje w obronie wiary unoszę się.. gdy fatalizm gnębi... podziwiam... ale mi to wszystko jedno... bylem się nie nudził.
— Tak młody! tak młody! — przerwała Lelia — i już takim jesteś sceptykiem.
— No, że też sceptykiem! zaśmiał się Herman: tobym choć wątpliwego coś miał tu — uderzył się w piersi — ale ja jestem... indyfferentem...
Paprzyca powiada, że kraj może być zbawiony przez pieniądze tylko; ja... już dziś całą wartość życia przywiązuję do użycia.
— Pfe! to szkaradnie! zrywając się z miejsca — przerwała Lelia... Co za świat! co za ludzie! Któż cię wychował, mój bracie?
— Najświątobliwsi księża jezuici — rzekł Herman spokojnie, — potém mamine pieszczoty serdeczne, dużo pieniędzy... i — ot... XIX wieku powietrze!
— Żal mi cię!
Sylwan się zbliżył do brata i ujął go w ramiona z uczuciem wielkiém...
— Kochany Hermanie, zawołał: tybyś mnie doprawdy nawet z jezuitami pojednał — tak z całą swą biedą, jesteś szlachetnie otwarty, tak z twego sarkazmu bije serce, tak wiele w tobie żywotnego materyału! tak wiele w tobie pragnienia dobra... O mój drogi, chciéj tylko na to życie, z którego sobie robisz igraszkę, spojrzeć poważniéj, głębiéj, z téj wiary Chrystusa, z któréj oni robią pętle i bicze kręcą, odłącz boże ziarna... uwierz w dobro na ziemi, szukaj ideału, stwórz go w sobie... zadaj sobie pracę nad sobą, namiętnością, słabością, upadkiem ducha, — a wyrobisz się na wyższą istotę, na prawdziwie godnego imienia tego — człowieka...
Tak — życie nędzy jest pełne, i ludzie słabi, i świat nie wiele wart; lecz wywalczyć z nędzy téj bogactwo ducha, ludzi słabych krzepić, świat przejść nie walając się o niego a litując mu się — toć piękne i wielkie zadanie. Dla czegóż go nie podjąć?
— Kto ma siły — amen — zakończył Herman i zwrócił się do Lelii. Kochana siostro — rzekł — choć Sylwan na mnie gderze... ja go kocham... On jeden wierzy, że z tego zbrukanego gałgana jeszcze coś być może.
Lelia z politowaniem i współczuciem podała mu rękę...
— Zaczęliśmy wesoło a skończyli aż nadto jakoś smutnie, rzekła — przerwijmy... Co robisz wieczorem?
— Wieczorem postanowiłem być posłusznym, odezwał się Herman: mama się wybiera do starościny, ja jéj towarzyszę.
— Cóżtu zrobić? z zakłopotaniem zawołała Lelia patrząc na brata: myśmy tam także być mieli?
— A! to się cudownie składa! rzekł Herman... chociaż, chociaż mama może nie zupełnie będzie temu rada... bądźcie koniecznie... ja was żegnam, idę, ubieram się i do zobaczenia...
Ścisnął rękę Sylwana, Lelii, i szybko wyrwał się z ogródka...
Po jego wyjściu długo pozostali nie przemówili do siebie.
— Osobliwszy chłopiec — odezwała się w końcu wdowa — żal mi go, mam dla niego współczucie siostry... ale co się z nim stanie...
— Nikt nie odgadnie gdzie go burza poniesie, odpowiedział Sylwan. Ciężko uwierzyć temu, ale to są zwykłe owoce tego wychowania religijnego pozornie, które tworzy takich sceptyków i nieszczęśliwe istoty wyżyte, nim żyły... Cokolwiek bujniejsza i bogatsza natura przywiązana do kołka, wykrzywia się tak poczwarnie nie mając swobody rozwinąć się wedle praw natury swéj; słabsze cherlają i z nich karłowaty chiński tworzy się ogródek.
Na tém skończono rozmowę... Lelia poszła się ubierać na wieczór, Sylwan miał ją przyjść zabrać... o naznaczonéj godzinie... Herman wróciwszy do domu położył się z cygarem na kanapce i przedrzemał do wieczora... ledwie zdążył się potém ubrać, gdy paradny ekwipaż hrabiny oznajmiono, matka po niego przysłała.
Strój hrabinéj, dobrany jak najstaranniéj był przepyszny, i matrona wydawała się w nim majestatycznie. Suknię miała aksamitną fiołkową z koronkami czarnemi, trzy sznury pereł na szyi, bransoletę ze szmaragdem ogromnym na ręku... a we włosach gwiazdę brylantową wielkiéj ceny. Wyglądała jak królowa... i spodziewała się, że u starościnéj toaletę jéj kobiecą przynajmniéj ocenić potrafią. Lekko licząc miała z półtora tysiąca dukatów na sobie... Herman blady, z bólem głowy, znudzony ale wyelegantowany starannie, podał jéj rękę do powozu.
Podróż całą, krótką zresztą odbyli w milczeniu, hrabina wkładała upartą rękawiczkę numer sześć, która żadnym sposobem na małą wprawdzie lecz pulchną rączkę wnijść nie chciała... Kareta stanęła, Herman wyskoczył... i powoli zaczęto wchodzić na pierwsze piętro...
Starościna nie miała ani takich salonów, ani przyborów wspaniałych dla przyjęcia gości, lubiła téż prostotę i wyszła do hrabinéj w czarnéj sukni swéj jedwabnéj, koronkowéj chustce, z włosami siwemi gładko przyczesanemi... Hanna także, nie mogąc być czarno, ubrała się biało. W salonie znajdował się już wcześniéj przybyły Sylwan, który stał skromnie u okna i Lelia uchodząca tu za domowę... Oleś z kamizelką okrutnie otwartą i olbrzymiemi mankietami białemi, we fraczku paryzkim, zdala zakrawał na kawalera.
Oprócz tych osób był już przyjaciel domu nieoszacowany Dołęga (z wiecznym swym śmiechem papuzim), który miał zabawiać, a w razie potrzeby służyć do wiska dla hrabinéj. Posadzono ją naturalnie na najpierwszém miejscu, na kanapce, a starościna zajęła się rozmową... tymczasem oczy Sylwana i Hanny przez pokój cicho mówiły ze sobą o przeszłości — starościna i ojciec Hanny widocznie zaniepokojeni byli spotkaniem jéj z Sylwanem. Dołęga zdziwiony, że ich tu spotkał...
Hanna zdawała się wahać z razu, czy się zbliżyć do dawnego przyjaciela, czy mieć odwagę... czy osłonić się obojętnością — serce nareszcie przemogło. Ujęła Lelię pod rękę i wysunęła się z nią z kątka w którym siedziała, krążąc tak, ażeby Sylwan łatwiéj się do nich mógł zbliżyć. Pierwszy jednak podstąpił do Lelii — Herman.
Tu znowu hrabina trochę się zaniepokoiła... obawiała się téj siostry i jéj wpływu. Ponieważ Dołęga i Oleś zajęci byli zabawianiem dwóch pań starszych, młodzież była zostawioną sama sobie... Obok saloniku w którym hrabina miejsce zajęła, był drugi większy, pusty... ale oświecony... Lelia z Hanną stanęły w progu, i siostra skinęła na Sylwana by szedł z niemi; Herman z kapeluszem pod pachą, także się w tę podróż wybierał.
Gdy młodzież tak wyśliznęła się z pod oka starszych, chociaż to nie przerwało ich rozmowy, głównie lękano się zbliżenia Sylwana do Hanny... a Lelia właśnie tak prowadziła partyę szachów, aby je ułatwić...
Herman, jak zwykle gdy nie był gadatliwy i szyderski — miał minę złego humoru i milczał nadąsany... Wzrok Hanny spokojny, łagodny, niby obojętnego zupełnie widza, chodził po obu braciach... Jakby się to było złożyło, gdyby dłużéj sann pozostali nie wiem — lecz na szczęście Hanny i Sylwana, nadjechała pani prezesowa z córką Izą, ową właśnie o któréj Herman powiadał, że się w niéj kochał dopóki się z nią nie rozmówił. Prezesowa zasiadła na kanapie obok hrabinéj, głośną i żywą rozpoczynając rozmowę, bo była w słowach niewyczerpaną i należała do tych niewiast, które Rzewuski zwał matkami kościoła — Iza wysunęła się szukać towarzyszek w drugiéj sali. Nie wiem co Hermanowi przyszło na myśl i jaka go fantazya ukąsiła... ale od wnijścia prezesównéj przywiązał się do niéj.
Panna Iza była skromném dziewczęciem, wychowaném w Sacré-Coeur i tak na pozór skromném a bojaźliwém, że zdawała się nie módz trzech zliczyć. Trwożyła się i rumieniła co chwilę, spuszczała oczy i ładna jéj twarzyczka mieniła się jak sensytywa za każdym słowa powiewem... Taką była zwykle, gdy we cztery oczy wiodła rozmowę z narzuconym jéj partnerem w tańcu, lub zaprezentowanym kawalerem w białych rękawiczkach; taką ją znał Herman... nie domyślając się wcale, iż Iza, gdy czuła po za sobą zastęp niewieści a nie miała przy sobie czujnego oka i ucha mamy, była najzupełniéj inną. Naiwność dziecinna kryła w niéj szatańską złośliwość.
Po pierwszych przywitaniach tych pań, Lelia rozrachowała, że potrafi strategicznemi ruchy trochę oddzielić od gruppy, do któréj się wcisnęła, Hannę i Sylwana... Dopomógł jéj znudzony Herman, który jak na łatwą ofiarę rzucił się ku prezesównie.
— Pani, rzekł, bosko dziś wyglądasz?
Iza spojrzała nań i z wielką seryą szepnęła.
— Musisz się hrabia jutro z tego wyrażenia spowiadać...
Herman trochę się zadziwił.
— Pani jesteś niezmiernie surową... i nielitościwie łapiesz za słowa...
— Bardzo lubię grać w wolanta! szepnęła prezesówna; Herman nie zrozumiał, zamilkł chwilkę.
— A pan? zapytała Iza...
— Ja, będąc studentem grywałem tylko w piłkę — dosyć zręcznie...
Lelia przerwała śmiechem. — Osobliwsza rozmowa, jakby pensyonarki i studenta — odezwała się.
— A o czém że moglibyśmy mówić z hrabią — śmieléj rzekła Iza... chyba o majowéj pogodzie... ale to przedmiot wyczerpany od dawna... A! prawda — dodała ze złośliwością skrytą — mamy teatr... Mówmy o teatrze... Widział pan sławną Violę?
Spojrzała mu tak w oczy, że Herman się zmieszał... i milczał.
— Całe miasto mówi o cudownym bukiecie jaki dziś rano otrzymała, od któregoś ze swych wielbicieli — i — niegodziwa wyrzuciła oknem precz do ogródka... gdzie go w najopłakańszym znaleziono stanie.
Znowu spojrzała na Hermana, który zebrał się wreszcie, mocno zdumiony tą szczebiotliwością niespodzianą, na odpowiedź.
— Szczególna to rzecz, jak panie wiecie o wszystkiem nie wychodząc z domu?
— A! tak, o wszystkiem, nawet co robią aktorki i ich adoratorowie, uśmiechając się rzekła Iza...
Na ostatnim wyrazie położyła nacisk widoczny, patrząc Hermanowi w oczy.
— Czy to pani znajduje tak dziwném, że te panie mają adoratorów? zapytał.
— Na scenie zupełnie to pojmuję, ale za sceną mniéj...
— Czyż tylko aktorki na scenę występują? rzekł Herman — mnie się zdaje, że i kto inny czasem odegrywa role pewne?...
— Ale przy tych paniach myśmy dyletantki! wzdychając naiwnie odezwała się Iza.
Herman, dla którego zjawiła się zupełnie nową ta Iza, co wprzódy prawie mówić nie umiała, z podziwienia głupiał.
— Pani, rzekł, trzeba przyznać talent prawdziwéj artystki... To mówiąc skłonił się jéj nizko... Lelia bardzo zręcznie dorzuciła do tego początku rozmowy słów kilka i poszła daléj, jak fajerwerk błyszczący...
O trzy kroki od nich Hanna o stół oparta, miała przy sobie niedaleko w milczeniu stojącego Sylwana... Wiedziała, że nie łatwo jéj przyjdzie zbliżyć się drugi raz do niego... trzeba było z chwili korzystać.
— Smutno mi pan wyglądasz — rzekła po cichu...
— Bo też ciężkie przebyłem koleje — odpowiedział Sylwan — na własny los, anibym miał prawa, aniby mi przystało się skarżyć — ale... inne — ogólne wszystkich losy.
— Nie mówmy o tém... nie chcę byś sobie serce zakrwawiał, i przynajmniéj tu, dziś, radabym inny znaleźć przedmiot.
— Ale jakiż?
— Mówmy o czém inném! dobitnie i żywo, szepnęła Hanna — o czém pan chcesz, byle nie o tém, co pana zasmuca, masz i tak boleści dosyć... Słyszałam od Lelii.
— Dziękuję pani za jéj współczucie...
— Znajdziesz je pan zawsze u mnie.
Zawsze, powoli wymówiła Hanna spoglądając ku niemu. Ręka jéj wyciągnięta na stole, leżała tak blizko, że wzruszony Sylwan zapomniał się i byłby sięgnął po nią, gdyby uważniejsza Hanna, nie szepnęła śmiejąc się.
— Patrzą na nas... mój ojciec...
— A! prawda! Ojciec pani mojemu przybyciu tutaj wcale nie musi być rad... témbardziéj rozmowie; chce pani przejść do salonu?
— Jeszcze nie — nie, odparła Hanna. Nie wiem prawdziwie kiedy drugi raz będziemy mogli równie swobodnie pomówić słów parę...
— Pani jesteś aniołem dobroci.
— A! nie panie Sylwanie, jam tylko wierną przyjaciółką waszą... Pamiętasz pan zabawy dziecinne? Te święte, dobre nasze czasy, gdyśmy ani marzyli, że pan będziesz kiedyś czém jesteś — a ja...
Spuściła głowę Hanna...
— Pani przynajmniéj życie się uśmiecha.
— Mnie? chyba ironicznie...
— Pani powinnaś być szczęśliwą, bo na to zasługujesz, i ja w cichości sercem się o to modlę...
— Trudno być szczęśliwą wśród nieszczęśliwych, na to potrzeba obojętności lub cynizmu, a ja obojga miéć bym nie chciała, choćbym za nie szczęście kupiła...
Słowa ich były raczéj pośpiesznym szeptem, niż głośną rozmową; Sylwanowi twarz się mieniła tą niespodzianką szczęścia...
— A pani, — zawołał, nieumiejąc powstrzymać wzruszenia... Dla mnie... jakiémże szczęściem ta kradziona chwila! Każdego dnia spodziewać się mogę, że mnie ztąd fantazya czyjaś lub zła wola może wygnać... poniosę z sobą przynajmniéj tam, gdzie się już widziéć nie będziemy mogli, wspomnienie tego... pożegnania.
— Nie rozumiem, odpowiedziała Hanna, dla czegobyśmy się żegnać mieli; co do mnie — ja słyszéć nie chcę o pożegnaniu...
— Możemy się zobaczyć w życiu — zapewne, ale gdzie — i kiedy?
— Najprzód... zapewne tu jeszcze nikt nam się widziéć nie zabroni — potém, ja sądzę, że panu wrócić pozwolą.
— Na ślub pani... lub by ją zobaczyć szczęśliwą żoną...
— Panie Sylwanie... tego byś pan nie powinien był mnie powiedziéć!
— Przecież to nieuchronne... masz pani tylko kłopot wyboru...
— Pan sądzisz, żem tak łatwa?
— Ale babcia troskliwa... ojciec... oni skłonią.
— Ani oni, ani w świecie nikt nie zmusi mnie pójść przeciw sercu mojemu.
— Lecz i serce pójdzie wreszcie gdy mu samotność zacięży...
Hanna zwróciła się bladą twarzą ku niemu, oczy jéj błyszczały łzą potajemną...
— Czy pan? pan niewiesz i niewierzysz, żem ja to serce oddała i że go odebrać nie mogę?...
Ledwie dokończywszy tych strasznych słów, wymówionych z pośpiechem, zarumieniona Hanna zwróciła się ku Lelii... a Sylwan jak przykuty w miejscu pozostał. Zdala można było posądzić, że coś go boleśnie zraniło... on tylko rażony był swém szczęściem jak pioruném... Hanna wmieszała się do ogólnéj rozmowy, a z pierwszego salonu śmiech tubalny Dołęgi, który każdemu swemu konceptowi pierwszy robił honory, napełnił wszystkie pokoje.
— Ten się śmieje za całą publiczność — szepnęła Iza...
Niespokojny Oleś wpadł zapraszając panny do kanapy hrabinéj...







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.