Ramułtowie/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Ramułtowie
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1881
Drukarz Drukarnia S. Orgelbranda Synów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
VI.

Dom hrabiny Anastazyi z Borzechowskich Ramułtowéj odznaczał się przepychem i wystawnością, jaka się dziś rzadko spotyka. Po największych domach skromniejsze są już daleko przyjęcia, i życie powszednie nie kusi się o nieustanny okaz pańskości i dostatku... Przy wielkich uroczystościach występ bywa i wysiłek wielki, na codzień oszczędza się każdy. Pani hrabina Ramułtowa na tém zasadzała pańskie utrzymanie domu, by u niéj codziennie przepych był jednaki. Liberya paradna nie zrzucała się nigdy; zastawa stołu choćby Jaśnie Wielmożna hrabina raczyła obiadować sama jedna, była zawsze bukietami i srebrami strojna; kamerdyner od ósméj rano wdziewał czarny frak i krawat biały... Ceremoniał dworu nigdy się nie zmieniał... Było to naśladowanie etykiety monarchicznéj i dworów książęcych... Do godziny pierwszéj hrabina nie była dla nikogo oprócz syna widzialna, wiek czynił niezbędném przygotowanie się przed wystąpieniem na świat. Strój do obiadu był inny, inny na wieczór w domu lub wizyty... Dwa razy w tydzień były wieczory, w które przyjmowała znajomych... w inne dni schodziło się mniejsze kółko poufałych przyjaciół domu na małego wiseczka, bez którego żyć nie mogła.
Wedle przepisów Herman obowiązany był stawić się na dzień dobry do śniadania, potém na obiad jeśliby się od niego nie uwolnił z rana o tem oznajmując — nareszcie wieczorem powinien assystować matce. Bardzo jednak często pod różnemi pozorami wyłamywał się z tego, a choć hrabina niepokoiła się, gniewała, posyłała, umiał ją potém uściskami i całusami przebłagać...
Mieszkanie Hermana przytykało do apartamentów hrabiny, ale było od nich zabarykadowane szafą, gdyż u niego zbierało się czasem tak szumne i wrzaskliwe towarzystwo, że przez wszystkie salony aż na drugi koniec domu słychać je było.
Od mentorów i guwernerów uwolnił się młodzieniec oddawna, nadzór zaś pieczołowitéj matki ograniczał się na posyłaniu, dowiadywaniu się o niego, westchnieniach, gderaniu i całusach. Herman robił co chciał, a pieniędzy brał ile tylko mu się wziąć udało...
Przy hrabinie bawiła daleka jéj kuzynka, panna Złocińska, mająca lat około trzydziestu, niegdyś bardzo ładna, dziś jeszcze wcale przystojna... przez którą Herman, gdy sam nie mógł zręcznie wyrobić co u matki, umiał sobie przygotować drogi i wyzyskać co zamarzył. Panna Złocińska miała słabość do młodego chłopca, który czasem za to poobiednie godziny spędzał u niej, paląc cygaro, na samotnéj gawędzie...
Oprócz panny Złocińskiéj, zwykłe towarzystwo wieczorne składał jeden ksiądz kanonik, przez grzeczność tytułowany prałatem, który doskonale grał w wista i umiał zręcznie prowadzić rozmowę o niczém... nie zaczepiając o żaden przedmiot draźliwy — jeden stary doktór, człek zabawny, dowcipujący nie szkodliwie, tak, że bawił wszystkich a nikogo nigdy nie zranił — i prezes, którego tytuł starożytny niewiadomo do jakiéj odnosił się prezydentury. Prezes miał dwie wstążki orderowe u fraka (miał je i u paltota) — minę urzędową, twarz wygoloną starannie do włoska... Uchodził za polityka... ale nie mówił nigdy nic, chrząkał w najgorszym razie, w innych usta podnosił, brwi ściągał, głową trząsł, ramionami ruszał, a z tych znaków ludzie go znali, wyciągali wnioski najpewniejsze co do przyszłéj konjunktury polityki europejskiéj.
Jest rzeczą pewną, że gdy miała nastąpić wojna z Austryą, prezes ilekroć mówiono o zgodzie, kładł rękę za kołnierz, tarł szyję i chrząkał... Nie było to bez znaczenia. Późniéj doktor i kanonik przypomnieli to sobie, a prezes się śmiał, ale ani przeczył ani potwierdzał że był prorokiem... Hrabina go za takiego uważała.
Wieczorem tego dnia, gdy Herman dostał tak srogą odprawę od Violi, było zwykłe przyjęcie wszystkich znajomych, raz na zawsze zapraszanych. Matka wymagała od syna szczególniéj w te dni, aby się u niéj w salonie koniecznie znajdował. Herman nudził się, ale w tém woli matki posłusznym być musiał. Zapraszał tylko zwykle kilku z młodzieży, z którémi wycofywał się do bocznego saloniku, i tam maleńką grą zabawiali się jak mogli najciszéj.
Przez czas swojego pobytu hrabina koło znajomości umiała sobie wyrobić; bywali mniéj więcéj wszyscy do zachowawczego obozu rachujący się, i co tylko lepszém towarzystwem się zwało. Niektórzy nawet po dobréj wieczerzy nazywali ją szanowną matroną polską...
Schodzono się na te wieczory po godzinie ósméj, ale punkt o ósméj hrabina już siedziała na kanapie, w miejscu, na którém hołdy zwykła była przyjmować.
Spojrzmy na nią, dopóki nie zaczną schodzić się goście...
Przy świecach z dala — pomimo otyłości, hrabina wyglądała dosyć świeżo. Na szerokich ramionach osadzona maleńka główka z rysami drobnemi i regularnemi, usteczka zesznurowane, nosek spiczasty, oczy wielkie czarne, wyraz twarzy melancholiczny, czyniły wrażenie miłe... Rączkę miała białą, pulchną, i nadzwyczaj starannie utrzymywaną. Zdobiły ją kosztowne pierścienie, a do stroju téż nigdy nie brakło łańcuchów, bransolet i świecącéj jubilerszczyzny. Złotą lornetkę prawie ciągle musiała trzymać w ręku, gdyż wzrok miała osłabiony... Jakkolwiek starzy partnerowie do wista byli jéj mili, hrabina téż lubiła młodzież i mężczyzn średniego wieku szczęśliwie zachowanych, niekiedy posuwała uprzejmość dla nich do tego stopnia, że całemi godzinami bawiła ich rozmową, wdzięcznemi ruchami ręki popieraną.
O ósméj z wybiciem zegara weszła w długiéj czarnéj sukni hrabina, wprost na swe miejsce do kanapy dążąc. Zwykle panna Złocińska, brunetka z żywemi czarnemi oczyma i ślicznemi zębami, towarzyszyła jéj tu, dopóki się goście schodzić nie zaczęli... Herman powinien się był stawić na godzinę ósmą we fraku, rzadko jednak bywał punktualnym.
Tego dnia wyjątkowo stawił się na porę i siadł nawet przy matce... obok panny Złocińskiéj, która się jego bladości z pewnym wyrazem złośliwości przypatrywała.
Matka go wzięła za rękę i pociągnęła ku sobie.
Mon cher, coś ty dziś blado wyglądasz... po téj wycieczce na wieś...
Złocińska się uśmiechnęła.
— A chciałabym, mówiła matrona, abyś właśnie mi jak najlepiéj wyglądał. J’ai des projets sur vous. Schyliła mu się do ucha.
— Panna Hanna Junoszanka...
Spojrzała: Herman oczy trzymał spuszczone.
— Widziałem ją, rzekł sucho.
— A cóż?
— A! bardzo ładna panna... ale — z góry na świat patrzy...
— Na świat, bardzo dobrze — byle nie na ciebie... mówiła matrona. Panna Hanna pochodzi z pięknéj familii, a po babce starościnie i ojcu weźmie kilka milionów...
— Jeśli się ojciec nie ożeni — dodał Herman.
— Ale cóż znowu? il n’est plus jeune.
— A jemu zdaje się, że nie stary...
— Sam macierzysty majątek ogromny i panienkę bardzo chwalą.
Herman zamilkł.
— Proszę cię, miéj to na uwadze...
Nadchodzący pan Paprzyca, obywatel wiejski, człowiek wielce poważny, przerwał rozmowę. Panna Złocińska, widząc się niekoniecznie potrzebną przy kanapie, wyśliznęła się ku oknom, gdzie wkrótce potém Herman poszedł jéj coś szepnąć.
Paprzyca młody jeszcze... przystojny mężczyzna, siadł zaraz przy hrabinie, która się nieco przysunęła do niego... Wiedziała z reputacyi, że to był człowiek którego posłuchać warto... Dla całéj okolicy stanowił on wyrocznię, słynął z rozumu, drudzy mówili z przebiegłości. Sama twarz niewiele była obiecująca, ale chłodny rozsądek i zimną rachubę dobrze z niéj widać było. Cechą główną charakteru i przekonań szanownego Paprzycy było rachowanie się z rzeczywistością — w marzenia i sentymentalizmy nie wdawał się żadne, szedł drogą jaką mu okoliczności wyznaczały, posłuszny, porządny, regularny, spokojny, nienawidził opozycyi — kłaniał się sile... zresztą jako żołnierz należący do chorągwi i obozu, tam kroczył gdzie chorągiew niesiono, nie pytając żadnych własnych przekonań. Nieprzyjaciel liberalizmu i demokracyi — występował przeciw nim otwarcie... Dla służących pod swoją chorągwią był wyrozumiały aż do pobłażliwości, dla przeciwników nieubłagany i zajadły.
Rozmowa z Paprzycą nie mogła się zawiązać o czém inném, tylko albo o Włoszech, bo ztamtąd powracał, lub o interesach pieniężnych... bankowych i fabrycznych — hrabina więc zagadnęła o wrażenia z podróży, i byłaby się ciekawych dowiedziała rzeczy, gdyby nie nadszedł pan Lubicz...
Lubicz jeszcze bardziéj przypadał do smaku hrabinie, niż sztywny i imponujący Paprzyca. Był to wprawdzie bardzo ubogi chłopak, którego nawet pochodzenie szlacheckie mimo nazwiska herbownego, ulegało pewnym wątpliwościom... ale wyglądał świeżo, prawie przystojny, był wesół, zabawny, i okazywał dla pani domu szczególne uwielbienie... Wiedziała, iż Lubicz oprócz stosunków znakomitych, nie miał nic, że potrzebował małżeństwem wnijść do społeczności, do któréj się wcisnął pochlebstwem i uniżonością a chętnemi służby... mogła więc pomyśleć sobie, że gotów się był — nawet ożenić.
Lubicza przyjmowano w najpierwszych salonach na mocy głoszonych przezeń zasad zachowawczych, niezmiernéj jego religijności aż do fanatyzmu posuniętéj i bezwzględnego zaprzedania się w poddaństwo stronnictwa, o którego protekcyę się ubiegał.
Z ubogiego chłopca, podejrzanego szlachectwa, z pomocą kilku śmiałych wystąpień i łatwéj szermierki językowéj, w któréj sensu wiele nie było, ale blagi podostatkiem, Lubicz dostał się do salonów arystokratycznych, i uważany był za obrońcę prawdy, na którego można już było rachować. Popierano go silnie i obiecywano mu wiele, nie zważając na to, że życie jego prywatne wiele zostawiało do życzenia. Lubicz był namiętnym graczem, pokątnym wielbicielem płci pięknéj, do hulanki stawał chętnie, gotów był weksel sfałszować, ale nazajutrz szedł na summę i widziano go w pierwszéj ławce na nieszporach... W potrzebie podpisałby artykuł do gazety choćby najbrzydszy. W towarzystwie był to człek przyjemny, z ogromną przytomnością umysłu, z heroiczną blagą i kłamstwem tak łatwém i zręczném, jakby go nic a nic nie kosztowało.
Nikt tendencyjnych potwarzy na przeciwników nie roznosił zręczniéj, nie rozsypywał na dobre grunta gdzie najlepiéj rosnąć mogły... nie zaostrzał i nie zatruwał z większym kunsztem nad niego... Starzy wodzowie ściskali go ze łzami jak ukochaną dziecinę wielkich nadziei...
Lubicz nie był bardzo ładny, ale spryt nadawał jego fizyonomii pewien wyraz, który się mógł podobać. Ubierał się starannie i perfumował umiejętnie, tak, że nie można było powiedzieć nigdy czém śmierdział. Au moral et au physique — zażywał tego środka. Czarne oczy gospodyni ze szczególną czułością zwróciły się ku niemu; wskazała mu miejsce blizko przy sobie. Lubicz z uśmiechem wdzięcznym i nadskakiwaniem bijącém w oczy przysiadł się do jejmości.
— Patrz-no panie Hermanie, szepnęła Złocińska do niego: jak Lubicz hrabinę bałamuci.
— Nie mam obawy, ziewnął syn — Lubicz lubi dobre obiady... to cały sekret...
— Ej! éj! dodała Złocińska — żeby nie pomyślał o czémś więcéj...
— Nie, odparł Herman — mnie się będzie bał — jakby mnie nie było, nie ręczę...
Już zaczynali inni goście przybywać, wszedł znajomy nam już Dołęga, śmiejąc się od progu i klepiąc poufale po ramionach kogo spotkał, potém prezes milczący... powitany z uszanowaniem, prałat i doktór razem, na ostatek panowie Kuczaba i Ostoja...
Dwaj ostatni zasługują, aby im parę wierszy poświęcić, należą bowiem do typów epoki i kraju w którym liczną mają rodzinę, mniéj więcéj do siebie podobnych.
Pan Kuczaba nie stary człowiek, z dobréj i majętnéj rodziny pochodzący — acz liczył się do towarzystwa, kółka i obozu, który w salonie był reprezentowany, acz gardłował za jego zasadami, nie zupełnie tak był pewnym i nie zawsze tak gorliwym. W innych towarzystwach wdziewał przekonania mniéj wybitne i stawał na jakiéjś linii pośredniéj, — a czasem, mówiono, że śmiał się przeciw niektórym osobistościom za daleko rzeczy posuwającym, odzywać; lubił popularność i to go gubiło. Gdy szala opinii przechyla się na stronę przeciwną, Kuczaba utrzymywał, że właśnie te zawsze przekonania głosił które zwyciężały; gdy zwrot nowy nastąpił, nikt krzykliwiéj nie twierdził nad niego, że doń pomagał i dlań tylko pracował.
— Nigdy mnie ludzie nie rozumieją, — mówił gdy go obwiniano. Zdaje się, że on sam siebie nie rozumiał też nigdy. Wielka obawa zdepopularyzowania się pchała go ciągle z jednego miejsca na drugie... zawsze tak aby na pierwsze mógł wrócić. W stosunkach z ludźmi posłuszny był swojemu systemowi, ze wszystkiemi dobrze, nieźle, znośnie, tak żeby w przypadku mógł nagle stać się dla nich serdecznym. Wymowny, obfity w słowa, nie zawsze jasny, ale zawsze krzykliwy — słynął Kuczaba z téj łatwości prawienia i mało było posiedzeń, obiadów, zgromadzeń na którychby głosu me zabierał.
Uśmiechnięty do wszystkich, przyjaciel każdego serdeczny, miał ten talent, że od czynnego okazania swych uczuć zawsze się uwolnić potrafił.
Wejście jego do salonu szmerem przyjemnym dla jego serca powitane zostało.
Towarzysz jego Ostoja... był małym człowieczkiem zamaszystego kroju... Znać w nim było ową setną owieczkę nawróconą, która czas długi błąkała się po manowcach... W istocie Ostoja dawniéj do najczerwieńszych demokratów należał, liberalizm jego przechodził gwałtownością znane i praktykowane w Polsce, nie było spisku w któryby się nie wmieszał, kozy, w któréjby nie siedział — aż nareszcie przyszła godzina opamiętania, skruchy, i Ostoja rzekł głośno:
— Już mi ta polakerya obrzydła! mam jéj póty. To do niczego nie prowadzi. Basta...
Przyszedł tedy z pokorą do ludzi dobrze myślących... Nie zaraz ani łatwo go przyjęto, wzięto na próbę i dopiero po pewnym przeciągu czasu otrzymał absolucyę zupełną. Ale też zasłużył na nią takiém zadosyćuczynieniem, iż stał się chlubą tych, z którymi wprzódy wojował. Jak dawniéj jaskrawo był czerwony, tak się teraz stał skrajnie białym i konserwatystą... A że wtajemniczony był niegdyś we wszystkie arkana demokracyi i wszystkich jéj bąków był czynnym uczestnikiem, miał pole do popisu, drwiąc z tego co wczoraj tak gorąco popierał.
Towarzystwo tak szczęśliwie z harmonijnych złożone żywiołów, wesoło rozpoczęło wieczór od gawędki o sprawach i bezprawiach wieku, o jego niegodziwościach i zepsuciu. Godzili się wszyscy na to, że nigdy jeszcze tak źle nie było na świecie i nigdy społeczeństwu nie zagrażały takie kataklizmy jak dzisiaj.
— A wszystko to — zawołał Lubicz, który perorować lubił — z téj fałszywéj i zgubnéj powstało zasady, że ludzkość ulega prawu postępu. Gdzież ten postęp? jaki? Stary porządek społeczny oparty na tradycyach, na bożém objawieniu, na wiekuistém doświadczeniu obalono, a nikt nowego zbudować nie umie. Negacya stworzyła ruinę i zniszczenie tylko, niepokój w umysłach — chaos w pojęciach — ten miły stan, wśród którego żyć mamy niezrównane szczęście!
— Brawo! brawo! poklasnął Paprzyca; złotemi literami drukowaćby to należało na pożytek powszechny. Nikt zdrowiéj nie pojmuje zadania nad pana — postęp i fałszywa jego idea przyczyną wszystkiego złego... Dla postępu tego zaczęto szukać formuł nowych, mędrkować, obalać, wyzwalać, oświecać... stworzono ideał ludowy, massy odciągnięto od pracy... zasypano nas proletaryatami bez końca... żadnéj powagi... żadnego rządu, żadnéj władzy z góry, zdetronizowano nawet Boga, a posadzono na jego miejscu rozum ludzki, który od grana opium w szał się obraca...
U staréj szlachty polskiéj był zwyczaj pić wódkę przed obiadem; tu zaś w salonie hrabiny i innych tegoż wyznania rozpoczynano zawsze wieczorną biesiadę od podobnych drastycznych deklamacyi, któremi uspokoiwszy sumienie (zalawszy robaka), siadano potém do wista i do obmowy bliźniego. Temat to niewyczerpany, waryacye z niego bardzo łatwo udatne się tworzą... Paprzyca więc i Lubicz przy towarzyszeniu Kuczaby odegrali koncert na konserwatyzmie, a Lubicz go dokończył, następującym wykrzykiem:
— Oświecanie ludu w modzie! oświecanie! Nie są im w stanie dać więcéj oświaty nad to, żeby poznali, iż są siłą i że społeczeństwo obalić mogą! Niedouczony mędrek łaknąć będzie wszystkiego, i rzuci się na wszystko! Oświecanie ludu chyba dla tego, by nim nikt rządzić potém nie mógł, i panowanie nieładu wprowadzić...
Był właśnie w tém miejscu perory, gdy nowy gość wszedł po cichu.
Był to zaproszony niepotrzebnie a bez złéj myśli pan Sylwan Ramułt, którego Herman tu wciągnął. Na widok jego zamilkły usta i zgroza odmalowała się na twarzach. Hrabina mimo różu i bielidła zarumieniła się z niezadowolenia, oddając mu jego ukłon bardzo nieznaczném skinieniem głowy; inni przytomni nadęli się, usta powykrzywiali i zaczęli ustępować jak od zapowietrzonego.
Sylwan wcale się nie zdał zmieszany tém przyjęciem, wytrzymał je mężnie, spokojnie i poszedł powitać brata, który teraz dopiero spostrzegł jak niepotrzebnie wprowadził tu radykała znanego ze swych zasad, w koło, które się ze wstydem od niego odwracało. Matka domyślając się, że była winną tę przykrość Hermanowi, z ukosa rzuciła mu okiem zagniewaném... Milczenie głuche, ciężkie, przykre, rozeszło się aż do ostatnich kończyn sali. Sylwan doskonale zrozumiał, iż on był przyczyną tego wrażenia; skinął na brata i wyszedł z nim razem do sąsiedniego pokoju.
Przez jakiś czas jeszcze milczano, w końcu Paprzyca przysunął się z krzesłem do gospodyni.
— Pani hrabino dobrodziejko, zawołał zniżając głos — z jakiémże zdumieniem spotykam tu tę figurę w jéj salonie! Czyż być może ażebyś hrabina przyjmowała u siebie ludzi tak skrajnie przeciwnych swoim przekonań, jak ten pan inżynier?
— Ale to jest jakiś przyrodni brat mojego Hermana — odparła hrabina — pojmuje pan...
— Święte są węzły rodzinne! lecz gdzie zagraża zaraza moralna, gdzie idzie o ratowanie duszy! Czy się pani hrabina nie lęka wpływu tego szkodliwego, zdolnego a upartego człowieka na młodociany umysł pana Hermana?
— A! ja to wszystko wiem, szanowny panie, i gryzę się a martwię, mówiła hrabina wzdychając — ale jakże się go pozbyć?
Paprzyca się zamyślił.
— Położenie jest wyjątkowe — rzekł; a jednak przestrzedzby należało Hermana... nakazać mu, by unikał...
Tu schylił się do ucha hrabiny.
— Mam podejrzenie, że hrabiego wprowadza w złe towarzystwa, zapoznaje z aktorkami, ułatwia widywanie się z niemi...
Hrabina ręce ze zgrozą największą załamała...
— O, mój Boże! odezwała, się, byćżeby to mogło? mój Herman który dotąd był tak czystym, tak niezepsutym i niewinnym!
Lubicz siedzący obok, ażeby się nie rozśmiać, zrobił minę nadzwyczaj surową... Hrabina oczy w niebo podniosła.
Gdy w salonie cicha ta rozmowa rozpoczyna jak preludyum nową i gwarniejszą, w drugim pokoju Herman przechadza się z Sylwanem.
— Powiedz mi, spytał Herman, coś ty im zrobił że tu na widok twój nosy krzywią?
— Ja! im? rozśmiał się Sylwan — ale ja z nimi niemam nigdy nic do czynienia, żadnego stosunku, jakżebym im co mógł uczynić? Widać moje przekonanie sprzeciwia się ich opiniom, i dla tego jestem dla nich niewygodnym gościem...
— Aż mnie śmiech brał, gdym zobaczył wejrzenie Paprzycy, Kuczaby i Lubicza, jakiém cię powitali...
— Po cożeś mi tu przyjść kazał?
— A! rzekł Herman ściskając go — na umyślnie — ja tych trutniów cierpieć nie mogę. I wiesz? dodał — to szczególna rzecz, większa część naszéj demokracyi tak mi jest wstrętliwa jak oni — każde w swoim rodzaju, ale to i tamto po większéj części — lisi komedyanci.
Sylwan popatrzał nań — Herman poziewał.
— E! co mi tam odezwał się — jedno i drugie niewiele warto! klerykały i jezuici szalbierze, a twoi ludowi adwokaci i demokraty — szarlatany!
Sylwan zdumiony bardzo, stanął patrząc mu w oczy.
— Wiesz, rzekł, nie spodziewałem się, żebyś tak głęboko wszedł w naturę rzeczy.
— Głęboko? ja? głęboko? ruszył ramionami Herman. Z powierzchowności sądzę tylko i tych świętoszków, którzy żegnając się grzeszą z westchnieniami, i tych deklamatorów, co bohaterami być obiecują jutro, a dziś o swojéj tylko pamiętają kieszeni. Ale — dodał Herman — wiesz kochany Sylwanie? wolę jeszcze świętoszków, bo mają formy, chodzą w rękawiczkach i nie plują na podłogę.
Sylwan śmiał się, lecz gorzko...
— Ja ci powiem, że zarówno nie cierpię szalbierzy w sutannie jak szarlatanów w stosowanych kapeluszach z piórami; lecz szarlatan śmieszy i na nim każdy się pozna, a świętoszek jest chodzącym fałszem i kłamstwem... zatém najpodlejszą istotą.
— Wierz mi — ambo meliores! dodał Herman... a nam wolno się śmiać z obojga... Przepraszam cię tylko bardzo żem nieopatrznością moją naraził cię na chwilową nieprzyjemność... Wiedziałem, że tobie nie będzie zbyt przykro, boś wyższy nad nieprzyjemność, a im popsułem humor na długo...
— Bylebyś, nieznośny figlarzu, rzekł Sylwan, i sobie tém niezaszkodził. Szukasz zabawki nawet w tych rzeczach które wcale są niezabawne.
— Muszę, zamknął drugi — bo się okrutnie nudzę...
Tu z werwą komiczną począł bijąc się w piersi opisywać Herman, jaką niedorzeczność popełnił idąc z bukietem do Violi.
Sylwan się oburzył.
— Nie gniewaj się bracie! na Boga! nie gniewaj! popełniłem niegodziwe szaleństwo, ale to będzie ostatniem. Odtąd po policzku jaki mi dała, — szanuję ją.
— Jakto! po policzku? krzyknął Sylwan.
— A! au moral! kazała mi iść precz za drzwi.
Westchnął Herman i dodał:
— Tyś szczęśliwy, pracujesz, jesteś spokojny, — w zgodzie z sobą; ja... rzucam się jak zwierz w klatce... wielce przebaczyć mi można... Niepowinieneś nigdy się gniewać na mnie, ale mną kierować i prowadzić.
To dobre słowo rozbroiło Sylwana.
Nie dano im się wszakże rozmówić dłużéj, gdyż Dołęga pod rękę z Kuczabą weszli śmiejąc się do tego pokoju, i ogólniejsza wszczęła się rozmowa...







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.