Ramułtowie/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Ramułtowie
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1881
Drukarz Drukarnia S. Orgelbranda Synów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
V.

Byli niegodziwi ludzie którzy utrzymywali, że Viola, ulubienica publiczności, którą obrzucano bukietami ilekroć występowała na scenę — przez rodzaj pychy z ubóstwa, mieszkała na poddaszu; bliżéj znający ją zaręczali, że nie stawało jéj na lepsze pomieszkanie. Sławni artyści po wielkich stolicach — obsypywani złotem, opływają nietylko w dostatki, ale nawet we wszystko co najśmielsza wyobraźnia wyroić sobie może. Popsute dzieci sławy, częstokroć dziwaczyć muszą, aby przesyciwszy się wszystkiém, nie umierać z nudów. Tym talentom wybranym wady ich nawet cenią się i opłacają jak najcenniejsze przymioty.
Życie artysty prowincyonalnego teatrzyku wcale nie jest tak rajskim zawodem; a choć w nim czasem jaśniejsza błyśnie chwilka — płaci się ona długiemi dniami doskwierających niedostatków, walki i boleści. Olbrzymi talent zaledwie podołać może temu zadaniu nad siły człowiecze. Tu słuchacze są chciwi nowości, i nie artystycznego wykończenia wymagają, ale saméj fabuły, bawi ich nie pędzel mistrza, ale jaskrawo nałożona barwa i wydatne ruchy, a jędrne słowo. Nie obchodzi ich gra i tajemnicza zagadka Hamletowego charakteru... raz tylko chcieliby zobaczyć jakiego takiego Hamleta, jutro Romea, pojutrze Zbójcę Szyllera, Maryę Stuart, a na ostatek Pumpernikla, byle nie Hamleta da capo. Nie jest to ta publiczność smakoszów, która każdy ruch ocenia i nad każdém lubuje się słowem, — ale parter głodny co klaszcze wyrazistości, śmieje się szczególniéj z gestów rubasznych i smakuje w tłustém słowie... Jemu potrzeba coraz coś świeżego a zmiennego. Radby mieć wszystko i za tanie pieniądze... Dla zwabienia go muszą być czerwone afisze, poczwarne tytuły i bodaj, bodaj bębnienie u drzwi z piszczałką. Co mu po takiéj komedyi, w któréj dwie osoby siedzące u stolika, dramat serdeczny w kilku cichych wypowiedzą słowach? On ziewa... jemu trzeba akcyi, a akcya dla niego to podstawienie nogi i grzmocenie kijem po grzbietach... Od pań wymaga, ażeby się krótko stroiły, bo mu się też coś i nóg aktorek należy, żeby jak najmniéj miały wstydu, a jak najwięcéj cynizmu... Takie są wymagania znaczniejszéj części prowincyonalnych publiczności... Tu teatr jest starą biedą i nędzą, o któréj jeszcze Scarron pisał... a aktor clownem, który dziś zabijać się musi w tragedyi, a jutro grać rolę arlekina.
Jeżeli w téj gromadzie cygańskiéj zbieranéj po gościńcach na włóczędze bez celu, znajdzie się istota z czuciem, z talentem, z sercem a duchem — cóż ona tu wycierpieć musi!
Jaki był los owéj pięknéj Violi, którą niedola wykształciła na wielką artystkę, a ubóstwo nie dało jéj przestąpić koła, po za którém znalazłaby uznanie talentu i nadgrodę? Zmuszona dzielić losy towarzyszów, grać na prędce improwizowane role przed improwizowaną też publiką — nagradzana tak, aby z głodu nie umarła — nie umiejąc poniżeniem zyskiwać ulgi, wiodła najtragiczniejsze życie jakie sobie wystawić można. Grała ona od dziecka (ojciec ją rzucił na scenę nieposzanowawszy lat najmłodszych), ocierając się o ludzi zepsutych, zgorzkniałych, przekonanych, że tego co zepsuć się musi prędzéj czy późniéj... oszczędzać nie ma potrzeby. Lecz wśród tych wpływów rażących cynizmem, Viola, z obrzydzenia może życia, które się jéj od dziecka tak boleśnie czuć dawało, pozostała wyższą nad to, co ją otaczało, czystą w duszy i godną poszanowania. Śmiano się rubasznie z téj cnoty, którą nazywano rachubą, ale dziewczę ani na szyderstwa, ani na obelgi, ani na słodkie słowa nie zwykło było odpowiadać.
Sama jedna, rzadko komu dając się zbliżyć do siebie — pracowała, instynktem czując, że idzie drogą z któréj ustąpić nie powinna. Młoda, piękna, nieprzystępna, na scenie artystka niezrównana, wystawiona była na nieustanne napaści wielbicieli z grona współtowarzyszów i widzów, ale jéj to bynajmniéj nie poruszało — dawała im odprawę z krwią chłodną, z pogardą lub obojętnością pańską.
To postępowanie dawnoby ją było mogło wyrzucić z teatru, wśród którego miała nieprzyjaciół zawziętych, ale bez niéj teatr obejść się nie mógł. Ona jedna w nim była prawdziwą, namiętną artystką. Najwięksi nieprzyjaciele musieli jéj przyznać ten ogień święty, którego napróżno w sobie szukali. Grała z równém przejęciem się najmniejsze i największe role, młode i stare... a cudowny instynkt dozwalał jéj zgadywać odcienie, barwy, mimikę, które wywoływały u najobojętniejszych oklaski. Pomimo tych powodzeń na scenie, uboga truppa nie była w stanie jéj opłacać tak, aby spokojnie sztuce oddać się mogła, a Viola nigdy nie przyjmowała żadnego daru od nikogo, życie więc było tak ciężkie jak wyrobnicy — z tém jeszcze, iż natarczywym miłościom płochéj młodzieży trzeba się było nieustannie oganiać.
Złota młodzież nie pojmowała, nie wierzyła, nie rozumiała, by artystka śmiała być tak surową, tak dumną i tak nielitościwie odpychającą.
Dla zabezpieczenia się od natrętów, sierota przygarnęła do siebie starego suflera z żoną, dwoje biednych a uczciwych łudzi, którzy dla niéj stanowili zasłonę i obronę. Sufler, który niegdyś występował na warszawskiéj scenie, o czém bardzo opowiadać lubił, nie tłómacząc się dokładniéj, jakie intrygi dalszych go na niéj pozbawiły sukcesów, — oprócz nadzwyczajnéj zarozumiałości i nieubłaganéj krytyki, któréj się dopuszczał na swych kolegach, nie miał wybitnych wad innych. Zażywał tabakę, perorował, doznawał niekiedy dystrakcyi (nigdy jednak pełniąc swe obowiązki urzędowe), czasami lubił lampeczkę wina (nigdy kieliszkiem go nie pił), a był przytém bardzo znośnym i swéj panienki żarliwym wielbicielem i obrońcą. Jejmość, vulgo pani Pawłowa Szerszeniowa, cicha kobiecina, na palcach chodziła przed nią. Oboje ich zmuszona utrzymywać, Viola ledwie skromną pensyjką sobie starczyła, a że za benefisem nie jeździła nigdy i nie narzucała się sama, nie przynosił on jéj też tyle co innym zabiegliwym artystkom.
Razem z Szerszeniami zajmowała Viola trzy izdebki na trzeciém piętrze domu, który nie miał ich więcéj, piętro to więc stanowiło rodzaj poddasza. Pokoiki były czyste i porządne, a że okna ich wychudziły na ogród, zielone gałęzie białych topoli i lipy zaglądały aż do nich. Z po za nich było widać mur okalający ogród, i popiętrzone a połamane dachy i kominy, wieżyczki i facjaty kościołów. Z téj strony przynajmniéj nie szumiał wiatr i nie było gwaru ulicy; świergot wróbli i śmiganie jaskułek, których gniazda przylepione były do muru, ożywiały obrazek... jakby z więziennego okienka wyjęty.
Miała tę odwagę Viola nie pożądać ani się popisywać z elegancyą żadną, na którą ją nie stało; sprzęty były ubogie, a białe czyściuchne firanki, podłoga umyta świeżo i trochę kwiatów stanowiły całą ozdobę. Niegdyś stary kapelmistrz teatralny nauczył ją był trochę grać na fortepianie: lubiła muzykę, i liche klepadełko w kątku służyło jéj w rzadkich chwilach wolnych do wygrywania śpiewek, które się jéj podobały i starych sonat Mozarta i Haydna, które od pierwszego jeszcze nauczyciela w podarku dostała. Innych nut nie było kupić za co, pilniéj się uczyć nie miała kiedy, muzyka była dla niéj tylko rozrywką... Trochę książek na półce... a dużo robót ręcznych zalegało po sprzętach. Do ulicy i na scenę trzeba się było ubrać, często strój gdyby go szwaczka robiła zbytby się okazał kosztownym; musiała więc Viola, z pomocą Szerszeniowéj w okularach, zszywać, łatać, garnirować, aby jako tako pokazać się obok artystek imponujących jéj tualetą ofiarowaną przez wielbicieli, usiłujących zagasić wdzięk dziewczęcia pięknością uzyskaną z pomocą sztuki i świecących gałganków... Viola ubierała się bardzo skromnie, z pewną nawet przesadą prostoty a było jéj z tém tak do twarzy, że towarzyszki nie mogły jéj tego przebaczyć.
Dzień każdy schodził szybko na zajęciach, często i rolę sobie przepisać saméj było potrzeba, i strój obmyślić a uszyć, i wyuczyć się sztuki... i odbyć próbę. Ledwie godzina czasu została na jaką książkę i pobrzdąkanie na fortepianiku... Już od roku prawie z pracy i życia biednego zaczęła pokaszliwać, doktór kazał jéj pić emską wodę. Chodziła więc rankami do ogródka, który na jéj użytek ofiarował Sylwan... A że on, choć bardzo grzeczny, nie naprzykrzał się jéj zalotami i okazywał pełne uszanowania współczucie, z ufnością przyjęła jego ofiarę.
Tego dnia jednak spotkawszy się ze wstrętliwą twarzyczką Hermana, którego nie lubiła i obawiała się bardzo, postanowiła wód już nie pić lub chodzić po izdebce... Smutna wróciła z Szerszeniem do domu, i zamyślona padła na swoją sofkę... podparłszy się na ręku.
— Czego to panienka — rzekł stary zażywając tabakę i przestępując z nogi na nogę, bo miał obyczaj jak zwierzęta co długo na statku płynęły, przerzucać się z jednego boku na drugi i nigdy nie stał spokojnie, — czego bo panienka tak zaraz, mości dobrodzieju, bierze wszystko do serca? Nicże się nie stało... dla tego wodę tam pić można...
— Mój panie Pawle... a cóż ludzie z tego zrobią! zawołała Viola, czyż ty ich nie znasz?
— Ja ich nie znam? mości dobrodzieju! uśmiechnął się wracając do tabakierki Szerszeń. Trzymam o ludziach z nieśmiertelnym mistrzem naszym Szekspirem... mości, mości dobrodzieju, który powiada... ale nie pamiętam gdzie, że nie ma paskudniejszego zwierzęcia nad człowieka. I właśnie dla tego mości dobrodzieju — panienko, nie trzeba na te stworzenia dawać baczności. Ja sobie z tych ludzi nic nie robię?
Viola spojrzała i uśmiechnęła się.
— Nie idzie mi o nich panie Pawle, ale o własną spokojność.
Zapukano do drzwi, wszedł Sylwan, który zaraz po odprawieniu Hermana przybiegł się tłómaczyć.
— Daruj mi pani, stało się czego ja nie mogłem przewidzieć, albo raczéj nie przewidziałem, bom zawierzył bratu... Pobiegłem dla chorego Hermana po suknie, zakazując mu otwierać gdyby dzwoniono. Ciekawy chłopak nie dotrzymał mi słowa, klnę się pani, że tak było.
Mówił to żywo z widocznym bólem, tak, że Viola wstała z kanapy, i podając mu ręce zawołała równie gorąco:
— Ależ ja pana nie obwiniam, bynajmniéj! Jużciż bym go nie posądziła o żadną zdradę... Tylko ponieważ mój nieszczęśliwy los chciał, by mnie wyszpiegowano — już mi nie wypada narażać się na złe języki.
— Złe języki, panienko — wtrącił Szerszeń, jak mówi nieśmiertelny nasz Szekspir — nie ukąszą dyamentu.
Mimowolnie z téj cytaty uśmiechnął się Sylwan... Viola téż smutnie rozśmiała się z poczciwego suflera, który tabaki zażył i ręką strzepnął.
— Przyszedłem wytłómaczyć się pani i — sam nie wiem jak — ale pragnąłbym z serca poradzić coś, naprawić — rzekł Sylwan... powinnaś pani wody pić aby nie kaszlać.
— Będę je piła w pokoju... westchnęła Viola; a pan przygotuj się do tego, że po mieście rozgłoszą o romansie jego ze mną... Ruszyła ramionami. Cóż mi tam! mnie to już nic nie zaszkodzi — a żal mi pana!
— Przecięż i mnie szkodzić nie może to, czémbym chyba miał prawo się pochlubić — odpowiedział Sylwan — ale głównie idzie tu o wody pani.
— A! cóż tam! co tam! mniejsza o to! śmiejąc się poczęła Viola. Dziękuję panu, pan jesteś dobry, serdecznie dobry człowiek... bardzom mu wdzięczna:.. Pięknemu, cichemu ogródkowi, w którym mnie tak było dobrze chodzić, a panu Pawłowi drzemać — trzeba posłać — Adio!... i wrócić do izdebki...
Przygotuj się pan pokutować za swój dobry uczynek...
Sylwan się skłonił tylko. Przyniósł kilka książek, które milcząc położył na stoliku, i chciał się wycofać zaraz, ażeby nie być natrętnym. Jakaś chmurka smutku przesunęła się po czole biednéj dziewczyny, niedostrzeżona nikomu — trochę boleśnie jéj było, że Sylwan tak od niéj się śpieszył, tak prędko uciekał.
— Usiądźże pan trochę i odpocznij, odezwała się rzucając nań wejrzenie nieśmiałe i smutne a łzawe. Mam się pana poradzić o moją rolę...
Każą mi grać pannę Martę w Pierwszéj lepszéj Fredry... Wszak prawda, że w niéj trzeba unikać wszelkiéj przesady, bo sama przez się, przez autora już rola ta, tak jest dobitnie nacechowana, że najmniejsze przebranie miary uczyni ją karykaturą?
— Masz pani zupełną słuszność — ale jestże ta rola dla niéj stosowna? spytał Sylwan.
— Ja muszę grać co mi każą, odpowiedziało dziewczę... gdy nie ma komu, grywam zgrzybiałe staruszki...
Sylwan ruszył ramionami.
— Grałam na przemiany Anielę i Klarę w Ślubach panieńskich Fredry, odezwała się Viola... grałam w nich nawet ciocię... zdaje mi się, że kiedyś każą mi grać któregoś z Huzarów, gdy zabraknie artysty... ale cóż robić? — tak się u nas żyje!
Viola spojrzała na Sylwana całym wzrokiem swéj duszy, ale to, czém sądziła że go pociągnie ku sobie, przeraziło go tylko. Sylwan miał ku niéj braterskie, niemal ojcowskie przywiązanie, serce jego było gdzieindziéj. Po raz pierwszy postrzegł, że w biednéj sierocie mógł obejściem przyjacielskiem rozbudzić więcej niż trochę wdzięczności. Tak było w istocie. Viola dotąd nie mogła pokochać nikogo ze stręczących się jéj kochanków płochych i śmiesznych; ten młody człowiek poważny, nie prawiący jéj słodyczy, nie ubiegający się o serce, pomagający jéj skrycie a skromnie i unikający nawet podziękowania — pierwszy rozbudził serce uśpione. Takiego jakiegoś cichego, umiejącego kochać, zasługującego na ufność marzyła zawsze dla siebie kochanka... Znalazła w Sylwanie ideał i serce powiedziało sobie: Jego będę lub niczyją...
Młodość, sieroctwo, rodzaj życia rozbudzający uczucie, dopominały się od niéj, aby kochała. Któż wie czy nie znalazłszy tego człowieka nie byłaby gorszego uczyniła wyboru? Wychowana w téj swobodzie obyczajów, na którą od dzieciństwa patrzała, nie widziała w tém nic zdrożnego, że nie oglądając się na przyszłość, rzucała serce swe bez rachuby... wybranemu. W myśli swéj należała już do niego. Sylwana chłód i obojętność zwiększały tylko uczucie... Cierpiała Viola — a samo to cierpienie było dla niéj słodkie... mówiła sobie, że on ją ukochać musi, że chłód i obojętność udaje, bo nie chce zatruć jéj przyszłości... ale ona mu ją złoży w ofierze i zmusi do przyjęcia... Giniemy wszystkie z nędzy, z próżności, nie dawszy serca, sprzedane głodem... czemużbym ja dla miłości méj zginąć nie miała?
Viola znajdowała to naturalném, konieczném, i tworzyła sobie dramat ze swego losu... Sylwan aż do tego poranku nie miał najmniejszego przeczucia, że serce jéj drgnęło dla niego. Drżące jéj ręce, łzawe wejrzenie, głos wzruszony po raz pierwszy dały mu poznać prawdę, któréj się wahał uwierzyć.
Zbroiło go przeciw temu czarowi miłości, dawne przywiązanie, zepchnięte w głąb serca i zapełniające je całe — a mimo to uląkł się szału... uczuł słabym — postanowił jéj unikać.
Byli sami, bo pan Paweł Szerszeń, usunął się z wolna do drugiéj izby. Viola uśmiechała mu się z naiwnością dziecka, które nie zna niebezpieczeństwa.. Sylwan popatrzał na nią chwilę, nie wiedział już co ma mówić...
— Wody więc pani pić będziesz?
— Pan mi każesz, ja go prędzéj posłucham niż doktora... Dobrze... Gdzie mam je pić? U pana w ogródku nie można... szpiegowanoby mnie na drodze... zatém u mnie w pokoju... Ale teraz, dodała cicho — bardzo cicho — ja już pana nie zobaczę... W teatrze! tyle ludzi, tam jabym nie widziała choć przyjdziesz mi się z dala ukłonić... w ogródku się już nie zobaczymy... a do mnie, nie śmiem prosić...
— Owszem, kochana pani, rzekł Sylwan ujęty jéj prostotą i szczerością: jeśli pani w czém użytecznym być mogę, przyjdę, dowiem się, dostanę książek... Znajdziesz pani we mnie dobrego brata, nie zaś natrętnego... wielbiciela!
Viola zarumieniła się mocno.
— Pan wiesz przecię, jak mi oni są wstrętni! bądź mi czém byłeś dotąd — ale — nie opuszczaj sieroty...
Zmieszana i prawie nie wiedząc co powiedziała, wyszepnęła ostatnie słowa, podała mu ręce obie, i gdy Sylwan jedną z nich ucałował żegnając, żywo rzuciła się na kanapę... Łzy miała w oczach — Sylwan nie widział ich może, odszedł wszakże poruszony mocno i smutny...
Wysiedziawszy tak dość długo na kanapie i nie widząc nawet iż oboje państwo Szerszeniowie podglądali ją potrząsając głowami, różne czyniąc wnioski nad jéj zadumaniem i łzami, — podniosła się Viola nagle, schwyciła robotę, zawołała Pawłową i wzięła się żywo do przerabiania sukienki, która wieczorem była potrzebna.
Szerszeń siadł w przedpokoju przy stoliczku u drzwi i odczytywał rolę, którą miał podpowiadać...
Nie upłynęło pół godziny, gdy żywy bieg po wschodach dał się słyszeć i drzwi się otwarły szeroko. Stał w nich z ogromnym bukietem w ręku Herman...
Nie pierwszy to raz trafiał się natręt na progu. Paweł Szerszeń był dla nich nieubłaganym i żadną w świecie ofiarą przekupić go nie było podobna... Wyprawiał nielitościwie tych młodzików nie dając im progu drugiego pokoju przestąpić; tym razem napad był tak niespodziany, jak nagły, tak strategicznie i ze znajomością miejscowości obrachowany, że nim Szerszeń pospieszył rozstawić ręce i drogę zaprzeć, Herman spojrzawszy tylko nań, rzucił się do drzwi i wprost szturmem do pokoju Violi. Stary leciał za nim próżno usiłując go pochwycić za poły... Zręczny napastnik, nie zwracając się nawet ku niemu, choć za sobą słyszał pogoń, prędzéj wbiegł i stanął przed Violą, niż Paweł pośpieszył drzwi przed nim zamknąć...
Dziewczę razem z Pawłową w okularach, robiło około sukienki... nastraszyło się stukiem, podniosło oczy — wyelegantowany Herman, z uśmiechem na ustach, stał w postawie pokornéj, wyciągając bukiet ku niéj.
— Pozwoli pani złożyć u stóp swych w ofierze...
Aktorka odzyskała zwykłą zimną krew i akcent szyderski.
— Nie, panie — nie pozwolę! rzekła chłodno... a najprzód spytam, czy się tak godzi nachodzić moje spokojne mieszkanie?... Jakkolwiek biedna i nic nie znacząca... w oczach pana, mam prawo jak każdy do poszanowania mego progu, bom w tém mieszkaniu panią. Raczysz pan...
Wskazała drzwi...
Herman się z gniewu zaczerwienił.
— Gościnną pani jesteś, ale tylko dla wybranych gości...
— Tak, być może, odparła Viola: nikt mi nie ma prawa rozkazywać, przyjmuję — kogo mi się podoba...
— A ja nie mam téj łaski...
— Nie — panie! zimno mówiła Viola.
— Dla czego?
— Dla czegobym się miała mu tłómaczyć?
— Choćby dla tego, z gniewem dodał Herman, żem widział panią z rana... i mogę głosić przed całym światem... kogo pani swą łaską zaszczycasz...
Dziewczę rzuciło nagle robotę, wstało wyprostowane, groźne, z zachmurzoną brwią.
— Możesz pan głosić co mu się podoba! zawołała podniesionym głosem — nie wstydzę się tego co czynię. Ta groźba tak pana pięknie maluje, iż się dziwić nie będziesz, gdy mu powiem, że zasłużyłeś na moją wzgardę...
Załamała ręce...
— Za kogoż mnie masz, zawołała podstępując krok ku niemu — za kobietę, która gdyby jednemu dała serce... trzymałaby je otwarte dla wszystkich?... Precz! precz!
Tak gwałtowne były te słowa, ruch i twarz tak groźne się stały, że Herman uląkł się i pożałował swojéj lekkomyślności. Bukiet wypadł mu z rąk.
— Daruj mi pani — odezwał się cicho, — bądź lepszą i wspaniałomyślniejszą niż ja byłem... Miłość może przyprowadzić do szału...
Viola opamiętała się, ręce jéj opadły, poszła do okna płacząc i powtarzając: — Miłość! to ma być miłość!
Herman zawstydzony, wzburzony, upokorzony, wymknął się po cichu, a Szerszeń drzwi za nim na klucz spuścił.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.