Ramułtowie/VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Ramułtowie
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1881
Drukarz Drukarnia S. Orgelbranda Synów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
VIII.

Przez kilka dni napróżno wyglądała Viola przyjścia Sylwana. Zamknięty u siebie pracował i napawał się wspomnieniem ostatniéj rozmowy, biedne dziewczę nawet mu na myśl nie przyszło... Odebrała za to długi bardzo list od Hermana, którego charakter tak był podobny do ręki brata, iż go omyłką rozpieczętowała. Sylwan dawniéj nieco uparł się był przepisać jéj rolę na któréj kopię czasu nie stało, znała więc jego pismo i cała rozradowana rozerwała pieczątkę. Jakież było zdziwienie i smutek, gdy zamiast upragnionych słów kilku, znalazła arkusz najdziwniejszéj w świecie prozy pana Hermana...
Rzuciła ją w kąt z razu... późniéj przemogła ciekawość, podniosła papier i zaczęła czytać. Herman z pokorą i smutkiem tłómaczył się przed nią i opisywał jéj życie swoje, żartował nie litościwie z ludzi i z siebie... Tyle było jednak uczucia w tych sarkazmach, bólu, ironii i pokory w całym liście smutnym i znękanym, iż Viola, rozpocząwszy czytanie ze wstrętem, skończyła z politowaniem.
— Ten jeszcze, rzekła w duchu, lepszy może trochę od drugich... głowę ma przewróconą, lecz serce dobre. Cóż mi potém, dodała — to nie mój Sylwan jedyny! Ten którego serca ja pragnę, nie myśli o mnie — ci których ja odpycham, garną się. Co mi po nich!
Trzeciego czy czwartego dnia smutna, znudzona, szukała pozoru już tylko, aby Sylwana przywabić. Zdawało się biednéj, że on się niechce narzucać, że szanuje ją i boi się być natrętnym. Postanowiła więc, pod pozorem roli Julii w Romeo i Juliecie Szekspira... ściągnąć do siebie Sylwana. Wahała się z tém długo... Niechciała pisać, bo się lękała czegoś w liście coby ją mimowoli zdradziło, musiała więc udać się o pomoc do pana Pawła.
Paweł w pierwszéj izdebce rozpatrywał się właśnie w rękopismach, goryczą zapływało mu serce...
— Nie, mówił sam do siebie — nie, mości dobrodzieju, czasy takie są gałgańskie, artyści są fuszery a te trutnie pisać nie umieją. Smarują, smarują, że ich człek wyczytać, mości dobrodzieju, nie może... Wszystko po dyable!
— Panie Pawle! ozwał się głosik znany z trzeciéj izby...
Paweł zdjął okulary i pośpieszył. Viola siedziała z książką rozłożoną na kolanach...
— Mój panie Pawle — rzekła — ja sobie z tą rolą rady nie dam!
— Panienka! zawołał Szerszeń, panienka sobie z tą rolą nie da rady, mości dobrodzieju! Począł się śmiać stary. Ale — przepraszam — graj panienka jak chcesz, to ich wszystkich zakasujesz, ani pojęcia tego nie mają co czynią... fuszery! siano wożą za panienką! wszyscy, jak mi Bóg miły. Talentu za grosz... E! co to mówić aktorowie żadni! zbierana drużyna... panienka by, mości dobrodzieju, stołecznéj sceny nie oszpeciła... Jak powiada nieśmiertelny mistrz nasz Szekspir...
— Ale mój drogi, panie Pawle — przerwała żółciowe ekspektoracye Viola — zawsze chciałabym grać jak najlepiéj — potrzebuję porady czyjejś.
— Co, co? krzyknął Szerszeń — a któż z tych z pozwoleniem, osłów, może panience radzić, która masz gieniusz, to jest, mości dobrodzieju, panienka byś ich wszystkich uczyć mogła! Czy nie ten Romeo? Ale, ten się też umywał do Romea... piękny mi kochanek! Do Don-Kiszota podobny... a jak się to zacznie miotać i wiercić po scenie! Któż, mości dobrodzieju tak kocha! Tfu ja mu to mówiłem wiele razy, ale to zarozumialec... jemu się zdaje, żem ja sufler... tak! sufler! a niewie drugi taki cygan, mości dobrodzieju, że ja monarchów grywałem.. i to w Warszawie.
Szerszeń gdy raz się puścił trudno było powstrzymać. Zwykle hamowania podejmowała się żona jego, która ten defekt znała... I tym razem pani Pawłowa, siedząca w okularach nad suknią Julietty, poczęła sykać.
— Dałbyś pokój — stary — dałbyś pokój.
— A no mi nie przerywaj! rzekł Szerszeń. Gdzie tu kogo się radzić!
— Ale żadnego z nich, uśmiechając się odezwała Viola — chciałam cię prosić czybyś się nie pofatygował do pana Sylwana... on od wielu artystów ma więcéj czucia i... czytał a widział tyle.
— To już jest co innego, mości dobrodzieju, panienko — odparł Szerszeń, to rozumiem i na to się zgadzam — pan Sylwan — tak że mi mówić proszę.
Uderzył się w czoło. Ten mości dobrodzieju, ma tu! ma. I tu (uderzył się po sercu) całą gębą człowiek! Z nim pomówić miło i szanuje ludzi zasłużonych scenie... jak ja, mości dobrodzieju do niego to pójdę...
Zawracał się już Szerszeń.
— Mój panie Pawle, rzekła aktorka, a przeprośże go iż śmiem trudzić. Musi mieć robotę.
— O! ten człowiek, co on ma roboty: zawołał Szerszeń, ja wczoraj byłem u niego z wizytą... dał mi lampeczkę wina! Gadaliśmy o Szekspirze..
— A o mnie, nie wspomniał? naiwnie zapomniawszy się spytała Viola.
— Jakto, jakto? mości dobrodzieju — owszem, pytał o zdrowie i czy panienka wody pije i czy nie kaszle?
— A czemuż się sam dowiedzieć nie przyjdzie? smutno mruknęła Viola.
— To taki człek, rzekł Szerszeń, delikatność sama... Młody zwyczajnie, krew nie woda... a wie, z przeproszeniem panienki, że tu u niéj umizgi daremne...
— At, pleciesz ofuknęła Pawłowa, widząc rumieniec na twarzy Violi — co bo to za gadanie Pawle...
— Oto — kwoka! mości dobrodzieju! oburzył się na żonę Paweł. Cóż to? złe gadanie gdy ze szczerego serca i szacunku dla osoby, która tego jest godną? Co tobie się do tego mieszać, gdy wyżéj wykształcone osobistości konwersują... Jak mówi mistrz nasz... z łopatą na słońce! mości dobrodzieju!
Pawłowa ramionami ruszała...
— O czemże chciałem mówić — ciągnął niepowstrzymany Szerszeń — a! o tym godnym Ramułcie... Niech panienka mi, mości dobrodzieju, daruje co powiem... jemu także za złe mieć nie można, iż rzadko bywa! Człek rozumny... Panienka masz ku niemu sympatyę... a on też... co pewna... co pewna... jak powiada nasz mistrz, z ogniem nie igrać, z sercem nie żartować...
Viola rumieniła się zmieszana, Pawłowa klapnęła starego gadułę po ramieniu.
— A no! dosyć! dosyć! widzisz że się panna rumieni od tego płochego gadulstwa...
Viola uznała też słuszném przerwać ulewę słów, powtórzoną prośbą, — aby szedł pana Sylwana na jaką chwilę dla porady zawezwać.
Paweł wymrukując resztę niedopowiedzianą... odszedł nareszcie, a Szerszeniowa dla bezpieczeństwa zaryglowała drzwi za nim.
Z pewnym żalem do żony, którą uważał za dobrą lecz upośledzoną istotę — pan Paweł wyszedł z domu, w myśli udania się wprost do mieszkania Sylwana. Los zrządził, że Herman, który krążył ciągle w okolicach domu Violi pochwycił go na drodze. Hermana znał nawet sufler teatralny, bo miał zawsze lożę, i zwano go panem grafem, znał go też z ostatniéj bytności nieszczęśliwéj... z bukietem. Stary był grzecznym dla wszystkich, tu czuł się w podwójnym obowiązku salutowaniu grafa, któremu o mało nie był w konieczności oberwania poły od surduta... Herman też chciwie go przywitał, znajomość dobra z Szerszeniem była dlań nieocenioną.
— Gdzie to tak Pan Bóg prowadzi?... zapytał.
— Za interessami teatralnemi, panie grafie — odparł Szerszeń uśmiechnięty wspomnieniem owéj sceny z bukietem.
— A pilno?
— Dosyć — dosyć! w ogóle, mości dobrodzieju, panie grafie — rzekł Paweł, sprawy teatrów niecierpią zwłoki. Chwila dla artystów stanowi o ich losie! jak mówi mistrz nasz Szekspir... chwytaj minuty jeśli chcesz mieć godziny swobodne.
— W jakiéj że to sztuce — począł Herman chcąc rozmowę przedłużyć — znakomitą tę prawdę Szekspir ogłosił?
— A tego panu nieumiem powiedzieć... zastanawiając się rzekł Szerszeń, albo w którymś Henryku, lub Makbecie...
— Myślę że w Makbecie! potwierdził Herman.
— I ja tak sądzę, dodał Szerszeń, mości dobrodzieju, panie grafie. Jestem tak przejęty nieśmiertelnym mistrzem, iż cały nim żyję...
— Prawdziwy artysta, rzekł Herman.
— Co pan myśli i ja grywałem monarchów i to na warszawskiéj scenie, rzekł Szerszeń z pewną dumą... Koneserowie znajdowali w mojéj grze takie rzeczy, panie, takie rzeczy, że nieboszczyk Dmuszewski tak mi powiedział, o czém nigdy zapomnieć nie mogę: Szerszeń, ty nowe światy odkrywasz! Ale cóż! Intrygi, zazdrość... wykłuły mnie, wysadziły, sponiewierały... zszedłem na suflera... A niech pan, mości dobrodzieju, spyta ich — tych niewdzięczników, ile ja im dobrych rad daję... A cóż myśl podchwycą... i Bóg zapłać żaden nie powie.
Herman bawił się gadulstwem jego...
— Słuchaj, panie artysto, — jeśli ci nie pilno — chodź na lampkę wina...
Postawiony pomiędzy lampką wina, powolném uchem sympatycznego młodzieńca — a obowiązkiem spełnieniu rozkazu Violi, Szerszeń sądził, że potrafi nic nie tracąc, pogodzić wszystko...
— Chwileczkę małą, mości dobrodzieju! panie grafie... mógłbym mu poświęcić jeśli wola i łaska — lecz małą.
Herman zobaczywszy magazyn win naprzeciw pociągnął go z sobą, znalazł izdebkę osobną i kazał podać węgrzyna...
Nektarem on się wydał staremu Szerszeniowi, łzy wdzięczności wycisnął mu z oczów, dawno, dawno nikt go tak po pańsku nie częstował — czuł się przejętym.
— Pan graf, rzekł — umiesz prawdziwie oszacować i świątynię i sługi Melpomeny, mości dobrodzieju... bo to dla ludzkości instytucya wielka... castigat, mości dobrodzieju — mores. Za zdrowie protektora sztuki dramatycznéj i artystów...
Ledwie wypił już mu Herman nalał drugi.
— E! panie artysto, odezwał się — dla czegożeś to tak był dla mnie srogim a nielitościwym, gdym w myśli niósł hołd uczuć i kwiatów pięknéj Violi?
Szerszeń się zmieszał niespodziewaném tém wspomnieniem, aż mu głowa wrosła w ramiona...
— Mości dobrodzieju panie grafie! odezwał się skonfundowany. To trzeba znać skład okoliczności, jak mówi mistrz — wedle stawu grobla... Są obowiązki, które człek spełnia, choćby gardłem nałożyć przyszło... Jest to dziewica powierzona pieczy naszéj, niby to mojéj i pani Pawłowéj — osoba wielkiego talentu... która cienia korrupcyi się lęka...
— Ależ ja nie miałem żadnych złych zamiarów! i nie mam ich, a tyle ona we mnie wzbudziła sympatyi...
— I godną jéj jest! przerwał z zapałem Szerszeń... dziewica udarowana nader szczęśliwie, będzie to kiedyś ozdoba sceny stołecznéj — panie grafie, osoba uczuć delikatnych... chociaż ojciec, bo ojca znałem, szelma pijaczysko był ostatni, cośmy go na klucz zamykać musieli, gdy mu grać przypadło... ale téż był artysta osobliwy. Pil to pił... a grał... chyba już nie można lepiéj... nieraz łzami zlewałem rękopism... takiem się śmiał gdy genialnie począł Icka zapieczętowanego przedstawiać.
Herman słuchał, usiłując utrzymać poważną twarz i uważne oblicze. Szerszeń raz puszczony... paplał ani go było powstrzymać.
— Omyliliście się przypisując mi jakieś zwodzicielskie intencye, rzekł w końcu — ja tylko przez miłość dla sztuki uczcić chciałem jéj kapłankę.
— Kapłankę! powtórzył Szerszeń — ślicznie powiedziano — kapłankę... ona jest w istocie kapłanką sztuki... ale to dziecko... niewinności i delikatności pełne (Szerszeniowi wino plątało już wyrazy).
— Spodziewam się, że inną razą, gdybym przyszedł... mój panie Szerszeń, wy mnie za drzwi nie wyszlecie.
Stary sufler zamilkł nagle; wino mu zgorzkło, uczuł podstęp — odstawił lampkę, wstał od stołu i przybrał postać tak poważną, jak gdy grywał monarchów na warszawskiéj scenie.
— Panie grafie, rzekł — święte jest uczucie obowiązku... przepraszam, — ale sumienie by mi nie dozwalało pobłażać... nigdy! Raczéj — śmierć, raczéj męczarnie, niż honor postradać.
Herman się zaczął śmiać i uścisnął go...
— Idźże sobie z Bogiem rzekł, nie mamy co dłużéj gadać z sobą...
Osłupiały Szerszeń... którego zostawił samego z lampką i sumieniem, obejrzał się... wypił wino, otarł usta i z zadowoleniem a dumą opuścił świątynię Bachusa... spóźniwszy się do Sylwana już go w domu nie zastał... chłopcu tylko w długiéj dobranemi wyrazy wyrzeczonéj mowie oznajmił, iż Viola upraszała pana Sylwana, aby ją był łaskaw wolną chwilą — odwiedzić...
Zabierając się całą swą przygodę powierzyć żonie i wykazać jéj heroizm z jakim się oparł pokusie — Szerszeń zwolna zażywając tabakę, ze spokojném sumieniem powrócił do domu.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.