Puk z Pukowej Górki/Hal Rysownik

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Rudyard Kipling
Tytuł Puk z Pukowej Górki
Data wydania 1935
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie
Drukarz P. Mitręga
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Józef Birkenmajer
Tytuł orygin. Puck of Pook’s Hill
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
HAL RYSOWNIK

W pewne dżdżyste popołudnie Dan i Una wyprawili się do małego młyna, bawić się w korsarzy. Jeżeli ktoś nie zważa na szczury, biegające pod wiązaniem dachu, oraz na plewy owsa, sypiące się do obuwia, poddasze młyna jest miejscem niezwykle uroczem, zwłaszcza dzięki spuszczanym drzwiom, tudzież widniejącym na każdej belce napisom, wspominającym powodzie i zakochane pary. Światło tu dochodzi przez małe okienko, zwane Kaczem Oknem, z którego widać folwark Małe Lipy oraz miejsce, gdzie stracono Jacka Cade’a.
Gdy wdrapali się na drabinę, wiodącą na poddasze, a zwaną przez nich „masztem koronnym“ (nazwę tę wzięli z ballady o sir Andrzeju Bartonie, a Dan, wedle słów tejże ballady, „uchwycił się masztu silnie i zręcznie“), ujrzeli jakiegoś człowieka, odzianego w śliwkowego koloru kaftan i obcisłe pluderki tejże barwy. Siedział na ramie kaczego okna i rysował coś pilnie w książce o czerwonych brzegach.
— Siadajcie! Siadajcie! — zawołał Puk, siedzący na jednej z belek wsporowych. — Patrzcie, co znaczy być pięknym! Pan Henryk Dawe... przepraszam, Hal... powiada, że jestem wybornym modelem na maszkarę do rynny!
Nieznajomy uśmiechnął się i grzecznie uchylił aksamitnej czapeczki. Dzieci obaczyły, iż miał szpakowate włosy, zwichrzone w bujną czuprynę ponad czołem. Nie był młody... liczył sobie conajmniej czterdziestkę... ale oczy miał dziwnie młodzieńcze, choć otoczone wieńcem drobnych, zabawnych zmarszczek. U szerokiego pasa wisiała mu sakiewka z wyszywanej skóry, wyglądająca nader interesująco.
— Czy wolno się przypatrzeć rysunkowi? — zapytała Una, wysuwając się naprzód.
— Ma się rozumieć! Ma się rozumieć! — odrzekł Hal, robiąc im miejsce na oknie, poczem znów wziął w rękę srebrny sztyfcik i zabrał się do roboty. Puk siedział nieruchomo, a szeroki, jakby zamarły na ustach uśmiech nie zszedł z nich ani na chwilę przez cały czas, gdy zręczne i niemylne palce rysownika odtwarzały rysy Pukowej twarzy. Dzieci śledziły uważnie każdy ruch artysty. Naraz Hal wydobył z sakiewki trzcinowe pióro i zatemperował je małym nożykiem z kości słoniowej, wyrzeźbionym w kształcie ryby.
— O, jakież to piękne! — zawołał Dan.
— Na bok palce! Ten nożyk jest straszliwie ostry! zrobiłem go sam z najlepszej holenderskiej stali. Także i tę rybę jam wyrzeźbił. Gdy jej płetwę grzbietową przesunąć w stronę ogona... o w ten sposób... ryba połyka ostrze, jak niegdyś wieloryb połknął patrjarchę Jonasza... A oto mój kałamarzyk; wokoło wyrzeźbiłem czterech świętych ze srebra. Przyciśnij głowę świętego Barnaby. Otwiera się... i oto...
Zanurzył w kałamarzu zaostrzone pióro — i śmiało a dokładnie jął uwydatniać główne linje rubasznej twarzy Puka, dotąd tylko lekko zaznaczone srebrnym sztyfcikiem.
Dzieci aż usta otworzyły z podziwu, bo twarz ta wprost zdawała się wyskakiwać z kartki papieru. Hal pracował pilnie i jakby wtórował kroplom deszczu, bębniącym o dachówki, rozmawiając z dziećmi — to wyraźnie, to znów półgłośnym pomrukiem; od czasu do czasu przerywał rozmowę, marszcząc się albo uśmiechając się do swej roboty. Opowiedział im, że urodził się w folwarku Małe Lipy i że ojciec bijał go za to, że rysował różne rzeczy zamiast pracować, aż wkońcu stary ksiądz, zwany Ojcem Rogerem, który malował ozdobne litery w książkach bogatych ludzi, nakłonił rodziców, by oddali mu chłopca pod opiekę niejako w charakterze terminatora malarskiego. Wraz z ojcem Rogerem podążył do Oxfordu, gdzie zmywał talerze, podawał buty i płaszcze wychowankom kolegjum mertońskiego...
— Pewno ci się to niebardzo podobało? — zagadnął Dan, zasypujący go wogóle tysiącem najróżniejszych pytań.
— Nigdy się nad tem nie zastanawiałem. Połowa Oxfordu wrzała podówczas robotą. Wznoszono nowe kolegja albo upiększano stare, a do pomocy wzywano najsławniejszych mistrzów w całem chrześcijaństwie... królów w swoim fachu, czczonych i sławionych nawet pomiędzy monarchami. Jam ich znał i dla nich pracował... to mi wystarczyło. Nic więc dziwnego... że...
Tu przerwał i zaśmiał się.
— Zostałeś wielkim człowiekiem, Halu! — dokończył Puk.
— Owszem, tak mi mówiono, Robinie. Sam Bramante nawet mi to mówił.
— Dlaczego? Coś ty robił? — zapytał Dan.
Artysta spojrzał nań zukosa.
— Ano różne rzeczy, w kamieniu i w innym materjale. Nie wiem, czy o nich słyszałeś. Można je spotkać po całej Anglji. Niedaleko szukając, ja to przebudowałem nasz mały kościółek świętego Barnaby. Praca ta kosztowała mnie więcej kłopotów i zmartwień, niż wszystko, czegokolwiek tknąłem się w życiu. Ale to była dla mnie wyborna lekcja!
— Hm! — westchnął Dan. — Mieliśmy już dziś dość lekcyj od samego rana!
Puk ryknął śmiechem, a Hal odpowiedział uprzejmie:
— Nie będę cię trapił nauką, mój chłopcze. Wszelakoż dziwna to rzecz pomyśleć, że ten kościołek został odbudowany, nakryty dachem i wsławiony dzięki kilku zacnym odlewaczom żelaza z Sussexu, pewnemu chłopcu okrętowemu z Bristolu, pewnemu zarozumiałemu durniowi, którego zwano Halem rysownikiem, bo jak widzicie, zawsze coś rysował lub szkicował, a wreszcie dzięki — tu wycedził zwolna ostatnie słowa — dzięki pewnemu szkockiemu korsarzowi.
— Korsarzowi? — zawołał Dan i szarpnął się, jak ryba złapana na wędkę.
— Właśnie dzięki owemu Andrzejowi Bartonowi, o którym przed chwilą śpiewaliście, włażąc po drabinie.
To rzekłszy, zanurzył znowu piórko w kałamarzu i z zapartym tchem ciągnął jakąś falistą linję, jak gdyby zapomniał o wszystkiem w świecie.
— Co? Czyżby korsarze budowali kościoły? — zapytał Dan. — Czy naprawdę oni je budują?
— Nieraz poważnie przyczynią się do budowy — zaśmiał się Hal. — Ale ty, mój żaczku, odbywałeś już podobno lekcje przez cały ranek?
— Na lekcjach nie opowiadano nam o korsarzach, ale o królu Robercie Bruce i jakimś tam jego pająku! — zawołała Una. — I czemuż to Andrzej Barton wam pomagał?
— Nie wiem, czy on sam odpowiedziałby ci na to pytanie — odrzekł Hal, mrużąc oczy. — Robinie, po kiego licha mam opowiadać tym niewiniątkom, jakie skutki za sobą pociąga grzeszna pycha?
— O, my to dobrze wiemy! — pośpieszyła z odpowiedzią Una. — Gdy ktoś jest zanadto rogaty... to znaczy krnąbrny jak koza... musi za to siedzieć... w kozie.
Hal zamyślił się na chwilę, trzymając piórko w powietrzu, a Puk jął mówić coś do niego, używając jakichś przydługich wyrazów.
— Aha! — zawołał Hal po chwili — rozumiem! Tak i ze mną się zdarzyło... Czy byłem rogaty, jak wy powiadacie, to inna rzecz, dość że sprawowałem się nie tak jak należy. Dumny byłem z takich rzeczy, jak krużganki... naprzykład krużganek w Lincoln... dumny byłem z tego, że ręka Torrigiana spoczęła na mem ramieniu... dumny byłem z godności rycerskiej, otrzymanej za to, żem wykonał złocone floresy na okręcie „Suweren“, należącym do Jego Królewskiej Mości. Atoli nie zapomniał o mnie ojciec Roger, przesiadujący w mertońskiej bibljotece. Gdym był u szczytu pychy, a mianowicie, gdy ja właśnie, a nie kto inny, miałem budować krużganek w Lincoln, on jednem groźnem skinieniem palca rozkazał mi, bym wracał w gliniaste okolice rodzinnego Sussexu i własnym kosztem odbudował nasz parafjalny kościół, gdzie były groby sześciu pokoleń naszej rodziny. „W drogę, synu mej sztuki!“ zawołał. „Zanim nazwiesz się człowiekiem dorosłym, musisz zwalczyć djabła u siebie w domu!“ Zadrżałem i ruszyłem w drogę... No, jakże tam, Robinie?
I z dumą pokazał Pukowi ukończony rysunek.
— To ja! To ja bezwątpienia! — odrzekł Puk, mizdrząc się tak, jakby się przeglądał w lustrze. — Ale patrzcie! Deszcz już ustał! Nie lubię przebywać pod dachem, gdy słońce świeci!
— Hopsasa! Już po robocie! — zawołał Hal, zeskakując z okna. — Kto pozwoli ze mną do moich Małych Lip? Tam sobie pogawędzimy!
Zsunęli się po drabinie wdół i minąwszy ociekające wodą wierzby, weszli na groblę oświeconą już słońcem.
— Moiściewy! — zawołał Hal, wlepiając oczy w chmielnik, gdzie pędy chmielu właśnie zaczynały okrywać się kwieciem. — Czy to winne latorośle? Nie to nie wino!... a okręca się w przeciwną stronę niż fasola!
— To chmiel. Nie było go jeszcze za twoich czasów. Jest to ziele Marsa, a jego wysuszone kwiecie daje się dla smaku do piwa. Jest taki wierszyk:

W tym samym roku Pańskim do Anglji — o dziwo! —
przywieziono indyki, herezję, chmiel, piwo.

— O herezjach słyszałem, chmiel widziałem przed chwilą... niech będzie Bóg pochwalony za jego piękne kształty! Ale co to są te wasze indyki?
Dzieci roześmiały się, przypomniawszy sobie indyki, chodzące po folwarku w Małych Lipach. Jakoż, gdy doszli do sadu na wzgórku, całe ich stado wpadło na nich z impetem. Hal natychmiast wyciągnął szkicownik.
— To mi się podoba! — krzyknął. — Oto Pycha w purpurowych strojach! Oto szalona buta i przepych doczesny! Jakże wy nazywacie to dziwo?
— Indyki! indyki! — zawołały dzieci, gdy stary rozgulgotany indor rozgorzał płomieniem gniewu na widok śliwkowych spodeniek Hala.
— Niech Bóg ma w swej opiece waszą wspaniałość! — rzekł po chwili Hal, potrząsając czapeczką tuż przed oczyma rozzłoszczonego ptaka. — Dziś udało mi się naszkicować dwie piękne, a dotąd mi nieznane rzeczy.
Ruszyli w dalszą drogę i brnąc wśród trawy doszli do wzgórka, na którym rozpostarły się Małe Lipy. Stary dworek, sięgający dachówkami niemal do ziemi, mienił się w świetle przedwieczornem jakoby barwą krwawego rubinu. Gołębie wydziobywały wapno z krawędzi komina; pszczoły, które jeszcze od czasu założenia domu gnieździły się pod dachówkami, napełniały swym gwarem upalne sierpniowe powietrze, a woń bukszpanu, rosnącego pod oknem obory, mieszała się z oparem ziemi rozmokłej po deszczu, zapachem świeżo wypieczonego chleba i swędem drew, płonących na ognisku.
Gospodyni z dzieckiem na ręku podeszła ku drzwiom, przysłoniła oczy dłonią, schyliła się, by zerwać gałązkę rozmarynu, i poszła w głąb ogrodu. Stary wyżeł, wylegujący się w beczce, zaszczekał ze dwa razy, by pokazać, że przecie pełni straż nad wyludnionym w tej chwili domem. Puk zatrzasnął za przybyłymi furtkę ogrodu.
— Czy dziwicie się, że kocham to miejsce? — szepnął Hal. — I cóż wiedzą mieszczuchy o przyrodzie i o przyjemnościach sielskich?
Usadowili się rzędem na starej, porzniętej scyzorykami ławce dębowej, stojącej w ogrodzie, i patrzyli na strumień płynący w dolinie oraz na zarosłe paprocią parowy i wyboje koło kuźni za chatą Hobdena. Staruszek właśnie rąbał chróst w ogródku swoim przy pasiece. Łoskot uderzeń siekiery dopiero po upływie sekundy dochodził do niezbyt wytężających się uszu dzieci.
— Hej, hej! — ozwał się Hal. — Tam, gdzie teraz ten staruszek rąbie drzewo, stała, jak pamiętam, Dolna Kuźnia... ludwisarnia mistrza Jana Collinsa. Przez ile to nocy, gdym spał tutaj, budził mnie nagle huk jego potężnego giserskiego młota! „Bum-bum! Bum-bum!“ Jeżeli wiał wiatr od wschodu, słychać było, jak mistrz Tomasz Collins z kuźni w Stockens odpowiadał swemu bratu: „Łup-łup! łup-łup!“ — a młoty kowalskie Jana Pelhama w Brightling wtrącały się do tej rozmowy, niby gromadka żaków, recytująca bez końca: „Hic-haec-hoc! Hic-haec-hoc!“, póki mnie znowu sen nie zmorzył. Tak, tak! Cała ta dolina tak rozbrzmiewała odgłosami kuźni i odlewni, jak zarośla w maju rozbrzmiewają wołaniem kukułek. Wszystko to teraz znikło i trawą zarosło!
— A cóż tam wyrabiano? — zapytał Dan.
— Działa dla okrętów królewskich... czasem i dla innych. Przeważnie kolubryny i śmigownice. Gdy robota była ukończona, nadjeżdżali królewscy oficerowie i zabierali nam woły od pługa, by niemi pociągnąć działa na wybrzeże. Patrzcie! Oto jeden z najprzedniejszych i najwytrawniejszych mistrzów sztuki żeglarskiej!
Przewrócił kartkę szkicownika i pokazał dzieciom głowę jakiegoś młodzieńca, pod którą był podpis: „Sebastianus“.
— Człek ten przybył do mistrza Jana Collinsa, przywożąc rozkaz królewski, by mu dostarczono dwudziestu kolubryn (piekielne to były armatki!) na morską wyprawę odkrywczą. Narysowałem go, gdy siedział przy naszem ognisku i opowiadał mej matce o nowych lądach, jakie zamierzał odkryć w dalekich stronach świata. Jakoż odkrył ich wiele! Miał jakiś dziwny węch, który go wiódł pośród morskich pustkowi. Nazwisko miał Cabot; rodem był z Bristolu, lecz płynęła w nim napoły krew cudzoziemska. On to mi dopomógł w budowie kościoła.
— Ja myślałem, że to Andrzej Barton ci pomagał... — przerwał Dan.
— Tak jest... ale wcześniej niż dach, trzeba położyć fundamenty — odrzekł Hal. — Sebastjan pierwszy wskazał mi drogę do tego dzieła. Bo gdym tu przybył, celem moim było nie służyć Bogu, co jest powinnością prawdziwego mistrza, ale pokazać ludziom tutejszym, jaki to mistrz ze mnie. Oni (co zresztą wyszło mi na dobre) tyle dbali o kunszt mój i sławę, co o ździebełko słomy przy drodze. Jakież, u licha, mam prawo (powiadali) zajmować się kościołem świętego Barnaby? Od czasów czarnej śmierci kościół ten leżał w gruzach, więc niech i nadal w gruzach zostanie! Radzono mi, bym się powiesił na powrozach, jakie rozciągnąłem na wzniesionem przeze mnie rusztowaniu... Szlachta i gmin prosty, wielcy i mali — Hayesowie, Fowlowie, Fennery i Collinsowie — wszyscy jakgdyby się zmówili przeciwko mnie. Jedynie pan Jan Pelham, mieszkający tam hen w Brightlingu, dodawał mi otuchy i zachęcał do wytrwania. Ale czyż mogłem wytrwać? Oto naprzykład prosiłem mistrza Collinsa o wypożyczenie mi fury na zwiezienie belek — okazuje się, że woły poszły właśnie do Lewes po wapno. A co było, gdy mi obiecał pakę żelaznych klamer czy haków na wiązanie dachu? Albo mi ich wcale nie doręczono, albo, gdy doszły, były połamane i pokrzywione... I tak było ze wszystkiem. Nikt mi nie powiedział ani słowa, ale też nikt do niczego nie przyłożył ręki, chyba że stałem im nad głową... a wtedy wykonywali wszystko po partacku. Myślałem, że cała okolica jest chyba zaczarowana...
— Bo też i była zaczarowana! — wtrącił się Puk, opierając brodę na kolanach. — Czy nie miałeś nikogo w podejrzeniu?
— Nikogo nie podejrzewałem, póki nie przybył tu Sebastjan po swe działa. Wówczas Jan Collins zaczął mu płatać takie same psie figle, jak mnie z owem żelaziwem. Tydzień po tygodniu dwie lub trzy kolubryny pękały podczas odlewania i nadawały się, jak mówiono, jedynie na szmelc. Jan Collins kiwał głową i zaklinał się, że nie odda królowi ani jednego działa, któreby nie było dokładnie odlane. Wszyscy święci! Jakże się wtedy Sebastjan pienił ze złości! Wiem coś niecoś o tem, bośmy nieraz siadywali na tej ławie, dzieląc się naszemi strapieniami...
— Gdy Sebastjan zmitrężył już sześć tygodni w Lipach i udało mu się dostać zaledwie sześć kolubryn, naraz Dirk Brenzett, kapitan statku „Łabędź“, przysłał mi wiadomość, że, uciekając przed pościgiem Andrzeja Bartona do portu Rye, musiał celem ulżenia okrętowi rzucić w morze wielki złom kamienny, wieziony z Francji na chrzcielnicę do naszego kościoła.
— Aha! To on uciekał przed tym korsarzem!... — zawołał Dan.
— Tak jest. Gdym sobie z tego powodu rwał włosy na głowie, przybiega do mnie Will Ticehurst, najlepszy z mych murarzy, i trzęsąc się ze strachu, Bogiem się świadcząc, zaczyna mi opowiadać, że z wieży kościelnej skoczył na niego djabeł z rogami, z ogonem, szczękający łańcuchem, i tak ludzi nastraszył, iż ani rusz nie chcą się brać do roboty. Przerwaliśmy tedy umacnianie fundamentów i poszedłem na kufel piwa do gospody „pod Dzwonem“. Spotkałem tam mistrza Jana Collinsa, a ten mi rzecze: „Rób, jak chcesz, smyku, ale ja na twojem miejscu wziąłbym sobie do serca taki znak i zostawiłbym w spokoju kościół świętego Barnaby!“ A wszyscy obecni pokiwali grzesznemi głowami i zaczęli mu przyświadczać. Później poznałem, że bardziej lękali się mnie, niż owego djabła...
— Gdy z tą miłą nowiną wróciłem do domu, zastałem Sebastjana zajętego bieleniem pułapu w kuchni. Czynił to dla mojej matki, którą kochał jak syn rodzony.
— „Nie martw się, mój chłopcze!“, odezwał się do mnie. „Pan Bóg, jak był, tak będzie... ale my obaj, mój Halu, jesteśmy osłami skończonymi! Oszukano nas haniebnie i tem to większy wstyd dla mnie, żeglarza, żem dotąd tego się nie domyślił. Ty musiałeś przerwać budowę dzwonnicy, bo podobno skądciś tam się pojawił jakiś djabeł, ja zaś nie mogę dostać kolubryn, ponieważ Jan Collins nie może ich odlać należycie... jednocześnie zaś Andrzej Barton, jak jastrząb, krąży koło portu Rye... W jakimże celu? Ażeby zabrać te właśnie kolubryny, na które próżno czeka nieszczęsny Cabot! I daję w zakład te ziemie, które dostanę po odkryciu nowych lądów, że wspomniane kolubryny ukrywają się w tej chwili pod dzwonnicą kościoła świętego Barnaby. To tak jasne, jak wybrzeże irlandzkie w samo południe!“
— „Ależ oni nigdy nie odważyliby się na to!“, zawołałem. „Zresztą sprzedawanie dział nieprzyjaciołom to jawna zdrada! Za to karze się szubienicą i grzywną!“
— „W każdym razie zysk ciągnie się z tego pewny i obfity!“, odrzekł Sebastjan. „Dla zysku ludzie nie lękają się nawet szubienicy. Wiem-ci coś o tem, bom sam był kiedyś kupcem. Dla honoru Bristolu musimy wszakże raz z nimi skończyć.“
— I siadłszy na kubełku wapna, począł obmyślać fortele. Rozgłosiliśmy, że we wtorek wyjeżdżamy do Londynu, i uroczyście pożegnaliśmy wszystkich naszych przyjaciół... zwłaszcza mistrza Jana Collinsa. W lasach koło Wadhurst zboczyliśmy z drogi i przez trzęsawiska wróciliśmy do wsi. Tu ukryliśmy konie w wiklinie koło plebańskiego gruntu, a z nadejściem nocy zakradliśmy się na palcach pod kościół świętego Barnaby. Mgła stała się gęsta, a księżyc słabo przez nią przeświecał.
— Ledwom zamknął spowrotem drzwi dzwonnicy, aż tu Sebastjan runął w ciemności jak długi.
— „Do licha!“, zaklął. „Podnoś nogi wysoko i obmacuj dobrze ziemię, Hal! Przed chwilą potknąłem się o lufy armatnie!
— Zacząłem iść poomacku (w dzwonnicy było ciemno jak w studni) i naliczyłem kolejno dwadzieścia kolubryn, leżących na grochowinach... nawet nie były osłonięte!
— „A tu z mojej strony są jeszcze dwa działka mniejszego kalibru“, odzywa się Sebastjan, uderzając ręką po gładkim metalu. — „Przeznaczone są do dolnego pokładu na statku Andrzeja Bartona. Przezacny, przezacny ten Jan Collins! Więc tu jest jego składnica, jego arsenał, jego zbrojownia! Teraz to już chyba widzisz, czemu twoje krzątanie się i wścibianie wszędzie nosa wywołało djabła na gruntach Sussexu? Od kilku miesięcy przeszkadzałeś Janowi w uczciwych zajęciach kupieckich!
— I roześmiał się, zataczając się po ziemi. Ale ponieważ o północy niezbyt ciepło bywa w ceglanej wieżycy, przeto powlekliśmy się dalej po schodach, aż tu nagle Sebastjan znowu się potknął... tym razem na krowiej skórze z rogami i ogonem.
— „Aha! Naści djable kaftan! Twój djabeł zgubił swą cielesną powłokę! Co, podobam ci się w tej nowej skórze, Halu?“... Odział się nią i począł skakać, jak szalony, w blasku księżycowym, przeciskającym się smugami przez okno. Wyglądał jak istny djabeł! Potem usiadł na schodach, waląc ogonem w jakąś deskę. Ztyłu, dalibóg, zdawał się jeszcze straszliwszy niż od przodu! Przez okno wleciała sowa i zaczęła piszczeć z przestrachu na widok jego rogów...
— „Zamykaj drzwi, jeżeli nie chcesz wpuścić djabła!“, szepnął Sebastjan. „Ale znów przekonywam się o fałszywości przysłowia, bo oto słyszę, Halu, jak otwierają się drzwi twej dzwonnicy.“
— „Przecież je zamknąłem!... Czyżby kto miał drugi klucz?“, odpowiedziałem.
— „Całe bractwo, sądząc z odgłosu kroków“, odrzekł Sebastjan, starając się wzrokiem przebić ciemności. „Cicho, cicho, Halu! Posłuchaj, jak stękają! Aha, niosą znów kilka mych kolubrynek! Powinienem być im wdzięczny! Jedna... dwie... trzy... już cztery przynieśli! Dalibóg, Andrzej zbroi się niczem admirał! Ogółem dwadzieścia cztery armaty!“
— I oto, jakby echo, doleciał nas głucho brzmiący głos Jana Collinsa: „Dwadzieścia cztery kolubryny i dwa mniejsze działka. Jużeśmy wyrównali rachunek z Andrzejem Bartonem.“
— „Na grzeczności nikt nie traci!“, szepnął Sebastjan. „A może mu tak upuścić ostrze sztyletu wprost na głowę?“
— „W czwartek one sobie pojadą na wozach z wełną, ukryte pod workami. Dirk Brenzett będzie na nie czekał pod Udimore, jak zeszłym razem“, mówił Jan.
— „Boże! Jakaż to rozgałęziona i poręczna instytucja handlowa!“, rzekł Sebastjan. „Założyłbym się, że w całej wiosce tylko my dwaj nie ciągniemy zysków z tego przedsiębiorstwa.“
— Na dole było zgórą dwudziestu chłopa, a gwarno było jak na targu przy Robertsbridge. Poznawaliśmy ich po głosie, dzięki czemu mogliśmy sprawdzić ich liczbę.
— Mistrz Jan Collins mówił piskliwym głosem: „Za miesiąc muszą tu się znaleźć działa dla francuskiej karaweli. Willu, a kiedy ten wasz młody dureń (to miałem być ja, za pozwoleniem!) powróci z Londynu?“
— „Nie martw się o to!“, posłyszałem odpowiedź Willa Ticehursta. „Kładźcie je, gdzie się wam podoba, mistrzu Collinsie. My teraz zanadto boimy się djabła, byśmy mieli zabierać się do tej wieży!“ I posłyszałem, jak się drab roześmiał na całe gardło.
— „Ej, Willu, djabeł nie śpi i nietrudno go zbudzić!“, rzekł jeden z obecnych (poznałem głos Ralfa Hobdena z kuźni).
— „Aaa-men!“, ryknął Sebastjan i nim zdołałem go powstrzymać, zbiegł pędem po schodach wdół, wyjąc przytem bez przerwy... iście po djabelsku. Zanim zdążył dopaść tego, co stał najbliżej, już oni dali drapaka. Miły Boże! uciekali, aż się za nimi kurzyło! Posłyszeliśmy, jak się dobijali do drzwi gospody „Pod dzwonem“; wówczas i my wzięliśmy nogi za pas.
— „A co teraz?“, zapytał Sebastjan, podciągając krowi ogon wgórę, by nie plątał się wśród haszczy. „Nadpsułem trochę gębę mości Collinsowi!“
— „Jedźmy do Imć pana Jana Pelhama“, odparłem. „Był to jedyny człowiek, który trzymał moją stronę.“
— Pojechaliśmy tedy do Brightlingu, mijając zagrody należące do pana Jana; strażnicy leśni o mało co nas nie postrzelili, biorąc nas za kłusowników. Zaprowadzono nas przed sędziowski trybunał pana Jana. Gdyśmy mu opowiedzieli wszystkie nasze przygody i pokazaliśmy krowią skórę, którą Sebastjan miał wciąż jeszcze przytroczoną u pasa, pan Jan uśmiał się do łez.
— „Doskonale! Doskonale!“, zawołał. „Jeszcze przed świtem stanie się zadość sprawiedliwości. Jakąż zanosicie skargę? Mistrz Collins to mój stary przyjaciel.“
— „Ale ja go nie uważam za przyjaciela!“ krzyknąłem w złości. „Gdy sobie pomyślę, jak on i jemu podobni oszukiwali mnie na każdym kroku, jak żmudnie i marudnie odwlekali budowę kościoła...“ na samą tę myśl słowa uwięzły mi w gardle.
— „Tak, ale przecież przekonałeś się, że kościół ten był im potrzebny do innego celu...“ odrzekł Pelham tonem uprzejmym.
— „Tak samo były im potrzebne moje kolubryny“ wrzasnął skolei Sebastjan. „Byłbym już daleko na Zachodnim Oceanie, gdyby moje działa były gotowe. Tymczasem te działa zostały sprzedane przez twego przyjaciela jakiemuś tam szkockiemu korsarzowi!“
— „Gdzież macie na to dowody?“ zapytał pan Jan, gładząc brodę.
— „Toż niedalej jak przed godziną o mało co nie połamałem sobie nóg na tych armatach... i słyszałem przecie, jak Jan wydawał rozkazy, dokąd je wywieźć mają!“ krzyknął Sebastjan.
— „E! to tytko słowa próżne!“ odpowiedział Jan Pelham. „Mistrz Collins umie łgać jak najęty.“
— Mówił to tak poważnie, że przez chwilę posądzałem go o współudział w tym pokątnym handlu i mniemałem, jakoby już nie było ani jednego uczciwego ludwisarza w całym Sussexie.
— „Mówmy do rzeczy!“ krzyknął Sebastjan i palnął krowim ogonem w stół. „Czyjeż więc to są działa?“
— „Oczywiście, że twoje“ odrzekł pan Jan. „Przybyłeś po nie z dokumentem królewskim w ręku, a mistrz Collins odlał je w swej ludwisarni. Jeżeli on ma ochotę przenosić je z Dolnej Kuźni i składać je w wieży kościelnej, tem-ci lepiej dla ciebie! W ten sposób znajdą się one bliżej gościńca, ty zaś oszczędzisz sobie cały dzień drogi. Czemuż więc robisz tyle hałasu, mój chłopcze, zamiast podziękować za szczerą sąsiedzką przysługę?“
— „Szkoda, że odpłaciłem mu się za to tak marnie!“ odmruknął Sebastjan, przyglądając się swoim pięściom. „Ale co powiesz o mniejszych działach? Miałbym z nich wielki pożytek, ale cóż... o nich nie było ani słowa w królewskim rozkazie.“
— „To tylko uprzejmość, serdeczna uprzejmość!“ odrzekł imć pan Jan. „Nie ulega wątpliwości, iż powodowany przywiązaniem do króla i miłością ku tobie, mistrz Jan daje tobie w przydatku te dwie armatki bezpłatnie. To jasne jak to wschodzące słońce, mój młokosie!“
— „Prawda!“ rzecze na to Sebastjan. „Ach, mości panie Janie, panie Janie, czemuż to waszmość nie wybierzesz się nigdy na morze! Szkoda waszmości na lądzie!“ To mówiąc, spojrzał nań z serdeczną wdzięcznością.
— „Czynię, co mogę, na mem stanowisku!“ Tu imć pan Jan znowu pogładził brodę i przemówił do nas grzmiącym sędziowskim głosem: „Ale, za pozwoleniem, wy dwaj, moi chłopcy, hulacie sobie o północy (co mi się zgoła nie podoba!), rozbijacie się koło szynkowni i napastujecie mistrza Collinsa podczas jego...“ tu zamyślił się na chwilę „...podczas spełniania przezeń dobrych uczynków... pełnił je tak skrycie, iż nie wiedziała lewica, co czyni prawica, a wyście, powtarzam, napastowali go okrutnie.“
— „Prawdę mówisz, mości panie Janie“ odrzekł Sebastjan. „A gdybyś widział, jak on uciekał!“
— „Potem zaś jedziecie na złamanie karku, wpadacie do mnie nocą i zawracacie mi głowę baśniami o jakichś tam korsarzach, wozach z wełną i skórach krowich, które to baśnie, acz wielce ucieszne i rozweseliły mnie niepomiernie, jednakże nie licują z moim rozsądkiem i urzędową powagą. Przeto gotów jestem towarzyszyć wam do owej wieży, wziąwszy z sobą kilku podległych mi ludzi i ze trzy lub cztery wielkie wozy, by dać ci rękojmię, że mistrz Jan Collins odda ci dobrowolnie twoje kolubryny i pomniejsze działa, mości Sebastjanie.“ Tu znowu wrócił do zwykłego tonu: „Ostrzegałem już dawno starego lisa i jego sąsiadów, że te pokątne frymarki i dorobki przysporzą im kiedyś biedy niemało... jednakowoż nie mogę powywieszać połowy mieszkańców Sussexu za wywóz kilku dział... Cóż, chłopcy, zadowoleni jesteście z wyroku?“
— „Ja sam dopuściłbym się zdrady za dwie armatki!“ zawołał Sebastjan, zacierając ręce.
— „I właśnie za takiego kubana pogodziłeś się z ową zdradą!“ rzekł pan Jan. „A teraz na koń! Jedziemy po armaty!“
— Ale prawda, że mistrz Collins wciąż jeszcze myślał o przesłaniu tych armat Andrzejowi Bartonowi? — zapytał Dan.
— Napewno myślał o tem — odrzekł Hal. — Ale one już nie do niego należały. Brzask różowił się na niebie, gdy wtargnęliśmy znienacka do wsi. Na czele jechał konno imć pan Jan w lekkiej zbroi, z pióropuszem powiewającym na hełmie; za nim kroczyło trzydziestu mocnych chłopów z Brightlingu, po pięciu w jednym rzędzie. Za nimi postępowały cztery wielkie wozy, a koło nich czterej trębacze, trąbiąc hucznie, jakby na urągowisko ową piosenkę: „Nasz król jegomość do Normandji jedzie...“ Gdy stanęliśmy przed wieżą i zaczęliśmy z niej wyciągać działa, przypomniał mi się zupełnie jeden z obrazków, wymalowanych przez ojca Rogera w mszale królowej, przedstawiający zdobywanie twierdzy przez Francuzów.
— A co myśmy... chciałem powiedzieć, co wtedy zrobiła nasza wioska? — zapytał Dan.
— O, zachowała się godnie, bardzo godnie! — zawołał Hal. — Choć mnie oszukali tak brzydko, jednakże byłem z nich dumny. Wyszli sobie z zagród, popatrzyli na nasz zbrojny oddział, jak gdyby na przejeżdżającą pocztę, i sznurując usta, poszli każdy do swojej roboty. Żadnego słowa ni znaku! Woleli zginąć, niż dopuścić do tego, by Brightling miał triumfować nad nimi. Szubrawiec Will Ticehurst posunął się nawet do tego, że wychodząc z gospody „Pod dzwonem“, gdzie od rana raczył się piwem, przebiegł tuż przed rumakiem imć pana Jana.
— „Uważaj, mości djable!“ zawołał pan Jan, ściągając cugle.
— „Ho, ho!“ odkrzyknął mu Will. „Czy to dziś targ? Czy przypędziliście tu wszystkie ciołki z Brightlingu?“
— Bezczelny drab! Miałem go wysmagać rzemieniem, ale, widząc jego śmiałość, darowałem mu te plagi!... Wszelakoż mistrz Collins najlepiej się popisał! Ten, ze szczęką podwiązaną (widać Sebastjan porządnie mu ją przetrącił), pojawił się na ulicy właśnie w chwili, gdyśmy wyciągali jedno z mniejszych dział przez kruchtę.
— „Zdaje mi się, że wam to cacko trochę cięży“ zauważył. „Jeżeli mi zapłacicie, to wam pożyczę mego wąsaga, bo niedobrze będzie maleństwu leżeć na wozach z wełną.“
— Sebastjan chciał coś odpowiedzieć, ale mu głosu nie stało: otwierał jeno i zamykał usta jak ryba. Był to jedyny raz w życiu, żem go widział tak zdumionym i osłupiałym.
— „Bez urazy“ rzekł mistrz Jan. „Kupiliście tę armatkę nader tanio, więc myślałem, że nie poskąpicie mi grosza, gdy pomogę wam ją przewieźć.“ Tak, to był istotnie cios mistrzowski! Powiadają, że ten ranek kosztował naszego Jana ze dwieście funtów, a on nawet oka nie zmrużył, gdy widział, żeśmy działa załadowali na wozy i powieźli do Lewes.
— A potem też nic nie dał poznać po sobie? — zapytał Puk.
— Tylko raz jeden. Było to wówczas, gdy ofiarował do kościoła świętego Barnaby grające dzwony. (O, teraz już nie było takiej rzeczy, którejby Collinsowie, Hayowie, Fowlowie czy Fennery nie uczynili dla przyozdobienia kościoła! „Proś, a otrzymasz!“ było stałą ich śpiewką.) Właśnie zadzwoniliśmy w nie po raz pierwszy w ową porę, gdy on znajdował się na wieży, wraz z czarnym Mikołajem Fowlem, który fundował piękne balaski do naszego kościoła. Szelma jedną ręką ścisnął sznur od dzwonu, a drugą drapie się w szyję, powiadając: „Prędzej się nadał na ramę dzwonu niż na moję szyję!“ I na tem koniec! Taki to był nasz Sussex... zawsze nierozważny, buńczuczny i junacki!
— A co potem się stało? — spytała Una.
— Potem... wróciłem do Anglji — odrzekł Hal zwolna. — Ta lekcja oduczyła mnie próżności... jednakowoż powiadano, że dzięki mnie kościół świętego Barnaby stał się prawdziwym klejnotem... tak jest, klejnotem! No i pewnie! Zbudowałem go wśród swoich i dla swoich... a słuszność miał ojciec Roger: nigdy nie zaznałem tylu zgryzot, ale i tylu triumfów co tutaj. Taki to już jest bieg rzeczy... Kochany, kochany kraj!“
I w zamyśleniu opuścił głowę na piersi.
— Koło kuźni stoi wasz tatuś. O czem on tak rozprawia ze starym Hobdenem? — odezwał się Puk, otwierając dłoń, w której trzymał jakieś trzy listki.
Dan spojrzał w stronę chaty Hobdena.
— Aha, wiem. Chodzi o ten stary dąb, zwalony wpoprzek strumienia. Ojczulek zawsze mówi, że trzeba go wykopać.
W dolinie było tak cicho, że basowy głos Hobdena doszedł wyraźnie do uszu dzieci:
— Niech ta pan robi, jako się panu podoba... ale kiejby nie te kręte korzeniska, jużby tu dawno brzeg się oberwał. Jeżeli pan to drzewo wykopie, to w brzegu bedom takie dziury, że przy najbliższej powodzi strumyk wyleje. Ale niechta pan robi, jako się mu widzi. Jaśnie pani to lubi siadywać kole paproci na tym pniaku.
— No, no! Jeszcze o tem pomyślę — odpowiedział ojciec.
Una parsknęła cichym śmiechem.
— Jakiż to djabeł siedzi w tej dzwonicy? — z gnuśnym uśmiechem zapytał Hal. — Sądząc z głosu, jest to chyba któryś z Hobdenów.
— Ależ ten dąb zwalony jest wybornym mostem dla królików pomiędzy trzema polami i naszą łąką — odezwała się Una. — Hobden powiada, że tam najlepiej zastawiać sidła na króliki... właśnie dziś dwa złapał. Hobden nigdy nie pozwoli wykopać tego dębu!
— Ach ten Sussex! Ten Sussex, zawsze nierozważny, buńczuczny i junacki! — wymamrotał Hal niewyraźnie.
W tejże chwili mały zegar na kościele świętego Barnaby wydzwonił piątą godzinę, a głos ojca, wołający w stronę Małych Lip, do reszty rozproszył uroki czarnoksięskiego zaklęcia.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Rudyard Kipling i tłumacza: Józef Birkenmajer.