Psychologia tłumu/Księga trzecia/Rozdział piąty

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Gustaw Le Bon
Tytuł Psychologia tłumu
Data wydania 1899
Wydawnictwo Księgarnia H. Altenberga
Druk Drukarnia „Dziennika Polskiego“
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa
Tłumacz Zygmunt Poznański
Tytuł orygin. Psychologie des foules
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cała księga trzecia
Pobierz jako: Pobierz Cała księga trzecia jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cała księga trzecia jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cała księga trzecia jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
ROZDZIAŁ PIĄTY.
Zgromadzenia parlamentarne.

Zgromadzenia parlamentarne należą do kategoryi tłumów różnorodnych o nazwie określonej. Pomimo, iż sposób ich wyboru różni się wielce stosownie do epoki i narodu, posiadają one jednak wiele cech podobnych. Wpływ rasy łagodzi lub potęguje niektóre z nich, ale nie jest w stanie całkowicie ich usunąć. Zgromadzenia prawodawcze najrozmaitszych krajów jak: Grecyi, Włoch, Portugalii, Hiszpanii, Francyi i Ameryki okazują w swych dyskusyach i uchwałach wielkie podobieństwo i sprawiają swym rządom jednakie trudności.
Ustrój parlamentarny jest obecnie ideałem wszystkich narodów cywilizowanych, a opiera się on na poglądzie psychologicznie błędnym, lecz cieszącym się powszechnem uznaniem, a mianowicie, że znaczne grono ludzi posiada więcej kwalifikacyi do powzięcia uchwały rozumnej i niezależnej, aniżeli szczupła tylko ich liczba.
W zgromadzeniach parlamentarnych odnajdujemy wszystkie charakterystyczne cechy tłumu, a więc: prostotę poglądów, wrażliwość, suggestywność, przesadę w uczuciach oraz przemożny wpływ przywódców. Wskutek jednak swego specyalnego składu zgromadzenia prawodawcze przedstawiają pewne różnice, któremi zajmiemy się poniżej.
Jedną z najważniejszych cech tych zgromadzeń jest prostota poglądów. U wszystkich stronnictw, w szczególności zaś u ludów romańskich, widzimy tę stałą tendencyę do rozwiązywania najbardziej skomplikowanych zagadnień społecznych za pomocą najprostszych zasad abstrakcyjnych i praw ogólnych, stosowanych we wszystkich wypadkach. Każda partya ma, rozumie się, swoje zasady; lecz każda też partya, przez sam fakt, że stanowi zbiorowisko, zawsze ocenia przesadnie wartość tych zasad, wyciągając z nich ostateczne konsekwencye. To też charakterystyczną cechę wszystkich parlamentów stanowią opinie krańcowe.
Typowy przykład tej prostoty poglądów w zgromadzeniach parlamentarnych znajdujemy u Jakobinów z epoki wielkiej Rewolucyi. Dogmatyczne i ściśle logiczne ich umysły, pełne nieokreślonych ogólników, zajęte były tylko stosowaniem swych stałych zasad bez oglądania się na bieg wypadków. Słusznie też powiedział ktoś o Jakobinach, że przesili oni przez rewolucyę, nie widząc jej wcale. Kierując się swymi wielce prostymi dogmatami, Jakobini wyobrażali sobie, iż będą w stanie przerobić społeczeństwo z gruntu i zastąpić wyrafinowaną cywilizacyę bardzo pierwotną fazą ewolucyi społecznej. Środki, których używali w celu urzeczywistnienia swych fantazyi, nacechowane były również tą prostotą, ograniczali się oni bowiem do gwałtownego burzenia wszystkiego, co im stawało na drodze. Dodać zresztą należy, że inne stronnictwa, jako to: Żyrondyści, Góra i t. d. ożywione były tym samym duchem.
Zgromadzenia parlamentarne są bardzo suggestywne, a suggestya, której z łatwością ulegają, jest dziełem czaru, jaki roztaczają ich przywódcy. W danym jednak wypadku suggestywnosć posiada bardzo wyraźne granice, które należy tu zaznaczyć.
We wszystkich kwestyach, dotyczących pewnej prowincyi lub miejscowości, każdy członek zgromadzenia ma poglądy stałe, niezmienne, których żadne argumenta nie potrafią wzruszyć. Nawet wymowa Demostenesa nie byłaby w stanie wpłynąć na przekonania deputowanego w takich kwestyach, jak np. protekcyonizm lub przywileje właścicieli gorzelni, będących wyrazem żądań wpływowych wyborców. Pierwotna suggestya tych ostatnich jest tak przemożną, iż niweczy wszystkie inne suggestye i nadaje poglądom posłów bezwzględną stałość.[1]
Natomiast w kwestyach ogólnych, jak: zmiana ministerstwa, zaprowadzenie nowego podatku i t. p., niema wcale stałości poglądów i otwiera się pole dla działania suggestyi przywódców, chociaż nie zupełnie w tej samej mierze, jak w zbiorowisku zwykłem, Każde stronnictwo ma swoich przywódców, którzy posiadają niekiedy wpływ jednakowy, a stąd wynika, że poseł, ulegając suggestyom sprzecznym, znajduje się w stanie ciągłego wahania. To nam wyjaśnia, dlaczego deputowany nieraz w ciągu kwadransa radykalnie zmienia swoje poglądy i głosuje za dodaniem do przyjętej za jego poparciem ustawy nowego paragrafu, który ją zupełnie zmienia. Odbiera on np. fabrykantom prawo wyboru i usuwania robotników, a następnie dodaje do tej ustawy poprawkę, która jej wszelkie prawie realne znaczenie odbiera.
W każdym też okresie ustawodawczym znajdujemy w izbie, obok poglądów bardzo stałych poglądy wielce niezdecydowane. W rezultacie, ponieważ kwestyi ogólnych jest znacznie więcej, przeważa niestałość, wahanie się, podsycane przez ciągłe oglądanie się na wyborców, których utajona suggestya usiłuje zawsze zrównoważyć wpływ przywódców.
We wszystkich jednak owych licznych dyskusyach, w których członkowie zgromadzenia nie mają poglądów z góry już zupełnie ustalonych, panami sytuacyi są ostatecznie przywódcy.
Konieczności takich menerów dowodzi już okoliczność, że pod nazwą szefów pojedynczych frakcyi i stronnictw odnajdujemy ich w zgromadzeniach wszystkich krajów. Są oni prawdziwymi panami parlamentu. Ludzie bowiem połączeni w tłum, jak wiemy, nie mogą obejść się bez pana. Dla tego też uchwały każdego ciała prawodawczego są zazwyczaj tylko wyrazem poglądów nieznacznej mniejszości.
Menerzy w działaniu swem bardzo rzadko uciekają się do rozumowania, natomiast korzystają bardzo często ze swego uroku, a z chwilą gdy go utracą, znika cały ich wpływ,
Urok przywódców jest czysto osobisty i nie zależy ani od ich nazwiska ani od sławy, jaką się cieszą. Kilka ciekawych tego przykładów przytacza Juliusz Simon, mówiąc o wybitnych członkach zgromadzenia z 1848 roku, w którem zasiadał.
„Ludwik Napoleon nie był niczem, a w dwa miesiące później stał się wszechmocnym — pisze ten autor.
„Na trybunie pojawił się Wiktor Hugo, lecz nie miał powodzenia. Słuchano go tak, jak słuchano Feliksa Pyat, którego jednak oklaskiwano bardziej. „Nie lubię jego poglądów, rzekł do mnie Vaulabelle, mówiąc o Feliksie Pyat; jest to jednak jeden z największych pisarzy i największy mówca Francyi“. Na Edgara Quinet, ów umysł niepospolity i potężny, nie zwracano wcale uwagi. Miał on chwile popularności przed otwarciem izby; w izbie nie posiadał żadnej.
„Zgromadzenia polityczne są jedynem miejscem na kuli ziemskiej, gdzie wpływ geniusza daje się najmniej uczuwać. Liczą się tu jedynie z wymową, zastosowaną do miejsca i czasu i z usługami oddanemi nie ojczyźnie, a swemu stronnictwu. Tylko pod działaniem nagłej i nieubłaganej potrzeby oddano w roku 1848-mym hołd Lamartine’owi a w roku 1871-szym Thierse’owi. Gdy niebezpieczeństwo minęło, wraz ze strachem ustała wdzięczność“.
Zacytowałem ustęp powyższy ze względu na fakta, które autor opowiada, nie zaś na jego komentarze, gdyż dla psychologii posiadają one wartość bardzo nieznaczną. Tłum bowiem straciłby natychmiast swój specyficzny charakter, gdyby, ulegając przywódcom, liczył się choćby cokolwiek z ich usługami dla ojczyzny lub stronnictwa. Słuchając przywódcy, tłum ulega tylko jego urokowi i nie powoduje się bynajmniej interesem lub wdzięcznością.
Przywódca, obdarzony dostatecznym urokiem, posiada władzę prawie nieograniczoną. Wiadomo np., jaki wpływ olbrzymi i długotrwały posiadał dzięki swemu urokowi pewien słynny deputowany, który niedawno przepadł przy wyborach w skutek udziału w znanych finansowych operacyach ostatniej doby. Dość było jego znaku, aby obalić ministerstwo a doniosłość jego wpływu dobrze określił pewien pisarz w poniższym ustępie:
„Dzięki jego to głównie wpływom zapłaciliśmy za Tonkin potrójną cenę, utwierdziliśmy się tylko połowicznie na Madagaskarze, pozwoliliśmy wyzuć się z całego państwa na dolnym Nigrze i utraciliśmy nasze pierwszorzędne stanowisko w Egipcie. — Przez jego teorye straciliśmy więcej terytoryum, niż przez klęski Napoleona I.“
Nie należy jednak owemu przywódcy stawiać zbyt wielkich wymagań. Kosztował on nas bardzo drogo, to prawda; trzeba jednak pamiętać, że znaczną część swego wpływu zawdzięczał on temu, iż szedł za głosem opinii publicznej, która na sprawy kolonialne zapatrywała się przedtem inaczej, niż obecnie. Przywódca rzadko kiedy wyprzedza opinię; prawie zawsze idzie on tylko jej śladem, nie pomijając jej błędów.
Prócz uroku, korzystają przywódcy parlamentarni i z owych innych znanych już czytelnikowi sposobów przekonywania. Aby ich używać należycie, musi przywódca posiadać choćby intuicyjną znajomość psychologii tłumów i wiedzieć, jak do nich przemawiać. Zwłaszcza powinien on znać fascynujący wpływ pewnych słów, formułek i wyobrażeń, musi nadto posiadać tę specyficzną wymowę, która operuje głównie energicznemi twierdzeniami — bez wszelkich dowodów — oraz efektownym, obrazowym stylem, obracając się w szczupłych ramach bardzo sumarycznego rozumowania. Z tego rodzaju krasomówstwem spotykamy się we wszystkich parlamentach, nie wyłączając nawet angielskiego, który jest przecież najpoważniejszym na całym świecie.
„W debatach angielskiej Izby gmin — powiada uczony angielski Maine — cała dyskusya sprowadza się do wymiany dość słabych ogólników z jednej strony i dość gwałtownych napaści osobistych — z drugiej. Na wyobraźnię szczerze demokratyczną wywierają te ogólnikowe formułki wpływ zaprawdę cudowny. Tłum bowiem z łatwością przyjmuje takie twierdzenia ogólne, jeżeli tylko podane zostały w formie porywającej, chociażby to były niesprawdzone i nie dające się nawet nigdy sprawdzić ogólniki“.
W ustępie powyższym należy szczególny położyć nacisk na ową „porywającą formę“. Już kilkakrotnie wskazywaliśmy na tę szczególną potęgę słów i formułek, które mówca musi tak dobierać, aby wywoływały u słuchaczy obrazy jak najbardziej żywe. Jako typowy a wyborny przykład tego rodzaju elokwencyi pozwolę sobie przytoczyć niżej frazes wyjęty z przemówienia jednego z menerów naszego parlamentu:
„Na okręcie, który uniesie ku malarycznym okolicom naszych kolonii karnych podejrzanego polityka wraz z morderczym anarchistą, niechaj dwa te dopełniające się widma jednego i tego samego porządku społecznego zbliżą się i zawiążą dyskurs. Tam jest dla nich miejsce“.
Mamy tu bardzo plastyczny obraz, zawierający groźbę dla wszystkich przeciwników mówcy. Przed ich oczyma staje wyraźnie i kraj malaryczny i okręt, który zabrać może ich także, każdego bowiem łatwo zaliczyć do tej tak nieokreślonej kategoryi polityków podejrzanych. Doznają oni owej głuchej obawy, którą czuli zapewne członkowie Konwencyi, gdy Robespierre we właściwy sobie a nieokreślony jakiś sposób groził swym przeciwnikom gilotyną, zmuszając ich tem do uległości.
Używanie wyrażeń jak najprzesadniejszych leży, oczywiście, w interesie przywódców. Mówca, z oracyi którego wyjąłem frazes przytoczony wyżej, mógł sobie pozwolić, nie wywołując gorętszych protestów, na twierdzenie, iż anarchiści są na żołdzie księży i bankierów i że wielkie przedsiębiorstwa finansowe zasługują na te same kary, które stosuje się do anarchistów. Podobne twierdzenia nie przemijają nigdy bez skutku, byleby tylko mówca wyrzucał je z siebie z należytą gwałtownością a w jego deklamacyi czuć było groźbę. W ówczas może być pewnym, iż wzbudzi w audytoryum obawę, a słuchacze nie ośmielą się protestować, bojąc się, by ich nie uważano za zdrajców lub wspólników.
Specyalny ten rodzaj krasomówstwa, jak już wspomniałem, panował zawsze w zgromadzeniach parlamentarnych, a szczególnie w chwilach dla narodu krytycznych. Wielce ciekawe są pod tym względem przemowy znakomitych mówców, wygłaszane w zgromadzeniach prawodawczych za czasów Rewolucyi. Czytając je, widzimy, jak mówca niejednokrotnie przerywa tok swego przemówienia, aby napiętnować zbrodnię lub wielbić cnotę; albo też wybucha przekleństwy przeciw tyranom lub przysięga, iż woli śmierć raczej, niż niewolę. Słuchacze wstają wtedy ze swych miejsc, rozlega się grzmot oklasków a po chwili audytoryum się uspokaja i słucha mówcy dalej.
Przywódca może być niekiedy inteligentnym i wykształconym, lecz zazwyczaj szkodzi mu to raczej, niż na pożytek wychodzi. Inteligencya bowiem, wykazując złożoność zjawisk, tłumacząc je i wyjaśniając, czyni człowieka zawsze pobłażliwym i znacznie przytępia ową intensywność przekonań i gwałtowność uczuć, które są tak niezbędne apostołom. Wielcy przywódcy wszystkich wieków, zwłaszcza zaś z epoki Rewolucyi, posiadali umysły nadzwyczaj ograniczone i właśnie najpłytsze umysły wywierały wpływ największy.
Mowy słynnego Robespierre’a wprost uderzają brakiem logicznego związku a z samego ich czytania niepodobna w żaden sposób wytłumaczyć sobie tej olbrzymiej roli, którą ten dyktator odegrał.
Strach niekiedy przejmuje na myśl o owej władzy, którą człowiekowi posiadającemu urok daje silne przekonanie w połączeniu z krańcową ciasnotą umysłu. A jednak trzeba odpowiedzieć tym warunkom, ażeby nie liczyć się z przeszkodami i mieć wolę silną, a tłum, instynktem wiedziony, zaraz pozna w takim człowieku o energicznych przekonaniach pana, którego tak łaknie zawsze.
W zgromadzeniach parlamentarnych powodzenie mówcy zależy prawie wyłącznie od jego uroku, nie zaś od argumentów, które przytacza. Najlepszym tego dowodem, że gdy wskutek zbiegu okoliczności mówca urok straci, ginie zarazem jego wpływ i owa władza, za pomocą której mógł dowolnie kierować uchwałami parlamentu.
Gdy zaś pojawi się mówca nieznany i roztoczy przed audytoryum cały szereg trafnych argumentów, ale bez żadnej okrasy, nikt go nawet słuchać nie będzie. Deputowany francuski Descubes, bystry psycholog, dał następującą sylwetkę takiego posła nie posiadającego uroku:
„Zająwszy miejsce na trybunie, nasz poseł wyciąga z portfelu zwój papierów, rozkłada je systematycznie na pulpicie i z pewnością siebie rozpoczyna przemowę.
„Pochlebia on sobie, iż uda mu się przelać w duszę słuchaczów to gorące przekonanie, które jego samego ożywia. Zważył on bowiem gruntownie swoje argumenty; cały jest naszpikowany cyframi oraz dowodami i przekonany, iż ma racyę. Wobec oczywistości jego wywodów wszelki opór będzie próżny. Przystępuje tedy do rzeczy, ufny w słuszność swej sprawy pewien uwagi kolegów, którzy, rozumie się, uchylą czoła przed prawdą.
„Ale wkrótce dziwić go poczyna i drażnić jakiś ruch w sali i hałas.
„Czemuż to audytoryum nie uspokaja się? Dlaczego jedni prowadzą półgłosem rozmowę, nie słuchając mówcy i ani nawet nie myślą o nim, dlaczego znowu inni przechodzą z miejsca na miejsce?
„Na twarzy mówcy widać jakiś niepokój, marszczy on brwi i zatrzymuje się na chwilę. Zachęcony przez prezydenta ciągnie jednak podniesionym głosem rzecz swą dalej. Ale słuchają go jeszcze mniej. Natęża więc głos bardziej, rzuca się na trybunie, a hałas dokoła tylko się wzmaga. Nareszcie już sam siebie nie słyszy, znowu przerywa mowę, a potem z obawy, by ktoś nie zażądał zamknięcia posiedzenia, w najlepsze rozpoczyna ją nanowo. Wrzask staje się nieznośnym“.
Gdy zgromadzenia parlamentarne dochodzą do pewnego stopnia ekscytacyi, stają się zwykłym tłumem różnorodnym, posiadającym właściwą sobie przesadę uczuć, Są one wówczas zdolne do największego bohaterstwa a zarazem do najgorszych wybryków. Osobnik przestaje być samym sobą i to do tego stopnia, iż jest w stanie głosować za tem, co jak najbardziej sprzeciwia się jego własnym osobistym interesom.
Historya Rewolucyi francuskiej wykazuje, do jakiego stopnia zgromadzenia prawodawcze mogą ulegać popędom nieświadomym oraz suggestyom zupełnie sprzecznym z ich interesami. Wszak zrzeczenie się przywilejów było ze strony szlachty poświęceniem olbrzymiem, a jednak nie zawahała się ona go spełnić w ową słynną noc na posiedzeniu Konstytuanty. Wszak członkom Konwencyi zrzeczenie się prawa nietykalności stawiało bezustannie przed oczy widmo śmierci, a jednak nie zawahali się oni tego uczynić i bez obawy dziesiątkowali się wzajemnie, wiedząc dobrze, że szafot, na który posyłali swych kolegów dziś, groził im w dniu jutrzejszym. Stali się oni bowiem, jak wiemy, zupełnymi automatami i nic nie mogło ich powstrzymać od ulegania suggestyom, które ich hypnotyzowały. W pamiętnikach Billaud Varennes’a, jednego z członków Konwencyi, znajdujemy następujący, typowy pod tym względem, ustęp: „Uchwał, za które nas spotyka tyle zarzutów, po największej części nie życzyliśmy sobie w przeddzień lub dwa dni przedtem. były one wywołane tylko przez kryzys.“ Nic słuszniejszego nad te słowa,
Takie same objawy czynów nieświadomych zauważyć można w ciągu wszystkich posiedzeń Konwencyi.
„Członkowie Konwencyi — powiada Taine, przyjmowali i zatwierdzali uchwały, które budziły w nich wstręt, popełniali nietylko głupstwa i szaleństwa, lecz nawet zbrodnie, skazując na śmierć ludzi niewinnych i własnych przyjaciół. „Góra“ (La Montagne) w połączeniu z „Doliną“ (La Plaine), wśród powszechnych oklasków, posyła na szafot Dantona, swego naturalnego przywódcę, wielkiego promotora i wodza Rewolucyi. Również jednogłośnie i wśród oklasków „Dolina“ w połączeniu z „Górą“ uchwala najgorsze dekrety rządu rewolucyjnego. Tak samo jednogłośnie, wśród okrzyków uwielbienia i entuzyazmu oraz objawów przesadnej sympatyi dla Collota d’Herbois, Couthona i Robespierre’a, Konwencya, uzupełniwszy się kilkakrotnie za pomocą kooptacyi, utrzymuje przy życiu rząd morderców, którego „Dolina“ nienawidzi za jego mordy, „Góra“ zaś dlatego, gdyż ją dziesiątkuje. „Dolina“ i „Góra“, większość i mniejszość godzą się wreszcie na samobójstwo. Uchwalając swój dekret z d. 22-go Prairial’a, cała Konwencya podpisuje na siebie wyrok śmierci a ósmego Thermidora podczas pierwszego kwadransa po mowie Robespierre’a czyni to po raz wtóry“.
Obraz ten wyda się może zbyt ponurym, nie mniej jednak jest prawdziwym. Zgromadzenia parlamentarne należycie podniecone i zahypnotyzowane przedstawiają cechy takie same. Stają się one ruchliwem stadem, ulegającem wszelkim impulsom. Następujący opis zgromadzenia prawodawczego z r. 1848 pióra Spullera, którego zasad demokratycznych nikt chyba podejrzywać nie może, zasługuje pod tym względem, jako charakterystyczny, na uwagę. Znajdujemy tu wszystkie owe przesadne a znane nam uczucia tłumu i tę nadzwyczajną ruchliwość, która pozwala mu w ciągu kilku chwil przejść przez całą gammę uczuć najsprzeczniejszych.
„Niesnaski, zawiść, podejrzliwość z jednej strony, z drugiej zaś ślepe zaufanie i bezgraniczne nadzieje doprowadziły stronnictwo republikańskie do zguby. Naiwności i prostocie ducha republikanów dorównać może chyba tylko ich powszechna nieufność. Żadnego poczucia prawa ani karności, tylko albo trwoga, albo bezgraniczne złudzenia, zupełnie jak u chłopca lub dziecka, u których spokój rywalizuje z niecierpliwością, a z dzikością idzie w parze powolność. Są to właściwości natur zupełnie surowych i bez żadnego wykształcenia, których nic nie zadziwia, a wszystko może zbić z tropu. Drżący ze strachu i pełni obawy, to znowuż nieustraszeni i bohaterscy, są oni w stanie rzucić się w płomienie, a zarazem cofają się przed lada cieniem.
„Nie rozumieją oni wcale skutków rzeczy ani ich wzajemnych stosunków, a ulegając również łatwo zniechęceniu, jak i egzaltacyi oraz panice, sięgają zawsze wzrokiem zbyt wysoko lub zbyt nisko i nigdy nie potrafią zatrzymać się na właściwym stopniu, ani zachować należytej miary. Bardziej ruchliwi, niż woda, odbijają oni w sobie wszelkie barwy i przybierają wszelkie formy. Czy mogą zatem służyć za podstawę dla jakiego bądź rządu?“
Na szczęście wszystkie owe cechy tłumu, o których mowa była wyżej, nie zawsze przejawiają się w zgromadzeniach parlamentarnych stale, występując tylko w niektórych chwilach. W wielu wypadkach osobniki, wchodzące w skład tłumu, zachowują swą indywidualność i tylko dzięki temu zgromadzenie może wydawać na świat ustawy dla pewnego zakresu stosunków doskonałe. Twórcami takich ustaw bywają, co prawda, pojedynczy ludzie, przygotowujący je w ciszy swych gabinetów i w ten sposób ustawa, uchwalona przez zgromadzenie, jest w samej rzeczy dziełem pojedynczego człowieka. Rzecz oczywista, że takie ustawy bywają najlepszemi, a stają się one zgubnemi wówczas dopiero, gdy szereg nieszczęśliwych poprawek parlamentu uczyni je dziełem zbiorowem. Twór bowiem tłumu bywa zawsze i wszędzie niższym od dzieła pojedynczego osobnika. Tylko specyaliści są w stanie uchronić zgromadzenia prawodawcze od czynów zbyt niepowściągliwych i zbyt niedoświadczonych. W takiej chwili fachowiec staje się przywódcą zgromadzenia, nie ulega jego wpływom, a przeciwnie pociąga je za sobą.
Pomimo wszystkich tych niedogodności, zgromadzenia parlamentarne są jednak dla narodów zachodniej Europy najlepszą formą rządu, na jaką się ludzkość zdobyła i zabezpieczają je w możliwie najpewniejszy sposób od jarzma tyranii osobistej. Dla filozofów zaś, myślicieli, literatów, artystów i uczonych, słowem, dla wszystkich, stojących na najwyższym szczeblu cywilizacyi, parlamentaryzm jest bezwątpienia formą rządu najdoskonalszą.
Zresztą tkwi w nim dwojakie tylko niebezpieczeństwo, a mianowicie: przymusowe marnotrawstwo grosza publicznego oraz postępowe ograniczanie swobód indywidualnych.
Pierwsze z tych niebezpieczeństw jest koniecznem następstwem wymagań i braku przezorności tłumów wyborczych. Gdy jeden członek Izby wystąpi z propozycyą pozornie odpowiadającą programowi demokratycznemu, dajmy na to z projektem emerytury dla wszystkich robotników, albo podwyższenia pensyi budników, nauczycieli ludowych i t. p., inni deputowani, zasuggestyonowani obawą przed wyborcami, nie ośmielą się dać powodu do posądzeń, iż lekceważą interesa wyborców, odrzucając powyższy projekt, aczkolwiek wiedzą, iż zacięży on mocno na budżecie i wymagać będzie zaprowadzenia nowych podatków. Ale nie wolno im wahać się w tym wypadku, gdyż następstwa wzrostu wydatków państwowych dadzą się uczuć dopiero w dalszej przyszłości i nie będą zbyt szkodliwe dla samych deputowanych, podczas gdy skutki odrzucenia projektu zaraz odczuje każdy poseł, gdy mu przyjdzie stanąć przed wyborcami.
Obok tej pierwszej przyczyny nadmiernego wzrostu wydatków stoi druga, nie mniej konieczna, a mianowicie, obowiązek przyzwalania na wszystkie wydatki, mające znaczenie czysto lokalne. Każdy deputowany musi się na nie zgodzić, wie bowiem dobrze, ze otrzyma to, co mu jest potrzebne dla własnego okręgu wyborczego i zjednania wyborców tylko pod warunkiem, że nie będzie się sprzeciwiał analogicznym żądaniom swych kolegów[2].
Drugie z wzmiankowanych wyżej niebezpieczeństw, a mianowicie przymusowe ograniczanie swobód przez zgromadzenia parlamentarne, aczkolwiek pozornie mniej rzuca się oczy, ma jednak znaczenie bardzo doniosłe. Płynie ono z niezliczonych ustaw — zawsze krępujących swobodę jednostki — które parlamenty uważają za stosowne uchwalać, w swej prostocie ducha nie zdając sobie wcale sprawy z ich daleko sięgających następstw.
Niebezpieczeństwo to musi chyba być nieuchronnem, skoro nie mogła go uniknąć nawet Anglia, w której rząd parlamentarny jest względnie doskonały, a poseł jak najmniej zależy od swego wyborcy. Herbert Spencer wykazał w jednej z dawniejszych swych prac, że wzrost pozornych swobód pociągnąć musi za sobą zmniejszenie wolności rzeczywistej. Wracając do tej samej kwestyi w jednem z ostatnich swych dzieł, pisze on o parlamencie angielskim co następuje:
„Od tego czasu ustawodawstwo poszło wskazaną wyżej drogą. Rozmaite dyktatorskie rozporządzenia, mnożąc się szybko, stale dążyły do ograniczenia swobód indywidualnych i to w sposób dwojaki. Z jednej strony wydawano przepisy, z roku na rok liczniejsze i wkładające pewien przymus na obywatela w takich sprawach, w których dawniej mógł on działać z zupełną swobodą. Zarazem przepisy te zmuszają obywatela do spełniania takich czynów, które dawniej pozostawiano jego wolnej woli. Z drugiej znowuż strony coraz to znaczniejsze ciężary publiczne, zwłaszcza na potrzeby lokalne, jeszcze bardziej ograniczyły wolność obywatela, zmniejszając tę część jego dochodów, którą może on wydawać wedle swego upodobania, a powiększając tę, którą mu się zabiera i wydaje według widzimisię urzędników publicznych“. (H. Spencer: Jednostka wobec państwa).
Powyższe ograniczanie wolności przejawia się we wszystkich krajach w pewien specyalny sposób, którego Spencer jednak nie określa. Rzecz ma się tak: Tworzenie niezliczonej masy przepisów ustawodawczych, mających powszechnie prawie charakter ograniczający, pociąga za sobą z konieczności powiększenie ilości, władzy i wpływu urzędników, których zadaniem jest przepisy te stosować. Urzędnicy ci stopniowo stają się też prawdziwymi władcami w naszych krajach cywilizowanych. Potęga zaś ich rośnie tembardziej, że przy ciągłych zmianach rządu tylko kasta administracyjna pozostaje zawsze na miejscu, tylko ona jest nieodpowiedzialną, nieosobistą i wieczną. Te trojakie cechy czynią jej despotyzm najcięższą ze wszystkich form tyranii.
Bezustanne tworzenie ustaw ograniczających przepisów, z iście bizantyńskim formalizmem regulujących najdrobniejsze czynności życia ludzkiego, prowadzi do fatalnego i coraz silniejszego zacieśnienia tej sfery, w której obywatele mogą się swobodnie poruszać. Narody stały się ofiarą złudzenia, iż mnożąc ustawy, tem pewniej zabezpieczają sobie wolność i równość i dla tego z każdym dniem nakładają na siebie coraz cięższe pęta.
A nie uchodzi im to bezkarnie. Przyzwyczajając się do chodzenia w jarzmie, w końcu sami go szukają, tracąc wszelką samodzielność i energię, aż stają się cieniami tylko, biernymi niezdolnymi do oporu automatami, bez woli siły.
Nie znajdując już w samym sobie inicyatywy, człowiek zmuszony jest szukać jej gdzieindziej. W miarę zaś tego, jak wśród obywateli szerzy się indyferentyzm i bezsilność, powiększa się zakres działania państwa i z konieczności rząd musi posiadać te przymioty, których pozbawieni są obywatele, a mianowicie: ducha inicyatywy, przedsiębiorczości i przodownictwa. Państwo musi wszystko przedsiębrać, wszystkim się opiekować i kierować. Staje się ono bogiem wszechmogącym, chociaż doświadczenie poucza, że władza takich bogów nie była nigdy ani długotrwałą, ani zbyt silną.
U niektórych narodów to progresywne ograniczanie wszelkich swobód przy pewnej zewnętrznej swawoli, czyniącej złudzenie wielkich wolności, zdaje się być następstwem tyleż ich zgrzybiałości, ile pewnej formy rządu. Zwiastuje ono, iż nadchodzi dla nich faza upadku, której nie potrafiła dotąd uniknąć żadna cywilizacya.
Jeśli kierować się będziemy wskazaniami przeszłości oraz symptomatami, które rzucają się nam na każdym kroku w oczy, to przyjdziemy do przekonania, że dla wielu współczesnych narodów nadeszła już owa pora zgrzybiałości, która poprzedza upadek. Zdaje się również, że nieubłagany fatalizm przygotowywa los podobny dla wszystkich narodów, gdyż historya nas poucza, iż rozwój ich postępuje po największej części jedną i tą samą drogą.
Nietrudno jest dać zarys owych faz ogólnego rozwoju cywilizacyi i dlatego w końcu niniejszej pracy pozwolimy sobie go naszkicować. Rzuci on może cokolwiek światła na przyczyny potęgi, którą posiadają obecnie masy.


Obejmując jednym rzutem oka najgłówniejsze momenta rozwoju i upadku cywilizacyi dawniejszych, widzimy w ich zaraniu garstkę ludzi rozmaitego pochodzenia, przypadkiem zebranych wskutek emigracyi, najazdu i podbojów. Tych ludzi różnorodnego pochodzenia, różnego języka i wiary, łączy tylko węzeł wspólnego posłuszeństwa dla rozkazów nawpół uznanego naczelnika. W bezładnych owych aglomeratach odnajdujemy jednak nadzwyczaj wyraźne cechy psychiczne tłumu. Posiadają one jego przelotną spójność, jego bohaterstwo i niemoc, jego impulsywność i gwałtowność. Niema w nich żadnej stałości. Są to hordy barbarzyńców.
Ale czas dokonywa swego dzieła i zwolna przejawiają się skutki jednostajnego otoczenia, ciągłego krzyżowania oraz wymagań wspólnego życia. Aglomeraty, złożone z niepodobnych osobników, poczynają się stapiać w jedną całość i tworzyć rasę, t. j. agregat, posiadający wspólne cechy i uczucia, które dziedziczność będzie coraz bardziej utrwalała. Tłum stał się ludem, który może już wyjść ze stadyum barbarzyństwa.
Lecz opuści on je dopiero wówczas, gdy po długich wysiłkach, po bezustannych walkach i niezliczonych próbach zdobędzie sobie pewien ideał. Jakim będzie ten ideał — czy to będzie kult Rzymu, czy potęga Aten, czy też tryumf Proroka — to rzecz mniejszej wagi, w każdym bowiem razie da on wszystkim osobnikom, wchodzącym w skład tworzącej się rasy, zupełną jedność uczuć i myśli i w ten sposób spełni swe zadanie.
Dopiero wówczas może powstać nowa cywilizacya, posiadająca własne instytucye i wierzenia oraz własną sztukę. Dążąc ku swemu ideałowi, rasa osiąga stopniowo wszystkie warunki świetności, siły i wielkości. Będzie zapewne ona jeszcze w niektórych chwilach swego życia tłumem, ale i wówczas na dnie zmiennych i ruchliwych cech tłumu znajdzie się ów trwały podkład, owa dusza rasy, która zakreśla ścisłe granice oscylacyom psychicznego życia ludu i miarkuje działanie przypadku.
Po twórczej jednak działalności czasu następuje jego działalność destrukcyjna, której oprzeć się nie mogą ani bogowie ani ludzie. Osiągnąwszy pewien stopień potęgi i złożonej budowy, cywilizacya przestaje się rozwijać, a z chwilą, gdy wzrost jej się zatrzymuje, poczyna ona chylić się ku upadkowi. Wkrótce wybije dla niej godzina zgrzybiałej starości.
Stałą oznaką tej nieuniknionej fazy jest stopniowy zanik ideału, który był podporą duszy rasy. W miarę, jak ideał ten niknie, poczynają chwiać się w swych posadach wszystkie wierzenia religijne, polityczne i społeczne, które z niego czerpały natchnienie.
Wraz z stopniowym zanikiem ideału naród traci coraz bardziej swą spójność, jedność i siłę. Pojedyncze osobniki mogą rozwijać swą indywidualność i inteligencyę, ale równocześnie kolektywny egoizm narodu zostaje zastąpiony przez nadmierny rozwój egoizmu indywidualnego, któremu towarzyszy obniżenie charakterów i osłabienie zdolności do czynu. Dawniejszy lud, owa jednolita całość, staje się znowu luźnym aglomeratem osobników, utrzymywanych sztucznie tylko przez czas jakiś razem mocą tradycyi i instytucyi. Wówczas to, rozdarci przez sprzeczne interesa i aspiracye, nie umiejąc sami sobą rządzić, ludzie żądają, aby ktoś kierował najdrobniejszymi ich czynami i państwo zaczyna przejawiać swój wpływ zachłanny.
Gdy naród nareszcie zatraci swój ideał ostatecznie, umiera też bezpowrotnie jego dusza. Jest on już tylko garścią pojedynczych osobników i staje się tem, czem był na początku: prostem zbiorowiskiem, które posiada wszystkie przelotne cechy tłumu oraz jego byt nieustalony — i żyje bez jutra. Cywilizacya jego, zupełnie już zachwiana, zdaną jest całkowicie na pastwę losu. Rozpoczynają się rządy pospólstwa a u wrót państwa stają hordy barbarzyńców. Cywilizacya może jeszcze błyszczeć pozorami świetności, posiada bowiem zewnętrzną okazałość z doby dawniejszej. Ale w rzeczywistości robactwo stoczyło już ten gmach wspaniały i runie on przy pierwszej burzy.
Naród więc każdy w pogoni za ideałem przechodzi ze stadyum barbarzyństwa do cywilizacyi, a następnie, z chwilą, gdy ideał ten utracił swą moc, chyli się ku upadkowi i wreszcie umiera — takim jest cykl jego żywota.





Przypisy

  1. Do tych to zapewne poglądów, z góry ustalonych i ze względów wyborczych niezmiennych, stosuje się następująca uwaga, którą niegdyś wypowiedział pewien stary parlamentarzysta angielski: „Od pięćdziesięciu lat zasiadam w izbie gmin i tysiące mów słyszałem; niektóre z nich zmieniły moje poglądy, lecz ani jedna nie wpłynęła na moje głosowanie“.
  2. W numerze z d. 6. kwietnia 1895 pismo francuskie „Economiste“ obliczyło, ile wynosić mogą w ciągu jednego roku te koszta skarbienia sobie przychylności wyborców, mianowicie wydatki na koleje żelazne. Na połączenie koleją Langayes (górskiej mieściny o 3.000 mieszkańców) z miastem Puy uchwalono 15 milionów franków. Na kolej z Beaumont (3.500 m) do Castel-Sarrazin — 7 milionów; z wioski Oust (523 m.) do wioski Seix (1.200 m) — również 7 milionów. Kolej z Prades do miasteczka Olette (747 mieszkańców) kosztowała 6 milionów i t. d. Razem w ciągu 1895 r. uchwalono 90 milionów franków na drogi żelazne, pozbawione wszelkiego ogólniejszego znaczenia. Inne wydatki tego rodzaju również pochłaniają sumy olbrzymie. Ustawa o emeryturze dla robotników pociągnie za sobą wkrótce wydatek roczny według obliczenia ministerstwa skarbu co najmniej 165 milionów franków a zdaniem członka akademii Leroy-Beaulieu do 800 milionów. Rzecz oczywista, że ciągły wzrost tego rodzaju wydatków musi prowadzić do bankructwa. Wiele krajów europejskich, a mianowicie: Portugalia, Grecya, Hiszpania i Turcya już doszły do takiego stanu; w innych, jak n. p. we Włoszech, nastąpi to wkrótce. Zresztą nie warto sobie zbyt zaprzątać tem głowy, skoro publiczność stopniowo i bez wielkiego protestu zgodziła się na zmniejszenie o 80% wartości kuponu od pożyczek państw, którym sprytne te bankructwa pozwalają natychmiast przywrócić równowagę budżetową. Wojny, idee socyalistyczne oraz walki ekonomiczne gotują nam w przyszłości o wiele cięższe katastrofy a w epoce powszechnego rozkładu, który ogarnął nasze społeczeństwa, trzeba się wreszcie zdecydować na, życie z dnia na dzień bez oglądania się na jutro.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Gustave Le Bon i tłumacza: Zygmunt Poznański.