Psychologia tłumu/Księga trzecia/Rozdział czwarty

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Gustaw Le Bon
Tytuł Psychologia tłumu
Data wydania 1899
Wydawnictwo Księgarnia H. Altenberga
Druk Drukarnia „Dziennika Polskiego“
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa
Tłumacz Zygmunt Poznański
Tytuł orygin. Psychologie des foules
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cała księga trzecia
Pobierz jako: Pobierz Cała księga trzecia jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cała księga trzecia jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cała księga trzecia jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
ROZDZIAŁ CZWARTY.
Tłum wyborczy.

Tłumy wyborcze, to jest zbiorowiska, powołane do wyboru przedstawicieli niektórych urzędów państwowych, należą do kategoryi tłumów różnorodnych. Ponieważ jednak cała ich działalność polega na wyborze pomiędzy rozmaitymi kandydatami, przeto znajdujemy u nich tylko niektóre z cech poprzednio opisanych, a mianowicie przedewszystkiem: słabą zdolność rozumowania, brak krytycyzmu, wrażliwość, łatwowierność oraz prostotę uczuć. W postanowieniach ich daje się również zauważyć wpływ menerów a także działanie czynników wyżej przez nas omówionych: twierdzenia, powtarzania, uroku i zarazy.
Zbadajmy sposoby, za pomocą których można tłumy te ująć, a poznawszy je, zrozumiemy dokładnie ich psychikę.
Pierwszym z warunków, który kandydat posiadać powinien, jest urok. Czar osobisty może być zastąpiony przez urok fortuny. Ani zdolności, ani geniusz nawet nie zapewniają takiego powodzenia. Powtarzamy, że najgłówniejszym warunkiem jest urok, za pomocą którego kandydat wprost narzuca się tłumom bez dyskusyi. Tłumy wyborcze, których większość składa się z robotników i włościan, dla tego właśnie tak rzadko wybierają reprezentantów ze swego łona, że osobistości te nie posiadają żadnego uroku. A jeżeli przypadkiem zdarzy się, że wybiorą one robotnika lub włościanina, bywa to po największej części wynikiem przyczyn ubocznych, gdy np. pragną popsuć szyki jakiemuś kandydatowi wybitnemu lub wpływowemu od którego znajdują się w zależności. I wyborca pragnie choć na chwilę mieć złudzenie, iż w jego ręku spoczywają losy pana.
Ale sam urok jeszcze nie zapewnia kandydatowi bezwarunkowego powodzenia. Trzeba prócz tego umieć schlebić próżności i pożądaniom wyborców, nadskakiwać im przesadnie i nie skąpić najfantastyczniejszych obietnic. Jeżeli wyborca jest robotnikiem, należy miotać obelgi i potępienie na jego chlebodawcę. Przeciwnika swego musi kandydat zgnębić, twierdząc i powtarzając bez miary, że jest on ostatnim łotrem, a zbrodnie jego znane są całemu światu; można zaś być pewnym, że to powtarzane twierdzenie w końcu drogą zarazy odniesie skutek pożądany. Rozumie się samo przez się, że o dowody niema się co troszczyć. Jeżeli przeciwnik nie zna psychiki mas, będzie usiłował oczyścić się, dostarczając dowodów kłamliwości tych oskarżeń, zamiast ograniczyć się na odparciu tych twierdzeń przez twierdzenia wprost przeciwne, co, naturalnie, zmniejszy jego szanse do minimum.
Drukowany program kandydata nie powinien być zbyt kategorycznym, aby nie dawać na później broni do rąk jego przeciwnikom, ale za to obietnic ustnych nie należy skąpić, nie zapominając o reformach najbardziej radykalnych. Przesada taka na razie sprawia dobry efekt, na przyszłość zaś nie obowiązuje do niczego. Zauważono bowiem niejednokrotnie, że wyborca nigdy nie usiłuje zdać sobie sprawy z tego, o ile kandydat dotrzymał programu, na podstawie którego został wybrany.
Odnajdujemy tu zatem wszystkie owe sposoby przekonywania, o których mówiliśmy w rozdziałach poprzedzających. Tak samo rzecz się ma ze słowami i formułkami, których władzę magiczną wykazaliśmy wyżej. Mówca, umiejący ich używać, z łatwością poprowadzi tłum, dokąd zechce. Takie zwroty, jak: bezczelny kapitał, nikczemni wyzyskiwacze, godny podziwu robotnik, socyalizacya bogactw itp., choć nieco już zużyte, zawsze jeszcze osiągają pożądany skutek. Ale kandydat, który potrafi wynaleść nową formułkę, dość mglistą, aby mogły w niej znaleść oddźwięk aspiracye najrozmaitsze, ma powodzenie zapewnione. Krwawa rewolucya hiszpańska, w r. 1873 wywołaną została przez jedno z owych słówek magicznych, różnorakiego znaczenia, które każdy może rozumieć na swój sposób. Pozwolę sobie tu przytoczyć opis genezy tej rewolucyi wedle dzieła jednego ze spółczesnych pisarzy:
„Stronnictwo radykalne zrobiło odkrycie, że republika unitarna to zamaskowana monarchia. Aby dogodzić radykałom, kortezy jednogłośnie proklamowały republikę federacyjną, chociaż nikt z głosujących z pewnością nie wiedział, o co w głosowaniu chodzi. Ale ta nowa formułka zachwyciła wszystkich, wszyscy byli pod wpływem jakiegoś szału i upojenia. Zdawało się, że oto nastąpi na ziemi era cnoty i szczęścia. Pewien republikanin uczuł się śmiertelnie obrażonym, gdy jego przeciwnik odmówił mu tytułu federalisty. Na ulicach pozdrawiano się wzajemnie słowy: Salud y republica federal! (Niech żyje rzeczpospolita federalna!), poczem intonowano hymn na cześć świętej niesforności i autonomii żołnierzy. Cóż to zaś była w samej rzeczy „republika federalna?“ Jedni rozumieli przez nią emancypacyę prowincyi, instytucye na wzór północno-amerykańskich czyli decentralizacyę administracyjną, inni upatrywali w niej skasowanie wszelkiej władzy, zbliżający się początek wielkiej likwidacyi społecznej. Socyaliści Z Barcelony i Andaluzyi sławili absolutną samowładność gminy, pragnąc dać Hiszpanii dziesięć tysięcy niezależnych municipiów, któreby same sobie stanowiły prawa, przyczem za jednym zamachem miano skasować armię i żandarmeryę. Na południu rokosz podniósł głowę, ogarniając kolejno miasta i wsie. Każda gmina, ogłaszając swe pronunciamento, przedewszystkiem niszczyła telegrafy i koleje żelazne, aby odciąć się zupełnie od sąsiadów i Madrytu. Najlichsza mieścina dążyła do zupełnej niezależności. Zamiast federacyi niezależnych prowincyi nastąpił brutalny rozkład państwa na kantony, szerzące pożogę i rzeź, a cały kraj stał się widownią krwawych saturnalii.“
Dość przeczytać jedno sprawozdanie ze zgromadzenia wyborczego, aby wytworzyć sobie jasne pojęcie o małym wpływie, jaki rozumowanie wywiera na masy. Czyż słyszymy tam cokolwiek innego prócz gołosłownych twierdzeń, inwektyw i obelg? A jeżeli wrzask uspokoi się na chwilę, to chyba tylko dlatego, że ktoś z obecnych, znany ze swego opozycyjnego temperamentu, oświadcza, iż zamierza wystosować do kandydata jedną z owych ambarasujących interpelacyi, które audytoryum zawsze w tak dobry wprawiają humor. Ale tryumf przeciwników kandydata nie trwa zbyt długo, a głos preopinanta wkrótce zagłuszony zostaje przez ryk jego adwersarzy. Z mnogiej liczby sprawozdań podobnych, codziennie napotykanych w dziennikach, wybieram, jako typowe, następujące:
„Z chwilą, gdy jeden z organizatorów zgromadzenia wzywa do wyboru przewodniczącego, zrywa się burza. Anarchiści wskakują na scenę, pragnąc szturmem zdobyć fotel prezydyalny. Socyaliści bronią go energicznie. Rozpoczyna się bójka, jedni nazywają drugich szpiegami, sprzedawczykami i t. d., a jakiś obywatel wyrywa się z tłumu z podbitem okiem.
„Nakoniec, wśród powszechnego zgiełku udaje się jakoś utworzyć prezydyum i na fotelu zasiada towarzysz X.
„Rozpoczyna on gwałtowny atak przeciw socyalistom, którzy mu przerywają okrzykami: „Kretyn! Bandyta! Kanalja!“ i tym podobnymi epitetami, na co towarzysz X. odpowiada długim wywodem, z którego wynika, iż socyaliści to „idyoci“ lub „małpy“.
„Jedno ze stronnictw robotniczych zwołało wczoraj do sali przy ul. Faubourg-du-Temple wielkie zgromadzenie w sprawie święcenia pierwszego maja, zalecając przy obradach zimną krew i spokój.
„Towarzysz G. nazywa socyalistów „kretynami“ i t. d. Poczem, zarówno mówca, jak audytoryum zaczynają miotać na siebie obelgi i wszczyna się bójka. Na scenę padają krzesła, ławki, stoły i t. d.“
Nie należy wcale sądzić, że tego rodzaju dyskusya właściwą jest tylko pewnej określonej klasie wyborców i zależy od ich pozycyi społecznej. W każdem zgromadzeniu bezimiennem, chociażby składało się ono wyłącznie z ludzi wykształconych, dyskusya przybiera te same formy. Wykazałem już, że u ludzi w tłumie daje się zauważyć pewna niwelacya umysłowa, a na każdym kroku możemy sprawdzić trafność tego spostrzeżenia. Jako przykład może służyć ustęp ze sprawozdania ze zgromadzenia studentów, który znajduję w dzienniku „Temps“ z 13. lutego 1895 r.:
„Co godzina tumult wzrastał i ani jeden chyba mówca nie był w stanie wypowiedzieć bez przerwy dwóch zdań. Co chwila odzywały się krzyki, to z jednego to z drugiego końca sali, albo też z różnych miejsc naraz. Słychać było oklaski, gwizdania, gorące dyskusye, które powstawały wśród audytoryum. Zaczęto groźnie potrząsać laskami albo na przemian stukać niemi w podłogę. Do przerywających krzyczano: „Za drzwi!“ „Na trybunę!“
„Jeden z obecnych nazywa stowarzyszenie ohydnem, nikczemnem, potwornem, podłem, sprzedajnem i mściwem, oświadczając, iż uważa za swój obowiązek podkopać jego byt i t. d. i t. d.“
Mógłby kto zapytać, w jaki sposób w podobnych warunkach może sobie wyborca wytworzyć jakąkolwiek opinię. Ale podobne pytanie świadczyłoby o dziwnem złudzeniu co do stopnia swobody, z jaką zbiorowiska mogą sobie wytwarzać poglądy. Poglądy tłumu są zawsze narzucone, nigdy zaś wyrozumowane. W wypadkach, którymi się tu zajmujemy, poglądy i głosy wyborców kierowane są przez komitety wyborcze, których menerami bywają po największej części szynkarze, mający wielkie wpływy na zadłużonych u nich robotników. „Czy wiecie, co to jest komitet wyborczy — zapytuje Schérer, jeden z najdzielniejszych szermierzy spółczesnej demokracyi? — Jest to poprostu sprężyna wszystkich naszych instytucyi, najgłówniejsza część naszej machiny politycznej. Komitety wyborcze rządzą obecnie Francyą“[1].
To też niezbyt jest trudno oddziaływać na nie, jeżeli tylko kandydat ma pewne szanse i posiada odpowiednie środki. Wedle zeznania samych ofiarodawców, na przeprowadzenie wyboru Boulangera w wielu miejscach naraz wystarczyły trzy miliony franków.
Tak się przedstawia psychologia tłumu wyborczego, nie różniąca się w niczem od psychologii innych tłumów, ani od niej gorsza, ani lepsza.
Nie będę zatem wysnuwał z tego żadnych wniosków przeciw powszechnemu prawu głosowania. Gdybym jednakże ja miał stanowić o jego losie, zachowałbym je w obecnym stanie i to z powodów praktycznych, będących wynikiem powyższych badań nad psychologią tłumu. Muszę zatem powody te niżej wyłuszczyć.
Wady powszechnego głosowania są zbyt widoczne, ażeby można je było zapoznawać. Niemniej jest rzeczą pewną, że cywilizacya bywa zawsze dziełem małej liczby duchów wyższych, stanowiących wierzchołek piramidy, której stopnie, rozszerzając się w miarę, jak zmniejsza się ich wartość umysłowa, ogarniają coraz to niższe warstwy narodu. Oczywistą jest rzeczą, iż panowanie tych warstw niższych, mających za sobą przewagę liczby tylko, nie może przyczyniać się do rozkwitu cywilizacyi, a nie ulega przytem wątpliwości, że wtem powszechnem prawie głosowania tkwi nawet wiele niebezpieczeństw. Jemu to mamy do zawdzięczenia inwazye nieprzyjacielskie, a wielce jest prawdopodobnem, że wraz z tryumfem socyalizmu, do którego prawo powszechnego głosowania prowadzi, fantazye wszechwładnych mas kosztować nas będą znacznie więcej.
Ale podobne zarzuty, teoretycznie zupełnie słuszne, w praktyce tracą wszelkie znaczenie, skoro tylko uprzytomnimy sobie niezwyciężoną potęgę idei przeistoczonych w dogmaty. Dogmat wszechwładztwa mas da się ze stanowiska filozoficznego również trudno obronić, jak dogmaty religijne wieków średnich, ale posiada obecnie całą bezwzględną potęgę tych ostatnich. Jest zatem również niezbitym, jak ongiś nasze idee religijne. Wyobraźmy sobie spółczesnego myśliciela, cudem jakimś przeniesionego w wieki średnie. Czyż możemy przypuszczać, iż skonstatowawszy wszechwładną potęgę panujących wówczas idei religijnych, usiłowałby on je zwalczać? Czyż wpadłszy w ręce śędziego, mającego go skazać na stos za rzekome pakta z dyabłem lub czarownicami, będzie on starał się poddać w wątpliwość istnienie djabła i czarów? Wierzenia mas nie podlegają dyskusyi tak samo, jak n. p. cyklony. Dogmat powszechnego prawa głosowania posiada w czasach obecnych tę samą władzę, jaką miały niegdyś dogmaty religijne. Mówcy i pisarze odzywają się o nim z taką czcią i pochlebstwem, jakiego nie roztaczano, dajmy na to, przed takim nawet Ludwikiem XIV-tym. Należy zatem zachowywać się wobec nich tak samo, jak wobec wszelkich dogmatów religijnych, ustępujących wyłącznie tylko działaniu czasu.
Zwalczanie zresztą tego dogmatu byłoby tembardziej bezcelowem, że pozornie ma on po swojej stronie słuszność: „W epoce równości — powiada trafnie Tocqueville — ludzie z racyi swego podobieństwa nie mają wzajemnego zaufania do swych sądów. Ale to właśnie podobieństwo wzbudza w nich prawie nieograniczoną ufność w sąd ogółu. Wydaje im się bowiem zupełnie naturalnem, że skoro wszyscy posiadają jednakową inteligencyę, prawda musi być po stronie większości“.
Czy możemy jednak przypuszczać, iż przy prawie głosowania ograniczonem, dajmy na to, przez cenzus umysłowy, osiągniemy rezultaty lepsze? Nie mogę się na to zgodzić żadną miarą, a to z powodów, które już wyłuszczyłem, mówiąc o umysłowej niższości wszystkich zbiorowisk, nie bacząc na ich skład. Tłum niweluje pod tym względem ludzi i w sprawach ogólniejszej natury decyzya czterdziestu członków Akademii nie bywa lepszą od decyzyi czterdziestu nosiwodów. Nie sądzę przytem wcale, aby jakakolwiek uchwała, za którą tyle czyni się zarzutów powszechnemu prawu głosowania, jak n. p. odbudowanie cesarstwa, wypadła inaczej, gdyby prawo głosu mieli wyłącznie ludzie nauki lub literaci. Sama znajomość greki lub matematyki, architektury, weterynaryi, medycyny albo praw, nie daje jeszcze nikomu jasnych pojęć w kwestyach społecznych. Wszyscy nasi ekonomiści to ludzie uczeni, po największej części profesorowie lub członkowie Akademii. A czyż jest choćby jedna kwestya ogólna, n. p. protekcyonizm, bimetalizm, i t. p., w którejby udało się osiągnąć ich jednomyślność. Cała ich bowiem wiedza nie jest niczem innem, jeno pewną bardzo złagodzoną formą powszechnej w tych sprawach ignorancyi. A w zagadnieniach społecznych, w których mamy do czynienia z tyloma niewiadomemi, wszystkie stopnie ignorancyi niwelują się.
Gdyby zatem ci ludzie, naszpikowani wiedzą, sami tylko tworzyli kadry wyborcze, decyzye ich nie byłyby lepsze od obecnych, zapadających przy powszechnem prawie głosowania. Kierowaliby się oni bowiem przedewszystkiem swemi uczuciami oraz duchem swego stronnictwa. Stosunki zatem nie polepszyłyby się bynajmniej, owszem mielibyśmy z pewnością tylko uciążliwą tyranię kast.
Polityczne prawo głosowania, czy będzie ograniczonem czy też powszechnem, wszędzie, zarówno w rzeczpospolitach jak i w monarchiach: we Francyi, w Belgii, Grecyi, Portugalii i Hiszpanii, ma charakter identyczny i ostatecznie jest wyrazem potrzeb i nieuświadomionych aspiracyi danego narodu. Przeciętna wybranych jest w każdym kraju wyrazem ducha narodu, wyrazem, w szeregu pokoleń prawie nie ulegającym zmianom.
Wracamy zatem raz jeszcze do tego zasadniczego pojęcia rasy, z którem spotykaliśmy się już tak często, oraz do wypływającego zeń wniosku, że instytucye i rządy nieznaczną tylko odgrywają rolę w życiu narodów. O losach tych ostatnich stanowi przedewszystkiem dusza ich rasy t. j, owe odziedziczone tradycye, których dusza ta jest sumą. Rasa i splot wymagań życia codziennego — oto dwie władze tajemnicze, w których ręku spoczywają nasze losy.





Przypisy

  1. Komitety, jakąkolwiek będzie ich nazwa: kluby, syndykaty i t. d. stanowią może największe niebezpieczeństwo potęgi tłumu. Przedstawiają one w rzeczy samej najbardziej nieosobistą a w skutek tego najuciążliwszą formę tyranii. Ponieważ menerzy, kierujący komitetami, zawsze przemawiają i działają w imieniu pewnego zbiorowiska, nwaźają oni siebie za wolnych od wszelkiej odpowiedzialności i pozwalają sobie na wszystko. Najdzikszy tyran nigdyby nawet nie marzył o takich proskrypcyach, na jakie pozwalały sobie komitety rewolucyjne. Jak powiada Barras, zdziesiątkowały one i wycinały Konwencyę, niby poręby leśne. Dopóki Robespierre mógł działać w imieniu komitetów, był on panem nieograniczonym. Z chwilą zaś, gdy straszny dyktator z pobudek miłości własnej rozszedł się z nimi, upadek jego był nieuchronny. Panowanie tłumów to rządy komitetów, t. j. ich menerów. Trudno sobie wyobrazić twardszy despotyzm.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Gustave Le Bon i tłumacza: Zygmunt Poznański.