Przygody Zosi/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Sophie de Ségur
Tytuł Przygody Zosi
Pochodzenie Przygody Zosi i Wesołe wakacje
Wydawca „Nowe Wydawnictwo”
Data wydania 1937
Druk „Grafia“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Jerzy Orwicz
Ilustrator Marian Strojnowski
Tytuł orygin. Les Malheurs de Sophie
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
HR. DE SÉGUR
zajmujące opowiadania dla panienek
Wolny przekład z francuskiego
JERZEGO ORWICZA

Odbito w druk. „Grafia“, Warszawa.





WAPNO.

Mała Zosienka nie była posłuszną dziewczynką. Mamusia nie pozwalała jej wybiegać samej na podwórze, gdyż mularze budowali oficynę. Zosia miała wielką ochotę przyglądać się tej robocie i nie mogła zrozumieć dlaczego nie wolno ruszać rozłożonych na ziemi cegieł, nasypywać w wiaderka i patrzeć, jak mieszają coś w wielkiem drewnianem pudle.
— Czemu mamusia nie pozwala mi zostać na podwórku i każe trzymać się blisko siebie, gdy schodzimy razem? — pytała Zosieńka.
— Bo mularze rzucają cegły i kamienie, które mogły by cię zranić, a przytem możesz się wapnem sparzyć.
— Będę bardzo ostrożną — odparła dziewczynka — a zresztą czyż wapno rozsypane, tak samo jak piasek, sparzyć może?
— Jesteś jeszcze mała i nie rozumiesz tego, moje dziecko, powinnaś słuchać mnie i jeśli powiedziałam, żebyś nie biegała po podwórzu w mojej nieobecności, to widocznie są do tego powody.
Zosia spuściła główkę i nic nie odpowiedziała, ale nadąsała się i pomyślała:
— A jednak zejdę na podwórze! Bawi mię to i zejdę!
Niedługo oczekiwała chwili sposobnej do wykonania swego zamiaru. W godzinę niespełna potem przyszedł ogrodnik, prosząc aby matka Zosi zobaczyła sama kwiaty, które mają być sprzedane do kwiaciarni.
Zosia pozostała, gdy mama wyszła do ogrodu. Rozglądnęła się pośpiesznie czy służącej niema w pobliżu i uchyliwszy drzwi ostrożnie, zbiegła na dół. Mularze nie zauważyli nawet, że Zosia przygląda się ich robocie i że podeszła do rozrobionego wapna, które wydało się jej zupełnie podobne do śmietany.
— Jakie to wapno jest białe i gładkie! mówiła Zosia. Mama nie pozwoliła mi nigdy przyglądnąć mu się zbliska. Sprobuje przejść po nim, jak po lodzie.
Zosia chciała oprzeć nóżkę na tej białej przestrzeni, wyobrażając sobie, że jest twarda jak ziemia, na której stała, ale nóżka zanurzyła się w wapno, druga za nią. Zosia poczęła krzyczeć z przerażenia, co usłyszawszy mularz jeden poskoczył na ratunek i wyciągnął dziewczynkę a postawiwszy na ziemi, zawołał:
— Niech panienka zdejmie prędko trzewiczki i pończoszki, już są zupełnie spalone. Jeżeli pozostaną choć chwilę jeszcze na nogach, to i nóżki mogą się poparzyć.
Zosia spojrzała zdziwiona, gdyż pod wapnem, które trzymało się jeszcze, pończoszki jej były zupełnie zczerniałe jakby z ognia wyjęte, a przytem uczuła lekkie szczypanie skóry, poczęła więc krzyczeć coraz głośniej. Szczęśliwym trafem służąca była w pobliżu i przybiegła zaraz, by dowiedzieć się co zaszło. Natychmiast zdjęła obuwie i pończoszki Zosi, otarła swym fartuchem nóżki, wzięła dziewczynkę na ręce i zaniosła do mieszkania.
W tej chwili właśnie weszła matka i zapytała zdziwiona:
Co to się stało? Dlaczego Zosieńka jest bosa?
Zosia zawstydzona milczała uparcie ale jak służąca opowiedziała jakie nieszczęście mogło się przytrafić, gdyby nie zdjęła odrazu obuwia, nóżki małej wyglądałyby tak samo jak oto mój fartuch, dodała w końcu, pokazując wypalone na nim wapnem dziury.
— Powinnabym dać ci rózgą, zawołała matka, zwracając się do Zosi. Dałaś dowód nieposłuszeństwa i zostałaś słusznie za nie ukaraną, doznając wielkiego strachu, więc już nie zostaniesz obitą, ale musisz teraz dać twoje pięć złotych, uzbierane w skarbonce, żeby odkupić nowy fartuch Marysi. Miałaś za nie zabawić się w Luna-Parku, teraz nic z tego!
Zosia z płaczem rzuciła się mamusi na szyję. Strasznie jej było żal oddać pieniądze uzbierane, ale mama nie chciała ustąpić, fartuch musi być zaraz kupiony i uszyty. Zosia przyrzekła odtąd być zawsze posłuszną i zrozumiała, że przestrogi mamusi mają tylko jej dobro na celu.


RYBKI.

Zosia była ogromnie roztrzepana i często przez to zdarzało się jej zrobić coś złego nawet niechcący.
Otóż pewnego dnia było tak:
Mamusia Zosi miała rybki w akwarjum to jest w szklanym pudełku nalanem wodą na dnie którego posypany był piasek. Rybki uwijały się wesoło. Pani Irena sypała im zwykle z rana okruchy bułki. Zosię bawiło bardzo przyglądanie się jak rybki rzucają się łapczywie na jedzenie i wyrywają je sobie nawzajem.
Tatuś darował Zosi szyldkretowy nożyk którym cieszyła się mogąc sama obierać nim jabłka, krajać biszkopty i ścinać kwiaty.
Pewnego razu bona dała Zosi chleba, który dziewczynka porozcinała na drobne kawałki; migdały i listki sałaty także zostały przez nią pokrajane. Następnie Zosia poprosiła, żeby jej dano soli, octu i oliwy, gdyż chce sobie przyrządzić doskonałą potrawę.
— O nie — odpowiedziała panna Julja — dam ci soli, ale ani octu ani oliwy nie dostaniesz, poplamiłabyś sobie sukienkę.
Zosia posoliła obficie swoją sałatkę i została jej jeszcze duża ilość, z której postanowiła zrobić jakiś użytek.
— Wiem już — powiedziała sobie. Posolę rybki mamusi! Kilka z nich rozetnę moim nożykiem. To dopiero będzie potrawa wyśmienita.
I oto niewiele myśląc biegnie do salonu, wyciąga rybki rączkami i kładzie je na talerzu. Rybki, pozbawione wody, rzucały się i podskakiwały. Zosia posypała je solą obficie i znieruchomiały wnet, leżały martwe na talerzu. Kilka z wydobytych rybek Zosia rozcięła na drobne kawałki. Skręcały się widocznie z bólu i Zosia zrozumiała wreszcie, że je zabija w ten okrutny sposób.
Zaczerwieniła się mocno.
— Cóż mamusia na to powie? pomyślała. Co ja pocznę nieszczęśliwa, jak się to wyda?
Pozbierała szybko rybki pocięte i osolone i zaniosła je z powrotem do salonu, żeby wrzucić do wody.
— Mamusia będzie myślała, że rybki wojowały z sobą tak zawzięcie i pozagryzały się wzajemnie. Zaraz powycieram talerzyki z soli i nikt nawet nie zauważy co na nich było. Panna Julja, zajęta robotą, nie widziała, że wchodziłam do salonu.
Zasiadła przy swym małym stoliczku i bawiła się zabawkami, następnie wzięła książeczkę do ręki i poczęła przeglądać obrazki, ale ciągle nasłuchiwała czy mamusia nie wraca.
Po chwili zadrżała, usłyszawszy podniesiony głos matki, która przywoływała służbę, coś rozprawiała, wypytywała, widocznie bardzo zagniewana.
Zosia oczekiwała z niepokojem, że mama i ją zaraz przywoła. Panna Julja, zwabiona gwarem, pośpieszyła zaglądnąć do salonu, a powróciwszy ztamtąd, rzekła do Zosi:
— Jakie szczęście, że nie wychodziłyśmy obie z pokoju podczas nieobecności twojej mamusi. Wyobraź sobie, że ktoś pociął rybki w drobne kawałki! Mama zwołała całą służbę, żeby dowiedzieć się kto to zrobił. Nikt się nie przyznał i widać po ich zdziwionej minie, że są niewinni. Mama zapytywała mnie czy ty nie byłaś przypadkiem w salonie, ale zapewniłam, że bawiłaś się cały czas w dziecinnym pokoju. „To dziwne — powiedziała mama — mogłabym się założyć, że tylko jedna Zosia zdolna do takiej niegodziwej psoty!“ — „O nie! Zosia by nigdy czegoś podobnego nie zrobiła!“ odpowiedziałem z przekonaniem. „Tem lepiej — odrzekła mama — jeżeli pani jest tak dobrego o niej mniemania.”
Zosia słuchała w milczeniu z główką na dół spuszczoną, z oczami pełnemi łez. Miała przez chwilę zamiar wyznać prawdę, ale zabrakło jej odwagi.
Panna Julja, widząc smutek dziewczynki, sądziła, że musi być zmartwiona wypadkiem i żal jej rybek mamusi, więc poczęła ją pocieszać, mówiąc:
— Byłam pewną, że przyjmiesz de serca tę przykrość mamusi; ty też lubiłaś przyglądać się rybkom w akwarjum, ale pomyśl, dziecinko kochana, że one nie były szczęśliwe w swem więzieniu a teraz już nie cierpią wcale. Nie myśl więc o tem i nie trap się. Chodź do mnie, to ci włoski przygładzę abyś była przygotowaną do obiadu, który podadzą za chwilę.
Zosia dała się uczesać i umyć, nie mówiąc ani słowa. Weszła do salonu, w którym była matka.
— Czy ty wiesz, Zosiu, co się stało z mojemi rybkami? Czy panna Julja powiedziała ci o tem? zapytała pani Irena mierząc córeczkę badawczym wzrokiem.
— Tak, mamusiu, wiem — odpowiedziała Zosia niepewnym głosem.
— Gdyby panna Julja nie zapewniła mnie, żeś nie wychodziła wcale z pokoju, byłabym przekonaną, że to jest twoja robota. Teraz mam tylko podejrzenie na Szymona, gdyż codziennie zmieniał rybkom wodę i piasek. Musiało go to znudzić i postanowił pozbyć się biednych stworzeń. Wobec tego od jutra go wydalam.
— Ach, mamusiu! zawołała Zosia z przerażeniem. Cóż on pocznie z żoną i dziećmi?
— Tem gorzej dla niego. Nie powinien był pastwić się nad mojemi rybkami, które pociął w drobne kawałki.
— Ależ Szymon tego nie zrobił, mamusiu, zaręczam że to nie Szymon... zapewniała Zosia ze łzami w oczach.
— Więc kto? Jak ci się zdaje?
— To ja pozabijałam rybki — szepnęła Zosia płacząc i składając rączki z bolesnym wyrazem, jakby błagając o przebaczenie.
— Zosiu! Co ci się stało! Wszak lubiłaś także moje rybeczki! Czy podobne, abyś je dręczyła bezlitośnie? Nie! Widzę tylko, że chcesz osłonić Szymona i przyjmujesz na siebie jego winę.
— Nie chciałam zabijać je, mamusiu, ale tylko spróbowałam posolić. Nie myślałam, że od soli poginą i że nie można rybek krajać. Nie piszczały nawet wcale. Zobaczywszy jednak że przestały się ruszać, zaniosłam je coprędzej i wrzuciłam do wody. Panna Julja nie zauważyła nawet kiedy się wymknęłam niepostrzeżenie.
Pani Irena stała dość długą chwilę, jakby nie była w stanie przemówić. Zosia podniosła nieśmiało oczki na matkę i spotkała się z jej spojrzeniem, w którem nie było już widać gniewu ale tylko malowało się zdumienie.
— Gdybym dowiedziała się przypadkiem o tem, co mi wyznałaś, ukarałabym ciebie bardzo surowo — powiedziała pani Irena. Ale wobec tego, że miałaś odwagę wyznać całą smutną prawdę, mając na względzie Szymona, który mógł paść ofiarą twego złego czynu, przebaczam tobie, moje dziecko, nie robię nawet wymówek, bo chyba sama po zastanowieniu zrozumiałaś, że każde żyjące stworzenie cierpi gdy je zabijają.
Zosia szlochała żałośnie. Widać było, że głęboko i szczerze żałuje swego nierozważnego czynu.
— Nie płacz, Zosienko — rzekła mama — i nie zapomnij o tem, że przyznaniem się do winy okupić ją można, jeżeli prawdziwie szczerą będzie skrucha.
Zosia z wdzięcznością ucałowała ręce matki, otarła z łez oczki, ale cały dzień była smutną i nieswoja, tak bardzo żałowała biednych, zamęczonych rybeczek, czuła jednak, że to jest żal po niewczasie.


Czarne kurczątko.

Zosia chodziła codziennie z mamusią do kurników, w których mieściły się najrozmaitsze gatunki kur, gdyż pani Irena ogromnie lubiła wszelkie ptactwo i starała się je mieć z najlepszych źródeł. Sprowadziła właśnie jajka od kurek czubatych i dowiadywała się wciąż czy już kurczęta się wylęgły.
Zosia wkładała zwykle okruchy chleba do koszyczka, który zabierała z sobą idąc z mamusią do kurników i rzucała kurom te okruchy. Wszystkie kury i koguty zbiegały się wnet na ucztę, znały już Zosię i chodziły za nią, co ją bardzo bawiło.
Najwięcej zajmowały ją tylko co wylęgłe kurczątka, żółte, puszyste, jakby z waty zrobione.
Pewnego dnia, wysypawszy już cały zapas okruszynek i ziarna, Zosia pobiegła za mamusią do kurnika i zobaczyła śliczne czubate kurczątko, które pani Irena wzięła na ręce i zachwycała się niezwykłą jego urodą.
— Ach! jakie ładne! zawołała Zosia. Ma piórka czarne jak u kruka!
— A jaki czubek wspaniały! Zobaczysz, że to będzie niezwykle piękny okaz, zapewniła matka, kładąc ostrożnie kurczątko obok starej kury. Ale stara kura będąc widocznie w złym humorze, dziobnęła ze złością kurczątko w sam czubek głowy i biedactwo spadło z piskiem na ziemię.
Pani Irena podniosła je i położyła znowu obok kury. Tym razem dostało się jeszcze gorzej małemu kurczątku od zagniewanej kwoki, która kilka razy z rzędu dziobała je ostrym dziobem i odganiała najwyraźniej.
— Co tu zrobić z tem kurczątkiem? rzekła pani Irena. Nie sposób zostawić je pod opieką niedobrej matki, która mogła by je zabić, a przecież warto wychować takie miłe stworzonko.
— Najlepiej będzie, mamusiu, wziąć je do naszego mieszkania, w pokoiku z mojemi zabawkami postawi się duży koszyk; będziemy je karmiły, a gdy wyrośnie, zaniesiemy do kurnika.
— Może i masz słuszność — odparła mamusia — zabierz je w koszyczku pustym do chleba, urządzimy mu naprędce posłanie.
— Ach, spójrz, mamusiu. Z szyjki jego krew płynie.
— To są uderzenia tej wściekłej kwoki, odrzekła pani Irena. Jak tylko wrócimy do domu, trzeba wziąć u panny Julji plasterek angielski i przyłożyć na rance. Zosia była uszczęśliwiona z możności pielęgnowania kurczątka. Karmiła je bułeczką, jajkiem na twardo, chciała upoić mlekiem, ale lepiej mu smakowała zimna woda.
W trzy dni potem ranka zupełnie już się zagoiła. Kurczątko czubate przechadzało się przed gankiem od strony ogrodu. Po miesiącu było już tak duże, że możnaby sądzić, iż ma conajmniej trzy miesiące. Piórka miało czarne, połyskujące, jak gdyby wodą zmoczone. Na czubku głowy piętrzyły się one w różnych kolorach: białe, czarne, pomarańczowe, niebieskie i czerwone. Dziób i łapki były różowej barwy; chód miało dumny, oczy żywe błyszczące. Trudno było wyobrazić sobie piękniejszego kurczaka.
Zosia podjęła się nad nim opieki. Karmiła go codziennie, pilnowała, gdy się przechadzał przed domem.
Za kilka dni miano go już odesłać do kurnika, gdyż zbyt trudno było upilnować ruchliwe ptaszątko. Zosia nieraz z pół godziny musiała biegać za niem, żeby je zapędzić do domu. Raz o mało się nie utopiło, gdyż wpadło w wielką miskę z wodą, uciekając przed goniącą je Zosią.
Dziewczynka próbowała przywiązać mu wstążkę do łapki, ale tak się poczęło wyrywać miotać na wszystkie strony, że trzeba było dać za wygraną w obawie, iż sobie nóżkę wykręci. Mamusia powiedziała, że należy trzymać kurczę w zamknięciu, gdyż nieraz jastrzębie uwijają się nad ogrodem i mogą łatwo je schwytać.
Zosia nie usłuchała dobrej rady i wciąż wypuszczała ukradkiem kurczątko, coraz bardziej oswojone. Pewnego dnia, wiedząc, że mamusia zajęta jest pisaniem, nieposłuszna dziewczynka przyniosła kurczę i wypuściła przed domem, gdzie zabawiało się łowieniem muszek i wyszukiwaniem robaczków w piasku, lub chodziło, potrząsając czubkiem.
Zosia czesała swą lalkę nieopodal przechadzającego się z powagą kurczaka, na którego spozierała od czasu do czasu, żeby mu nie pozwolić oddalać się zbytnio od domu. Podniósłszy oczy, zauważyła wielkiego ptaka z zakrzywionym dziobem, który unosił się tuż tuż nad kurczęciem. Spozierał na nie z wyrazem żarłocznym. Zosia miała minkę przerażenia, a kurczę jakby zamarło w bezruchu.
— Jaki to szczególny ptak, mówiła do siebie Zosia. Kiedy patrzy na mnie, wydaje się przestraszony, ale na kurczę spogląda jakoś dziwnym wzrokiem. Zabawny jest ten ptak czy mu te kurczątko się podoba czy nie podoba?
W tej chwili ptak krzyknął przenikliwie spuścił się na dół, uchwyciwszy kurczę w swe szpony, uniósł w górę. Kurczątko zapiszczało żałośnie, gdy go jastrząb porywał. — Zosia stała bezradna, patrząc jak wznosi się wysoko.
Nadbiegła mama, pytając co się stało. Zosia odpowiedziała że duży jakiś ptak krążył nad ziemią i nagle porwał kurczątko.
— Nieposłuszeństwo twoje to sprawiło — zawołała pani Irena rozgniewana. Wypuściłaś kurczątko bez mojej wiedzy, jastrząb je schwytał i pożarł. Pójdziesz zaraz do swego pokoiku, tam ci obiad przyniosą, bo nie warta jesteś siedzieć z nami przy stole. Pozostaniesz tam sama aż do wieczora. Może nauczy cię to być posłuszniejszą niż dotąd.
Zosia spuściła oczy i odeszła bardzo zasmucona. Płakała rzewnie pozostawszy samą i prawie nie tknęła obiadu.

Historja z kurczątkiem na zawsze pozostała jej w pamięci i coraz więcej upewniała się w tem, że mamusia dobrze doradza, a nieposłuszeństwo zwykle bardzo złe skutki pociąga za sobą.



PSZCZÓŁKA.

Zosia bawiła się ze swym ciotecznym braciszkiem, Pawełkiem; zajęci byli łapaniem much na oknie w dziecinnym pokoju i wkładaniem ich do pudełka. Nałapawszy dużą ilość, chcieli przekonać się co muszki robią w zamknięciu. Otworzywszy ostrożnie pokrywkę, Pawełek popatrzył w szparkę i zawołał:
— Ach jakie to śmieszne! Jak one się ruszają i biją się z sobą! Niektóre padają, inne poduszą się...
— Pozwól mi zobaczyć — prosiła Zosieńka — ale Pawełek nie wypuszczał pudełka z ręki i opowiadał w dalszym ciągu, co się dzieje wewnątrz.
Zosia, zniecierpliwiona, poczęła ciągnąć pudełko w swoją stronę.
Pawełek opierał się i mocno przytrzymywał w ręku więzienie biednych muszek. Zosia szarpnęła je z całej siły aż upadło na ziemię i wszystkie muchy wyleciały, siadając na noskach, na oczkach, na policzkach dzieci, które krzyczały, broniły się i dawały sobie klapsy nawzajem, niby bijąc natrętne muchy.
— To twoja wina, Pawełku — mówiła Zosieńka — gdybyś był uprzejmniejszy i pozwolił mi wziąć pudełko do ręki, nie potrzebowałabym je wydzierać i muchy nie wyleciałyby, a teraz kiedy my je znowu złapiemy.
— Nie, to głównie twoja niecierpliwość sprawiła, że pudełko się otworzyło znienacka — odpowiedział Pawełek nadąsany — podglądałem bardzo ostrożnie i byłbym tobie oddał za chwilę.
— Jesteś samolub wstrętny! zawołała Zosia zagniewana.
— A ty jesteś złośnica, jak te indyki na folwarku! odciął się Pawełek.
— Wcale nie jestem złośnicą, ale uważam, że ty masz niedobre serce. Nie chcę więcej bawić się z tobą.
— Ja tak samo. Wolę być sam, niż z taką niegrzeczną dziewczynką.
Dzieci zamilkły i bawiły się każde z osobna. Zosia znudziła się prędko, ale starała się okazać, że jest jej bardzo wesoło. Podśpiewywała sobie i łapała muchy, ale nie udawało się jej, gdyż było ich już niewiele i stały się ostrożniejsze, nie dając się tak łatwo łapać, jak przedtem.
Nagle ujrzała dużą pszczołę, która siedziała spokojnie w kąciku na szybie.
Zosia wiedziała, że pszczoły gryzą, więc nie odważyła się wziąć ją paluszkami, ale wyciągnęła chusteczkę z kieszonki, nakryła nią pszczółkę i w ten sposób udało się jej mieć w ręku brzęczący owad.
Pawełek, który też znudził się nie mając towarzyszki do zabawy, zagadnął Zosię.
— Co myślisz zrobić z tą pszczołą?
— Nic to nie powinno ciebie obchodzić — odparła Zosia niechętnie — zrobię, co mi się będzie podobało.
— Przepraszam mocno pannę gniewalkę, że ośmieliłem się do niej przemówić i zapomniałem, iż jest ona źle wychowaną i złości się o byle co.
— Powiem mamusi, że nazwałeś mnie źle wychowaną — odrzekła Zosia z szyderczym uśmiechem — nie wiem czy jej będzie przyjemnie dowiedzieć się, że mnie źle wychowuje.
Pawełek skrzywił się. Przeraziła go myśl, co powie ciocia Irena, jeżeli jej Zosia wypaple po swojemu i przekręci być może jego słowa.
— Nie, Zosieńko, nic nie mów mamie, może mnie strofować za niewłaściwe wyrażenie — rzekł pośpiesznie.
— Właśnie dla tego powiem — upierała się Zosia. Będę bardzo zadowolona, jeśli dostaniesz burę.
— Niedobra jesteś! Nie odezwę się już do ciebie wcale.
To rzekłszy, odwrócił krzesło, żeby nie widzieć Zosi, która była uszczęśliwiona strapieniem Pawełka i znowu zajęła się pszczołą. Podniosła ostrożnie rożek chustki, ścisnęła w paluszkach trzepoczący się owad i wyciągnęła z kieszonki swój nożyk.
— Utnę jej głowę — rzekła, patrząc na pszczółkę, ukarzę ją za wszystkie ukąszenia.
Istotnie przykrytą chusteczką pszczołę położyła na ziemi, zdjęła głowę, a następnie przecięła ją w połowie i zajęła się obrywaniem skrzydełek i nóżek.
Nie zauważyła nawet, że weszła pani Irena i pochwyciwszy Zosię znienacka na okrutnej zabawie, pokręciła ją mocno za ucho.
— Jesteś niegodziwą dziewczyną, zawołała matka z oburzeniem. Znowu dręczysz stworzenia, chociaż po zamęczeniu moich rybek myślałam, że się poprawisz, jak przyrzekłaś.
— Ach, mamusiu, zapomniałam zupełnie — odrzekła Zosia zmieszana.
Zapamiętasz to sobie dobrze, bo przedewszystkiem odbiorę ci nożyk i oddam nie wcześniej, niż za rok: następnie będziesz nosiła tę pociętą pszczołę na szyi, dopóki się w proch nie rozsypie.
To rzekłszy, pani Irena kazała przynieść czarną aksamitkę i poprzyszywała kawałki przeciętego owadu, poczem zawiązała opaskę na szyi córki.
Pawełek nie śmiał odezwać się ani jednem słowem, a gdy zostali sami i Zosia szlochała z powodu czarnego naszyjnika, starał się ją pocieszać, ucałował serdecznie, przepraszając, że podrwiwał z niej, zapewniał przytem, że skrzydełka pszczoły, przyszyte na aksamitkę, robią wrażenie jakichś drogocennych kamieni. Zosia podziękowała braciszkowi za okazywane jej współczucie i życzliwość, nie mogła jednak uspokoić się gdyż myśl o pszczole, noszonej na widocznem miejscu, nie dawała jej spokoju. Przez cały tydzień trapiła się tem mocno, wreszcie Pawełek wpadł na pomysł poodrywania resztek, które się jeszcze na wstążce trzymały i pobiegł uprzedzić ciotkę o tem, że już pokuta Zosi dostatecznie długo trwała, więc może pozwoli jej zdjąć ową nieszczęsną czarną przepaskę, przypominającą ustawicznie o popełnionej winie.
Pani Irena uległa prośbom siostrzeńca i zwolniła Zosię z wyznaczonej kary, pod warunkiem, że już żadnych stworzeń dręczyć nie będzie.

Zosia poprawiła się zupełnie i nikt nie zauważył już nigdy okrucieństwa w dziewczynie, gdyż zamęczone rybki i pszczoła przypominały się jej natychmiast, jeśli ją brała ochota zabawić się kosztem niewinnych istot.



Zmoczone włosy.

Zosia bardzo dbała o swój zewnętrzny wygląd. Lubiła być ładnie ubraną i słuchać oddawanych jej pochwał.
Nie można było nazwać ją piękną, gdyż miała twarzyczkę pucułowatą, rozjaśnioną zazwyczaj wesołym uśmiechem, nosek zadarty, usta szerokie, gotowe śmiać się na zawołanie. Włoski jasne, przycięte miała równo, jak u chłopców, oczy duże, szare, filuterne sprawiały na wszystkich miłe wrażenie.
Pomimo, że Zosia przywiązywała wielką wartość do stroju, nie nosiła nigdy kosztownych sukienek, gdyż matka chciała w niej poskromić zawczasu zamiłowanie do zbytku. Ubierano ją w skromne białe sukienki, wycięte pod szyją z krótkiemi rękawami, pończoszki grube i czarne trzewiczki zimą i latem stanowiły codzienny strój Zosi. Nigdy nie kupowała jej mamusia rękawiczek, ani też kapelusza, uważając, że słońce doskonale wpływa na zdrowie i że dzieci nie powinny się obawiać deszczu, wiatru, ani zimna.
Pragnieniem Zosi było mieć włosy ufryzowane. Słyszała, jak któraś ze znajomych mamy chwaliła jedną z jej małych przyjaciółek, mającej jasne pukle na głowie. Od tego czasu ciągle prosiła pannę Julję, żeby zapiekła jej włosy żelazkiem, ale bona nie mogła postąpić wbrew woli pani Ireny, która stanowczo sprzeciwiła się temu.
Pewnego popołudnia padał deszcz gwałtowny, a że przytem było bardzo duszno, zostawiono drzwi i okna otwarte. Mama nie pozwoliła Zosi wyjść do ogrodu, ale dziewczynkę bawiły gęste krople deszczu spadające na ganek, wyciągnęła najprzód rączkę, następnie szyjkę i kilka dużych kropli spadło jej na głowę.
Tuż obok ganku stała rynna, z której woda lała się bystrym strumieniem. Zosia przypomniała sobie, że jej przyjaciółce, Kamilce, włosy fryzowały się z natury i właśnie po zmoczeniu wodą układały się same w pukle.
— Gdyby tak spróbować zmoczyć swoje włosy wodą deszczową, być może tak samo by się zwinęły w loki, jak Kamilce — pomyślała Zosia i co prędzej wybiegła sprobować, jak główka będzie wyglądać po deszczowej kąpieli. W jednej chwili przemokła do nitki. Nie tylko włosy, ale kark, plecy, sukienka były mokre i woda spływała z nich na ziemię. Zosia wbiegła do salonu, zaczęła chusteczką wycierać mocno włosy przed lustrem, chciała wpaść do swego pokoiku po drugą chusteczkę, ale naraz spotkała się w drzwiach oko w oko z mamusią. Stanęła wystraszona, a miała minkę tak zabawną z włosami zwichrzonemi, ociekające wodą, że pani Irena wybuchnęła śmiechem.
— Miałaś pomysł nielada, moja panno! — rzekła wkońcu do zawstydzonej Zosi. Wyglądasz jak nieboskie stworzenie! Zabroniłam ci wychodzić z pokoju podczas ulewy, nieposłuchałaś, twoim zwyczajem. Teraz za karę zasiądziesz, tak, jak jesteś, do obiadu, niech tatuś i Pawełek zobaczą cię z temi potarganemi włosami, w mokrej sukience, niech dowiedzą się jakie mądre pomysły przychodzą ci do głowy. Masz oto moją chustkę, którą wytrzesz sobie twarz, szyję i ręce.
Właśnie gdy pani Irena mówiła te słowa wszedł jej mąż i Pawełek. Obaj spojrzeli zdumieni na Zosieńkę i wybuchnęli śmiechem. Zarumieniona, z głową spuszczoną, z włosami sterczącemi, jak wiechy, wyglądała istotnie zmienioną do niepoznania.
— Co to za dziwne zjawisko? zapytał tatuś.
— Domyślam się już o co Zosi chodziło — odrzekła mamusia. Postanowiła sobie mieć włosy kręcące się, jak u Kamilci, a że Kamilce moczą włosy, żeby się zawijały, Zosia myślała pewno, że z jej całkiem będzie tak samo.
— Tak bywa z temi, które chcą się podobać i upiększać, a stają się przez to wstrętne — rzekł tatuś Zosi, spoglądając na jej nieszczęsną minę.
— Idźże zaraz, Zosieńko, uczesać się i zmienić sukienkę — zawołał Pawełek. Gdybyś wiedziała jak śmiesznie wyglądasz, to byś ani chwilę nie pozostała tu z nami.
— Właśnie nie pozwoliłam jej wrócić do pokoiku i przebrać się do obiadu — odparła pani Irena — musi pozostać w tym dziwacznym stroju i nie uczesana.
— Ależ ciotuchno, przebacz Zosieńce, prosił Pawełek — biedna ona: Nie mogę patrzeć, jak strasznie wygląda.
— Ja też przyłączam się do prośby Pawełka — rzekł ojciec. Jeżeli się to jeszcze raz powtórzy, będę też za ukaraniem naszej córuchny, ale tymrazem daruj jej Ireno.
— Nie powtórzy się tatusiu, bądź pewien że się nigdy nie powtórzy! zapewniała Zosia, płacząc rzewnie.
— Żeby dogodzić tatusiowi, pozwalam ci Zosiu pójść do umywalni i nałożyć czystą sukienkę, ale z warunkiem, że nie zasiądziesz już z nami do obiadu, a powrócisz dopiero, gdy już wstaniemy od stołu.
— Ależ cioteczko... próbował jeszcze Pawełek wstawić się za siostrzyczkę.
— Nie, mój drogi, musi tak być jak powiedziałam. Idź, Zosiu, jak będziesz już umyta i uczesana, przyniosą ci obiad do dziecinnego pokoju.
Pawełek przyszedł do Zosi po obiedzie i zabrał ją do saloniku, w którym rozstawione były zabawki.

Od tego czasu Zosia nigdy już nie próbowała deszczowej kąpieli i przestała myśleć o fryzowaniu włosów.



Brewki obcięte.

Jeszcze jednem gorącem pragnieniem Zosi było mieć gęste brewki, gdyż miała bardzo jasne i mało się odznaczały. Słyszała jak mówiono, iż trzeba często obcinać włosy, żeby zgęstwiały.
Zupełnie brzydkie są moje brewki! zauważyła pewnego razu, przyglądając się sobie w lustrze. Jeżeli włosy obcięte rosną lepiej, to taksamo i brwi wyrosną gęściejsze jeżeli je trochę podetnę.
Nie wiele myśląc, schwyciła nożyczki ze stołu i obcięła brwi aż do samej skóry. Zauważyła następnie, że jakoś śmiesznie teraz wygląda i nie miała odwagi wejść do salonu.
— Poczekam aż zawołają nas na obiad. Nikt nie będzie mi się przyglądał podczas jedzenia — powiedziała sobie i ociągała się z zejściem na dół, chociaż już wszyscy zasiedli do stołu.
Zauważywszy jej nieobecność, matka posłała Pawełka, aby zaraz sprowadził Zosię.
— Już idę, już idę! zawołała Zosieńka, słysząc jego kroki.
Odwracała główkę, gdy schodzili razem ze schodów, żeby Pawełek nie spostrzegł zaszłej w jej twarzy zmiany. Szybko otworzyła drzwi jadalni. Na jej widok wszyscy wybuchnęli głośnym śmiechem.
— Jak ona zabawnie wygląda! zawołał ojciec Zosi.
— Ucięła sobie brwi. Widziane to rzeczy! powiedziała pani Irena, wzruszając ramionami.
— Ach prawda! Nie zauważyłem odrazu, rzekł Pawełek.
— Nigdy nie przypuszczałem, aby twarz bez brwi tak zupełnie inaczej wyglądała! zrobił uwagę wujaszek Zosi, a tatuś Pawełka.
Zosia stała z rączkami opuszczonemi w fałdy sukienki. Nie wiedziała gdzie oczy podziać, tak jej było wstyd, że się jej przyglądano z drwiącym uśmiechem. Była prawie rada, gdy mamusia kazała jej wrócić do swego pokoiku, chociaż powiedziała to ostrym tonem.
— Robisz same głupstwa! Wyjdź stąd zaraz. Niech ciebie cały wieczór nie widzę.
Panna Julja również roześmiała się na widok Zosieńki, czerwonej jak burak, z obciętemi brwiami. Kto tylko ją zobaczył, zaśmiewał się i nie mógł wyjść z podziwienia.
— Panienka zupełnie nie podobna do siebie — mówiły służące. Trzeba by węglem porysować brewki.
Pewnego dnia Pawełek przyniósł małą paczkę, starannie zawiniętą i zapieczętowaną.
— Oto prezencik dla ciebie od tatusia, zawołał oddając Zosi pakiecik.
— Co to jest? zapytała dziewczyna ciekawie.
Wkrótce przekonała się co zawierało starannie owinięte pudełeczko. Oto czarne, szerokie brwi do naklejenia.
Pawełek roześmiał się na całe gardło, a rozgniewana Zosieńka rzuciła mu w twarz ten złośliwy podarunek.

Prawie pół roku minęło zanim brewki Zosi odrosły, ale nie stały się gęściejsze, niż były przedtem. Zosia, gorzkiem doświadczeniem nauczona, nie miała już ochoty ponawiać próby.



Chleb dla koni.

Zosia była łakomą. Mama mówiła zawsze, że jeść zadużo zdrowiu szkodzi i nie pozwalała dawać dzieciom żadnych przysmaków pomiędzy obiadem i kolacją, ale Zosia, będąc głodną, chwytała wszystko, co tylko udało się jej złapać do zjedzenia.

Pani Irena chodziła codziennie po śniadaniu do stajni dawać chleb i sól koniom, których mąż jej miał kilkanaście. Zosia niosła za mamusią koszyk pełen razowego chleba. Każdy koń dostawał jeden kawałek. Mamusia nie pozwalała Zosieńce jadać czarnego, często źle upieczonego chleba, gdyż jak mówiła, może szkodzić na żołądek. Po
Chodźmy zobaczyć, czy robota Jakóbka posunęła się — rzekła Madzia.
odwiedzeniu dużych koni zwracano się do małych, tak zwanych z angielska poney. Były to śliczne koniki: Jeden z nich kary został przez tatusia darowany Zosi i temu sama dawała chlebek. Często odgryzała kawałek, a resztę dostawał ulubieniec. Pewnego dnia miała straszną chętkę zjedzenia smacznego razowca, wzięła więc kromkę w rączkę w ten sposób, żeby tylko trochę wystawała.

— Konik uchwyci ten kawałek z końca, a mnie reszta pozostanie — powiedziała sobie łakoma dziewczynka, ale nie udało się oszukać karego, który łapczywie schwycił chleb podany, ale zarazem ugryzł paluszek Zosi. Nie krzyknęła, żeby nie zwrócić uwagi mamusi, ale ostry ból zmusił ją do wypuszczenia z ręki całej kromki, z czego skorzystał konik i pożarł ją łapczywie. Krew z palca płynęła obficie. Zosia owinęła rękę chusteczką, co zatrzymało nieco upływ krwi, ale niemniej chusteczka cała była zaczerwieniona, trzeba było schować ją wraz z rączką pod fartuszek i mamusia na razie nie zauważyła co się stało. Przy obiedzie jednak spostrzegła, że z paluszka Zosi krew kroplami na obrus spływa i zapytała z żywością:
— Co to masz na palcu? Czem się skaleczyłaś?
— Mój konik mnie ugryzł w palec — odrzekła Zosia nieśmiało.
— Czy podobna? Ten konik łagodny, jak baranek? Nie mogę sobie tego wyobrazić! odrzuciła pani Irena z niedowierzaniem.
— Podawałam mu chleb, a on pochwycił mnie za palce — objaśniała Zosia.
— Mówiłam tobie, że należy kłaść kromkę na dłoni, czyś zapomniała już o tem.
— Tak, mamusiu, trzymałam chleb mocno w palcach.
— Ponieważ jesteś niemądre i nieposłuszne dziecko, nie będziesz już odtąd karmiła chlebem swego konika — rzekła mama.
Zosia nie odpowiedziała ani słowa, ale cieszyła się, że mamusia nie zabroniła jej chodzić do stajni i nosić koszyk z chlebem dla innych koni.
— Zawsze będzie można coś złasować pomyślała niepoprawna dziewczynka.
Nazajutrz idąc z mamusią do koni i podając jej kromki przygotowane, ściągnęła jedną z nich do kieszonki i zajadała ukradkiem, gdy mama była do niej odwrócona. Nie zbliżając się do ostatniego konia pani Irena nie miała już nic do dania ślicznemu stworzeniu, które wyciągało ku niej szyję, napróżno oczekując swej porcji i niecierpliwie grzebało nóżką.
— Cóż to? Zabrakło jednej kromki chleba zapytała z wymówką w głosie.
Wzrok jej spoczął na Zosi, która miała pełne usta i starała się pośpiesznie przełknąć ostatni kąsek.
— Ach, co za przebrzydły łakomczuch z ciebie! — zawołała pani Irena oburzona — kradniesz chleb moim ulubionym koniom, popełniasz przytem nieposłuszeństwo, wszak tyle razy mówiłam tobie, że nie wolno ci jeść tego ciężkiego chleba. Nigdy już nie pójdziesz ze mną do stajni a na obiad dostaniesz w swoim pokoju tylko kromeczkę chleba i chlebową zupkę.
Zosia spuściła smutnie główkę i poszła wolnym krokiem do domu.
Panna Julja, która bardzo polubiła swą małą wychowankę, zauważyła odrazu, że ma ogromnie strapioną minę.
— Cóżeś tam nowego zbroiła? zapytała Zosieńkę.
— Zjadłam kromkę chleba razowego, przeznaczonego dla konia — odrzekła ze łzami w oczach. Tak bardzo mi ten chleb smakuje! Koszyk był pełny, myślałam, że mamusia nie zauważy braku jednej kromki! Za to, że nie wystarczyło chleba dla ostatniego konia, mamusia mi nie pozwoliła zejść do obiadu. Dostanę tylko zupkę chlebową.
To mówiąc Zosieńka rozpłakała się nad swym losem, a zacna panna Julja, nie czyniąc już ze swej strony żadnych wymówek, spojrzała na nią ze współczuciem i westchnęła głęboko. Miała bardzo dobre serce i wydawało się jej zawsze, że pani Irena zbyt srogo postępuje nieraz z Zosią, starała się więc według swojej możności pocieszać ją i łagodzić kary. Gdy lokaj przyniósł na tacy zupkę chlebową, suchy kawałek chleba i szklankę wody, panna Julja zaraz po jego odejściu otworzyła szafę, wyjęła z niej duży serek i słój konfitur, a zwracając się do Zosi rzekła:
— Jedz dziecinko najprzód serek z chlebem a potem dostaniesz konfitury.
Widząc, że Zosia się waha, chociaż jej oczki już się radośnie śmieją — dodała jeszcze:
— Mama przysłała ci tylko chlebek, ale nie zabroniła ci coś na nim położyć.
— A jeżeli mamusia mnie zapyta, czy nic więcej prócz chleba nie dostałam na obiad, w takim razie muszę powiedzieć prawdę.
— Natenczas już sama wytłumaczę mamusi, że dałam ci sera i konfitur, bo sam chleb mógłby zaszkodzić na pusty żołądek, więc nie obawiaj się za to kary.

Nie dobrze zrobiła panna Julja doradzając Zosieńce jeść przysmaki bez wiedzy mamusi, ale dziewczynka nie zastanawiała się nad tem i nosiła się z apetytem na ser, który bardzo lubiła, jak również cieszyła się z możności zjedzenia konfitur. Pomimo to czuła się upokorzoną, dowiedzą się wszyscy domowi o jej łakomstwie i nieposłuszeństwie i że już nie będzie więcej karmiła swego kucyka. Pocieszała ją tylko nadzieja, że panna Julja zawsze potrafi znaleść sposób, żeby swą pieszczoszkę od kary uchronić, a w najgorszym razie przynajmniej tę karę osłodzić!



Śmietana z gorącym chlebem.

Łakomstwo było jedną z głównych wad Zosi i trudno jej się było z tego poprawić. Pewnego dnia wiedząc, że mleczarka przyniesie coś smacznego dla panny Julji, zjadła pośpiesznie śniadanie i pobiegła do jej pokoju skarżąc się, że jest strasznie głodna.
— Dobrze się składa — zawołała panna Julja z radosnym uśmiechem — dostałam właśnie garnek śmietany i chleb razowy tylko co upieczony. Dam ci zaraz, zobaczysz jak będzie smakował.
To mówiąc postawiła na stole garnek gęstej, doskonałej śmietany i rozkroiła bochen wiejskiego chleba. Zosia rzuciła się na te ulubione przysmaki, ale w chwili właśnie, gdy pana Julja czyniła jej uwagę, aby się zbytnio nie obiadała, dał się słyszeć głos pani Ireny, wołającej panną Julję do siebie. Chodziło o zaczęcie jakiej robótki dla Zosi.
— Zosieńka wkrótce skończy cztery lata — rzekła mamusia — trzeba żeby już przyuczała się do ręcznej roboty.
— Ale jakąż robotę może robić, takie maleństwo? zapytała panna Julja z uśmiechem.
— Niech pani przygotuje jej serwetkę albo chusteczkę do obrąbienia.
Panna Julja, wróciwszy do swego pokoju przeraziła się, widząc Zosię wyjadającą śmietanę z garnka z ogromnym kawałkiem ciepłego jeszcze chleba.
— Mój Boże! Rozchorujesz się zjadłszy tak dużo! zawołała, nie mogąc wyjść z podziwu, że mała dziewczynka zdołała z taką łapczywością wypróżnić garnek śmietany prawie do dna. Co powie mama? Będzie się gniewała na mnie i ciebie ukarze!
— Niech się pani nie boi — odpowiedziała Zosia z dobrą miną — wcale nie zachoruję. Ach! strasznie lubię śmietanę i chleb prosto z pieca.
— To są rzeczy smaczne ale ciężkie i niezdrowe, zwłaszcza dla małych dzieci — mówiła panna Julja zatroskana. Co to będzie po tym chlebku gorącym!..
— Nic złego się nie stanie, moja droga panno Julciu, zaręczam, że czuję się doskonale — zapewniała Zosia, ściskając swą kochaną wychowanicę, która przygotowała małą chusteczkę, założywszy obrębek i kazała Zosi pójść do salonu. Tam mamusia pracowała nad jakąś robótką i posadziwszy Zosieńkę przy sobie, nauczyła ją jak się igłę zawleka, jak się chusteczkę podrębia. Pierwsze ściegi były krzywe i zbyt duże, ale po kilku minutach Zosia zrozumiała o co chodzi i uważała, że szycie jest bardzo przyjemną zabawą.
— Czy mogę, mamusiu, pokazać pannie Julji moją robotę? zapytała skończywszy obrąbek z dwu stron.
— Możesz, moje dziecko, ale zaraz powróć tu poskładać nici, nożyczki i chusteczkę niedokończoną do koszyczka, potem będziesz bawić się w moim pokoju.
Zosia popędziła, jak strzała, do panny Julji, która zdziwiła się pojętnością dziewczynki i pochwaliła jej szycie.
— Czy dobrze się czujesz, moja Zosieńko? Czy nie boli cię brzuszek? dopytywała z niepokojem.
— Nic mię nie boli, czuję się doskonale i wcale mi się jeść nie chce — odrzekła Zosia.
— Ja myślę, po tem wszystkiem coś tu zjadła u mnie — zaśmiała się panna Julja. Wracajże teraz prędko do mamusi, żeby się nie gniewała.
Zosia pobiegła do salonu, złożyła rzeczy, tak jak mamusia kazała i zaczęła bawić się zabawkami, ale nagle uczuła ciężar w żołądku, główka też bolała. Dziewczynka usiadła na małym stołeczku, oczki zmrużyła, straciła ochotę do rozstawiania swoich drewnianych naczyń kuchennych i zachowywała się tak cichutko, że pani Irena obejrzała się i zauważywszy bladość Zosi zapytała pośpiesznie:
— Co tobie jest? Może jesteś chora?
— Nie, mamusiu, tylko mnie troszkę główka boli?
— Od kiedy?
— Jak tylko złożyłam robotę.
— Może coś zjadłaś, Zosiu.
Zosia zawahała się z odpowiedzią, ale po chwili szepnęła cichutko.
— Nie, mamusiu, nic nie jadłam.
— Widzę po twojej twarzy, że powiedziałaś nieprawdę — oburzyła się matka — pójdę zaraz zapytać pannę Julję i dowiem się co jadłaś.
Serduszko Zosi biło mocno na myśl, że się jej kłamstwo zaraz wykryje. Pani Irena powróciła bardzo rozgniewana i rzekła:
— Skłamałaś, żeś nic nie jadła! Panna Julja przyznała się, że nakarmiła cię śmietaną i gorącym chlebem, który połykałaś łapczywie. Tem gorzej dla ciebie. Będziesz chora z przejedzenia i nie pojedziesz jutro z nami na obiad do rodziców Pawełka. Mają tam być także Kamilka i Madzia, które tak lubisz, Pawełkowi będzie przykro, że zamiast biegać z nimi po lesie i szukać poziomek, będziesz sama w domu i dostaniesz tylko kaszkę na wodzie.
To mówiąc, pani Irena wzięła rączkę Zosi i zauważyła, że była rozpalona. Kazała więc zaraz rozebrać się i położyć do łóżeczka.
— Zabraniam dawać cokolwiek bądź Zosi, przez cały dzień musi być na dyecie, powiedziała pannie Julji. O ile jeszcze raz powtórzy się podobna historja z okarmieniem dziecka bez mojej wiedzy, będzie pani zmuszona natychmiast nasz dom opuścić.
Panna Julja czuła się winną, więc słuchała w milczeniu pogróżki wydalenia jej z posady. Żałowała ogromnie Zosi, która istotnie była chora i leżała cichutko w łóżeczku. Miała noc niespokojną, gorączkowała i dopiero nad ranem usnęła. Obudziwszy się, czuła jeszcze zawrót głowy, ale świeże powietrze orzeźwiło ją i powoli niedomaganie przeszło, dzień jednak był smutny, gdyż rodzice nie wzięli jej z sobą, jadąc na obiad proszony.

Dwa tygodnie trwały skutki żarłoctwa Zosieńki. Od tego czasu nabrała takiego wstrętu do śmietany i razowego chleba, że już nigdy do ust wziąć nie chciała. Nie słuchała też rad panny Julji, która była dla niej zanadto słaba i pozwalała czasem nie posłuchać mamy, to też pani Irena rozstała się z nią wkrótce i wzięła osobę bardzo łagodną ale stanowczą, która nie dopuszczała, aby Zosia uczyniła cokolwiekbądź wbrew woli matki.



HERBATKA.

W dniu imienin Zosieńki mamusia robiła zwykle jakiś ładny prezent swojej córeczce, ale nigdy nie mówiła naprzód co dla niej przeznacza.
Tym razem Zosia zerwała się wcześniej niż zazwyczaj, ubrała się pośpiesznie, aby zaglądnąć do pokoju mamusi i zobaczyć co dostanie.
— Poczekaj, dziecinko, muszę cię uczesać, nie możesz pokazać się mamie z tą rozwichrzoną czuprynką. Ładnie byś rozpoczęła swój piąty roczek!
Tak przemawiała nowa bona, sadzając dziewczynkę przed lustrem i rozczesując jej splątane włosy.
— Aj! Aj! proszę mi nie wyrywać włosów! wołała Zosia niecierpliwie.
— Bo kręcisz się na wszystkie strony! Zkąd mogę wiedzieć, gdzie zwrócisz głowę.
Wreszcie Zosia została ubrana, uczesana i mogła pokazać się mamie.
— Wcześnie dziś wstałaś, Zosieńko, rzekła mamusia z uśmiechem. Oto masz podarek odemnie na urodziny. Daję ci książeczkę, będziesz się mogła zabawić.
Zosia podziękowała z minką trochę zakłopotaną. Książka była oprawna w safian czerwony.
— Co mam zrobić z tą książeczką? Przecież czytać jeszcze nie umiem. Pani Irena patrzyła na córeczkę z tłumionym śmiechem.
— Nie bardzo, zdaje się, jesteś zadowolona z mego podarunku — rzekła po chwili, a jednak jest on bardzo ładny. Zobaczysz, że zabawi cię więcej niż się tobie zdaje. Otwórz i popatrz dobrze.
Zosia obracała w rączce ową książeczkę i zdziwiła się mocno, że coś w niej ruszało się i stukało. Spojrzała na matkę pytającym wzrokiem. Pani Irena roześmiała się i rzekła:
— To jest niezwykła książeczka, niepodobną do wszystkich innych, które otwierają się same. Twoją trzeba pociągnąć mocno z boku, ot, tak.
To mówiąc, nacisnęła dużym palcem niewidoczny prawie guziczek i otworzył się wnet wierzch pudełka z farbami ku wielkiej radości Zosieńki. Były tam przeróżne kolory, przytem pędzelki i dwanaście zeszycików z obrazkami do kolorowania.
— O! dziękuję mamusi. Jakże mi się te farby podobają! zawołała Zosia, rzucając się matce na szyję.
— Byłaś z początku nieprzyjemnie zdziwiona, sądząc, że daję ci prawdziwą książkę — mówiła mamusia — ale bym ci takiego złośliwego figla nie spłatała, wiedząc, że nie masz nawet pojęcia o literkach. Będziesz mogła kolorować te rysunki według wzorów, zabawicie się w malowanie razem z Pawełkiem i twojemi przyjaciółkami, Kamilką i Madzią, które zaprosiłam na dzisiaj. Ciocia Aurelcia poleciła mi wręczyć tobie w jej imieniu ten mały przybór do herbaty gdyż przyjedzie dopiero o trzeciej popołudniu, a chciała ci zrobić przyjemność już od samego rana.
To mówiąc, mama wydostała tekturowe pudełko, z którego Zosieńka wydostała uradowana tackę, sześć filiżanek, imbryczek, mlecznik i cukierniczkę.
— Niech mamusia pozwoli mi zrobić prawdziwą herbatkę dla moich małych gości, prosiła Zosia przymilnie.
— Nie, dziecinko, za nic na to nie pozwolę. Porozlewałabyś śmietankę na posadzkę, poparzyłabyś sobie rączki herbatą. Udawajcie tylko, że pijecie z tych filiżanek, to będzie też dobra zabawa, a potem podadzą wam prawdziwy podwieczorek i różne przysmaczki.
Zosia nic nie odpowiedziała, ale miała minkę niezadowoloną.
— Pocóż mi ten cały przybór, jeżeli nie można go niczem napełnić? pomyślała Zosia. Kamilka i Madzia będą się ze mnie śmiały. Muszę jednak coś obmyśleć, żeby urządzić własne przyjęcie. Pójdę do swojej bony, może ona co poradzi.
Zosia powiedziała mamie, że pokaże pannie Marji, swojej bonie, otrzymane podarunki i zabrawszy je z sobą, popędziła na górę.
Panna Maria zachwycona była ślicznym przyborem do herbaty, ale ze zdziwieniem spojrzała na książkę.
— Będziesz miała z niej zabawę dopiero wtedy, gdy nauczysz się czytać, moja Zosieńko — rzekła po chwili. Zosia roześmiała się głośno i zawołała klaszcząc w rączki:
— Brawo! Doskonale! Pani się też oszukała, tak samo jak ja! To nie jest wcale książka do czytania, a pudełko z farbami.
To rzekłszy, otworzyła szkatułeczkę i pokazała pannie Marji różno-barwne farby i kajeciki z rysunkami do kolorowania. Następnie razem obmyślały, jak się dzień dzisiejszy spędzi. Zosia ubolewała nad tem, że mamusia nie pozwoliła zrobić herbatkę dla przyjaciółek w małym imbryczku i nalewać ją samej w filiżanki.
— Może pani coś wymyśli, żebym mogła napełnić mlecznik, cukierniczkę i podać mały podwieczorek w dziecinnym pokoju.
— Nie, moje dziecko, mama stanowczo zabroniła mi dawać ci cokolwiek innego do jedzenia, niż to co dla ciebie jest wyznaczane.
Zosia westchnęła głęboko i zamyśliła się, ale po chwili oczki jej się roześmiały. Powzięła zamiar, który postanowiła wykonać bez wiedzy starszych. Wracając po śniadaniu ze spaceru powiedziała mamusi, że zaraz przygotuje wszystko na przyjęcie swych małych gości. Ustawiła więc serwisik do herbaty na stoliczku, na drugim położyła farby, dostała różne zabawki, któremi miały się bawić.
— Teraz muszę się zabrać do przyrządzenia herbatki — rzekła do siebie — i zbiegła z imbryczkiem do ogrodu, narwała listków koniczyny, zalała je wodą, którą postawiono właśnie w miseczce dla pieska mamusi. Herbatka już gotowa — zawołała uradowana — teraz trzeba przyrządzić śmietankę. Wzięła z kredensu kawałek kredy do czyszczenia sreber, naskrobała swoim nożykiem sporą ilość, wsypała do mlecznika i zalała wodą. Dobrze wymieszawszy łyżeczką, otrzymała płyn biały, który od biedy mógł przypominać śmietankę. Teraz trzeba było pomyśleć o zdobyciu cukru. Zosia i na to znalazła radę, kredę połamała na drobne kawałeczki, napełniła niemi cukierniczkę, postawiła na stole z miną zwycięzką.
— Oto pomysł wyborny! przyznała, zachwycona swym sprytem. Z pewnością ani Pawełek ani Kamilka, ani Madzia nie zdobyliby się na coś podobnego.
Zosia oczekiwała na swych gości jeszcze dobre pół godziny, ale nie nudziła się wcale. Tak była zadowolona ze swej herbatki, że nie chciała oddalić się od stoliczka, zacierała rączki co chwila z radośnym wyrazem, powtarzając wciąż:
— Boże! Jaka ja jestem mądra dziewczynka.
Wreszcie Pawełek i przyjaciółki przyjechali. Mała solenizantka wybiegła na ich spotkanie i pośpiesznie zabrała ich z sobą, żeby im pokazać podarunki dziś otrzymane. Pudełko z farbami było też dla małych gości pułapką, zwiodło ich ono, byli bowiem pewni, że to jest prawdziwa książka. Przybór do herbaty wywołał wielkie pochwały. Chciano odrazu zasiąść do picia, ale Zosia poprosiła, ażeby wstrzymali się do godziny trzeciej, a tymczasem zabrali się do malowania rysunków w zeszycikach. Nabawiwszy się dobrze, złożyli porządnie farby i pędzelki, a Pawełek zawołał:
— Teraz zasiadamy do herbaty.
— Niech Zosia robi honory domu, dorzuciła Kamilka.
— Siadajcie, proszę — odrzekła uprzejmie Zosia. Podajcie mi wasze filiżanki, zaraz napełnię je herbatą. Ale najprzód trzeba rzucić cukru. A oto herbata i śmietanka.
Gdy już wszystkie filiżanki zostały napełnione i Madzia mieszała dość długo swoją, rzekła ze zdziwieniem:
— To dziwne, że ten cukier nie rozpuszcza się wcale.
— Mieszaj dobrze, moja droga, odparła Zosia z pewnością siebie, rozpuści się napewno.
— Ale twoja herbatka jest zupełnie zimna — zawołał Pawełek.
— Bo już stoi dość długo — odpowiedziała Zosia.
Kamilka podniosła filiżankę do ust i spróbowawszy dziwnego napoju, odstawiła go ze wstrętem.
— Fe! Jakie to okropne!.. zawołała — przecież to niepodobne wcale do herbaty!
— Zupełnie smak kredy — dodała Madzia, spluwając.
— Co ty nam dałaś, moja Zosiu? — oburzył się Pawełek. Jakaś okropna mikstura! Tfu!
— Tak wam się moja herbatka niepodoba? szepnęła Zosia zakłopotana.
— Zasługujesz na to, żebyśmy cię zmusili do wypicia tego ohydnego napoju, jakim nas uraczyć chciałaś, — zawołał Pawełek.
— Jesteście doprawdy bardzo wymagający i wybredni — broniła się mała solenizantka.
— Przyznaj sama, że nawet dla niewymagających wcale twoja herbatka jest niemożliwą do przełknięcia — rzekła Kamilka z uśmiechem.
— Pij, proszę cię! Wtedy powiesz czy jesteśmy wymagający — zawołał Pawełek — podsuwając imbryczek do ust Zosi.
Dajże mi spokój! mówiła dziewczynka, odwracając się do ciotecznego braciszka, ale ten nie dawał za wygranę i coraz natarczywiej domagał się, aby Zosia wypiła całą zawartość imbryczka, a następnie mlecznika, wreszcie chciał napoić ją przemocą.
Zosia broniła się, krzyczała. Kamilka i Madzia starały się zwaśnionych uspokoić i wyrwać mlecznik z rąk Pawełka, ale odtrącił je ze złością. Zosia skorzystała z zamieszania i rzuciła się z pięściami na Pawełka, wobec tego Kamilka i Madzia odciągały ją co sił, Pawełek ryczał, Zosia wrzeszczała, obie przybyłe w goście dziewczynki poczęły wołać o pomoc. Panie Irena i Aurelja wpadły przerażone. Dzieci zamilkły i patrzały na siebie wylęknione.
— Co się tu dzieje? Zkąd te krzyki? pytały panie.
Kamilka starała się zbagatelizować całą sprawę, ale pani Irena domyśliła się odrazu, że Zosia pobiła się z Pawełkiem, ten zaś opowiedział jaka była przyczyna kłótni, oskarżając Zosię, że chciała dać im coś wstrętnego do wypicia, a następnie powiedziała że są zbyt wybredni.
Pani Irena powąchała mieszaninę kredy z wodą w mleczniku, spróbowała na koniec języka i skrzywiwszy się ze wstrętem, zapytała Zosię surowo:
— Zkąd to wzięłaś?
Zosia spuściła oczy i odrzekła zawstydzona:
— Przyrządziłam sama.
— Z czego?
— Z kredy do czyszczenia sreber i z wody postawionej dla pieska.
— A herbatę?
— Z listków koniczyny nalanej wodą.
— I cukier zrobiłaś jak widzę z tejże kredy — dorzuciła matka, biorąc cukierniczkę do ręki. Ładne przyjęcia urządziłaś dla przyjaciółek, niema co mówić! Znowu zawiniłaś nieposłuszeństwem, gdyż nie pozwoliłam ci urządzać herbatkę w twoim pokoiku i nieprzypuszczałam, żebyś nafabrykowała takiej obrzydliwości i chciała niemi poczęstować swych gości. Na dodatek wszystkiego pobiłaś się ze swym braciszkiem! Za karę zabieram twój przybór do herbaty, nie będziesz mogła nim się bawić, gdyż znowu coś zbroisz. Powinnabym zabronić ci jeść obiad z nami, ale nie robię tego jedynie przez wzgląd na twoje przyjaciółki, którym by to sprawiło wielką przykrość.
Wszystkie trzy mamy wyszły razem, śmiejąc się cichaczem z pomysłowości Zosieńki, ale biedna mała solenizantka była niezmiernie strapiona. Pawełkowi też przykro się zrobiło, że się uniósł gniewem. Dobre dziewczynki, Kamilka i Madzia, pocieszały ich i starały się pogodzić. Zosia pocałowała Pawełka i przeprosiła wszystkich swych gości poczem nastąpiło ogólne pojednanie. Przyrzeczono Zosieńce, że jej nieszczęśliwy pomysł pójdzie w zapomnienie i nigdy się o nim wspominać nie będzie.
Cała czwórka pobiegła do ogrodu łapać motyle. Pawełek włożył kilka złowionych do pudełka ze szklaną nakrywką. Ułożono motylki na trawie i kwiatach, wrzucono parę truskawek i wiśni, żeby miały pożywienie.

Wieczorem, gdy już rozjeżdżano się po sutej wieczerzy Pawełek spoglądał z żalem na pudełko z motylami. Widać było, że mu się ogromnie chciało mieć je na własność, gdyż zbierał kolekcję owadów. Kamilka, Madzia i Zosia spojrzały na siebie porozumiewawczo i wszystkie trzy wyrzekły się motyli dla zrobienia przyjemności Pawełkowi. Uszczęśliwiony chłopak zabrał z sobą pudełko ze ślicznemi motylkami i zawiózł ostrożnie do domu.



ELŻUNIA.

Zosia siedziała pewnego dnia w swym małym foteliku głęboko zadumana.
— O czem tak myślisz? zapytała ją mama.
— Myślę o Elżuni, mamusiu. Zauważyłam wczoraj, że ma podrapaną do krwi rękę, a gdy ją zapytałam w jaki sposób jej się to przytrafiło, poczerwieniała, chowając rączkę za siebie i szepnęła: „Cicho bądź! Zrobiłam to sama, żeby siebie ukarać“. Nie rozumiem zupełnie co to mogło być takiego?
— Zaraz ci wytłómaczę — odrzekła pani Irena, bo też byłam zaciekawioną i zapytałam mamusię Elżuni o wyjaśnienie tego podrapania. Dowiedziałam się przyczyny. Posłuchaj, bo to jest bardzo ładny rys charakteru Elżuni.
Zosia zadowolona, że mamusia opowie zajmującą historyjkę, przysunęła się z fotelikiem do matki, aby lepiej słyszeć. Pani Irena rozpoczęła w te słowa:
— Wiesz o tem, że Elżunia jest bardzo dobra, ale na nieszczęście ma charakter porywczy i łatwo się gniewa. (Tu Zosia spuściła oczy, jakgdyby o niej samej była mowa.) Otóż zdarzało się nawet, że uderzyła służącą Ludwikę, która jest bardzo do Elżuni przywiązana. Zwykle po takim napadzie złości Elżunia żałuje swej porywczości, ale zastanowienie przychodzi zapóźno, zamiast przyjść w porę. Tak samo się zdarzyło przedwczoraj. Prasowała właśnie sukienki i bieliznę swojej lalki. Ludwika kładła i wyjmowała sama żelazko z ognia, w obawie, żeby się Elżunia nie sparzyła. Niecierpliwiło to Elżunię, której chciało się koniecznie udawać dorosłą i prasować swem małem żelazkiem bez niczyjej pomocy. Ludwika śledziła zdaleka każdy ruch Elżuni i schwyciła ją za rączkę, gdy chciała włożyć żelazko do kominka. „Ponieważ jesteś nieposłuszną — zawołała, odbierając jej żelazko — schowam je do szafy“. Służąca natychmiast groźbę swą wypełniła. Elżunia poczęła krzyczeć z całych sił: „Oddaj mi w tej chwili żelazko!“ Ale krzyki i wołania na nic się nie przydały, Ludwika najspokojniej zamknęła szafę na klucz. Elżunia starała się wyrwać go, lecz nie mogła poradzić, wobec tego taka ją złość porwała, że do krwi podrapała obnażoną do łokcia rękę Ludwiki. Dopiero widok krwi uspokoił nieco Elżunię, zrozumiała, że zadała ból wielki, przepraszała, zmywała wodą ranę i bardzo była przejęta tym wypadkiem, pomimo że poczciwa Ludwika zapewniała, iż nie cierpi wcale. „To nie może być!.. wołała Elżunia ze łzami w oczach, zasługuję na to, żebyś mnie tak samo podrapała do krwi, proszę ciebie zrób to zaraz, bo inaczej nie będę miała chwili spokoju“. Domyślasz się naturalnie, że Ludwika nie zgodziła się na to. Elżunia resztę dnia bawiła się spokojnie i była bardzo grzeczna. Wcześniej położyła się do łóżeczka, nie robiąc żadnych grymasów. Nazajutrz rano Ludwika zauważyła plamy krwawe na posadzce Elżuni, a następnie jej rączkę najokropniej podrapaną. „Kto ciebie tak zranił, dziecinko kochana?“ zapytała Ludwika przerażona — „To ja sama siebie ukarałam, za to że Ludwikę wczoraj zakrwawiłam, odpowiedziała Elżunia z pokorną minką, położyłam się i myślałam, że powinnam znieść taki sam ból, jaki w uniesieniu zadałam“.
Ludwika ze wzruszeniem ucałowała Elżunię, która przyrzekła być już zawsze grzeczną i powstrzymywać się od złości. Teraz już wiesz, moja Zosieńko, dlaczego Elżunia zarumieniła się wspomniawszy o wymierzonej sobie karze.
— O tak, mamusiu, wiem już dobrze i podoba mi się bardzo postępek Elżuni — zawołała Zosia z zapałem. Jestem pewna, że nie będzie nigdy wpadać w gniew, bo zrozumiała jak to źle.
Pani Irena uśmiechnęła się i zapytała córuchnę:
— Czy ty nigdy nie robisz tego, o czem jesteś przekonaną, że źle jest tak robić.
— Ale ja jestem o rok młodsza od Elżuni... odrzekła Zosia, nie mogąc szczerze odpowiedzieć na zadane pytanie.
— Wiek tu niema wielkiego znaczenia, moje dziecko, przypomnij sobie, jak niedalej, niż przed tygodniem rozgniewałaś się na Pawełka, biłaś go i kopałaś nóżkami.
— To prawda, mamusiu, ale zdaje mi się, że się to już nigdy nie powtórzy.
— Mam nadzieję, Zosieńko, strzeż się jednak, uważać siebie za lepszą niż jesteś. Wadę tę nazywamy pychą.

Zosia nic nie odpowiedziała, ale miała wyraz pewności siebie i zadowolenia, mające świadczyć, że nie wątpi w prawdę słów przed chwilą wypowiedzianych. Niestety, Zosieńka była niepoprawną i najrozmaitsze miała wybryki. Oto nowy dowód złych skłonności Zosi.



Pudełko do roboty.

Jeżeli tylko jakiś przedmiot podobał się Zosieńce, zaczynała wnet napierać się, by go jej dano. Nie zrażona odmową matki, prosiła wciąż aż do znudzenia. Najczęściej kończyło się tem, że mamusia kazała jej wyjść z pokoju. To nie przeszkadzało upartej dziewczynce przemyśliwać na osobności nad sposobem zdobycia upragnionej rzeczy. Spotykały ją nieraz kary, pomimo to była niepoprawną.
Pewnego dnia pani Irena zawołała córeczkę, żeby jej pokazać śliczne pudełko, a właściwie szkatułeczkę z przyborami do roboty, wyłożoną niebieskim aksamitem, zwierzchu misternie wyrobioną z szyldkretu i złota. Było to cacko prawdziwe. Naparstek i nożyczki, mały scyzoryczek wszystko było ze złota. Pudełeczko na igły, drugie na szpilki, różnokolorowe jedwabie, sznureczki, wstążki zachwycały Zosię.
— Ach, mamusiu, jakież to ładne!.. mówiła przyglądając się każdej rzeczy z osobna. Co za przyjemność mieć wszystko potrzebne do roboty! Dla kogo jest to pudełeczko?
Była prawie pewna, że mamusia odpowie: „To tatuś przysłał dla Zosieńki.“ Ale pani Irena rzekła:
— Tatuś przysłał dla mnie z Paryża.
— Szkoda! odparła Zosia. Chciałabym bardzo mieć taką szkatułeczkę do roboty.
— Dobra z ciebie córeczka, niema co mówić — rzekła mamusia. Zamiast cieszyć się, że dostałam taki ładny prezent, masz taką minę, jakbyś mi zazdrościła.
— Niech mamusia daruje mi tę szkatułeczkę, prosiła Zosia natarczywie.
— Nie umiesz jeszcze szyć tak dobrze, aby posiadać własny neseserek. A przytem nie potrafiłabyś utrzymać go w porządku i pogubiłabyś z pewnością te cenne rzeczy.
— O nie, będę się z niemi obchodziła jak najstaranniej! Ręczę mamusi, że nic nie zginie — przymilała się Zosieńka. Niech mamusia da mnie szkatułeczkę! Moja mamusieńko, moja złota!..
— Nie dziecinko, nawet nie myśl o tem. Jesteś jeszcze za mała — odpowiedziała matka.
— Zaczynam już szyć bardzo dobrze, mamusiu, i bardzo lubię robótki.
Pani Irena zaśmiała się słysząc te zapewnienia.
— Doprawdy? zapytała. A dlaczegoż jesteś zawsze tak nachmurzona, gdy cię napędzam do igły?
— Bo... bo.. niemam potrzebnego przyboru do roboty — mówiła Zosieńka, nie spuszczając oczu ze szkatułki, ale gdybym tylko miała, pracowałabym od rana do wieczora z wielką przyjemnością.
— Staraj się pracować pilnie, nie posiadając tak wytwornego przyboru do szycia, rzekła pani Irena — to będzie najlepszy sposób zdobycia takiego właśnie, jak mój, który tak się tobie podoba.
— Mamusiu, proszę cię daj mi tę szkatułeczkę, upierała się Zosia.
— Nie nudź mię! Nie myśl już o tem więcej i zajmij się czem innem — odpowiedziała matka zniecierpliwiona.
Zosia ze zwykłym sobie uporem jeszcze z dziesięć razy nalegała na oddanie jej pudełka do roboty, wreszcie mama kazała jej pójść do ogrodu. Tam zamiast bawić się jak zazwyczaj, Zosieńka usiadła na ławeczce, rozmyślając wciąż w jaki sposób dojść do posiadania upragnionego cacka.
— Gdybym umiała pisać, wysłałabym zaraz list do tatusia, prosząc aby mi przysłał zupełnie taką samą skrzyneczkę, jak mamusina — wzdychała Zosia — ale że nie umiem jeszcze stawić literek, musiałabym komuś list podyktować. Mama by napewno gniewała się na mnie za moją śmiałość i nie pozwoliłaby wysłać listu do tatusia. Mogłabym doczekać się przyjazdu tatusia, ale to może nastąpić nie prędko, a chciałabym mieć już zaraz tę prześliczną szkatułeczkę.
Po długiem zastanowieniu Zosia powzięła zamiar, który tak ją ucieszył, że wskoczyła na ławkę i poczęła klaskać w rączki z wielkiej uciechy. Natychmiast pobiegła do salonu. Pudełko do roboty stało na stole, ale mamy już nie było w pokoju. Zosia otworzyła wieko i poczęła wyciągać jedno po drugiem wszystkie drobiazgi ze szkatułki.
Serduszko Zosieńki biło mocno, miała zeznanie, że popełnia kradzież, rzecz za którą wsadzają do więzienia. Obawiała się, żeby kto nie nadszedł i nie zauważył przywłaszczania sobie cudzej własności, ale jakoś nikogo nie było w pobliżu i Zosi udało się ściągnąć wszystko, co tylko znajdowało się w wybitem aksamitem pudełku. Skończywszy z tem, Zosia zamknęła je ostrożnie, postawiła znowu na środku stołu, a sama pobiegła do kącika, w którym mieściły się jej zabawki, wysunęła szufladkę stoliczka i umieściła w niej wszystkie zagrabione skarby.
— Mając tylko puste pudełko, mamusia nie zechce go zatrzymać dla siebie i odda mi je z pewnością, a wówczas powkładam znowu wszystkie drobiazgi na swoje miejsce i będę miała upragnioną całość.
Zosia tak była zachwycona swym pomysłem, że nawet nie czyniła sobie wyrzutów, ani przyszło jej do głowy zastanowić się: co na to mama powie? Na kogo padnie podejrzenie, iż popełnił kradzież? Nic ją nie obchodziło w tej chwili oprócz tego, że jej gorącemu pragnieniu stało się zadość.
Cały ranek minął spokojnie. Nikt nie otwierał pudełka i nie zauważył braku mieszczących się w niem przedmiotów. Dopiero, gdy zbliżała się godzina obiadu i wszyscy zaproszeni przez panią Irenę goście zebrali się w salonie, powiedziała natenczas, że pokaże im otrzymany od męża prezent.
— Zobaczycie państwo — rzekła — jak tu o wszystkiem jest pomyślane, ile przedmiotów znajduje się w tem pięknem pudełku do roboty. A najprzód proszę obejrzeć je z wierzchu, jak wytwornie jest odrobione.
Wszyscy brali kolejno pudełko do ręki i zachwycali się misternem wykończeniem każdego szczegółu. Ale gdy pani Irena podniosła nakrywkę, otworzyła szeroko oczy ze zdumienia.
— Co to ma znaczyć? zawołała oburzona. Dziś rano wszystko tu było na miejscu, a teraz pudełko jest zupełnie puste!
— Czy zostawiła je pani w salonie? dopytywały panie ciekawie.
— Tak jest i nie przypuszczam, żeby ktokolwiek ze służby śmiał go dotknąć. Wszyscy są uczciwi i niezdolni popełnić tak bezecnej kradzieży.
Serduszko Zosi biło mocno, gdy słuchała tej rozmowy ukryta za gośćmi, drżąca na całem ciele. Pani Irena, mając już ją w podejrzeniu, poczęła Zosi szukać wzrokiem, a nie widząc przy sobie, zawołała zaniepokojona:
— Zosiu, gdzie jesteś Zosiu?
Dziewczynka nie odpowiadała, ale panie, za któremi była ukrytą, rozstąpiły się nagle i Zosia ukazała się czerwona jak burak, z minką zmieszaną, na pierwszy rzut oka można było domyśleć się, że ona jest winowajczynią.
— Zbliż się!.. zawołała pani Irena.
Zosieńka posuwała się powoli, nogi drżały pod nią, widziała, że mama jest mocno rozgniewaną.
— Gdzie położyłaś wszystkie przedmioty, wyjęte z mego pudełka? zapytała stanowczym tonem.
— Ja nic nie wyjmowałam — szepnęła Zosia ze łzami.
— Chodź za mną!
Zosia nie ruszała się z miejsca, jakgdyby nie słyszała wezwania. Natenczas pani Irena chwyciła ją za rączkę i pociągnęła za sobą do kącika z zabawkami. Tam otwierała kolejno szufladki w komodzie dla lalek, szukała w szafce z sukniami, nie znalazłszy nic, obawiała się już, że może podejrzewała córeczkę niesprawiedliwie, ale odsunęła szufladkę stolika i tu dopiero odnalazła całą zawartość swego nowego neseserka. Nie rzekłszy ani słowa, ściągnęła Zosię rózgą tak mocno, jak nigdy dotąd. Nic nie pomogły krzyki i prośby małej złodziejki. Matka zabrawszy wszystkie skradzione przedmioty, poszła do salonu, zostawiając Zosię samą płaczącą rzewnemi łzami. Nie śmiała pokazać się przy obiedzie i dobrze zrobiła, gdyż matka kazała odesłać jej jedną potrawę do dziecinnego pokoju i tam również miała Zosia spędzić cały wieczór. Bona, która zwykle dogadzała jak mogła Zosi, teraz patrzyła obojętnie na jej łzy i z oburzeniem nazywała ją złodziejką.
— Trzeba będzie zamykać klucze — mówiła — kto wie czy nie przyjdzie ci do głowy mnie okraść! Jeżeli cokolwiek w domu zginie, wszystkim będzie wiadomo, gdzie szukać winowajcę i zaraz przetrząsać zaczną twoje szufladki.
Nazajutrz pani Irena przywołała Zosię i odczytała jej list męża, dołączony do szkatułki. Brzmiał on jak następuje:
„Nabyłem, droga moja, elegancki neseserek do roboty, który ci posyłam. Przeznaczyłem go dla Zosi, ale tymczasem zachowaj to w tajemnicy, niech będzie nagrodą za wzorowe postępowanie w ciągu całego tygodnia. Pokaż Zosieńce to cacko, ale nie wspominaj o tem, że jest dla niej przeznaczone, nie chciałbym bowiem, żeby zachowywała się grzecznie jedynie w chęci zyskania ładnego prezentu, ale żeby obudziło się w niej pragnienie być zawsze grzeczną i dobrą.
— Widzisz teraz — rzekła pani Irena — że okradając mnie okradłaś sama siebie. Potem co uczyniłaś, choćbyś całemi miesiącami była grzeczna, nie otrzymasz szkatułki. Mam nadzieję, że ta nauczka nie pójdzie na marne, że już nigdy nie popełnisz tak ohydnego czynu.
Zosia płakała rzewnie, błagała o przebaczenie. Mama zgodziła się wreszcie na nie, ale nigdy nie oddała szkatułeczki do roboty.
Później darowała je Elżuni, która szyć już umiała bardzo dobrze i była ogromnie grzeczną od pamiętnej chwili podrapania Ludwiki i ukarania siebie samą za swą porywczość.
Pawełek, dowiedziawszy się o tem, co zrobiła Zosieńka, był tak oburzony, że w ciągu całego tygodnia nie przyjeżdżał do niej w odwiedziny. Dopiero gdy mu opowiedziano jak bardzo żałuje tego czynu, jak się wstydzi i cierpi nad tem, dobry chłopczyna ulitował się nad nią i przybył, by pocieszyć Zosieńkę.
— Wiesz, moja droga, jaki jest najlepszy sposób zatarcia w pamięci otaczających ciebie tego wstrętnego czynu? Oto należy być tak uczciwą i prawą, aby nikt nie mógł nawet podejrzewać ciebie o coś podobnego.

Zosia przyrzekła braciszkowi, że nigdy w życiu nie przywłaszczy sobie tego, co do niej nie należy i nawet myśl taka w głowie jej nie powstanie. Istotnie dotrzymała słowa i nigdy już ciężki zarzut złodziejki ją nie dotknął.



WÓZECZEK.

Mama nie pozwoliła Zosi jeździć na osiołku, więc dziewczynka umyśliła zaprządz go do wózeczka i pojechać z Pawełkiem na spacer.
— Czy tylko ciocia nic nie będzie miała przeciwko temu? zapytał Pawełek.
— Idź, mój drogi i poproś mamusię, bo ja nie mam odwagi — odrzekła Zosieńka.
Pawełek pobiegł do pani Ireny i przedstawił jej prośbę dzieci, na co dostał odpowiedź, że mogą jechać tylko w takim razie, jeżeli bona będzie im towarzyszyła.
Zosia nachmurzyła się usłyszawszy rozkaz mamusi.
— Co to za nuda mieć przy sobie kogoś, kto wciąż strofować będzie, obawia się wszystkiego i nie pozwoli jechać prędko — ubolewała Zosia.
— Nie mamy potrzeby galopować wiesz, że ciocia zabrania — mówił Pawełek.
Zosia milczała nadąsana, podczas gdy Pawełek pośpieszył zawiadomić bonę i kazał zaprządz osiołka do wózeczka. W pół godziny potem wózek stał już przed gankiem.
Zosia wsiadła, ale ciągle była chmurną, pomimo usiłowań Pawełka wprowadzenia siostrzyczki w dobry humor. Wreszcie te dąsy rozgniewały go i rzekł zniecierpliwiony:
— Nudzisz mnie temi swojemi minkami. Wolę pójść do domu, bo to nieznośna rzecz nie mieć na żadne moje słowo odpowiedzi, bawić się samemu i patrzeć na twoją twarz nachmurzoną.
To mówiąc, Pawełek skierował osiołka w stronę domu. Zosia milczała uparcie. Wsiadając z wózeczka, zaczepiła się nóżką o stopień i upadła.
Pawełek zeskoczył natychmiast i dopomógł jej podnieść się. Nie doznała żadnego bólu, ale dobroć Pawełka tak ją wzruszyła, że rozpłakała się rzewnie. Pawełek, sądząc, że się mocno uderzyła, począł ubolewać nad siostrzyczką:
— Biedna Zosieńko! Oprzej się mocno na mojem ręku. Nie obawiaj się. Ja cię podtrzymam.
— Nie, mój drogi, nic mi się nie stało, mówiła Zosia szlochając, płaczę dlatego, że byłam niedobrą dla ciebie, a ty zawsze jesteś dla mnie wyrozumiały.
— Nie warto płakać z tego powodu, Zosieńko kochana, nie jest to moja zasługa, że jestem dobry i wyrozumiały dla ciebie, gdyż kocham cię siostrzyczko i przyjemność mi robi, jeśli jesteś zadowolona.
Zosia rzuciła się Pawełkowi na szyję i ucałowała, płacząc jeszcze bardziej. Pawełek nie wiedział sam jak ją ma uspokoić. Wreszcie rzekł:
— Słuchaj, Zosiu, jeżeli będziesz ciągle płakała, to i ja się rozbeczę! Nie mogę patrzeć na twoje łzy i zmartwienie!
Zosieńka otarła oczki i przyrzekła nie płakać więcej, mimo to łezki spłynęły jej po policzkach. Rzekła więc:
— Pozwól mi się wypłakać, to mi dobrze zrobi. Czuję, że staję się lepszą.
Dostrzegłszy jednak że i Pawełkowi łzy się zakręciły w oczach, uspokoiła się roześmiała się nawet i oboje w wielkiej zgodzie poszli bawić się w dziecinnym pokoju. Czas im zeszedł niepostrzeżenie aż do obiadu.
Nazajutrz Zosia zaproponowała znowu spacer w wózeczku, wiezionym przez osiołka. Bona była zajętą praniem jakichś delikatnych koronek, panie Irena i Aurelja wybierały się w odwiedziny do sąsiadów.
— Jakże my pojedziemy? pytała Zosia zrozpaczona.
— Gdybym była pewną, że będziecie grzeczni oboje — rzekła pani Irena — pozwoliłabym wam jechać samym, ale Zosia ma zawsze dzikie pomysły, więc obawiam się, aby coś znowu nie przytrafiło.
— O nie, mamusiu, nie będę miała żadnych dzikich pomysłów — zawołała Zosieńka — niech mamusia pozwoli nam jechać samym. Osiołek jest taki łagodny, żadnej krzywdy nam nie zrobi.
— Osiołek jest łagodny, to prawda, o ile z nim się dobrze postępuje, ale bądźcie ostrożni, nie wyjeżdżajcie na gościniec i nie jedźcie zbyt szybko.
— Dziękujemy! dziękujemy! wołały dzieci uradowane i pobiegły zaraz do stajni, żeby zaprzęgać osiołka.
Gdy już wszystko było gotowe, dwóch chłopaczków jednego z fornali, powracających właśnie ze szkoły, stanęło obok wózeczka.
— Jadą sąsiedztwo na spacer? zapytał starszy z nich, Jędruś.
— Tak jest — odpowiedział Pawełek — czy miałbyś ochotę pojechać z nami.
— Nie mogę zostawić brata — odparł Jędruś z widocznym żalem.
— To niech też jedzie z nami — rzekła Zosia.
— Bardzo dziękuję panience — rzekł Jędruś.
— A kto siądzie na koźle i będzie powoził? zapytała Zosia.
— Jeżeli masz chęć powożenia, to siadaj sama na koźle — odpowiedział Pawełek — wiedząc, że jej to zrobi wielką przyjemność, ale Zosia nie chciała rozpoczynać.
— Wolę powozić później, gdy się już osiołek trochę zmęczy — odrzekła.
Czworo dzieci usiadło w wózeczku i używało spaceru w ciągu paru godzin. Powożono naprzemianę, aż wreszcie osiołek był już bardzo zmęczony i coraz bardziej zwalniał kroku.
— Panienko — zawołał Jędrek — jeżeli panienka chce popędzić osiołka, to zerwę zaraz gałąź tarniny, a bijąc nią zmusi się go do szybszego biegu.
— Doskonały pomysł! zawołała Zosia. Musimy zmusić tego leniucha do szybszego poruszenia się.
Zatrzymała wózek, Jędrek zeskoczył i po chwili powrócił niosąc długą gałąź.
— Ostrożnie, Zosiu, przestrzegał Pawełek, wiesz, że ciocia nie pozwala bić mocno osiołka.
— Może ta gałąź lepiej poskutkuje od batożka, bo jest dłuższa.
To mówiąc, Zosia uderzyła parę razy osiołka i ten począł pędzić cwałem. Ucieszona tem dziewczynka podwajała razy, śmiejąc się głośno, chłopacy wiejscy wtórowali jej, tylko Pawełek siedział zaniepokojony, obawiając się, żeby się jakie nieszczęście nie przytrafiło, wskutek którego Zosia byłaby znów strofowaną i karaną.
Nadjeżdżali właśnie do spadzistości dość stromej. Zosia poczęła bić osiołka z całych sił, wobec czego osiołek popędził galopem. Napróżno Zosia starała się go powstrzymać, leciał z górki nadół, jak nieprzytomny.
Wszystkie dzieci krzyczały jednogłośnie, co wystraszało go jeszcze bardziej. Wpadłszy na mały pagórek, wózek stracił równowagę. Dzieci pospadały na ziemię, osiołek zaś ciągnął za sobą opustoszały wózek, który wywrócił się i połamał na drobne części.
Dzieci szczęśliwym trafem wyszły cało, tylko miały twarze i ręce podrapane. Podniósłszy się i otrzepawszy z kurzu, miały wszystkie zafrasowane miny. Chłopaki fornala pośpieszyły na folwark, a Zosia z Pawełkiem powróciła do domu, zawstydzona była i niespokojna.
Pawełek posmutniał. Szli czas jakiś w milczeniu, wreszcie Zosia rzekła:
— Ach, Pawełku, jak ja się boję mamusi! Co ona na to powie?..
— Myślałem że źle się skończy ta historja, jak tylko zobaczyłem twoje wymachiwanie gałęzią nad osiołkiem — odpowiedział Pawełek — szkoda, że nie powiedziałem ci ostrzejszym tonem, możebyś mię była usłuchała.
— Nie, Pawełku, nie byłabym cię usłuchała — zawołała Zosia z całą szczerością. Nigdy nie przypuszczałam, żeby kolce mogły ranić osła przez sierść grubą. Ale co będzie teraz, jak się mamusia o wszystkiem dowie?..
— Bardzo to źle, moja droga, że jesteś nieposłuszną. Gdybyś zawsze słuchała cioci, nie byłabyś nigdy karaną — powiedział Pawełek poważnym głosem.
— Będę się starała być posłuszną, daję ci słowo, że będę się starała — zapewniała Zosia — ale kiedy to taka nudna rzecz słuchać!..
— Ale jeszcze gorzej być karaną. Zauważyłaś zapewne, że wszystko, czego nam zabraniają, jest niebezpieczne lub szkodliwe. Jeżeli uczynimy cokolwiek wbrew woli starszych, zawsze wychodzi na złe.
— Tak, to prawda! potwierdziła Zosia. Ale czy słyszysz, że powóz się zbliża? Mamusie już powracają. Biegnijmy prędko, żeby je wyprzedzić.
Pobiegli oboje ku domowi, ale nie udało się im wejść niezauważonymi, powóz bowiem podjeżdżał właśnie pod ganek w chwili, gdy zadyszani wpadli na schody.
Pani Irena i Aurelja dostrzegły odrazu podrapania na twarzach dzieci.
— A co? Oto znowu mieliście jakieś przygody! — zawołała pani Irena. Opowiedzcie, co się wydarzyło?
— To osiołek, mamusiu — szepnęła Zosia.
— Byłam pewną, że stanie się coś złego! Cały czas, będąc w gościnie, niepokoiłam się waszą jazdą wózeczkiem! Czy się wściekł ten osioł, żeby tak was ładnie urządzić!
— Wywrócił nas, mamusiu, wózek zdaje się jest trochę połamany, gdyż ten głupi osiołek pędził jeszcze długo po wyrzuceniu nas na drodze.
— Mam wrażenie, że musieliście mu dobrze dokuczyć — wtrąciła pani Aurelja — przyznajcie się jak to było?
Zosia spuściła oczki w milczeniu. Pawełek też nie odpowiedział ani słowa.
— Zosieńko, widzę po twojej minie, żeś coś nabroiła — mówiła pani Irena. Miej odwagę powiedzieć prawdę.
Zosia zawahała się chwilę, lecz potem opowiedziała szczerze całą niefortunną wyprawę.
— Od kiedy macie tego osiołka, zawsze jakieś bywają z nim przygody i Zosi przychodzą do głowy pomysły nieszczęśliwe. Każę więc sprzedać osła, zadecydowała pani Irena.
Zosia i Pawełek poczęli prosić usilnie, aby tego nie uczyniła.
— Nigdy już nic podobnego się nie wydarzy — zapewniała Zosieńka.
— Nie to, to co innego przyjdzie wam do głowy. Zosia zawsze potrafi wymyśleć coś bez sensu!.. odrzekła pani Irena, wzruszając ramionami.
— Nie, mamusiu, będę zawsze robiła tylko to co mamusia pozwoli, przyrzekam nic nie wymyślać bez sensu mówiła Zosieńka z przekonaniem.
— Poczekam jeszcze dni kilka, ale uprzedzam, że za pierwszym wybrykiem Zosi osiołek będzie sprzedany.
Dzieci podziękowały pani Irenie za obietnicę powstrzymania jeszcze na parę dni srogiego wyroku.
— Gdzież jest osiołek? zapytała Zosię mamusia.
Dzieci spojrzały po sobie. Przypomniały, że osiołek popędził wprost przed siebie, ciągnąc wózek wywrócony.
Pani Irena kazała przywołać ogrodnika i opowiedziawszy w krótkości co zaszło, posłała na poszukiwanie osiołka.
W godzinę niespełna powrócił. Dzieci oczekiwały go niecierpliwie. Zmartwiły się, gdy ogrodnik rzekł ze smutkiem.
— Zdarzyło się nieszczęście!.
— Jakie? Gdzie? pytały dzieci przerażone.

— Widocznie osioł był bardzo wystraszony — mówił ogrodnik — pędził gościńcem zaprzężony do połamanego wózka, nagle zwrócił w stronę przez podniesioną barjerę i wpadł pod pociąg, który go zmiażdżył odrazu. Dzieci wszczęły taki krzyk, że obie matki i wszyscy domownicy przybiegli dowiedzieć się co się stało? Zosia nie mogła sobie darować, że stała się powodem śmierci biednego osiołka; Pawełek czynił sobie wyrzuty, te nie dość energicznie powstrzymywał Zosię od bicia i kłócia osła gałęzią. Dzień zakończył się ponuro. Jeszcze długo potem Zosia popłakiwała rzewnie, zobaczywszy gdzie na drodze osiołka podobnego do swego ulubieńca, który tak straszną śmiercią zginął, poczęści z jej winy.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Sophie de Ségur i tłumacza: Natalia Dzierżkówna.