Portrety literackie (Siemieński)/Tom II/XV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lucjan Siemieński
Tytuł Franciszek Morawski
Pochodzenie Portrety literackie
Wydawca Księgarnia Jana Konstantego Żupańskiego
Data wyd. 1867
Druk N. Kamieński i Spółka
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


XV.

W roku 1851 wydrukował Morawski w Lesznie poemat swój: Dworzec mojego dziadka.
Był to pierwszy utwór oryginalny większego rozmiaru.
Napisał go jeszcze w początku r. 1848, kiedy u córki swojéj bawił w Mińsku pod Warszawą i doniósł o rozpoczętéj swéj pracy Kaj. Koźmianowi, że coś nowego pisze. W następnym liście[1] szczegółowiéj się wyraża do Jędrz. Koźmiana.
„Ja dziś spróbowałem dalszego ciągu mojéj ramoty, i 50 wierszydeł nabazgrałem, to jest cały romans Dziadunia, bo w takim obrazie mnóstwo być powinno obrazków, podobrazków, lecz krótkich, dla rozmaitości. Ztąd zdaje mi się, że wesele jako 200 wierszy najmniéj wymagające, byłoby najlepiéj odrzucić. Jest coś ostrzegającego w każdym pisarzu czego słuchać trzeba, jakiś takt, instynkt w budowaniu treści, które on tylko pojmuje. Najtrudniejszą rzeczą w podobnych poematach, powiązać naturalnie, tyle szczegółów, i taki styl dobrać, któryby wznosił się nieco nad poziom zwykłéj pogadanki domowéj a przecież nie utracił wdzięku poczciwéj rubaszności. Jakaś pleśń starożytna powinna powlekać pewne wyrażenia, i przyczyniać się przez to do charakteryzowania czasu i poezyi słowa. Miłość nawet owych czasów koniecznie z religijném uczuciem musi iść w parze, inaczéj nie byłaby to miłość ani panów Jakóbów, Rafałów, ani panien Benigny i Pulcheryi. Tak ja pojmuję; inaczéj pojmować nie umiem, bo taką widziałem rzeczywistość, a koszlawić ani łgać narodowości nie umiem i nie chcę.“
Niewiadomo mi, jakie rady podawali mu jego literaccy korespondenci w obrobieniu tego poematu; lecz jeźli postanowił przedstawić w obrazie czasy swojéj młodości, po których przesunęło się więcéj niż pół wieku; jeżeli chciał w nim oddać swoje wrażenia — musiał chwytać rysy charakterysteczne, malować ówczesnemi farbami, stawiać takich ludzi, jacy byli, nie zaś używać jakiegoś konwencyonalnego sposobu pseudo-klasyków, co wszystkie epoki i narodowości jedną i tą samą sentencyonalną nawodzili bezbarwnością. Czuł to i dobrze pojmował autor. Już w swojéj Wizycie w Sąsiedztwo dał próbkę szlacheckiéj domowéj epopei, w rodzaju pana Tadeusza — był to ustęp tylko, wskazujący wszakże swoją naturalnością i potocznością opowiadania, a mianowicie rysami branemi z życia lub z żyjącéj tradycyi, nareście owym jowialnym humorem staropolskim — że zrobił już rozbrat ze zwietrzałą szkołą, która czuła sercem i obrazowała imaginacyą jak każda inna, lecz tym czuciom i obrazom nie umiała dać ciała i życia.
Podług wszelkiego podobieństwa myśl napisania tego poematu urodziła się jednocześnie z radą, jaką Morawski dawał Kaj. Koźmianowi, aby spisał swoje pamiętniki; jak zaś to zadanie pojmował, będzie razem wskazówką jak pojmował ów świat, który miał rozświecić magicznym ogniem poezyi.
„Nic mi nie piszesz o postępie twoich pamiętników. Baw jak nadłużéj nad wiekiem twym studenckim; najdawniejsze to będą obrazy i wrażenia; a więc najciekawsze. Każdy szczegół, który ci może słabym się wydaje, nietylko będzie dla czytelników uroczy, ale wiele do malowniczości epoki się przyczyni. Wreszcie zawsze miło słyszeć 80letniego starca opowiadającego tak daleką już dziecinność swoją, rozdmuchującego jeszcze popioły od tak dawna już zgasłe i uśmiechającego się jeszcze na pustoty swe studenckie, tém bardziéj zajmujące, im mniéj do dzisiejszych podobne. Zyska pismo przeto i na rozmaitości stylu i obrazów, co każde pamiętniki najbardziéj powabnemi czyni..... Przypominam sobie opowiadanie twoje o sejmikach lubelskich, a zawsze ów nieprzepomny połmisek flaków gorących, wysypany w kaptur szlacheckiéj opończy, z którego żarłoczne wąsale widelcami po plecach nieboraka chwytali mięsiwo. Co za obraz przedziwny! A w wyższym rodzaju, starego księcia Adama Czartoryskiego, obraz dawnych wojewodów, lub téj mięszaniny nowego poloru z azyatyckim przepychem i grubym jeszcze sarmatyzmem; co to uroku w takich wystawach!.... Zacznij tylko na dobre a rzecz pójdzie sporzéj niż mniemasz, bo wiązanie jest łatwém, stokroć łatwiejszém niż w poezyi; a wreszcie po jednéj godzinie pracy tak się zacznie w głowie mnożyć materyału że pisać nie nastarczysz. Przeplataj komicznością sceny dla dodania im rozmaitości, byle nie wyszydzenie przeszłości stało się głównym obrazem, lecz raczéj wyświecenie dawnéj prostoty, gościnności, poczciwości, wiary i nieco rubaszności, która przecież nie była bez wdzięku.“
Morawski z poematem swoim prędko się uwinął; w wielu miejscach znać jednolitość odlewu; gorączkę zapału, która go nie opuszczała. Zapewne jednak nieobeszło się bez piłowań, gładzeń, może uwag pociągających za sobą pewne złagodzenia, odmiany, wykreślenia... Oparł się temu autor, mianowicie gdy mu radzono omijać katastrofę rozbioru:
„Co do nierozdrapywania rany, którą już inni rozdrapywali — radzisz mi na saméj rzewności poprzestać — lecz na to zupełnie zgodzić się nie mogę. Cóżbyś powiedział, gdyby pięćdziesięciu wzięto na męki, a ktośby łajał pięćdziesiątego, że krzyczy i że krzyczeć nie powinien, bo już 49ciu krzyczało.“
Szczęście wielkie, że jeszcze dużo rysów pierwszego rzutu ocalało w poemacie; z podobnemi radami mielibyśmy coś bladego, ogólnikowego, bez rzeźby, bez precyzyi, z retoryką a nie poezyą słowa.
Wyszedł nareszcie Dworzec Dziadunia w Lesznie przypisany zrazu Kajetanowi Koźmianowi, w czém autor składał hołd serca najstarszemu i najlepszemu przyjacielowi. Ten wyraz wdzięcznéj pamięci położony na wstępie utworu uwitego z najdawniejszych pamiątek serca, z najżywszych miłości dla ojczyzny, był tak ściśle związany w jego wyobrażeniu; osoba żyjąca tak się łączyła z konającą tradycyą — że ani przypuszczał, aby w téj mierze mogła zajść jakakolwiek trudność. Tymczasem wzgląd na okoliczności miejscowe wywołał protestacyą poufną Jędrzeja Koźmiana, który z obawy, aby ojciec jego, mieszkający w Królestwie, nie był za tę dedykacyę prześladowany, błagał jenerała o wypuszczenie nazwiska. Zastósował się do tego autor i tak mu opisał swój kłopot i zawód:
„Miałeś cały czas w Luboni przed sobą dedykacyę, miałeś ją w drodze, w Dobrzechowie, a teraz, kiedy już książka wydrukowana, zeszyta i oprawna, wołasz o zmianę. Powlekło się więc stare jeneralisko po mrozie i grudzie parę mil, aby zadość woli twéj uczynić; zrobiłem co chciałeś; są tylko inicyalne litery (K. K.); wypuściłem wszystko, prócz wdzięczności za przyjaźń; wykazałem i znakomitość dzieł i zacność charakteru; zrobiłem to z prawdziwym bólem serca; słowem, całą szatę, całą purpurę królewską zdarłem z najdroższéj mi postaci, i nikt jéj nie pozna; zostały tylko K. K. to jest: Kilijan Kaczorkiewicz. Była to dla mnie najprzykrzejsza z ofiar w życiu, — i drugi raz nie żądaj podobnéj! Niepojmuję wreszcie, coby to mogło szkodzić, gdyby ktoś we Florencyi piszący, mnie swoją biedotę lub niedorzeczność przypisał. Ale chciałeś — i stało się.“
Ukazanie się Dworca mojego Dziadka wdzięcznie było przez publiczność przyjęte. Rozchwytywano egzemplarze, powtarzano piękniejsze wiersze i miejsca; krytyka jednak prócz w jednym Poznańskim Przeglądzie nie wystąpiła nigdzie ze zdaniem, z téj przyczyny, że cenzura w Galicyi, a tém bardziéj w Królestwie zakazała téj książki. Autor jednak obawiał się zjadliwości tych piór, co zdanie swoje pochwalne lub naganne regulują do tego, w jakiéj estymie zostaje piszący, w obozie pewnéj politycznéj opinii trudniącéj się sortowaniem indywiduów na arystokratów i demokratów, niepostępowych i postępowych, ultramontanów, papistów, i zapewne jako przeciwstawienie tym potworom, na radykałów i nihilistów. „Przed kilku dniami — pisze on — odbyłem spowiedź jubileuszową, aby być skłonniejszym do przebaczenia; gdyż niezawodnie znajdą się zjadliwe gadzinki, co gryść zaczną.“
Próżna była obawa; szanowny starzec niezawadzał nikomu, więc i gryść nie miał nikt interesu. Z krytyki zaś Przeglądu pomimo słuszności, jaką mu oddano w tém szacowném pismie, nie dość był zadowolony, jak to widać z ustępu listu do J. Koźmiana:
„W téj chwili odebrałem recenzyę Dziadka nadto chwalącą i nadto, bo często niesłusznie ganiącą, ale zawsze godną i sumienną. Zbytnia więc niekiedy ostrość złagodzona jest przyzwoitością. Nie dla druku, bom tego zakazał, lecz dla poufnego porozumienia się, posłałem zacnemu krytykowi pięcioarkuszową odpowiedź, z intencyą dowiedzenia mu, że niekoniecznie miał słuszność, zwłaszcza na inném wcale stanąwszy stanowisku niż należało. I początek i koniec téj odpowiedzi mają te słowa: Kłóćmy się, kochajmy się — a więc charakter jéj i dążenie odgadnąć możesz.“
Dla wyjaśnienia szczegółów tyczących się téj recenzyi, najlepszém źródłem są notatki pisemne udzielone mi z całą uprzejmością lat młodych przyjaciela, p. Stanisława Koźmiana, współredaktora Przeglądu Poznańskiego, który tak pisze:
„W końcu 1850 roku wyszedł Dworzec. Pierwszą część słyszałem już kilka razy wpierw czytaną. Na kilka miesięcy przed podaniem do druku, Jędrzéj (Koźmian), Ropelewski i ja, byliśmy w Luboni. Jenerał nam czytał całość i prosił o uwagi. Jędrzéj chwalił, Ropelewski milczał, ja tylko jeden acz nie śmiało i łagodnie, objawiłem pewne wątpliwości. Jenerał odpowiedział, że już teraz trudno zmienić. Gdy Dworzec wyszedł z druku, napisałem recenzję do Przeglądu. Czekał na nią pierwszy poszyt r. 1851, więc pisałem bardzo szybko. Nie było czasu ostygnąć, by każde zdanie spokojnéj poddać rozwadze. Prócz tego ciągłe zarzuty pism nam nieprzychylnych, że stanowimy koteryę, że jedni drugich chwalimy i uwielbiamy, a bezwzględnie potępiamy wszystkich i wszystko, co za jéj ciasnym obrębem stoi — zarzuty najniesprawiedliwsze, gdyż jeśli niezawsze łagodnie względem przeciwników, to zawsze surowo względem przyjaciół postępowaliśmy — tak mię były zajątrzyły, żem w méj recenzyji Dworca bezbarwniéj ustępy pochwalne, a jaskrawiéj naganiające wydał, niżbym to w innych okolicznościach był uczynił. Odczytując jednak dziś tę krytykę, widzę, że prócz kilku drobiazgowych zarzutów, kilku zbyt mocnych wyrażeń, nie zawiera ona nic takiego, coby się sprzeciwiało obecnemu memu zdaniu o tym poemacie. Na Dworcu zawsze znać będzie, że nie z jednego wyszedł pomysłu, że opisowa część miała być wszystkiem, że dopiéro po jéj ukończeniu, przyczepiony późniéj został dramacik, a do tego dramaciku naprzód jedna mała scena, potem druga mniejsza, a wreszcie najmniejsza. Na krytykę odpowiedział mi Autor listem, na trzech wielkich arkuszach drobnego pisma skreślonym. Że żądał niezwłocznego zwrotu téj repliki, posiadam ją tylko w kopii. Cały ten list znajdzie pewnie kiedyś miejsce albo w całkowitém wydaniu pism Jenerała, albo w jakiem dziele o tegoczesnéj literaturze naszéj. Tu podaję więc kilka tylko dowcipnéjszych okresów z samego wstępu:
„„Krytyk — pisze Morawski — obsypuje mię z początku takiemi pochwałami, że z całą szczerością serca mówiąc, pomimo największéj miłości siebie, nie mogę nienazwać ich zbytecznemi, przesadzonemi. Lecz za to, po zdaniu sprawy o treści dziełka tak przez kilka stronnic gromi, jakby mu żal było, że mię tak skwapliwie pochwalił. Bez wytchnienia już odtąd siecze, i nakoniec ledwie kilku obrazom i szczegółowym rysom przyznaje jakąś wartość i zasługę. Przepraszam za trochę niskie porównanie, ale krytyk przypomina mi owego poczciwego i zacnego komisarza obwodu, który cierpiąc na tém, że przykrego musi dopełnić obowiązku, wchodzi do domu szlachcica z wszystkiemi formami grzeczności, chwali jego gospodarkę, koniki, dziateczki, i obrazki po ścianach rozwieszone, aby mu późniéj oświadczyć, że ma rozkaz wziąść go w dyby i zapakować do cytadeli..... Ale co recenzentowi do tego, że autor chciał zostać na poziomie? wiem, że krytyk mi powie: kiedy tak miało być, to trzeba było nie wspominać ani Kościószki, ani Napoleona, bo tak widokrąg się rozszerzył, który przebiedz należało. A więc dla tego, że wystawiając jakiś pejsaż, kawałek morza w dali ukazałem, już mam dla tego, że się widokrąg oceanu zdala ukazał, koniecznie malować wszystkie ponim przepływające floty, boje morskie, burze i rozbicia? Mamyż prawo nastawać na malarza że z profilu tylko wystawił Napoleona, gdy miał tak blizko, bo zaraz za nosem, całą twarz tak jenialną, podającą mu pole do rozwinienia wyższego talentu? Nie — Wernetowiby nawet wyrzucać nie można, że chciał się drobniejszym zabawić obrazem, kiedy tylko w téj drobnostce piętno swojéj zdolności wycisnął...... Mickiewicz w Tadeuszu zwłaszcza w pierwszym tomie, tak często nieznośnie jest długi, że zdaje się, że nigdy wygadać się nie może, czyni to nawet bez przyczynienia obrazowości i wdzięku, słowem więcéj niż dormitat. W poemacie miałby krytyk prawo błąd ten wytknąć; nikt przecież tego nie uczynił. A dla czego? dla tego jedynie, że autor nie nazwał Tadeusza poematem, lecz kroniką szlachecką, przez co zyskał prawo do wybajania się ad libitum. Jeżeli więc nadto rozszerzać się wolno, wolno téż i ścieśniać się według upodobania. Może to przytem służyć za przestrogę, że na tytuł dzieła koniecznie spojrzyć potrzeba, bo on jest tym szyldem sklepu kupieckiego, który uprzedza, czego w tymże sklepie dostanie. Niezważając na ten szyld możnaby przez pomyłkę żądać butów od księgarza, a rubarbarum od galanterników.““ —
„List ten — pisze daléj Stanisław Koźmian w swoich notatkach — poczyna się i kończy temi samemi wyrazami: kłóćmy się, kochajmy się. Zajście téż to nieprzerwało ani oziębiło naszych stosunków. Co najwięcéj, jeżeli zatrzymało je przez kilka miesięcy na tym samym punkcie, i przeszkodziło, ale tylko na krótką porę, coraz szybszemu i serdeczniejszemu rozwijaniu się onych. We dwa, czy trzy tygodnie, po liście Jenerała, ległem na jego imieniny, 2go Kwietnia, w Oporówku i zdrowie jego wnosiłem. Jenerał wnet się udobruchał, i choć po wielu jeszcze latach robił czasem przytyki do owéj recenzyi, zawsze w żart to obracał i dobrym humorem dowodził, że urazy żadnéj nie czuje. Wypadek ten jednak nader był mi przykrym. Przekonał mię, że głośność, choćby najdoskonalszéj i najsłuszniejszéj recenzyi, nie warta jest, nie nagrodzi nigdy za jedną chwilkę zachmurzonéj przyjaźni. Niesmak i wstręt, który zawsze miałem do krytykowania, odtąd się stokroć we mnie powiększył; atoli nie mogłem opuścić brata (księdza Jana) który prawie wyłącznie własnemi tylko siłami dźwigał część polityczną, religijną i naukową Przeglądu. Wciąż więc i daléj obrabiałem część krytyczno-literacką. Trudny to wszędzie zawód; trudniejszy u nas, niż gdzieindziéj. Wynurzone pochwały każdy poczytuje za tak przynależne sobie, że na nie bynajmniéj niezważa, a najdrobniejszą naganę bierze jak najgłębiéj do serca. Osobliwie urząd ten najprzykrzejszym jest, gdy przychodzi sądzić przyjaciół, ludzi mniéj więcéj tych samych zasad i opinii. Gdy Whigowie ofiarowali O’Connellowi krzesło najwyższego sędziego w Irlandyi, odmówił je, dając za powód, że musiałby srożéj sądzić swych rodaków niż zasługują, a to z obawy, aby go o stronność nie pomówiono. Moja stanowczość i surowość w tym razie nieprzekonała nawet przeciwników. Jeszcze w kilka lat potem Gazeta Warszawska drukowała te wyrazy (notabene nigdyśmy nie rozbierali żadnego z dzieł Kajetana Koźmiana): „Ma Przegląd całe szeregi autorów, którym się nigdy słówko nagany niedostaje. Tymi wybranymi śród poetów są: Kajetan Koźmian, a obok niego Jenerał Franciszek Morawski.“ —
Z taką wiernością i szczerością skreślony powyższy obrazek kłopotów recenzenta, zdał mi się w sam raz przypadać do elementów składających tę monografię, będącą niejako pamiętnikiem literackim z epoki Morawskiego. Urazy krytykowanych, niechęć przyjaciół i zwolenników krytykowanego, zła wiara dzienników, mianowicie Gazety Warszawskiéj, co nie mogąc walczyć na polu polityczném, walczyła na literackiém z polityczno-socyalną dążnością — wszystko to napawało goryczą każdego, co śmiał wystąpić przeciw nadużyciom pióra, czy to gwałcącego zasady religijne i moralne, czy sączącego jad rozkładu w społeczność, czy obrażającego smak dobry, uczucia narodowe lub język. Tymczasem bez krytyki właściwa literatura ucierpiałaby w tém bezkrólewiu, sztuka przestałaby być sztuką, a niepowściągliwa płodność zajęłaby miejsce twórczości.
Jak w wielu przypadkach, tak i w tym, dowiódł Morawski wielkiego taktu, że nie wystąpił publicznie w obronie swego poematu. Bronić siebie szczególniéj z powodu tworów poetycznych, nigdy się nie opłaci; bo jeżeli utwór ma istotną wartość i przymioty życia, to wszelkie nagany nic a nic mu nie zaszkodzą; jeżeli zaś ich nie ma — to najwymowniejsza obrona, z martwych go nie zbudzi. Tu zachodziło tylko nieporozumienie co do punktu widzenia. Recenzent chciał może, żeby artysta był mu rzucił olbrzymi karton wielkiego sejmu, konstytucyi 3 maja, wojny pod księciem Józefem, przystąpienia króla do Targowicy i sejmu grodzieńskiego, podpisującego haniebny rozbiór, a na tém tle, żeby poczciwą, szlachetną postać Dziadunia ukazał kuszoną i zdradzoną przez Mefistofela machiawelizmu pruskiego; — zapewne piękny byłby to poemat w pomyśle, chociaż najprzepyszniejszy pomysł, kiedy jeszcze nie wcielony, niewart najdrobniejszego obrazka, który już wyszedł skończony z pod pędzla artysty. Skończony, powtarzam, niedokończoność bowiem, choćby jenialnym zastąpiona szkicem, zawsze niezadowolni znawcę, mianowicie jeżeli to, coby najwięcéj zająć mogło, naznaczone jest tylko lekkiemi dotknięciami pędzla. Ma więc krytyk prawo upominać się o rozwinięcie; w niém mieści się dopiéro skończoność i całość. Brak rozwinięcia w drugiéj połowie Dworca sprawia niezadowolnienie w czytelniku; poeta wziął kilka tylko akordów, któremi uczucie rozjątrzył, wzburzył; atoli całéj nie wygrał sonaty.
Poeta trzymał się więcéj opisowego, niż dramatycznego rodzaju. Chciał on jak widać, zostawić nam fotografię owych drewnianych szlacheckich Dworców, tak jak ją znalazł w kartkach serca, młodocianém wspomnieniem odbitą. Ta opisowa część mistrzowsko zrobiona, a przytém tak pełna prawdy uprzytomniającéj, że choćby na całéj polskiéj ziemi znikły te staroświeckie dworce, Dworzec Dziadunia nieśmiertelnie stać będzie na wzgórku pośród wsi, z wielkim dachem, wązkiemi oknami, z wystawką z stuletnim rozłożystym kasztanem na dziedzińcu,

Gdzie się stary Jegomość chronił w upał letni,
Gdzie mawiał swój różaniec, dawne czasy marzył.

A i z tém co było wewnątrz: na drzwiach napisane święconą kredą „trzech królów imiona,“ przy wnijściu w drobnéj czarce woda poświęcona — wszystko to oznaczało mieszkanie pobożnego pana, nieodrodnego od przodków. Sień ogromna, na kołkach zawieszone cietrzewie, kuropatwy, lisy, zające i wieniec żniwiarski:

Którym dziarski parobczak znojne strojąc skronie,
Zdaje się w staréj Piasta pysznić się koronie.

Za sienią izba jadalna:

Sarmackiéj gościnności państwo niezmierzone.

Z ogromnym kredensem, istnym drewnianym gmachem lśniącym puharami, z ogromniejszym piecem, który był meblem niepospolitego znaczenia i także mającym swoją historyę:

Istny olbrzym Babelu, co na podpał mały
Paszczą swoją połykał drzewa sążeń cały,
I w którym, jak to dawne powiadały dzieje,
Potrzykroć się przed laty zakradli złodzieje;
Stykał się z nim, rozległéj równie jak on miary,
Komin, krewniak, towarzysz i przyjaciel stary;
Gorząc wzajem tak w dziennéj, jak i w nocnéj dobie,
Ciągłym żarem afektu dogrzewali sobie.
Jak ów potwór, co całą zalega jaskinię,
Tak potężny pień dębu jeżył się w kominie;
Stróż nań ciągle szczyp smolnych całe kopy walił,
Huczał ogień i Dziaduś przy nim turka palił...

Na środku izby stół dębowy; ileż to przy nim odbyło się kompromisów sąsiedzkich, ile przedsejmikowych narad! a jakich biesiad był świadkiem!
Na ścianach portrety antenatów — illustracya historyi domu:

Jeden w lśniącym kirysie i z podpartym bokiem
Wygolony rudowąs groźnym ciskał wzrokiem,
Drugi z brodą kępiastą i czubem na głowie
Zdał się stare ojczyzny wyobrażać zdrowie...

Dziadunio w samotnych chwilach rozmawiał z nimi i nieraz gorzką łzą spłynęło oko... Ależ wszystkie te sprzęty, tak niepodobne do dzisiejszych —

Gasił potwór, przez cały pułap przeciągnięty,
Odwiecznych może borów piérwsza rodzicielka,
Niezmierzonego dębu jednorodna belka,
Potężna córa puszczy, król piastowych lasów,
Łom arki, co przepłynął cały potop czasów.
Zdało się, że nieludzkie go tam ręce wzbiły,
Że trza było téj strasznéj, téj wszechmocnéj siły,
Która światy przerzuca i hamuje burze,
Aby wznieść taki ogrom i utwierdzić w górze.
Belka ta liczne włości przeżywszy dziedzice,
Miała jedną z kart ważnych w domowéj kronice,
Na jéj boku wyryty rok stawiania dworu,
Był rokiem straszliwego w ojczyźnie pomoru;
A kiedy piérwszy Moskal wszedł w Dziadka podwoje,
Z strasznym hukła łoskotem, i pękła na dwoje.
Pod nią chłystki szlacheckie na kobiercach bito,
Pod nią duch się pokazał i Szweda zabito.
Nigdy téż dobry Dziaduś, znany z ostrożności,

Ni sam pod nią siadywał, ni umieszczał gości;
O szeląg on się nawet pod nią nie założył,
Na niczém nie podpisał, listu nie otworzył,
Zważał nawet, że gdy kto klął się na Szatana,
Zachłysnął przy kielichu, ograł w kasztelana,
Lub się wyrwał niebacznie i głupstwo powiedział,
Zawsze się pokazało, że pod belką siedział.

Dziwnie szczęśliwie schwycił poeta ten przesąd o belce jaki się zamienił dziś w przysłowie utrzymujące się dłużéj niż belki, które ustąpiły miejsca sufitom. To wszystko, co włożyła w nią jego poetyczna fantazya, zrobiło ją rówienniczką owego sławnego „serwisu“ Mićkiewicza, i „dęba gaduły“ Goszczyńskiego; a jeżeli jeszcze dalszéj poszukamy parenteli, pokaże się że idzie w prostéj linii od owéj achillesowéj tarczy, którą Homer przyozdobił w takie cudowne bareliefy. Szkoda tylko że gruby tram nie bywał u nas okryty rzeźbą, za to prosta jego powierzchowność miała tajemnicze przymioty, jakich nie miała nawet tarcza Achillesa. Z tego porównania możnaby wysnuć całego ducha naszéj rodzinnéj poezyi, ubóstwo zewnętrznych form, piękność plastyczna nie wytrzymująca porównania z cudami Grecyi i Włoch — za to nieprzebrana kopalnia wewnętrznych skarbów; — wszystko tu, choćby martwy kamień, żyje sercem człowieka...
Lecz wróćmy do Dziadunia. Poznaliśmy Dworzec, poznajmyż gospodarza.
Dziadunio gościnny i zażyły z okoliczném sąsiedztwem, nagle zamknął dom swój, i w samotności zaczął gromadzić grosiwo. Wprawdzie na starość, kiedy się inne miłości wyczerpią, przychodzi miłość pieniędzy, lecz tu był inny przypadek: Dziadunio zbierał, żeby wyposażyć Ewunię, córkę nieboszczki Chorążyny w któréj się kochał za młodu, nim wyszła za Chorążego. Poeta opisuje te dawne amory, nadając im cechę głębokiego przywiązania, które nie kończyło się z życiem. Otóż Dziadunio afekt swój dla matki, przeniósł na jéj córkę; a że Ewunia miała oddać rękę jakiemuś zacnemu młodzianowi, a zatem Dziadunio umyślił dla państwa młodych w dworcu swoim wyprawić sute wesele. Następuje narada o przygotowaniach do festynu z klucznicą, i Podstarościm. Obie te figury wybornie scharakteryzowane. Któż nie pozna klucznicy z tych dwóch wierszy?

Lata, łaje i gdyra po każdéj ustroni,
Jak domowy grzechotnik pękiem kluczów dzwoni.

Któż powie, że to nie z natury zdjęty konterfekt Podstarościego dawnych czasów?

Wchodzi w ręku z batogiem, kurtą na żupanie,
Pas z klamrą, wąs sumiasty, już siwy w połowie,
I czerep na golonéj bielący się głowie.
Sześćdziesiąta już wieku przyciska go zima,
Lecz służył w rajtaryi, i prosto się trzyma,
Ztąd to przy gęstéj minie i wojackiéj dumie
I słuchać i wypełniać i rozkazać umie...
..Drwi z książki, drwi z niemczyzny, na nowość się jeży,
I jak w duszne zbawienie, tak w kalendarz wierzy;
Nabożny, zna kantyczki, wie co wąż i Ewa,
Suszy piątki, na summach z organistą śpiéwa;
A gdy ksiądz na spowiedzi burę mu wypali,
Słychać w całym kościele, jak łbem w ziemię wali.

Z równie szczęśliwym humorem oddany wizerunek pani Regentowéj, sąsiadki i krewnéj, któréj Dziadunio nie chce zapraszać na wesele Ewuni, bo to

...jakieś quamquam, baba samiec, jędza,
Niedość że w rok po trzykroć swą czeladź rozpędza;
Jeszcze w wiecznéj z proboszczem i dworami zwadzie,
Wciąż się wdziera w granice, a wciąż pozwy kładzie;
Jak od dżumy, tak od niéj palestra ucieka,
I z tąd sama po sądach, trybunałach szczeka...

Charakterystyka staroświeckich oryginałów najsilniejszą jest stroną w tym poemacie. Pióro poety zamienia się w pędzel godny Rembrandta lub Hogarta; każdy tu rys nosi cechę podobieństwa i prawdy historycznéj; nigdzie nie ma przesady wpadającéj w karykaturę — stąd postacie te zawsze pozostaną przy życiu, choć dawno ustąpiły z rzeczywistości. Jak w średniowiecznym manuskrypcie ozdobionym miniaturami przez jakiego sławnego illuminatora, odkrywa ci się fizyonomia wieku i spółeczeńskich typów, z którymi zabierasz taką znajomość, jakiéj nigdy nie nabyłbyś przez najszczegółowsze opisy — tak samo w trzech powyższych miniaturach tego poematu poeta unieśmiertelnił towarzyskie typy konającéj Polski.
Lecz wróćmy do toku powieści.
Dziadunio jedzie na imieniny Chorążego, któremu Paweł, a że on nosi imię Piotra, a więc podwójna solenizacya przypada na ten dzień; całe więc okoliczne obywatelstwo zwali się tu na festyn.
Opis karocy, w któréj dziadunio odprawia kilkomilową drogę, jest także miniaturą godną zachowania.

Nieco mniejszy od dworca, gmach ów znamienity,
Zewnątrz niegdyś szkarłatny, a wewnątrz wybity

Felpą żółto-gorącą, z mnóstwem taśm, kutasów,
Wznosi się w staréj pysze Batorowych czasów;
Gęsto się w gwóźdź mosiężny brzegi pudła stroją,
Groźne Gryfy na straży drzwiczek z kordem stoją,
A na tryumf téj wzniosłéj i dziwnéj struktury,
Sześć sfinksów wyzłacanych świeci się u góry.

Antykiem tym, tą ruchomą basztą wjeżdża dziadunio na dziedziniec dworu Chorążego, i wysypało się co żyło, na jego powitanie,

Ciśnie się całowany w ramię, ręce, wąsy,
Pcha przez tłum mężczyzn, kobiet i wśród dzieci mrowia,
Jeszcze progu nie przeszedł, już wypił trzy zdrowia...

Dziaduś staje od razu do poloneza z Podstoliną:

Rżnie od ucha nadworna Starosty muzyka;
Dziaduś w kord swój uderzy, pomuśnie wąsika,
Uśmiechnie się, dłoń poda, i z marsowym wzrokiem
Na czele par trzydziestu wolnym stąpa krokiem;
To zawraca, to kołem, to wężykiem krąży,
Gdy już w trzecim nawrocie wstrzyma go Chorąży;
Wiwat pan Piotr! zakrzyknie, wznosząc flachę sporą,
Damy solo puszczone nowych mężczyzn biorą:
Dwaj zaś starcy klęknąwszy dawnym obyczajem,
Piją swe zdrowia, płaczą, ściskają się wzajem,
A za każdym uściskiem zacnéj starców pary,
Z blizkiego wirydarza huczy moździerz stary.

Ewunia to widzi i odwodzi dziadka do pobocznéj komnaty, gdzie czeka na niego zastawiony obiad, — goście bowiem dawno już po obiedzie. Posiliwszy się i nasłuchawszy kłamstw pułkownika, który tak samo jak on późno przyjechał, wraca do sali tańców i usiadłszy w kąciku

Na każdy ruch Ewusi tkliwém strzela oczkiem;
Nie może się jéj wszystkim wydziwić ponętom,
Nasłuchać się jéj głosu, napatrzeć oczętom.
Śliczna jakby obrazek, jak aniołek słodka,
Perła, kwiatek, brylancik, przylepka, pieszczotka,
Cóż dopiero, gdy nieco poprawi kołpaczka,
I stanie do mazura i upiecze raczka,
Utnie korkiem hołubca i koło zatoczy, —
Wówczas ledwie z starego dusza nie wyskoczy;
Tupa, klaszcze, podryga i chustką wywija,
I zdejmuje trzewiczek i duszkiem wypija.

Prześliczny to obrazek tego starca upajającego się widokiem tańczącéj dzieweczki; odmłodniał, i zdaje mu się że go młoda krew tak jak ją unosi.
Kiedy wesoła kompania w najlepsze hula, na dworze zrywa się okropna burza. Wicher wali drzewa, pioruny biją po piorunach, wszyscy padają na ziemię i wznoszą błagalne ręce do nieba.
Ale to nic, — sroższa burza nadchodzi — burza rozmiatająca ojczyznę, burza polityczna! Posłaniec jakiś wpada na dziedziniec, szuka okiem dziadunia i oddaje mu list. Dziaduś otworzył, przeczytał —

i upadł jak długi.
Rwą ów papier — czytają — Polski rozbiór drugi.

Wprowadzenie owéj burzy z błyskawicami i piorunami, użycie tego tak już zużytego efektu, aby przejść do katastrofy, zwiastującéj upadek narodu, — nie może się nazwać szczęśliwym pomysłem. Poeta trzymał się tu rutyny swoich warszawskich kolegów, którzy nader mało mieli daru wynalazczego. Tego posłańca złéj wieści można było z mniejszym łoskotem wprowadzić, a wrażenie na czytelniku spotęgowałoby się o tyle, o ile przeniosło się na burzę poprzedzającą odebranie listu.
Dość ogólnemi rysami, szaro, bez kolorytu, maluje poeta wrażenie sprawione listem na bawiącéj się szlachcie. Tak samo możnaby odmalować ból Francuzów na wiadomość o straceniu Ludwika XVIgo, Greków na wieść o zdobyciu Missolonghi:

Ten głową tłucze ściany, — ten ryknął z boleści,
Wrząca krew mu ustami lunęła potokiem,
Tu dwóch starców z zdziczałym porywa się wzrokiem,
Stargane się ich myśli zmieszały z rozpaczą,
Drobne nawet dzieciny jak bobrzęta płaczą.

Poeta poświęcił element epiczny opisowości, i dla tego coraz bardziéj słabnie.

Dziaduś widząc innych upadających pod brzemieniem nieszczęścia, zrywa się i powiada że trzeba stratę odrobić.

........trzeba w pocie czoła;
Tym potem jest krew nasza, — pracą Sybir, boje....
........Dziś tłoczący duszę
Zrzucam ten kamień grzechu, jarzmo włościan kruszę:
Rozjaśnią się niebiosa wolnych dusz widokiem........

Piękne słowa, gdyby były w ustach i chęciach całego narodu; dziaduś reprezentował siebie, i nie wielu sobie podobnych.
Lecz cóż będzie z weselem Ewuni? Smutne to gody w publiczném nieszczęściu.
Ewunia szczytna Polka nie chce słyszeć o weselu, odkłada je na szczęśliwszą porę.

Źle jest mieszać i żenić z wesołością płacze;
Pluje na grób ojczyzny kto w jéj smutku skacze.

Dwa te wiersze powinnyby zamienić się w przysłowie. Pisząc, je odezwało się zapewne w Morawskim przypomnienie tych bachanaliów, jakie Kraków wyprawiał w r. 1813, kiedy rząd i wojsko Księztwa Warszawskiego schroniło się tamże przed Moskalami i było w przededniu wyemigrowania z ojczyzny. Kajetan Koźmian i on skarcili wówszas biczem satyry tę nieszczęsną wesołość, podobnie jak w ośmnaście lat późniéj skarcił ktoś rymem Tańczące Polki w Warszawie.
Rozjechała się szlachta z imienin, i niebawem żarzyć się zaczął jakiś tajemniczy ogień po kraju. Po dworach ruch niezwykły, zjazdy i zmowy, nocami broń przewożą; w kuźniach kują młoty, młodzież ujeżdża konie — i jacyś nieznani wąsale kręcą się po drogach. Między gminem nawet krążą jakieś wieszczby o trzech miesiącach, o krwawych słupach widzianych na niebie, o płaczącym cudownym obrazie. Cały ten ustęp o przepowiedniach zwiastujących wojnę wyborny; lubo podobna scena w Goszczyńskiego Zamku Kaniowskim, w któréj poeta wystawił żydów modlących się w bóżnicy, ma nie tylko wyższość jako bardzo oryginalne, pełne zgrozy malowidło, ale jeszcze wiąże się z przedmiotem tak ściśle, że kiedy ją pisał, pewnie nie pomyślał sobie: trzebaby koniecznie wsadzić ustęp o wróżbach hajdamackiéj rzezi. Najcenniejsze są te piękności, które same wysnuwają się z naturalnego toku przedmiotu: klasycy zaś miewali zazwyczaj z góry obmyślane ustępy, i tak: tu trzeba wsadzić burzę, tu pożar, tu sen, tu pieczarę, w któréj schodzą się kochankowie; bo wszystko dawno obrobione, dawało gotowe patrony....... Morawski w takich ustępach zatrzymał tylko intencyę, rysunek zaś i farby, są już jego niezaprzeczoną własnością.
Cóż robi Dziaduś? Dziaduś starym obyczajem wolnego obywatela Rzeczypospolitéj siedzi po nocach

I układa manifest, znów drze, maże, pisze,
Z praw go świętych, praw ludzkich, bozkich wyprowadza,
Gromi, — żółcią doprawia, łaciną dosadza......

Ileż to historycznéj prawdy w tym jednym szczególe! Manifesta najgęściéj powtarzały się podczas Barskiéj konfederacyi, kiedy Moskwa napadała i łupiła dwory, bezcześciła kościoły. W Bieczu wpadli Moskale do miasta, złupili i sprofanowali kolegiatę, wyrzucając na ziemię komunikanty, i popełniając najokropniejsze ekscesa rabunku i gwałtu, — zdawałoby się, że to powinno było poruszyć krew w starcu i w dziecku, a cóż dopiero w zdrowych i składnych do konia i oręża mężach — gdzie tam! Napisali manifest i oblatowali go w grodzie, spodziewając się zapewne, że Pan Bóg ujmie się ich krzywdy, i zeszle im w pomoc legiony aniołów z ognistemi mieczami........ A jednak nie była to nieczułość na los Rzeczypospolitéj, raczéj nazwałbym to wiarą w moc prawa, w nietykalność szlachcica. Przywykli za poniesione krzywdy od swoich, wydawać manifesty i pozwy, mniemali że i na moskiewskie gwałty wystarczy trybunał lubelski. Sprawiedliwość trybunałów naszych nie musiała być tak wątłą, kiedy się na nią powoływano w przypadkach nie mogących nawet znaleźć zastosowania. Składać winę na znikczemnienie rycerskiego stanu, nie zdaje mi się dość słuszném, tém więcéj, że w owéj epoce miękkość i zbytki nie zawitały jeszcze do dworców szlacheckich. Wiara w wymiar sprawiedliwości pisała te manifesta, tam, gdzie je pisać należało ostrzem żelaza w krwi najeźdźcy maczaném. Aide-toi, Dieu t’aidera, to dopiéro naszéj epoki godło.
Gdy tedy Dziaduś pisał manifest, — jakiś Derdydas, szubrawiec z orłem, stawa przed nim i rzuca mu papier. Był to patent czyli uniwersał króla pruskiego, nakazujący składać homagialną przysięgę. Dziaduś oburzył się, porwał gwintówkę; Prusak czmychnął krzycząc: bunt! bunt! Niebawem nadjechali siepacze, okuli starca i wtrącili do więzienia.
A więc się znalazł ktoś z Wielkopolan, co z poświęceniem swojéj osoby zaprotestował przeciw zaborowi? Historya inaczéj mówi; a lubo historykiem tym jest ironiczny i żółciowy Kitowicz, jednakowoż, jeżeli wyjątkiem z ogółu był Dziaduś poetyczny, nie można historyka winić, że go na liście wyjątków nie zacytował.
Domyślam się, że Morawski czytał w Kitowiczu ów ustęp opowiadający co się działo w Wielkopolskich województwach przy drugim rozbiorze, który tak brzmi:
„Z uniwersałami czyli patentami rozesłani po powiatach komisarze pruscy, dwaj do każdego powiatu, których odwoziły z miejsca na miejsce konie chłopskie albo dworskie, do ich kolasek i pół-karet zaprzężone........
Komisarze ci przybywszy do dworu, lub do księdza, najprzód odezwali się do gospodarza niemieckim językiem; a jeżeli im nie odpowiadał tym samym, jeden z nich dobrany w każdéj parze z umiejętnością języka polskiego, dosyć że do zrozumienia, zaczął opowiadać poselstwo swoje, jako przybył z oznajmieniem, iż ten kraj odtąd należeć będzie pod panowanie króla pruskiego pod imieniem Prus Południowych. Po tym krótkim komplemencie, oddał cztéry egzemplarze patentów panu miejsca, drugie cztery księdzu, aby były w kościele publikowane i na drzwiach kościelnych zawieszone; trzecie cztéry przez sługę swego posłali komisarze do karczmy, aby tam u belki lub na ścianie zawieszone były. W miastach zaś i miasteczkach oddawali takie egzemplarze burmistrzom, a drugie do kościoła, trzecie przybijali do drzwi ratusznych; w każdém także mieście na bramach, a gdzie tych niemasz, na słupie w środku rynku wkopanym, przybijali orła czarnego na blasze wymalowanego, i na to zewsząd brali rewersa. Gdzie ich przyjęto z ludzkością, wziąwszy posiłek w trunku lub potrawach skromnie, podziękowawszy grzecznie za ochotę, niebawiąc daléj pospieszali, tylko do tych wsiów zajeżdżając, w których były kościoły parochialne, gdzie albo we dworze, albo u księdza w plebanii tyle zostawiali egzemplarzy pomienionych patentów, ile była w téj parochii szlacheckich dworów, a których każdy dwór z osobna był obowiązany komisarzom do stacyi opowiedzianéj, do któréj się przenieśli, przysłać rewers, jako patent odebrał.
Nie było ani jednego w całym kraju, któryby albo patentów nie przyjął, albo rewersu nie przysłał; taką we wszystkich obywatelach polskich król imci pruski znalazł podległość i posłuszeństwo.[2]
„Nie było ani jednego w całym kraju któryby albo patentów nie przyjął, albo rewersu nie przysłał“ — wyrazy tak kategorycznie brzmiące, musiały przykro dotknąć poetę, gdy je czytał. Rehabilitował więc swoją prowincyę w szlachetném oburzeniu się Dziadusia — i rzeczywiście nie była to fikcya; na dnie każdego serca leżało ta oburzenie się, które niebawem na jaw wyszło podczas powstania Kościuszki, gdy Dąbrowski wszedłszy z niewielką siłą do Wielkopolski, znalazł umysły przygotowane do chwycenia za broń. Dywersya sprawiona na tyłach armii pruskiéj, zmusiła króla Wilhelma, oblegającego Warszawę, do odstąpienia i nie mieszania się już do téj wojny. Owéj zaś obojętności, z jaką Wielkopolanie przyjmowali pruskie rządy za drugiego zaboru, nie inna przyczyna, tylko pewne znużenie się wstrząśnieniami politycznemi; niedawno przeważnie rządziło stronnictwo konstytucyjne; przychodzi reakcya targowicka i wywracając dzieło cztéroletniego sejmu, ciężko daje się we znaki obywatelstwu, — ztąd przejście z anarchizmu i samowoli Targowiczan pod rząd regularny, choć obcy i wstrętny, wydawało się pożądaną ulgą w zwykłym trybie życia. Tyrania fakcyi stokroć była przykrzejszą i cięższą, niż obca regularna władza, mająca rzeczywistą siłę. Wreszcie nowi panowie bardzo delikatnie i grzecznie brali się do dzieła; wystudyowali dobrze wszystkie słabości nasze i umieli zręcznie je wyzyskiwać, jak owemi bankietami homagialnemi w pojezuickiém kolegium w Poznaniu, gdzie hojnie częstowano napitkiem i jadłem, aż nieznacznie z Polaka każdy się, mówiąc słowami Trembeckiego: „w Południowca przemienił.“ Smutne te rysy historyi zatarła poezya. Tu odsłania się wielkie jéj posłannictwo: podnosić, uszlachetniać, wiązać wielką myślą, tworzyć idealną Ojczyznę, jakby miasto niebieskie, unoszące się w obłokach nad padołami ludzkich nędz, niedostatków, upadków i słabości.
Dziaduś wtrącony do turmy pokutuje, że chciał zostać Polakiem a nie Południowcem. Tymczasem wybija godzina powstania Kościuszki, zaczynająca się tryumfem Racławic, a kończąca się katastrofą Maciejowic i Pragi. Poeta poświęca kilka wzniosłych ustępów téj rozpaczliwéj walce, która położyła kamień grobowy bez napisu, kto pod nim spoczywa.
Dziaduś w więzieniu słyszy huk dział — domyśla, się że naród walczy o swoje prawa, — ale nikt nie przychodzi odemknąć więzienia, nikt rozkuć jego więzów! Raz tylko dochodzi go pod oknem wdzięczny śpiew niewieści; piosenka polska napawa go nadzieją, — gdy wtém strzelił szyldwach — pieśń się urwała i znowu cicho jak dawniéj.
Nareszcie pewnego dnia wchodzi dozorca i mówi: Wolnyś!
— Ktoś ty jest? pyta Dziaduś.
— Polak, a od trzech dni dozorca więzienia — odpowiada zapytany.
— Cóż cię zmusiło do tak podłéj służby?
— Głód dzieci; żonę zamordowano mi na Pradze, a po wojnie dano mi sprosny urząd.
— A więc była wojna? A więc odzyskaliśmy Litwę i Koronę? Wszystko odbite?
— Stracone!
Dziadunio usłyszawszy to okropne słowo

Ryknął z żalu, — przyklęknął, — wzniósł oczy ku Bogu,
Krew buchła, — serce pękło — i skonał na progu.

Któż śpiewał tę pieśń przerwaną strzałem? Spiéwała ją Ewunia; lecz ugodzona kulą, połączyła się w niebie z starcem męczennikiem.....
Cała ta część wymagała większego rozwinięcia i dramatycznosci. Poeta poprzestał na samém szkicowaniu. Pobyt starca w więzieniu mógł był dziwnie udramatyzować, przypuszczając do jego kaźni odgłosy ze świata, które na rozdraźniony cierpieniem, a samotnością do wielkiéj czułości doprowadzony system nerwowy, działają jak odurzające opium. Najmniejszy jakiś znak, dźwięk przyniesiony powietrzem, przeczuciowy niepokój, senne marzenie, wyraz twarzy dozorcy, zgoła wszystko, dla zwykłego obserwatora często obojętne, dla więźnia staje się znaczącą wskazówką, na któréj skombinowanie i wytłómaczenie wysila się jego wyobraźnia........ Ci co prześli przez katusze więzień, mogą coś powiedzieć o téj męczącéj fantasmagoryi. Poeta ledwie po wierzchu dotknął jéj, gdy Dziadusiowi pozwolił usłyszeć daleki huk armat, i na tém poprzestał, pomijając tyle innych perypecyi, przez jakie więzień przechodzi w chwili tak płodnéj, w szał radości jednych, przestrach i pomieszanie drugich, jak powstanie narodu. Nie więcéj rozwinął tę sytuacyę, wprowadzając śpiéw Ewuni pod oknem: który ma coś balladycznego, jak śpiéw trubadura Blondela pod więzieniem Ryszarda „Lwie Serce“, a śmierć jéj od kuli szyldwacha, tak coś romansowego, jak śmierć któréj heroiny Byrona. Wolałbym widzieć Ewunię w roli naszych matek i sióstr, wydeptujących wschody satrapów, znoszących upokorzenia i naigrawania się, niewyczerpanych w sposoby porozumiewania się z więźniem, ulżenia jego niedoli, a nawet wydobycia go z katowskich szponów. Strzał szyldwacha — nic nie mówi; murzyn spełnił swoją powinność i nic więcéj.
Epilogiem do tego posępnego obrazu, kreślącego dzieje męczennika patryotyzmu, jest kilka ostatnich ustępów, poświęconych wspomnieniom epoki utworzenia Księstwa Warszawskiego. W tym dworze, gdzie niegdyś takie życie wrzało, a gdzie teraz osiadła cisza grobowa z jednym sługą dawnych panów, włóczącym się jak pokutująca dusza po zarosłych chwastami ścieżkach i kątach, pajęczyną zasnutych, — w tym dworze zjawia się po wielu latach młodzian. Któż on jest? Nie tenże to

co w dziecinnych latach
Igrał tutaj po cichych Dziadunia komnatach,
I marząc, że z swym wrogiem stacza bitwę wielką,
Z drewnianego konika wywijał szabelką.

To ten sam. Patrz jak ściska starego sługę, jak wypytuje o wszystko, a o sobie téż rozpowiada, że służył pod Dąbrowskim w legionach, a teraz przybywa z wojskami cesarza Napoleona, który przychodzi Polskę wskrzeszać:

Za Polskę teraz bój stoczemy,
Bo jeszcze nie zginęła, póki my żyjemy!

Młodzian ten, tułacz po obcych ziemiach, zjawia się jak Orest-mściciel. Potrzebnym był ten epilog. Dusza czytelnika rozdarta niesprawiedliwością losu, jaki spotkał cnotliwego starca, czuje się, jakby przygniecioną widokiem tryumfującéj zbrodni. Owa więc Nemezis historyczna ratuje od zwątpienia, ukrzepia wiarę w Opatrzność, która jeżeli dopuszcza ciężkie kary na naród, to i narzędzia tych kar, kiedy przekroczą granicę sprawiedliwości, upokarza i kruszy.........
Jeżeli opisowa część tego poematu pod każdym względem należy do klasycznych pereł polskiéj poezyi, to druga, lubo bogata w piękne wiersze i myśli, grzeszy deklamacyjnym liryzmem; ztąd podlega niedostatkom, które wyżéj wytknąłem.
Pewny jestem, że sam Morawski czuł czego niedostawało jego poematowi. Obdarzony trafnym sądem, niechybnie widział brak rozwinięcia epicznego i dramatycznego. W młodszych latach byłby zapewne całą drugą część przekreślił i napisał nową; w późniejszym wieku już mu się nie chciało wracać do téj pracy; a może téż uwaga ta przyszła mu za późno, kiedy poemat był już wydrukowany. W liście do Kajetana Koźmiana tak o tém pisze:
„Nie kontent jestem ze Dworca, choć się powszechnie podobał; a poprawiać się nie chce. Wreszcie wygodniejsi sędziowie Wielkopolscy niż Lubelscy. Tamtym trzeba coś smakowitszego zastawić; tutejsi i biédotą się kontentują, jako do wasser-zupek przywykli.“
Dworzec mego Dziadka z zapałem był wszędzie przyjęty. Wielkopolska wiele ma do zawdzięczenia mu; on piérwszy, jeżeli nie ozłocił słońcem, jeżeli nie ubrał wonnemi mgłami poezyi jéj monotonnych płaszczyzn, — to u domowych ognisk zaklął opiekuńczego ducha, który podobnie jak duch Dziadka „staje w progu cały w śnieżnéj bieli“ i wpatruje się w tę lub ową stronę nieba łyskającego nadzieją.....


Przypisy

  1. Z 4go lutego 1848 r.
  2. Pamiętniki księdza Jęd. Kitowicza, T. III. r. 1845.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Lucjan Siemieński.