Pod wodę/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Pod wodę
Podtytuł Obraz z życia wiejskiego
Pochodzenie Wybór pism w X tomach
tom IV
Wydawca nakładem autora
Data wydania 1892
Druk A. Pajewski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


VII.

Pan Sylwester z każdym dniem tracił humor, mówił w ogóle bardzo mało, dyspozycye wydawał krótkie, lakoniczne. Godzinami całemi w gabinecie swym przesiadywał, i tam odosobniony, zamknięty, nie robił nic. On! który tak wysoko cenił wartość czasu, który uważał zmarnowanie choćby jednej godziny, jeżeli nie za zbrodnię, to za występek co najmniej, potrafił teraz przesiedzieć godzin kilka w bezczynności zupełnej, z oczyma utkwionemi nieruchomo w jeden punkt.
Często wzdychał, a przecież westchnienie to objaw sentymentu, objaw żalu czy smutku, czy w ogóle uczucia. Zły był san na siebie, gniewał się, zżymał, próbował walczyć z sobą, przezwyciężyć swą słabość, oprzeć się jej... Próbował, przezwyciężyć nie mógł i... znów wzdychał, uczuwał dziwną tęsknotę, a w oczach miał coś wilgotnego, jakby łzę... Zrywał się z krzesła, przecierał oczy, nakładał okulary. — Wzrok mi słabnie już z wieku — mówił do siebie — oczy mam sforsowane, trzeba do okulisty się udać... Tak, to osłabienie wzroku, cierpienie oczu, zmęczenie, skutki czytania, ślęczenia nad rachunkami, boć przecie nie łzy! Wreszcie może inaczej nazwać niemożna tej wilgotności źrenic, co światło dzienne przysłania; w każdym razie nie są to łzy, które smutek lub rozrzewnienie wyciska. Zkąd? Jakim cudem?
Pan Sylwester Załuczyński i łzy! cóż za ironia! toć on pracę całego życia w to włożył, żeby się wszelkich sentymentów pozbyć, ciężkie walki z sobą, z temperamentem nieposłusznym staczał, męczył się, łamał, gnębił, aby się do idei swej przewodniej jak najściślej zastosować; aby wyrobić w sobie spokój i granitową niezłomność, hart stali i chłód stalowy, który wtedy dopiero mieć można, gdy się nad uczuciami panuje, gdy się z pod ich władzy zupełnie i całkowicie wyzwoli. Wszelkie porywy serca i uniesienia są jakby ognie, w których i granit się kruszy i pęka, a stal hart traci; gasić i tłumić je trzeba.
Przez całe życie swoje p. Sylwester z temi ogniami walczył, i zdawało mu się, że je opanował zupełnie, że płomienie zgasły, węgle zczerniały i pozostała z nich tylko garść szarego popiołu... Zdradziecki popiół! snadź ukrył w sobie iskierkę małą, która nie zgasła, nie wystygła, lecz żarzy się powoli, gotowa przy sprzyjających warunkach błysnąć i wszystko dokoła siebie zapalić...
On całe życie mocował się sam z sobą, a nie dla siebie przecież. To nie była namiętna walka skąpca z głodem dla posiadania złota, ale szarpanie się i bój nieustanny z uczuciami, z krwią, sercem, porywami duszy, bój dla idei podjęty. Powiedział sobie: praca i bogactwo — zbawienie; to hasło na sztandarze swoim wypisał i za niem szedł, wyrzekłszy się wszystkiego, jak mnich-asceta średniowieczny, który oczy w niebo utkwiwszy, ziemi się wyparł i wielką siłą woli zapomnieć o niej potrafił.
Ideałem p. Sylwestra był jakiś wymarzony anglik, zimny, sztywny, spokojny, a w spokoju swym silny, w pracy wytrwały, w zasadach niewzruszony. Nieraz z trudnością wielką utrzymywał się p. Załuczyński w tej roli wyspiarza o krwi rybiej; burzył się w nim i buntował polak do porywów i uniesień skory, zapału, ognia, a nieraz i lekkomyślności pełny, gotów płakać i śmiać się serdecznie, wypić i wybić, i czuba za kogo nadstawić i opończę własną na cudzy grzbiet zarzucić i na swój obnażony, choć go deszcze moczą i wiatr studzi nie zważać, i ramiona do ludzi wyciągać i wołać: kochajmy się... szukać pociechy w przeświadczeniu, że jakoś to tam będzie.
Miał p. Sylwester dość trudu i walki, nim tego krzykacza nieposłusznego w sobie ujarzmił, nim mu ręce skrępował, usta zamknął, nim go opanować i uciszyć zdołał. I zdawało się, że istotnie umilkł już nareszcie, że ustąpił Anglikowi, a sam jak legendowy Boruta w zamku łęczyckim, zamurował się gdzieś bardzo, bardzo głęboko, na dnie serca, i nigdy już ztamtąd nie wyjrzy. Był o niego p. Sylwester spokojny, bo szlachcic spał snem kamiennym, a Anglik rządził w Piotrowicach i w domu. Gospodarstwo szło jak nie w folwarku szlacheckim, ale jak w angielskiej fermie: równo, gładko, punktualnie, podług zegarka. A w domu było także jak w zegarku, w miarę sztywnie, w miarę porządnie, w miarę chłodno...
Aż tu naraz wąsacz się budzi. Budzi się i woła: — Synku, synku, gdzież jesteś! toć żeś ty krew z mojej krwi, a kość z kości mojej, dlaczegóż odgrodziłeś się odemnie murem? Chodźże, chodź, niech cię do serca przytulę, przycisnę, ty dziecko moje kochane!.. Pan Sylwester usiłuje stłumić ten głos, zatkać niepoprawnemu krzykaczowi usta, do milczenia go zmusić — odwołuje się do Anglika, na pomoc go wzywa; ale chłodny wyspiarz ramionami wzrusza i powiada: Cóż chcesz? chłopiec twój w porządku. Kazałeś mu się uczyć o chłodzie i głodzie — uczył się; kazałeś mu znosić niedostatek — znosił go; kazałeś mu zostać twoim dzierżawcą — został; wpajałeś w niego zamiłowanie pracy i oszczędności — przypatrz się, jak pracuje i oszczędza. Może inny na jego miejscu żyłby jak syn bogatych rodziców, bawiłby się i hulał, może jeszcze za twego życia sprzedawałby i marnował twój dorobek, a ten cóż robi? Karczuje pustkę poleśną, pola nowe dobywa, pracy się nie lęka, wygód nie zna, a żyje jak prosty robotnik. Cóż mu zarzucisz? że wolę i wytrwałość ma? a czemże ty wojowałeś, ty sam, jeżeli nie wytrwałością i wolą żelazną? Nie jestżeś jego ojcem? Nie jestże on sprężyną z takiej samej hartownej stali jak ty!
Tak mówi powoli, chłodno i z rozmysłem Anglik, a jednocześnie z głębi serca skrępowany i przygnębiony wąsacz woła głosem donośnym: Synku! dziecko moje, kochaj mnie! chodź, złóż głowę na mej piersi, spojrzyj mi w oczy serdecznie! Ja ci przekażę dziedzictwo moje i mienie moje i wierzenie moje, a ty mnie młodem, silnem ramieniem podtrzymaj, ty mi w przyszłość pozwól patrzyć spokojnie, ty bądź moją dumą, chlubą i osłodą ostatka dni moich. Ja na twoje ramię głowę skłonię, ja na twem czole jasnem pocałunek wycisnę, ja umrę spokojnie, synu! dziecko moje, radości moja!
Pan Sylwester usiłuje nie słyszeć tych głosów, głuchym być na nie. Bierze gazetę do ręki i chce czytać... małe literki chwieją się przed jego oczami, poruszają się drżą, otacza je mgła niewyraźna. Nie ma wyrazów, nie ma liter, jest jedna czarna plama. Chce do rachunków się zabrać; włożył okulary, otworzył księgę główną, patrzy ale linie chwieją się, cyfry skaczą, wiążą się w łańcuszek, że nie sposób siódemki od piątki rozróżnić; na oczach mrok, w głowie zamęt, a ten tam utrapiony, na dnie serca buntuje się i woła coraz głośniej: Synku! synku!
Pan Sylwester w krótkim czasie zmienił się do niepoznania, pomizerniał, wychudł, policzki mu zapadły, broda posiwiała, ale jeszcze nie dawał się i walczył. Ciężka to była walka, odbierająca spokój, rujnująca zdrowie...
Z młodym Karpowiczem, który w miasteczku się osiedlił i często do dworów okolicznych był wzywany, p. Sylwester spotkał się kilkakrotnie. Pierwszy raz zeszli się w siedzibie jednego sąsiada, dokąd p. Załuczyński przybył jako delegat Towarzystwa kredytowego, bo sąsiad pożyczkę chciał odnowić, Karpowicz zaś przyjechał jako lekarz do chorego dziecka.
Spotkali się, gospodarz zapoznał ich z sobą... Pan Sylwester ledwie głową młodemu medykowi raczył kiwnąć, nie rozmawiał z nim wcale, był chłodny, prawie obrażający. Czuł on do całej rodziny Karpowiczów żal, za to, że między nim, a synem, niewidzialny, a jednak nieprzebyty mur wzniosła. Czuł żal do starego, jak go zwał w myśli, bankruta, że Jania w domu swoim przyjmował, że go zapraszał do siebie; żal do panny Jadwigi, tej szlachcianeczki dumnej czy wyrachowanej, która odrzuciła rękę Jania. Pana Sylwestra bolało to bardzo.
Projektu syna nie akceptował, na małżeństwo jego z panną Jadwigą nie byłby się zgodził, ale odmową ze strony panny dotknięty było przykro. Największy żal miał do Ludwika i jemu główną winę przypisywał. Nie mógł mu przebaczyć przyjaźni dla Jania, zażyłości serdecznej, wspólności myśli i przekonań.
Młody Karpowicz niegrzeczne zachowanie się p. Sylwestra uczuł i bardzo wziął do serca, ale poznać po sobie nie dał, że go ono obeszło. Spotkawszy p. Załuczyńskiego, ograniczał się na sztywnym ukłonie i rozmowy wszelkiej unikał. I od Jania także zdaleka się trzymał, w Majdanie przez całą zimę raz tylko był. Zajechał niby wypadkiem od chorego wracając, w rzeczywistości jednak zboczył znacznie z drogi i blizko dwie mile nałożył. Może mu tęskno było do Jania, a może też spodziewał się, że zastanie pannę Irenę u brata. Nadzieja zawiodła...
Co prawda, i czasu nie miał. Od rana przyjmował u siebie pacyentów, biedaków przeważnie, potem wychodził na miasto do chorych, a po południu w okolicę wyjeżdżał. Praktyka szła mu bardzo, rozgłos sobie coraz większy wyrabiał i uznanie za sumienność i troskliwość o chorych, a pod względem materyalnym zarobki przechodziły jego oczekiwania. Był pewien, że jeżeli dalej pójdzie w takim samym stosunku, to fortunkę ojcowską z czasem podźwignie i los sióstr do pewnego stopnia przynajmniej zabezpieczy. Dla siebie osobliwych łask i faworów losu nie pragnął, a jeżeli czasem, niby dwie gwiazdy jasne, błysnęły w jego wyobraźni oczy panny Ireny, to starał się jaknajprędzej z marzeń otrząsnąć — biegł do chorych, wyjeżdżał, lub jeżeli był w domu, w książkach naukowych, w rozmowie z siostrą zapomnienia szukał.
Nieraz w skromnym domku początkującego lekarza bywało gwarno. Przyjeżdżali rodzice z Zawadek, siostry, pozawiązywały się znajomości i ludzie cisnęli się pod tę strzechę nizką, pod którą jaśniała nauka, miłość i praca.
Zima przeszła, natura zbudziła się do życia; pod wpływem słonecznych promieni spłynęły i roztapiały się lody.
Panna Florentyna miała dość roboty w ogródku; dozorowała kopania grządek, sadziła róże, sławne na całą okolicę róże, wyhodowane w Zawadkach. Jadwinia sama wybrała dla Ludwisia co najpiękniejsze krzaki i sztamy, aby przyozdabiały ogródek. Sadzono też i drzewka owocowe, ponaprawiano zabudowania, tak jakby na swojem, ponieważ Ludwiś postanowił, że ten dworek kupi na własność. Już nawet rozpoczął z właścicielem układy i ma spłacać szacunek częściowo na dogodnych warunkach; panna Florentyna gospodaruje więc, jak gdyby na własnem, a chociaż to takie maleńkie, miniaturowe gospodarstwo, jednak gospodarstwo, kawałek ziemi, bez której tęskno byłoby wiejskiej dzieweczce.
Ona tu będzie miała wszystkiego po trosze. Niewiele, ale za to wyborowe. Warzywa z nasion sprowadzonych od jakiegoś sławnego ogrodnika, drzewka owocowe w części z Zawadek, w części nabyte; porzeczki, agrest, maliny, i kwiaty!
Wszystkie trzy siostry odbywały konferencyę, jakie kwiaty w tym ogródku być mają i jaką formę nadać rabatkom pod nie przeznaczonym.
W trakcie tej ważnej narady, która odbywała się na gruncie, w ogródku, przy złotawych blaskach zachodzącego słońca, rozległ się chrapliwy odgłos trąbki pocztowej i duża zielona bryka, zaprzężona w parę chudych koni zatrzymała się przed domkiem.
Panny cofnęły się w głąb ogródka i obserwowały przybysza.
Z bryczki zsunął się niezgrabnie człowieczek maleńkiego wzrostu, cokolwiek krzywy w ramionach, z nieproporcyonalnie dużą w stosunku do postaci swej głową.
Wziąwszy niewielką torebkę podróżną do ręki, otworzył furtkę i skierował się wprost do oszklonego ganku.
Służąca pobiegła drzwi otworzyć.
— Czy jest pan doktór? — zapytał.
— Nie ma, proszę pana. Pan wyszedł na miasto.
— Kiedyż wróci?
— Nie wiem, ale jeżeli co pilnego, to poślę po pana...
— Pilnego?.. zapewne, że pilnego, skoro przejechałem tyle mil...
— To proszę, niech pan wejdzie i spocznie.
— Słuchajno panienko — rzekł, patrząc na dziewczynę bystremi, przenikliwemi oczkami — kiedy nie ma pana doktora, to może jest pani doktorowa?..
— Nasz pan doktór nie ma żony, ale jest siostra.
— Ah! siostra, to ślicznie, a czy siostra pana doktora jest w domu?
— Jakże? jest i nie tylko panna Florentyna, ale panna Jadwiga i Aniela także są...
— W takim razie, niechże panienka zaniesie paniom ten oto bilecik.
Dziewczyna pobiegła do ogródka, a przybysz rozgospodarował się w pokoju. Zdjął palto, poprawił włosy przed lustrem, przyczesał je kieszonkowym grzebykiem.
Ubrany był elegancko, z pewną pretensyonalnością, właściwą ludziom pokrzywdzonym przez naturę i usiłującym zastąpić sztuką braki.
Podczas gdy przybysz przeglądał się w lustrze, służąca z biletem pobiegła do ogródka...
— Pan Kurosz! — rzekła Jadwinia, spojrzawszy na kartę.
— Kurosz! Kurosz, toż się dopiero Ludwiś ucieszy! — zawołała Anielcia.
— Prośże do saloniku — rzekła panna Florentyna do służącej — i zaraz biegnij do pana. No panny — dodała, zwracając się do sióstr — pomożecie mi bawić p. Kurosza.
— Ja się go boję — zawołała Anielcia — taki brzydki!
— Już zauważyłaś?
— Widziałam go doskonale, gdy zsiadł z bryczki i szedł do ganku. Jak żyję, nie spotkałam równie wielkiej głowy, a oczy! jak dwa ziarnka pieprzu. Straszny człowiek!
— Dziecko z ciebie, moja Anielciu, chodź.
Gdy panny weszły do tak zwanego „saloniku“, a właściwie niewielkiej izdebki o dwóch oknach, przybysz skłonił się i rzekł:
— Ponieważ nie ma mnie kto przedstawić, rekomenduję się sam. Jestem Marcin Radwan-Kurosz, prawnik, kolega p. Ludwika z ławy szkolnej.
— My pana znamy od lat wielu — rzekła panna Florentyna, — Ludwiś tyle o panu mówił. Posłałam po niego, zaraz przyjdzie. Wyobrażam sobie, jaką radość sprawi mu pańskie przybycie.
Kurosz uścisnął białe rączki panien, nie pominąwszy i Anielci, która miała szczerą ochotę śmiać się z jego dość pociesznej figury. — Jeszcze póki stał, był podobniejszy do ludzi, ale gdy usiadł na krześle dość nizkiem, wydawał się mały jak dziecko, ledwie wielką jego głowę widać było z za stołu.
— Słyszałam od brata — rzekła panna Jadwiga, — że pan miał zamiar zamieszkać na stałe w stolicy naszej gubernii.
— Już doprowadziłem plan ten do skutku od dwóch tygodni. Czas ten zeszedł mi prędko na wyszukaniu i uporządkowaniu mieszkania, rozpatrzeniu się w stosunkach.
— I jakież wrażenie zrobiło na panu nasze największe miasto?
— Pod względem estetycznym nieszczególne. Zdaje mi się, że Jerozolima mniej więcej tak samo wygląda, ale dla prawnika widok taki niemiły nie jest.
— Dlaczego?
— Gdzie dużo żydów, tam dużo interesów; gdzie dużo interesów, dużo procesów, a procesy, proszę pani, to nasz chleb, nasze życie. Na to wertowaliśmy Pandekty i prawa starożytnych narodów, żeby prowadzić niekrwawe walki przed kratkami, wygrywać lub przegrywać walne bitwy... W ogóle, wracając do odpowiedzi na pytanie, jakie pani była łaskawa mi zadać, miasto jest nieosobliwe, wyobrażałem je sobie inaczej.
— Sądził pan, że to druga Warszawa.
— Nie, ale że przynajmniej pół, ćwierć Warszawy; — za to okolica bardzo ładna.
— Podobała się panu?
— Bardzo.
— Szczególna rzecz, wszyscy mówią, że to najsmutniejszy zakątek kraju, że płaszczyzna jednostajna, nie urozmaicona niczem...
— Właśnie w tem jest urok... Płaszczyzna, szerokie pola, szerokie horyzonty, nie zasłania ich nic, wzrok może zapuszczać się w przestrzeń aż dotąd, dokąd siła źrenic sięga... Pierś oddycha swobodnie. Nie wiem jak kto, ale ja bardzo lubię płaszczyzny, gór zaś nie znoszę. — Może przez dziwną sympatyę kontrastów, — dodał smutnie wzruszając skrzywionem ramieniem.
Gdy zrobił taką do swej powierzchowności aluzyę, Anielci odechciało się śmiać, a natomiast żal zajął miejsce w jej dobrem serduszku. Poznała, że ten mały, śmieszny człowieczek rozumie swoje położenie, i że mu źle z niem na świecie. Zaczęła mu się przypatrywać uważnie i dostrzegła, że w jego małych jak ziarnka pieprzu oczkach jest wyraz dobroci. Przygryzła różowe usta i postanowiła nie wyśmiewać więcej biedaka, który czuje swoje położenie i wie, że na pierwszy rzut oka wrażenia nie robi, że sympatyę ludzką musi z trudem zdobywać.
— Wszak Janio Załuczyński niedaleko stąd mieszka? — zapytał.
Jadwinia, usłyszawszy to nazwisko, zarumieniła się jak wiśnia.
— Istotnie — odrzekła — blizko.
— Zapewne jest tu częstym gościem?
— Przeciwnie, bardzo rzadko bywa u rodziców naszych w Zawadkach, a tu u Ludwisia, nie był jeszcze ani razu.
— Podobno wielki to pan — rzekł Kurosz, — bogacz na całą okolicę, mogło mu się więc w głowie przewrócić, chociaż, o ile go znam, a znam go dobrze, miał głowę jak się należy; ale różnie bywa na świecie, a przysłowie powiada, bardzo słusznie podobno, że chleb ludzi bodzie. Nie dziwiłbym się też, gdyby kolega Janio, zostawszy panem Janem, panem na rozmaitych włościach i przyległościach, zapomniał o szkolnej biedzie i towarzyszach z czasów gorszych, nie raz ciężkich, a nawet bardzo ciężkich...
— Myli się pan — rzekła Jadwinia z mocą, — p. Jan bogaczem wcale nie jest, a choćby nim był, toby się nie zmienił.
— Sądzi pani?
— Jestem o tem najmocniej przekonana. To człowiek, który ma przekonania stałe i niewzruszone; ani bogactwo, ani ubóstwo, ani żadne zmiany losu nie mogłyby zepsuć tej pięknej, na wskroś szlachetnej natury.
Powiedziała to z zapałem, z rumieńcem na twarzy, z blaskiem w oczach.
Kurosz uśmiechnął się, i rzekł, przymrużając oko:
— Nie mam co robić w tych stronach...
— A to dlaczego? — spytała Anielcia.
— Liczyłem na to, że w p. Janie, znajdę pierwszego zamożnego klienta, a naturalnie dzięki jego wpływom i stosunkom, klientela moja rozszerzy się i wzrośnie do bajecznych rozmiarów, tymczasem widzę, niestety! żem się omylił. Pan Jan ma tak wymownego adwokata, że moje marne usługi byłyby dla niego całkiem zbyteczne...
— Panie — rzekła Jadwinia, — ja bronię słusznej sprawy.
— Nie wątpię o tem.
— Ale obrona moja nie przeszkadza panu bynajmniej zaliczyć p. Jana w poczet swoich klientów... tylko winnam pana uprzedzić, że o jego bogactwie ma pan bardzo mylne wyobrażenie; to człowiek wcale niebogaty.
— Janio Załuczyński nie bogaty? Któż więc jest bogaty w tutejszych stronach, jeżeli nie on? Przecież mówiono mi, że to Krezus, jeżeli nie gubernialny, to powiatowy przynajmniej, że wszyscy ojcowie mający córki na wydaniu marzą o nim, że nawet jakaś pani hrabina wdowa, z bardzo ładną tarczą herbową i nieco podszarzanym majątkiem dała się z tem słyszeć, że gotowa jest zezwolić, aby córeczka jej miała cztery pałki w koronie mniej, byleby wyszła za p. Jana. Przyzna pani, że cztery pałki to duża ofiara... nie każdyby na to się zdobył...
— Widzę, że ma pan wiele informacyj, jak na tak krótki stosunkowo pobyt w naszych stronach, ale informacye te nie są dokładne. Bogaty jest p. Sylwester Załuczyński, ojciec pańskiego kolegi; ten rzeczywiście, jak się pan wyraził, może być nazwany powiatowym Krezusem, gdyż jest to najzamożniejszy obywatel w okolicy bliższej i dalszej, a nawet jak mówią ludzie tutejszych stosunków świadomi — dalekiej, ale pan Jan biedny jest, na dorobku. Trzyma w dzierżawie od ojca folwarczek nieduży i musi bardzo, bardzo pracować, żeby podołać ciężarom.
— Co pani mówi?
— Mogę pana zapewnić, że tak jest. Pan Jan dostał tę dzierżawę od swego ojca na zwykłych warunkach: płaci czynsz jak każdy w ogóle dzierżawca i dotychczas przynajmniej z bogactwem pana Sylwestra nie ma nic wspólnego.
W sionce dały się słyszeć ciężkie kroki i do pokoju wbiegł Ludwik.
— Kochany Kurosz! — zawołał, — jak się masz!
Olbrzym pochwycił małego człowieczka w ramiona, podniósł do góry i ucałował.
— Zrobiłeś mi prawdziwą niespodziankę — rzekł.
— I przeszkodziłem w zajęciach — przerwał Kurosz — ale nie będę ci długo zawadzał; wiem, że twój czas drogi; jutro po południu odjeżdżam do domu.
— O tem potem, mój kochany. Odjedziesz wtedy, kiedy cię puszczę, a o mój czas nie kłopocz się: potrafię go zużytkować i dla pacyentów i dla ciebie. Z siostrzyczkami mojemi poznałeś się, jak widzę, więc rekomendacya zbyteczna, zresztą wiedzą one dawno, żeś mój szczery druh i towarzysz młodości.
— Jużem zdążył nawet posprzeczać się z paniami.
— O co?
— O p. Jana Załuczyńskiego — wymownego ma adwokata w twej siostrze.
— Jego sprawa sama się broni — rzekła panna Jadwiga.
— Tak jest, dobra sprawa sama się broni i często sama się... przegrywa — odparł Kurosz.
— To zależy od sądu.
— Janio — rzekł Ludwik — dobry chłopiec jest. Może przypuszczałeś, że się zmienił. Nie — zawsze jednakowy, taki sam jak dawniej. Pojedziemy jutro do niego. Mieszka prawie w lesie. Powiedzże mi, czy pomyślnie załatwiłeś twoje sprawy majątkowe na Litwie?
— Jak przystoi na prawowiernego potomka palestrantów. Gryzłem się z bracią szlachtą ząb za ząb, przeprowadziłem sześć spraw, z których wygrałem cztery i po procesach skończyłem na tem, od czego chciałem był zacząć, to jest załatwiłem spory w drodze kompromisu polubownie. Daliśmy sobie z krewniakami buzi, popłakaliśmy się jak bobry, pili krupnik jak bąki, wspominali wszystkich Kuroszów od dziesięciu pokoleń. Ostatecznie, sieroty mają fortunkę zabezpieczoną, macocha zapewnione utrzymanie, a co się tyczy mojej osobistej schedy, tę sprzedałem; bracia szlachta wzięli zagony, ja gotowiznę i pożegnałem strony rodzinne, nie zapomniawszy przedtem zrewidować poddaszy, na których znalazłem kilka przepysznych starych druków!
— Zawsze masz tę słabość?
— U ciebie wszystko słabość! Białego kruka, antyk, rzadkość, zabytek, gotów jesteś nazwać białą gorączką lub zieloną febrą. Nie znasz się, nie znasz, kochany Eskulapie!
— Ależ nie! nie! ja szanuję twoje kruki. Proszę cię nawet, ażebyś mi je pokazał, gdy cię kiedy odwiedzę; złożę cześć ich wspaniałej zbutwiałości.
— Jednak, gdybyś zobaczył, że wśród tej bibuły jest Wojciech Oczko, Śleszkowski, Syreniusz...
— Masz to? Musisz mi odstąpić, Kuroszku kochany, musisz?
— Prędzej pozwolę sobie wyjąć żebro, albo uciąć lewą rękę. Moja biblioteka to cmentarz: co się do niej dostało, to pogrzebane, przynajmniej dotąd, dopóki mnie nie pogrzebią.
— Pan tak lubi stare książki? — zapytała Florcia.
— Każdy człowiek musi coś ukochać — rzekł ze smutnym uśmiechem Kurosz — ja miłość moją umieściłem w starych szpargałach; szanuję je, dbam o nie, opieką je otaczam, strzegę jak oka w głowie. Podobno prawdziwa miłość objawia się w ten sposób, nieprawdaż mój Ludwiku?
— Nie zupełnie.
— Jakto?
— Gdybyś żyjący przedmiot twych uczuć zamknął do szafy, oblawszy go przedtem terpentyną dla zabezpieczenia od mólów, to nie wiem, czybyś go bardzo uszczęśliwił.
Anielcia rozśmiała się głośno.
— Nie trzeba brać dosłownie. Dla żyjącego przedmiotu miłości szafą może być ładne mieszkanie, oprawą — elegancka, modna garderoba.
— A terpentyną?
— Opieka, uprzejmość w obejściu, wiesz przecie... Zresztą, ogólnych recept na to nie ma; co indywiduum — to charakter; więc trochę psychologii, trochę obserwacyi, znajomości serca ludzkiego, a pożądany środek się znajdzie i móle nie będą psuły harmonii pożycia.
— Mówisz, jakbyś był od wielu lat żonaty. Czy cię na litewskich zaściankach tego nauczono?
— I tam są ludzie; a gdzie ludzie, tam życie; a gdzie życie, tam pole do obserwacyj i wniosków. Czy tu, czy nad Niemnem, kto chce badać, znajdzie materyału dość i do poetycznych zachwytów i do ponurych tragedyj...
— Dziwnie nastrojony dziś jesteś, mój kochany.
— Zawsze jestem jednakowy, mój Ludwiku.
Kurosz miał racyę. Zawsze był taki sam, tylko go Ludwik nigdy jeszcze w towarzystwie kobiet nie widział. O ile w męzkiem gronie ożywiony był, wesół, śmiały, o tyle w towarzystwie kobiet mały człowieczek tracił kontenans, stawał się jakby rozżalony i smutny. Zdawało mu się, że jego powierzchowność budzi odrazę, że odstrasza, i miał żal do matki-natury za to, że względem niego okazała się macochą. Nie marzył o ognisku domowem, o szczęściu rodzinnem, bo mniemał, że nie znalazłaby się istota gotowa podzielić jego losy, umilić mu życie uśmiechem i pieszczotą. Dla tego to wobec kobiet, zwłaszcza młodych i ładnych, bywał przygnębiony, smutny i zgryźliwy.
Późnym już wieczorem nadjechał stary p. Karpowicz po Jadwinię i Anielcię. Ten serdecznością swoją, rubaszną trochę, potrafił nieco rozweselić i rozruszać Kurosza.
Czas ubiegał szybko, ani się spostrzeżono że już północ.
Po odjeździe ojca z młodszemi córkami, Ludwik zabrał gościa do siebie i gawędzili długo, długo o przeszłości, o zamiarach na przyszłość.
Dzień już się zaczął, a oni jeszcze gwarzyli.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.