Pod wodę/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Pod wodę
Podtytuł Obraz z życia wiejskiego
Pochodzenie Wybór pism w X tomach
tom IV
Wydawca nakładem autora
Data wydania 1892
Druk A. Pajewski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


VI.

Zima była śnieżna. Gdzie okiem rzucić, wszędzie biało. Śnieg grubą warstwą zalegał pola i łąki. Rzeki, stawy, jeziora, uwięzione w lodowych okowach, uginały się pod puszystem przykryciem; tylko drzewa odarte z liści, rysowały się na tle bezbrzeżnej białości, tylko ciemno-zielone, czarne prawie konary sosen urozmaicały tę biel jednostajną.
Majdan tonął także w śniegu. Tu, pod las, wiatr naznosił go dużo, domek ledwie było widać z za śnieżnych okopów. Było samo południe, słońce blade, jakby zaspane, wychylało się cokolwiek z po za chmur i znów chowało się za nie; w folwarku panowała cisza zupełna, tylko czarniawy słup dymu, dobywający się z komina, świadczył, że ludzie na tem pustkowiu mieszkają.
Janio odłożył książkę, którą czytał i właśnie miał zasiąść do obiadu, który tylko co Michałowa podała, gdy rozległ się głos dzwonka i sanki zaprzężone w parę mizernych koni podjechały przed ganek. Gość w Majdanie! Zjawisko na prawdę osobliwe, bo u Jania nikt prawie nie bywał, chyba żyd za kupnem zboża, lub wójt w urzędowym interesie. Ani przypuszczając, żeby to ktoś w odwiedziny mógł przyjechać, Janio przed dom wcale nie wyszedł, nawet w okno, choćby z ciekawości, nie spojrzał.
Z sanek wysiadł mężczyzna barczysty, ogromnego wzrostu, i schylając się we drzwiach nizko, wszedł wprost do pokoju, w którym siedział Janio. Gdy zrzucił futro z swoich ramion olbrzymich, Janio zerwał się z krzesełka, i rzucając się gościowi na szyję, zawołał:
— Ludwiś! Ludwiś! tyżeś to?!
— Jak widzisz, Janeczku, ja sam, cały i zdrów. Zakończyłem moją biedę warszawską, przybywam próbować wiejskiej.
— Kiedy przyjechałeś?
— Wczoraj w nocy, i jak widzisz, dziś już jestem u ciebie; jestem, aby cię powitać i podziękować za to, coś dla nas, dla rodziców moich uczynił...
— No, tylko nie mów o tem, mój kochany.
— Zawsze mówić będę i nigdy nie zapomnę. Poratowałeś ojca mego, kiedy był w położeniu bez wyjścia, ocaliłeś całą rodzinę od nędzy — Janiu, niech ci za to Bóg zapłaci!
Porwał go w ramiona i ucałował.
— W porę przybywasz — rzekł Janio, akurat obiad podali. Michałowa! żywo! dawajcie drugie nakrycie! Nie ufetuję cię, jakbym chciał, jakby należało takiego gościa uraczyć, bo sam nie osobliwie jadam, a na tej pustce nic nie dostanie.
— Cóż tam! nie jadaliśmy to spartańskich polewek ongi na Starem Mieście? Czyś już zapomniał? Nie wyprawialiśmy uczt z towaru nieoszacowanej pani rzeźniczki! Ukłony ci od niej przywożę. Doprowadziłem jej infanta do czwartej klasy i rozstaliśmy się w najlepszej harmonii.
— A cóż u ciebie w domu, jak tam rodzice, siostry?
— Kłaniają ci się wszyscy, zdrowi są i mają żal do ciebie, żeś o Zawadkach zapomniał. — Dlaczego nie bywasz?
Janio westchnął.
— Pomówimy o tem kiedy... Na długo przyjechałeś do domu?
— Do domu na tydzień, w te strony na zawsze. Osiadam w miasteczku, rozpoczynam praktykę. Bóg wie, jak to pójdzie...
— Pójdzie dobrze. Od Kurosza listu nie miałeś?
— Owszem, miałem. Przed samym wyjazdem z Warszawy doszła mnie od niego epistoła, cały arkusz na wszystkie cztery strony zapisany drobniutko. Znasz jego pismo i wiesz, że papieru marnować nie lubi, w kieszonkowych notatnikach zapisywał całkowite kursa!
— A cóż pisze, co porabia?
— A pisze, że reguluje interesa własne i swej macochy, że coś tam sprzedaje czy wydzierżawia, sprawy jakieś prowadzi, procesuje się o zagony ze szlachtą, a w wolnych od zajęć chwilach zajada półgęski, osobliwe wędliny, kołduny i pije kwaśny podpiwek. Ten ostatni ma być podobno obrzydliwy, ale pochłania go w niesłychanych ilościach.
— Nie wybiera się w nasze strony?
— A jakże! Marzy tylko o tem. Chce być obrońcą wdów pokrzywdzonych i sierot, i na pole działania obiera sobie stolicę naszej gubernii.
— A to wybornie! Będziemy więc wszyscy trzej blizko siebie.
— Tak, ale zawsze to nie to, co w Warszawie.
— Tęskno ci za biedą? — spytał Janio.
— Ot, licho wie. Jakoś przyzwyczaiłem się do cygańskiego życia, do kolegów. Medycyna z początku mi nie szła i wcale nie przypadała do mego usposobienia. Musiałem staczać walkę sam z sobą, żeby się do niej przekonać. Pierwsze lata były najcięższe, ale później, jak się już zaczęło chodzić do szpitali, do klinik, to się przyzwyczaiłem, a nawet polubiłem to zajęcie. Człowiek ma kark tak podatny, że się do wszelkiego chomąta nadaje. Mnie teraz brakowało czegoś, gdym którego dnia chorego nie widział, jęku nie słyszał, nie patrzył na krew, lub na rany. Zupełnie, jak nasza nieoszacowana rzeźniczka, która twierdzi, że świat zbrzydłby jej, gdyby nie patrzyła na połcie słoniny i na włoski salceson. To są jej własne słowa, a w nich moc psychologii. Wszyscyśmy tacy, my robotnicy. Ciebie tak interesuje nowa odmiana żyta lub jęczmienia, jak mnie zawikłana forma tyfusu, a poczciwego Kurosza trudna do wygrania sprawa. Pod wpływem przyzwyczajenia wyrabiają się nawet pewnego rodzaju namiętności fachowe. Mam kolegę zakochanego w psychiatryi, każdy waryat jest dla niego skarbem, a szaleniec niezwykły poematem; inny powiada, że nie obchodzi go nic na świecie prócz raka; Kurosz jeszcze na kursach twierdził, że gdyby dostał kilka spraw rozwodowych, toby się upił z radości, a ty, o ile sobie przypominam, siadywałeś po całych dniach w laboratoryum, badając chlorofil i dociekając: dla czego liść sałaty jest jasno zielony, a buraka ćwikłowego prawie czarny? Wszystko to, powiadam, są namiętności zawodowe, i dobrze, że są, bo inaczej nie mielibyśmy postępu...
— Jedzże gaduło! — zawołał Janio, podsuwając talerz koledze.
— Nie zapraszaj, nie zapraszaj, bo nie trzeba. Jako pamiątkę, po latach nauki, oprócz osłabionego wzroku, uniosłem wilczy apetyt; nie wybredzam co do jakości, ale dbam o ilość: pod tym względem jestem jak przepaść, i chyba wiele jeszcze lat upłynie, nim się nasycę i zacznę jadać jak wszyscy ludzie.
— Bo też nie jesteś jak wszyscy, jesteś olbrzym. Jam nie ułomek, a przecież ci głową ledwie do ramienia dostanę.
— Tak jak tobie Kurosz.
— Żeby to on jak najprędzej zamiary swoje doprowadził do skutku, i żeby nareszcie przyjechał! Byłoby tu zaraz weselej.
— Przyjedzie, przyjedzie, jest zdecydowany stanowczo, tylko potrzebuje jeszcze trochę czasu, aby swoją mizerną fortunę jakoś wywindykować i los nieletnich zabezpieczyć; zaraz potem pomyśli o własnym losie. Wyobraź sobie, że ten Quasimodo chce się żenić.
— Co mówisz! z kim? kiedy?
— Zdaje mi się, że, jak dotychczas przynajmniej, to jeszcze i dla niego jest tajemnicą, jeszcze nie ma swojej Esmeraldy.
— Nie rozumiem.
— To znaczy, że dopiero ma intencyę, ale nie zna jeszcze osoby, do której afekty swoje zwróci. Pisał do mnie tak: „A upatrz mi w waszych stronach, kochany Goljacie, dzieweczkę skromną, ale wdzięczną, którąbym mógł pokochać bardziej niż najrzadszą starą książkę, niż unikat; wyobrażam sobie, że jest to wielkie szczęście. Upatrz, a upatrzywszy, uprzedź, że w niepozornym, małym i krzywym futerale siedzi duch nieostatni, serca sporo... i że twój Kuroszek marzy o tem tylko, żeby znalazł jakąś niewybredną kokoszkę dla siebie“.
— Dlaczego nie ma znaleźć? znajdzie, bądź o to spokojny. Niech-no się osiedli, a da poznać w okolicy...
— Uznania się on dobije — rzekł Ludwik, bo na adwokata ma bardzo dobre warunki.
— Zdaje się.
— Tak jest. Śmiały, wymowny, cięty trochę, a że akuratny i pilny, więc go ludzie ocenią.
Rozmawiali jeszcze o innych kolegach, o Warszawie, ale nie uszło uwagi Ludwika, że Janio nie swój jest i przygnębiony.
Gdy wstali od stołu, Ludwik rzekł:
— Widzę w tobie dużą zmianę, mój drogi.
— W czem mianowicie? Zkąd wnosisz?
— Spodziewałem się, że cię zastanę wesołym, pełnym ognia, życia, humoru, a ty mi jakoś, Janeczku, na dziada wyglądasz.
— Zdaje ci się...
— Ej nie. Nie masz miny chorego, a przecie...
— Więc pukaj, słuchaj, badaj i radź — odrzekł z gorzkim uśmiechem Janio.
— Lepiej sam powiedz, to będzie pewniejsza dyagnoza...
Janio się zamyślił i zawahał.
— W istocie — rzekł — mam zmartwienia i ciężkie, a podobno lepiej będzie, gdy ci o nich nie powiem.
— Tak to Janiu! odbierasz mi dawną ufność, a przypomnij sobie, czy kiedykolwiek mieliśmy jakie sekrety? czy pomiędzy nami istniały tajemnice? Ja nie zmieniłem się, taki sam jestem dziś, jak przed dwoma, trzema, dziesięciu laty. Dlaczegóż ty?...
— Drażliwa kwestya...
— A na Boga! nie masz chyba tak drażliwej kwestyi, o której ze mną mówićbyś nie mógł. Przecież, jak przypuszczam, nie byłbyś zdolny popełnić czynu, za który miałbyś się rumienić?
— Masz racyę Ludwisiu, powiem ci wszystko. Usiądź...
Na dziedzińcu rozległ się znowuż odgłos dzwonka.
— Jedzie ktoś — rzekł Janio.
Ludwik spojrzał przez okno.
— Ho! ho! — rzekł — pyszny koń! saneczki jak łupina... O! panie Janie, damy cię wizytują, jak widzę...
— Damy?!
— Jak na teraz, to tylko jedna, i, o ile dostrzedz mogę, młodziutka.
Janio zaciekawiony do okna pobiegł.
— Ach! — zawołał — to moja siostra! Nie znasz mojej siostry?
— Nie.
— To się poznacie...
Wybiegł przed dom i pomógł wysiąść z sanek Irence.
Przyjechała maleńkiemi sankami, ciągnionemi przez potężnej budowy konia, którym kierowała sama. Wąsaty stangret, w płaszczu z ogromnym futrzanym kołnierzem, stał za sankami. Koń ubrany był w zaprzęg angielski, ozdobiony brązami, przykryty gęstą i mocną siatką, od której odbijały się bryły śniegu, jakie kopytami wyrzucał.
Irenka zatrzymała konia przed gankiem, rzuciła lejce stangretowi, a Janio ujął ją pod ramiona, uniósł w górę i na ziemi postawił.
Rzuciła mu się na szyję. Przywitała go serdecznym pocałunkiem. Panna Irena ubrana była w zgrabne, obcisłe futerko, na głowie miała czapeczkę futrzaną, a w koło szyi owinięte długie, czarne boa. Mróz zarumienił jej twarzyczkę i dodał blasku ślicznym oczom. Oddychała swobodą, na ustach miała uśmiech.
— Najmilszy to mój spacer Janeczku! bo do ciebie. Myśl, że rozerwać cię i pocieszyć mogę w samotności, dodawała mi skrzydeł. Nie oszczędzałam gniadego, mknął jak wicher po tej przepysznej drodze. Tu, pod lasami, śnieg jak puch, nie zdążyli jeszcze drogi popsuć. No, braciszku, czemże mnie przyjmiesz?.. bo zziębłam, mróz szczypie.
— Czem chcesz, kochanie; co mam w domu, wszystko na twoje usługi, ale muszę cię uprzedzić: jest gość.
— Co za szkoda! Nie w porę przybyłam... a tak chciałam pogwarzyć, pogawędzić z tobą serdecznie... Cóż to za gość i zkąd się wziął? Przecież mówiłeś niedawno, że do Majdanu prócz mnie żywa dusza nie zagląda.
— Nie spodziewałem się go dzisiaj, wcale nie uprzedził mnie, że ma zamiar przyjechać. To Ludwiś...
— Karpowicz? brat panny Jadwigi?
— I mój najlepszy przyjaciel.. Ten sam Irenko, ten sam... Chodź zaprezentuję ci go.
Wziął siostrę za rękę i wprowadził do swojej nizkiej stancyjki. Na widok młodej osoby Ludwik powstał, wyprostował się i onieśmielony złożył dość niezgrabny ukłon.
Irenko — rzekł Janio, — oto mój kolega ze szkolnej i uniwersyteckiej ławy, pan Ludwik Karpowicz, obecnie doktór Karpowicz, a nietylko kolega, ale i przyjaciel serdeczny.
Panna Irena wyciągnęła do niego małą, zgrabną rączkę w zamszowej rękawiczce, i rzekła z uśmiechem:
— Miło mi pana widzieć, bo znamy się od dawna. Każdy list Jania o panu wspominał, a sam Janio, ile razy na wakacye lub święta do domu przyjechał, zawsze mi o panu opowiadał...
— Bo też, Irenko — wtrącił Janio — żyliśmy jak bracia, nigdy nie istniała między nami dysharmonia, nigdy nie zaszła sprzeczka.
— Na długo pan do nas? — spytała.
— Prawdopodobnie na zawsze — odrzekł Ludwik — osiadam tu niedaleko w miasteczku, jako lekarz. Pragnę być blizko rodziców i rodzeństwa.
— To wybornie! Wie pan, że nawet dla okolicy doskonale. Dotychczas, w razie wypadku, musieliśmy posyłać po doktora o sześć mil, niech pan sobie wyobrazi, o sześć mil! czasem po najgorszych drogach. Można było umrzeć i nie doczekać się pomocy. Życzę panu powodzenia i szczęścia...
— Serdecznie dziękuję pani.
— Janeczku! — odezwała się do brata, pozwolisz, że przejdę na drugą stronę i odbędę małą konferencyę z Michałową. Boże! jacy ci mężczyźni niezaradni! Masz tak miłego gościa i trzymasz go przy nienakrytym stole...
— Mylisz się siostrzyczko, stół był nakryty, przed chwilą jedliśmy obiad.
— Nie dysputuj o tem, na czem się nie znasz, zabawiaj pana doktora, a ja chociaż na dwie godzinki obejmę obowiązki gospodyni. Dłużej nie mogę, bo muszę wracać przed zmrokiem. Proszę cię tylko nie protestuj, żadnych ale... opozycyi nie znoszę, a nieposłuszeństwa nienawidzę...
— Nie wiedziałem Janiu, że twoja siostra już dorosła panna — rzekł Ludwik, gdy drzwi się za Irenką zamknęły. — Zawsze mówiłeś: Siostrzyczka, moja mała siostrzyczka, sądziłem więc...
— Wszystko rośnie co młode, kochany Eskulapie, i wszystko starzeje się, młodem być przestawszy.
— Tylko ty się nie starzej i nie bądź sensatem, bo jeszcze na to czas.
Janio westchnął.
Po chwili weszła Michałowa, nakryła stół białą serwetą, a potem wniosła tacę pełną świeżych ciastek i butelkę wina. Za nią ukazała się Irenka, uwolniona już z futra, w skromnej, ale gustownej popielatej sukni, uwydatniającej jej gibką, zgrabną figurkę, uśmiechnięta, wesoła...
— Zkąd się to wzięło? — spytał Janio.
— Czy wyobrażasz sobie, że jadąc tu, mogłabym nie zabrać z sobą pełnego koszyka? Wiedzże o tem, że masz matkę i siostrę. Mama dała wino i szynkę, a ja piekłam wczoraj ciastka i przywiozłam ci trochę na spróbowanie. Czy wie pan — rzekła, zwracając się do Ludwika — że Janio jest taki abnegat, że nic a nic nie dba o siebie? Zapewne chce się milionów dorobić na Majdanie! My z mamą nie możemy na to pozwolić, żeby prowadził takie ascetyczne życie, ale on nas nic a nic nie słucha... Może pan, jako kolega i jako lekarz, wytłomaczy mu, że nie powinien tak robić. Niech mu pan da dobry przykład, bardzo proszę...
— Muszę cię pochwalić Irenko — rzekł Janio — ciastka są wyborne, i jeżeli rzeczywiście sama je robiłaś...
— Wątpisz?! o niewierny! czy mam złożyć dowody?
— Wystarcza mi twoje zapewnienie.
— Doprawdy, ci panowie nasi są pyszni. Zdaje im się, że oni tylko coś mogą i umieją, tymczasem nic. Zasieją zboże, zbiorą, wymłócą i na tem koniec, ale żeby nie my, toby nie wiedzieli nawet, jak dobry chleb smakuje...
— Trzeba ci wiedzieć Ludwisiu, że moja siostrzyczka jest emancypantka w swoim rodzaju — wtrącił Janio z uśmiechem.
— O bezwątpienia — odrzekła. — Pomiędzy zajęciami naszemi i waszemi jest pewna linia demarkacyjna, której nie pozwoliłabym przekroczyć mężczyźnie. Panowie jesteście samodzielni na jednych polach pracy, my na drugich.
— Proszę pani — wtrącił Ludwik — są przecież kobiety, które bardzo chętnie chcą pracować na polach dotychczas przez nas zajmowanych. Już i w medycynie mamy koleżanki...
— Podziwiam je... ale naśladować nie pragnę.
— Nie nęci pani swoboda i samodzielność?
— Gdybym była mężczyzną, marzyłabym może o tem, żeby dokonać czynów nadzwyczajnych, mogących na nowe tory pchnąć świat; ale ponieważ jestem kobietą, marzę o czem innem. Moim światem będzie mój dom. Prosta chłopka obrabiająca len i gotująca liche pożywienie dla rodziny, ale uczciwa i obowiązki pełniąca, według mego zdania, godna jest większego szacunku niż nie jedna sawantka, która i nauce wielkiego pożytku nie przyniesie i sama wykolei się z właściwego toru. Don Kichot z wąsami, pomimo naiwności swej, budzi sympatyę, ale Don Kichot w spódnicy, jak dla mnie jest szczytem komizmu.
Powiedziała to z wielkiem ożywieniem i stanowczością.
Ludwik rozśmiał się.
— Muszę stanąć w obronie Don Kichotów rodzaju żeńskiego — rzekł; bywają bowiem położenia wyjątkowe, są dziewczęta nie mogące liczyć na to, że w przyszłości będą miały dom i ognisko rodzinne; dla takich przynajmniej powinna mieć pani pewne względy...
— Ja też o wyjątkach nie mówię; są one wszędzie, i jako wyjątki, do ogólnych norm nie zawsze mogą się stosować; dla takich mam względy i wyrozumiałość, ale co do zasady jestem bezwzględna... Takie mam poglądy i nie odstąpię od nich... chyba w takim razie, gdyby mnie kto przekonał, że jestem w błędzie, ale wątpię bardzo, żeby znalazł się taki, i żeby mógł twierdzenie swoje poprzeć odpowiedniemi dowodami.
— Co za szkoda — rzekł Janio — że nie ma tu naszego Kurosza!
— Prawda — dorzucił Ludwik.
— A czy p. Kurosz — zapytała Irenka — jest zdeklarowanym rzecznikiem tak zwanej emancypacyi?
— Nie, on jest tylko specyalistą od przeczenia. To jego fach. Dowieść, że dwa a dwa jest pięć, że złodziej schwytany na gorącym uczynku jest niewinien, to jego specyalność. Mogę zaręczyć, że teraz wdałby się w dysputę i usiłował cię przekonać, że nie masz racyi.
— Mój Janiu — rzekła — jeżeli sądzisz, że mnie pozorami dowodów przekonać można, to jesteś w błędzie. Ustępuję chętnie w drobnostkach, ale gdy o zasadę idzie, lada co mnie nie wzruszy. Urodziłam się i wychowałam w Piotrowicach, w domu, gdzie jak ci wiadomo z doświadczenia, są zasady... Może być, że po ojcu odziedziczyłam pewny upór, tak jak i ty Janeczku, a dodam jeszcze, że mój upór silniejszy, bo kobiecy... Bardzo pragnęłabym poznać p. Kurosza, bo tyle dobrego o nim od ciebie słyszałam, ale nie zdaje mi się, żeby jego argumentacya i wymowa, o której zresztą mam bardzo pochlebne wyobrażenie, mogły zmienić moje przekonania o sprawach, co do których wyrobiłam sobie i posiadam własną opinię.
— Poznasz zapewne Kurosza, Irenko — rzekł Janio — osiada bowiem w stolicy naszej gubernii, jako adwokat. Właśnie Ludwiś przywiózł mi tę wiadomość.
— Jak to dobrze! Wyobrażam sobie, że i ty Janiu i p. doktór musicie być z tego bardzo zadowoleni; tyloletnie stosunki nie ulegną przerwie. Skupiajcie się panowie, skupiajcie — dodała poważnie — nie zaniedbujcie tej biednej, zacofanej prowincyi... tyle tu do działania, tak potrzeba głów silnych, i serc szlachetnych, i pracy rozumnej; właśnie to panom za zasługę poczytuję, że ukończywszy studya, nie trzymacie się Warszawy, lub w ogóle miast wielkich, chociaż może tam ponętniejsze i weselsze życie, lecz przychodzicie pracować tu i w zapadłym kącie chcecie cywilizacyę krzewić i biednym ludziom pomagać. To bardzo z waszej strony zacnie, bardzo dobrze... Janeczku — dodała, spojrzawszy na zegarek. — Ale już czas na mnie, muszę wracać, bo mama będzie niespokojna. Nie zapominajże o domu, przyjeżdżaj do Piotrowic, tyle mam zawsze do pomówienia z tobą.
— Cóż się tak śpieszysz?
— Nie, nie zatrzymuj mnie, mama czeka, a i zatrudnienia w domu nie braknie. Bądź zdrów.
Zarzuciła bratu rączki na szyję i ucałowała go serdecznie; Ludwikowi podała rękę.
— Może się przecież jeszcze kiedy spotkamy — rzekła. — Jedziesz pan teraz do rodziców?
— Tak pani.
— Proszę załączyć im ukłon od nieznanej a życzliwej, a pannie Jadwidze szczere uściśnięcie dłoni.
— Czy pani zna moją siostrę?
— Kocham ją — odrzekła z uśmiechem.
W chwilę później, tęgi gniady koń ciągnął małe saneczki po wybornej drodze, i parskał, żując wędzidło. Irenka kierowała go wprawną dłonią, zachęcając do szybszego biegu.
Janio długo jeszcze rozmawiał z Ludwikiem; wyznał mu wszystko, co miał na sercu, odkrył swoje smutki i przejścia, jakie miał z ojcem. Ludwik słuchał, nie przerywając; czasem westchnął; wreszcie przycisnął przyjaciela do swojej piersi szerokiej, i rzekł:
— Bądź spokojny, ducha nie trać i czekaj, jakoś to się przecież ułoży. Z ojcem nie zrywaj, gdyż w takich warunkach mój ojciec nigdyby na małżeństwo twoje z Jadwinią nie zezwolił, a ja stanąłbym również po jego stronie.
— I ty, przeciwko mnie! i ty!? — odezwał się Janio z wyrzutem.
— Zawsze za tobą, ale w tym wypadku — nie. Jesteście oboje młodzi, możecie czekać, aż się usposobienie twego ojca zmieni. Trudno Janeczku, trzeba być mężczyzną, umieć wytrwać, mieć siłę, nie poddawać się wrażeniom, lecz panować nad niemi. Za tydzień mój domek w miasteczku będzie już zupełnie urządzony, odwiedźże mnie; zobaczysz jak mieszkam. Nie lękaj się, głodem cię nie zamorzę, bo Florcia będzie moją gosposią.
Janio przyrzekł przybyć na instalacyę.
Dwaj przyjaciele pożegnali się serdecznym uściskiem, i Ludwik odjechał do Zawadek.
Pierwszą osobą, którą ujrzał przybywszy do domu, był Wigdor. Oczekiwał on już od dwóch godzin, skrzywiony jak nieszczęście, stękający, zbolały.
Ujrzawszy Ludwika, odezwał się wpół z płaczem:
— Ja na wielmożnego pana czekam. Myślałem co się, broń Boże, wcale nie doczekam.
— Cóż wam jest? Gdzie wam dolega?
— W dołku i w sercu, i w oba boki też, i kaszel mam, i chrypienie i kolkę; moja żona choruje i dwoje dzieci, jedno małe w kołysce, drugie trochę większe... wszyscy się pochorowali, cała familia.
— Obejrzyjże go Ludwisiu — rzekł stary Karpowicz.
— Aj, wielmożny panie konsyliarzu, broń Boże słabość, to nie jest dobry interes, to jest największa krzywda dla człowieka.
Ludwik zabrał się do badania. Czynił to z wielką troskliwością i starannością.
— Nic wam nie będzie, rzekł, mała rzecz. Musieliście się zaziębić.
— Kto się teraz nie zaziębi? Ja ciągle jestem w drodze. Wczoraj byłem na jarmarku, sprzedałem sześcioro cieląt, tam się trochę zaziębiłem; po drodze wstąpiłem do jednego pana, kupiłem parę korcy owsa, tam się znów zaziębiłem; a dziś jeździłem na licytacyę i też zaziębiłem się trochę, nawet dyabli wiedzą za co, bom nic nie kupił.
— Trzeba postawić z prawej strony bańki i zażywać lekarstwo, które przepiszę; przez trzy dni siedzieć w domu, w cieple, po jarmarkach nie jeździć, i będziecie zdrowi.
— Dziękuję panu konsyliarzowi, a co będzie z moją żoną i temi dwojgiem dzieci, które chore są?
— Ja przyjdę do was do karczmy.
— Bardzo dziękuję panie konsyliarzu, bardzo dziękuję. Padam do nóg.
— Czy to twój pierwszy pacyent? — spytał stary Karpowicz, gdy żyd wyszedł.
— Jak tutaj, pierwszy...
Wigdor powrócił.
— Panie konsyliarzu — zapytał — pan kazał postawić bańki z prawej strony?
— Tak.
— A co trzeba postawić z lewej strony?
— Nic nie trzeba.
— Przepraszam... ja myślałem, że też bańki, albo, że co innego... To wielmożny p. konsyliarz nie każe, żebym ja jutro pojechał na jarmark?
— Mówiłem wam, że ani jutro, ani pojutrze. Siedzieć w domu i nie wychodzić, dopóki wam się zdrowie nie polepszy.
— A jak już będzie lepiej, to można?
— Naturalnie, że można. Dziwię się, że zadajecie mi takie dziecinne pytania.
— Kto powiedział, że one są dziecinne? Człowiek, jak dostanie, broń Boże, słabości, to powinien o każdą rzecz dziesięć razy doktora zapytać, żeby nie zrobił omyłki i nie dostał jeszcze gorszej słabości. Dziękuję p. konsyliarzowi... A według mojej żony i dzieci?
— Powiedziałem, że przyjdę. Czy bardzo chorzy? leżą?
— Dzieci trochę leżą, bo już poszły spać; żona tymczasem chodzi, bo cóż ma robić? Pod wieczór napchała się pełna karczma chłopów, ten woła wódki, tamten też woła wódki. Wiadomo, jak chłopy, oni na gorzałkę bardzo chciwi. Jak można się w takim razie położyć? Kto będzie wódkę mierzył?
— No skoro wasze dzieci śpią, a żona chodzi, to widać nie ma tam nic ważnego; nie przyjdę więc dziś, lecz jutro za dnia.
— Właśnie o to samo chciałem p. konsyliarza prosić... za dnia zawsze lepiej jest.
Wigdor wolał, żeby doktór przyszedł nazajutrz, gdyż oczekiwał przybycia szwagra swego Michla, któremu, jako człowiekowi delikatnego zdrowia, bezpłatna porada lekarska bardzoby się przydała. Wigdor zawsze trzymał się tego zdania, że człowiek praktyczny z każdej okazyi powinien korzystać, a tembardziej w takim wypadku.
O nabyciu Zawadek na licytacyi zaczął powątpiewać, bo jeżeli sam stary Karpowicz przez tyle lat się nie dawał i w ostatniej, najkrytyczniejszej chwili, kiedy się zdawało, iż nie ma już żadnego środka ratunku, znalazł rękę życzliwą, co mu przyszła z pomocą, to tembardziej nie da się teraz, mając takiego syna. Wigdor wie, że miasteczko bardzo pragnie doktora, że okolica zamożna, i że młody Karpowicz, jeżeli tylko zechce dołożyć staranności i pracy, będzie robił majątek. A dla czego nie miałby dołożyć? Wigdor nie powątpiewa o przyszłości p. Ludwika, a zna się na tem; rozumie nietylko szynkarski i handlowy, ale i doktorski interes. Jest to rzecz bardzo prosta i w umyśle Wigdora kształtuje się w takiej niewymyślnej kombinacyi: Kto zakłada karczmę w okolicy, w której blizko innych karczem nie ma, robi interes na pewno; kto jako doktór osiedla się w miejscowości takiej, gdzie doktora nie ma, także robi na pewno interes; kto rozpoczynając praktykę, starannie i z troskliwością bierze się do chorych, robi jeszcze pewniejszy interes.
Ludzie, jak sobie wyrobią przekonanie, że coś jest dobrem, jak im to przekonanie utkwi w głowach i wbije się w nie jak ćwiek w ścianę, to siedzi mocno, i chociażby postać rzeczy uległa zmianie, choćby to co dobre zepsuło się i stało się złem, opinia ludzka pozostaje przez długi czas jednakowa i nie zmienia się prędko. Jest to okoliczność bardzo szczęśliwa i mająca niemały wpływ na stosunki ludzkie w ogóle, a handlowe w szczególności. Dzięki jej jedynie może istnieć wszelkiego rodzaju fuszerka i partactwo, bez którego porządny handel obejść się nie może. Wigdor doskonale ten interes rozumie, tak, jak rozumie wszelkie interesa, w których pieniądz gra rolę. Wigdor, przyszedłszy do młodego Karpowicza po poradę, patrzył dobrze i postępowanie jego oceniał krytycznie. Widział, że ten młody lekarz, który ma być stróżem zdrowia miasteczka i okolicy, bierze się do rzeczy bardzo starannie. Puka, stuka, przykłada ucho do piersi chorego, do jego pleców, i tak długo wyszukuje choroby, że choćby ona była ukryta pod siódmą skórą, to ją znajdzie. Wigdor przepowiada p. Ludwikowi świetną przyszłość.
Interes sprzedaży Zawadek ma z tą przyszłością związek: trzeba będzie z niego rezygnować, ponieważ nie ma widoków, żeby przyszedł do skutku. Jakim sposobem? Doktór będzie miał praktykę; dotychczas nie dał się poznać jako hulaka lub karciarz, owszem ma taką minę (a Wigdor pochlebia sobie, że jest fizyognomistą), ma taką minę, jak gdyby był stworzony specyalnie na zbieracza listów zastawnych. Choćby nawet nie zebrał ich w prędkim czasie, to w razie potrzeby znajdzie kredyt.
Nakoniec, na te ciężkie czasy, młody doktór, kawaler, widziany jest bardzo dobrze przez ojców, mających panny na wydaniu. Ktoby nie dał córki za doktora? Przecież to kawał chleba pewny, bo czy pszenica idzie w górę, czy spada, czy okowita droga jest lub tania, tyfus albo inna słabość, zawsze ma swój kurs pewny i zwyżkowy.
Doktór może się ożenić, może dostać posag, nawet gruby posag, i żartować sobie ze wszystkich kombinacyj miasteczkowych kapitalistów. Jeżeli nie da fortuny ojcowskiej sprzedać, a nie można wątpić o tem, to zabiegi całej zwartej koalicyi nic nie pomogą i fortuna nie będzie sprzedana. Wobec takich okoliczności, które dobrze w głowie swojej rozważył, Wigdor przyszedł do wniosku, że projektu nabycia Zawadek trzeba się wyrzec, a natomiast wszelkie usiłowania wytężyć w tym kierunku, żeby się utrzymać chociaż przy karczmie — no i korzystać od czasu do czasu z bezpłatnej porady lekarskiej. W życiu rodzinnem, przy delikatnych dzieciach i to ma swoje znaczenie...
Młody Karpowicz nie przypuszczał zapewne, że Wigdor stawia tak świetne horoskopy jego przyszłości, i że postanowił dotychczasową taktykę względem Zawadek i właściciela ich zmienić. W tej chwili młodego człowieka zajmował tylko dom, rodzice i siostry. Cieszył się, że widzi nareszcie swoich, że po długiem rozłączeniu, po pracy forsownej, częstokroć podejmowanej nad siły, może odetchnąć pełną piersią i chociaż kilka dni przepędzić z tymi, których nadewszystko ukochał. Do późnej nocy przepędził czas na rozmowie z nimi. Zegar obwieścił północ, kiedy się p. Marcin z krzesła ruszył i powiedział, że już czas na spoczynek. Staruszkowie, ucałowawszy syna, wyszli. Florcia z Anielcią udały się do śpiżarni, żeby na jutro dla braciszka jakieś smakołyki przygotować; tylko Jadwinia została sama z Ludwikiem.
Jadwinia była smutna, a w ostatnich czasach pomizerniała i zeszczuplała bardzo.
Ludwik objął ją wpół, przycisnął do piersi i pocałował w czoło.
— Chcesz mi powiedzieć dobranoc — rzekła — dobranoc ci Ludwisiu nawzajem; idź spać, posłane już jest dla ciebie, wyleż się, wypocznij, należy ci się to przecie. Dobranoc!
— Za pozwoleniem, pani siostro, spać jeszcze nie idę, bo chciałem ci parę słów powiedzieć. Dobranoc oddam ci później, a ten uścisk, to nie mój... spełniłem tylko polecenie bardzo miłej i ładnej osóbki.
— Coś ty powiedział? — zapytała zdumiona.
— Powtarzam ci, że spełniłem polecenie miłej i ładnej osóbki. Wyraźnie mi powiedziała, żebym rodzicom i siostrom zaniósł pozdrowienie i ukłon od nieznanej a życzliwej, a pannie Jadwidze uściśnienie. Zapytałem jej: Czy się znacie? Odpowiedziała na to krótko: Kocham ją... Tą osóbką jest panna Irena Załuczyńska.
Jadwinia pokraśniała jak róża.
— Ona to powiedziała?
— Tak, siostrzyczko, ona sama. Widać z tego, że Janio nie ma przed nią tajemnic. No, Jadwiniu, nie rumień się, nie udawaj, że nie wiesz o co idzie...
— W istocie... zdumiewasz mnie, Ludwisiu.
— Janio i przedemną także nie ma tajemnic, wiem o wszystkiem. Postąpiłaś dobrze, tak jak powinnaś postąpić... Miej wytrwałość i nie trać nadziei. Nie zawiedziesz się na Janku. Rodzicom nie mówiłaś nic?
— Ani słowa.
— To bardzo dobrze, a ty się nie martw Jadwiniu, rozpogódź czoło, bądź dobrej myśli i ufaj, a nie poddawaj się zwątpieniu i smutkom. Powiedz mi szczerze: czy ty go bardzo kochasz?
Nie odrzekła ani słowa, podniosła tylko na brata oczy załzawione, a tak wymowne, że wyraz ich mógł długą, serdeczną spowiedź zastąpić.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.