Pod polską banderą/Hetmana przygoda pokaże

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Pod polską banderą
Wydawca Książnica - Atlas
Data wydania 1929
Druk Zakładt Graficzne S. A. Książnica-Atlas we Lwowie
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Rozdział VIII.
Hetmana przygoda pokaże.

Cisza panowała w zamku na Filsandzie. Brygantyny bezczynnie stały na kotwicach, kołysząc się na małych falach, wbiegających do zatoki. Łańcuch, zamykający wejście do niej, oddawna się nie zwijał na duże drewniane kołowroty.
Umilkły odgłosy hucznych uczt, dźwięki lutni i śpiewów nie rozlegały się w komnatach.
Zamek zaczaił się w swem kamiennem gnieździe.
Pan Haraburda od Wojtka Kubali wiedział, że Gustaw-Adolf, prowadzący układy z Krzysztofem Radziwiłłem, aczkolwiek zwycięski, chciał króla Zygmunta do trwałego pokoju i zrzeczenia się praw do korony szwedzkiej skłonić.
Gotów więc był zwycięzca od zdobyczy swoich odstąpić i z Polską w zgodzie żyć, aby nie miał potrzeby korony swej przed niespokojnym i zawistnym krewniakiem bronić i oglądać się nań wtedy, gdy po najpotężniejsze w Europie berło cesarskie rękę wyciągnie.
Układy z hetmanem ciągnęły się długo, bo król, w Warszawie przebywający, nie kwapił się odpisywać na poufne doniesienia Radziwiłła, zwlekał lub krętackie posyłał odpowiedzi.
Jednak nikt nie wiedział, jak się miały zakończyć układy koronowanych krewniaków i jak się w tej sprawie postawi powracający z ciężkiej lecz sławnej wojny chocimskiej królewicz Władysław, już głos w rebus publicis zabierający z powagą.
Przyczaili się więc wszyscy ci potomkowie krzyżackich rycerzy, którzy w Kurlandji, Inflantach i Prusach książęcych tajemną pomoc szwedzkim najeźdźcom dawali, a wśród nich najbardziej obawiał się zemsty Rzeczypospolitej baron Ralf Palen.
Gdy dowiedział się od przybyłego z Parnawy gońca, iż poseł szwedzki Olaf Bem gotów jest za pokój wieczysty odstąpić koronie polskiej całe pobrzeże wraz z Estonją, baron Palen zaczął nawet wyrzucać sobie, że wdał się w konszachty z Gustawem-Adolfem i do sprawy nieopatrznie wmięszał polskiego rycerza, który przeciw niemu mógł świadczyć przed swoim królem.
Chciał więc Palen przeciągnąć jeszcze bardziej na swoją stronę pana Haraburdę i, trącając się z nim kielichem, tak kierował rozmową, aby się wywiedzieć myśli rycerza.
Rycerz, niby nie rozumiejąc, do czego zmierza baron, powtarzał:
— Rzeczypospolita, ta, która actiones króla, depczącego jej wolę i prawa, nie pochwala, będzie tobie, mości baronie, za wierną służbę i życzliwość wdzięczna!
Baron Palen stawał się coraz bardziej niespokojny, aż nie wytrzymał i sam popłynął na brygantynie swego imienia do Parnawy języka zasięgnąć i wszystko na własne oczy zobaczyć.
Na to tylko czekał pan Haraburda. Goście barona dawno się rozjechali. W zamku pozostała tylko służba pałacowa i stary Arrenius.
Naradziwszy się z żoną, rycerz zaczął działać.
Wtedy, gdy pani Wanda spędzała czas z astrologiem, wypytując go o arcana jego tajemnej wiedzy i prowadząc z nim rozmowy po myśli starego magika, pan Haraburda z zamiłowaniem oddawał się połowom ryb, a powróciwszy, biegł do astrologa i z zachwytem i radością, niby żak, chwalił się zdobyczą, pokrzykując wesoło:
— Patrzcie, patrzcie, wasza dostojność, co za gigantus, niczem tarcza zbrojnego knechta za dawnych czasów, hę? A ten szczupak zębaty? Dobry to był korsarz i zbój znamienity! Tak mi się w niewodzie miotał, że bezmała sieci nie porwał!
Arrenius uśmiechał się łagodnie, ucieszony ze spokoju i dobrego humoru gości polskich, i nie mógł zrozumieć, dlaczego obawiał się ich teraz nagle sposępniały i zawsze ufny w swoją potęgę władca Filsandy.
Julius Arrenius miał siwą głowę, lecz „nie każda siwa głowa — mądra“, mówi przysłowie, a więc uczony astrolog nic nie spostrzegł i nie wyczuł.
A tymczasem pan Haraburda, pozostawszy we dwoje z żoną, coraz częściej mawiał:
— Wstyd mi oczy żre, że skaczę przed tym Szwedem jak Hiszpan... Nie szlachecka to rzecz!...
— Dwiema i sam Herkules nie zdoła! — odpowiadała pani Wanda, kładąc dłoń na ramieniu męża. — Pamiętaj, Władeńku, co mawiali dziadowie: „grzechu nie masz, gdzie woli nie masz!“ Usiecili nas, więc musimy sidła popsować i ujść, honor uniósłszy...
— Oj ty moja, moja senatorko mądra! — mówił rycerz, całując oczy żony. — Gdyby nie ty, pokpiłbym głową do reszty!...
Pan Haraburda wciąż łapał ryby, a zawsze tak wypadało, że na jego barkasie z sieciami płynęło, chyląc się na pojazdach, radlując, lub lotrując żaglem okrętnicy dobrani — weseli, krotochwilni Mazurzy, milczący jak mruki Kaszubi i przekorne ćwiki Warmjaki, skorzy do wydrwinek i figlów uciesznych.
Coraz to inni okrętnicy wypływali na połowy, któremi się zabawiał pan Haraburda, tak, że poznał ich wszystkich, zrozumiał każdego i nie było już w załodze barona Palena żadnego chłopa polskiego, o którymby wszystkiego nie wiedział rycerz i nie przeznaczyłby go w duchu dla jakowej sprawy w przyszłości.
Bywalcy to byli, lecz sami nie lubili oglądać się poza siebie.
Przeważnie byli to łotrzykowie bitni, co tu i ówdzie po traktach grasowali lub w łodziach lotnych, zamieszkując pomorskie kresy, wyprawy na kupieckie szmagi czynili. Gdy kat im zajrzał już w oczy, zbiegli jak najdalej, aż się oparli o Filsandę i jej zbójeckiego władcę — barona Palena.
Niektórzy z tych, co pochodzili z Prus książęcych, z dawnych dominjów krzyżackich, gdzie nad bramami tkwiły herby — zaciśnięta pięść na tarczy, popełnili morderstwa okrutne. Zrozpaczeni surowością i znęcaniem się potomków krzyżackich, ten i ów gardła panom swoim poderżnął lub czerwonego kura puścił i... zbiegł do puszczy.
Sunęli tacy straceńcy, niby rysie, czujne a groźne, na wschód, a, dotarłszy do Filsandy, pozostali, pod obroną korsarza bezpieczni i jutra pewni.
Straszne to było schronisko, bo baron Palen okrutny był i prawa znać nie chciał, za króla i boga na Filsandzie się uważając. Nieraz więc buchał strzał z pistoletu i człowiek padał za burtę okrętu, niejednego zrzucono ze skalistego cyplu do zwary morskiej, na ostre rafy; w lochach marnieli z głodu jęczący w łańcuchach skazańcy nieszczęśliwi, których gniew Boży ręką barona pokarał. Lecz ci, co pozostali, byli to ludzie na schwał, co serca umieli zdławić w sobie i, nienawidząc okrutnego pana, służyli mu wiernie, zemstę głęboko tając i w oczy ludziom nie patrząc.
Wojtek Kubala wszystkich ich obiegł po rozmowie z rycerzem i do nowej sprawy przygotowił. Zabiły mocno zduszone serca, podniosły się głowy i wyprężyły się szerokie bary.
— Widzi mi się, że ten łaszek nie zrobi na hałaj-bałaj! — mruknął, szczerząc mocne zęby, Warmjak Kostek Hanik, wysłuchawszy pazia.
— Ten ci to dycht inszy pan! — podtrzymał go młody Kaszub, Otto Balke. — Czy widzieli wy jego, jak on hiszpańskich ciurów proł? Ino skry leciały, a siabla kiej łyskawica mig-mig — i już koput!
— Srogi to pon, bojowny i do cynów sposobny oj-jej! — zgodził się ponury, do bryły czarnego bazaltu podobny Kaszub, Michał Muża, a mówiąc to, obwijał dokoła dłoni cienką linkę i, szarpnąwszy, rwał ją, jak nikłą nitkę.
Inni okrętnicy — bosmanowie, komendorowie, puszkarze i prości ciurowie od żagli, rusznic, abordażowych haków, toporów i szabel kiwali radośnie głowami i słuchali uważnie przynoszonych przez pazia rozkazów rycerza.
Julius Arrenius wtajemniczał urodziwą panią Haraburdzinę w arkana wiedzy magicznej, pokazywał jej konstelacje, wpływ na losy ludów i państw mające, opowiadał o potędze Aldebarana i Kasjopei, połyskujących z czarnej otchłani nocnego nieba; baron Ralf Palen spędzał czas w obozie szwedzkich generałów, węsząc i kombinując; pan Władysław Haraburda łowił i łowił ryby; a inni robili swoje.
Pazik już przepiłowywał ostatnie sztaby kraty sędziwego Figena, uwięzionego w lochach zamkowych; okrętnicy, będący w zmowie, pod różnemi pozorami błąkali się koło składów barońskich lub oporządzali „Dumną Filsandę“, zaglądając przy sposobności na inne brygantyny.
Nagle powrócił właściciel zamku. Po dawnemu był dumny i pewny siebie. Dowiedział się bowiem, że król Zygmunt III, uparty w swem dążeniu do korony Szwecji, odrzucił ugodę z Gustawem-Adolfem i Rzeczypospolitą w długą wojnę pogrążył.
Wiedział teraz baron Palen, co ma czynić i po długiej naradzie z Arreniusem, posłał podręcznego pazia, Wojtka Kubalę po pana Haraburdę.
Pacholik przybiegł i urywanym głosem zawołał:
— Baron wzywa wasą dostojność do siebie! Zamieza on posłać swoje bryganty az hen — pod Gdańsk, gdzie scypią Swedów polskie krypy, co pływają potajemnie pod flagą swedzką. Słysałem ja, bom psykucnął za kotarą, a uchy naostsyłem nicem kot!
— Wracaj i powiedz, że niebawem będę, tylko się oporządzę nieco! — rzekł pan Haraburda i, zwracając sczerniałą twarz do żony, dodał: — Teraz... koniec! My zagramy swoją grę, a kto wygra — to się pokaże! Jednak ten, co przegra, nie będzie już ziemi stopami dotykał... Tak mi dopomóż Bóg i Panna Najświętsza!
Umilkł i długo chodził po komnacie, przeżuwając wzruszenie.
— Czy pacholik dostarczył ci ubrania żeglarskiego? — zapytał, zatrzymując się przed panią Wandą.
— Mam wszystko w pogotowiu — odparła.
— Wypłyniemy tedy przed północkiem. Bądź gotowa na ten czas. Pójdziesz z okrętnikami, kiedy poniosą moje toboły na brygantynę, a bosman Hanik ukryje ciebie, Figena i Kubalę w rumie... Oby Bóg dał szczęście!
Rycerz ubrał się i, pogwizdując wesoło, zbiegł schodami do komnat barona.
Wysłuchał długiej i zawiłej, chytrze ułożonej historji o okrętach szwedzkich, odbywających pławbę wpobliżu Gdańska i wożących oręż i prochy księciu pruskiemu, który zamierzał najść z siłą zbrojną granice Rzeczypospolitej.
— Mości baronie! — zawołał szczerym głosem rycerz. — Już tam noga nie ujdzie! Moja w tem głowa!
Uradzili, że brygantyny wypłyną przed północą bez ogni, aby nikt z Ozylji nie dojrzał ich ryzy, gdyż baron obawiał się szpiegów, którzy, jak mówił z udanem oburzeniem, służą nie wspaniałomyślnej Rzeczypospolitej, lecz, o czem się naocznie przekonał, okrutnemu królowi Gustawowi-Adolfowi.
Na brygantynach, zawsze gotowych do dalekich wypraw, natychmiast zaczął się ruch. Szyprowie posłali czeladź na marsy; majtkowie wspinali się po wantach, czepiali się rej, oglądali żagle i wiązania gafli, prostowali i wyciągali gary, szykowali cumki z flagami sygnałowemi, smarowali łojem wały szpylów, ryngowali zapasowe łańcuchy kotwi i sztorcumy. Kanonierzy, należący do spisku, starannie czyścili długie gardziele dział i otulali je czarnemi pokrowcami.
Przed północą kilku majtków weszło na pokład „Dumnej Filsandy“, niosąc skórzane torby pana Haraburdy.
Na brzegu stał już Julius Arrenius z pergaminem w ręku i, gdy zbliżył się do niego rycerz, rzekł:
— Na żądanie dostojnej małżonki waćpana sporządziłem horoskop wyprawy. Tuszę z tego, co wynikło, iż wypadnie illustrissime. Zaniosę wróżbę nieomylną mądrej pani zaraz po odpłynięciu waszmości, aby pocieszyć stroskaną!
— I ja tak tuszę, mistrzu, że wyprawa będzie miała sukces — odparł pan Haraburda. — Wszystko dla tej sprawy zrobiono i obmyślono!
Astrolog nie spostrzegł szyderstwa, które brzmiało w odpowiedzi rycerza.
— Czy pan baron rychło zejdzie, aby oddać ostatnie rozkazy? — spytał pan Haraburda.
— Pan baron otrzymał jakieś pisma i odczytuje je — objaśniał Arrenius.
Pan Haraburda wszedł na pokład swojej brygantyny. Podbiegł do niego kwatermistrz Balke i szepnął:
— Pani w przezpiecnem miejscu ukryta, siwy pon z lochu tyz, wsyćko narychtowano, tylek Kubali nie mas do tego casu...
Rycerz zmarszczył brwi i z niepokojem spojrzał na schody, pnące się ku zamkowi.
Przeszło kilka minut, aż ujrzał pan Haraburda pacholika, szybko zbiegającego ku brzegowi.
Stanąwszy przed Arreniusem, wzburzonym głosem zawołał po niemiecku:
— Mój szlachetny pan zaniemógł srodze i woła jegomości rychło do siebie z lekami, a dostojnemu rycerzowi rozkazuje na morze wypływać niezwłocznie i ten list odczytać!
Mówiąc to, Kubala wbiegł na pokład „Filsandy“ i szepnął do rycerza:
— Zacynajta, drogi, złoty panie! Juy na nas psysedł cas!
Pan Haraburda szybko wstąpił na wysoki kasztel rufowy, gdzie sposobił się do oddania komendy stary szyper, powiernik barona, zuchwały zbój morski.
Nic nie mówiąc, rycerz uderzył go pięścią pomiędzy oczy i obalił bez ducha na pokład. W tej chwili stojący przy rudlu Otto Balke gwizdnął przeciągle w dudkę bosmańską. Ludzie rycerza rzucili się na majtków niemieckich i ciurów szwedzkich. Wywiązała się krótka walka. Zrzadka buchnął strzał pistoletowy, szczęknęły brzechwy tasaków, spadł ciężki cios toporu i nagle ucichło wszystko.
Wtedy rozległ się głos pana Haraburdy, mówiącego przez tubę:
— Hej, tam z brygantyn! Czy wszystko w porządku?
— Wsyćko rycht! Abgemacht bez ostatku! Schluss! — rozległy się głosy spiskowców z pokładów okrętów.
— Słuchać komendy! — zagrzmiał głos rycerza. — Związanych okrętników znieść na brzeg i ukryć za kamieniami. Uczynić, com kazał... Moi do mnie na „Filsandę“! Wyciągnąć kotew! Sztormanie Muża, prowadź brygantynę!
Ponury, do zwału skalnego podobny, Kaszub, ujrzawszy, że ludzie z innych brygantyn weszli już na pokład „Dumnej Filsandy“, sprawnie i szybko wyprowadził ją z zatoki i, nadawszy żagli, poszedł na otwarte morze.
Gdy brygantyna oddaliła się na trzy strzelania armatnie, zagrzmiały działa zamku i kule z pluskiem wpadać zaczęły do morza, nie dosięgając „Dumnej Filsandy“. Jednocześnie huknęły prochy, podłożone przez spiskowców do składów; odpowiedziały im rumy prochowe brygantyn, gdzie opuszczający je bosmanowie pozostawili zapalone lonty.
Grzmot straszliwy targnął powietrzem, a od kamienistej wyspy nadbiegł wał grzywiasty i w bezsilnej zemście wpadł na burtę „Filsandy“, podniósł ją, pochylił i pobiegł dalej.
— Za krzywdy nase! — szeptał stojący przy burcie Wojtek Kubala.
— Za zdradę, za zamach na honor rycerski! — myślał rycerz, patrząc na dymy, wznoszące się nad wyspą i na wyrywające się szkarłatne płachty płomieni.
„Dumna Filsanda“ biegła naprzód.
Pani Wanda i siwy, zbiedzony Figen klęczeli na pokładzie i modlili się gorąco; za ich przykładem ukląkł rycerz, a za nim wszyscy ci prości, zdziczeli ludzie, którzy oddawna nie śmieli oczu ku niebiosom podnieść, pełni grzechu, zbrodnią i nienawiścią żyjący.
Sztabnik Otto Balke i jego czeladź, korzyli się przed Twórcą, czołem bijąc o deski deku.
Gdy się wszyscy podnieśli z klęczek, tylko szczyty wieżyc zamku, oświetlone łuną, majaczyły jeszcze na wyspie, lecz i one topniały już w nocnych tumanach.
Kubala rozprawiał o czemś z okrętnikami. Rycerz spostrzegł, że przy żółtych językach latarni łojowych coś połyskuje na ręku chłopaka, więc krzyknął do niego:
— Pokaż, co masz tam na palcu, chłopcze!
Pacholik wyciągnął rękę. Pan Haraburda zobaczył piękny pierścień diamentowy.
— Skądżeś to zdobył taki klejnot? — spytał.
— Na baronie, moim panu, zdobyłem, wasa dostojność! — zawołał chłopak, potrząsając głową. — Kiedy jus wsyćko było abgemacht, posedłem sobie do baronowej komnaty i gdykę mu styletem psekłułem za ksywdę moją!
Chłopak miał twarz okrutną w tej chwili i zawziętą, oczy zaś posępne i groźbą ziejące.
— Za cóż to się zemściłeś? — szeptem zapytał rycerz.
— Było to pięć latów temu... Jescem prostym giermkiem chadzał psy boku młodego Rudolfa, syna barońskiego... Raz na łowach wychopnął się ten z siodła, a ja mu z pomocą psybiezałem. Mój ponicek tedy harapem wypasał mi gzbiet za dobre chęci moje i oscepem podziobał piersi. Psysiągłem ja mu w tę godzinę pomstowanie, jak nie na nim, to na rodzicu... i psywiódł Bóg doyyć casu!
Taka nienawiść i zawziętość okrutna biły z głosu i z twarzy pazia, że pan Haraburda nic nie mógł rzec i dopiero po chwili spytał:
— Przecież dla zemsty to uczyniłeś, Wojtku, nie zaś dla pierścienia?
— Pojmuję, dostojny panie! — wykrzyknął chłopak i, w jednej chwili zerwawszy z palca klejnot, cisnął go do morza.
— Podaj mi rękę, imć Wojciechu Kubala! — rzekł poważnym głosem pan Haraburda.
Chłopak wyciągnął rękę i jak równy równemu, jak mąż — mężowi potrząsnął dłoń rycerza. Po chwili skłonił się w milczeniu i odszedł, skupiony, poważny.
— Ponie komendancie! — zawołał od dunety szyper Muża. — Mamy wywiesić banderę polską?
Pan Haraburda namyślał się przez chwilę.
— Poczekajcie z tem! — odparł nareszcie. — Wywiesimy ją wtedy, gdy będziemy pewni, że nie z pustemi rękami do swoich wrócimy. Poczekajcie, bracie!
— Cekaliśmy tyla latów, pocekamy jesce małość! — odkrzyknął Muża.
„Dumna Filsanda“, ledwie się znacząc w mroku żółtemi plamami latarni dekowych, biegła naprzód, a trzymała się wpobliżu brzegów, bo tak kazał rycerz szyprowi i rudlowym.
Brygantyna pana Haraburdy po dwóch dniach minęła brzegi Kurlandji i zbliżała się do Królewca, gdy nagle z fok-marsy majtek Antoni Kąkol krzyknął donośnym głosem:
— Cała armata wali od brzegu pruskiego! Widzę pięć okrętów...
— Mały bieg! — rozkazał rycerz.
— Garuj fok i grot, odlofuj sztakżagiel! — rozległa się gromka komenda Muży.
Z mglistej dali jeden po drugim wypłynęło pięć okrętów. Były to małe brygi pomocnicze, któremi zwykle Szwedzi przerzucali swoje wojsko.
— Podnieść banderę szwedzką! — padł rozkaz rycerza.
Chorągiew z godłem Szwecji ślizgać się zaczęła na szczyt grotu i trzepotać na bryzie, powiewając długiemi kosami.
„Dumna Filsanda“ powoli zawracała ku brzegowi, sunąc na spotkanie brygom.
Gdy okręty przechodziły z dwóch stron „Filsandy“, pan Haraburda błysnął szablą.
Z wyzierów armatnich wykwitły białe kłęby dymów, huk wstrząsnął powietrzem i smugi ognia co chwila łyskały wzdłuż burt.
Próżno szwedzcy szyprowie usiłowali zmienić kurs i zawrócić ku brzegom, bo „Dumna Filsanda“ opędzała je, jak brytan stado płochliwych owiec, stłaczała w bezładną gromadę i ziała kulami.
Okręty tak się zbliżały do siebie, że z deku brygantyny trajkotać zaczęły salwy rusznic, nowy wszczynając zgiełk.
Szwedzi, widząc swoją flagę na maszcie napastującego okrętu, wymachiwali sygnałowemi proporczykami, krzyczeli coś przez tuby, lecz pan Haraburda nie odzywał się i walił z dział.
Jeden po drugim pochylały się uszkodzone brygi i nagle przewracały się kilami do góry, znikając w otchłani morskiej, niektóre płonęły i ogień już dosięgał rej masztowych, które miotały się jak olbrzymie żagwie, sypiąc iskrami i palącemi się odłamkami.
Gdy słońce zapadać zaczęło za morzem, wśród zimnych bałwanów czerniały potrzaski szwedzkich brygów i wraz z zydą posuwały się ku dalekiemu strądowi, gdzie jako przypływki ponure miały przynieść wrogom Rzeczypospolitej wieść o przepadłych okrętach.
Pan Haraburda kazał wyłowić kilku pływających i borykających się z morzem ludzi; byli to żeglarze-ciurowie, lecz pomiędzy uratowanymi wykryto posła księcia pruskiego, grafa Rosena, płynącego z pismem książęcem do Szwecji.
Zamknięto ich w rumie na sztabie i ruszono naprzód.
Jeszcze dwie noce i dzień pruła „Dumna Filsanda“ zimne morze, aż stojący na plichcie komendor Dethoff, Kaszub z Pucka, wykrzyknął radośnie:
— Drzewo pływa, co Wisła do morza wynosi! Gdańsk blisko!
Wszyscy okrętnicy zdjęli zydwestry i przeżegnali się.
— Chwałaż Tobie, dobry Boże, żeś nas szczęśliwie doprowadził! — zawołał pan Haraburda.
Pani Wanda, ręce kornie złożywszy, modliła się gorąco, a później z okrzykiem padła na pierś męża.
— Usłyszałaś modlitwę moją i zmiłowanie miałaś nad troską moją i łzami, Matko Przeczysta! — szeptała, płacząc z wielkiej radości.
— Podnieść banderę Rzeczypospolitej i wielką rągiew nad rufą! — rozkazał pan Haraburda i głowę obnażył, gdy ujrzał, jak na szczycie masztu łopotać zaczęła czerwona bandera z ramieniem, trzymającem miecz, a tuż nad grzbietami piennych fal grała z wiatrem szkarłatna fana z białym orłem piastowskim.
— Niech żyje Rzeczypospolita Polska po wieki wieków! — zagrzmiał głos pana Haraburdy.
— Wiwat! Hurra! — ryczeli okrętnicy, wymachując mucami i zydwestrami, płacząc i biorąc się w ramiona z wielkiej szczęśliwości.

„Bogu rodzica, dziewica,
Bogu sławiena Maryo“...

zaintonował rycerz i słowa prastarej pieśni rycerskiej zmieszały się z poszumem morza, wyciem dmy i skrzypem takielunku.
— Za ciebie, matko — naso ziemio, umzeć radziśmy! — krzyknął Wojtek Kubala, gdy odebrzmiała pieśń-modlitwa.
— Za ciebie życie damy! — rozległy się głosy okrętników. — Na duse nase gzesne ślubujemy przed Bogiem i Matką Bozą...
— Przysięgę waszą i ślubowanie przyjmuję, a Bóg je słyszał! — rzekł rycerz.
„Dumna Filsanda“ zdaleka przeszła przed Gdańskiem. Ludzie, oparci o poręcze pokładu, widzieli majaczące w tumanie dzwonnice świątyń, wieżyce gmachów grodzkich i las masztów licznych okrętów, stojących pod osłoną dział.
Przed wieczorem, minąwszy Oliwę, która błysnęła zdala złotemi krzyżami opactwa ojców cystersów — „Dumna Filsanda“ zgrzytnęła łańcuchami dwóch kotwi i stanęła przed Puckiem, nie spuszczając igrającej z wiatrem bandery i nie zwijając chorągwi rufnej.
Od brzegu wkrótce odbiły dwie duże łodzie; gnane długiemi pojazdami, pomknęły ku brygantynie.
Pan Haraburda chodził po deku i oczekiwał gości.
Na oszańcowaniu stanęła w szyku czeladź z Michałem Mużą przed szeregami.
Ogromny i mocny szyper stał niby skała, której nikt poruszyć nie zdoła, a twarz mu drgała od wzbierających łkań, bo już czuł wiatr od ziemi ojczystej.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.