Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/102

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Usiecili nas, więc musimy sidła popsować i ujść, honor uniósłszy...
— Oj ty moja, moja senatorko mądra! — mówił rycerz, całując oczy żony. — Gdyby nie ty, pokpiłbym głową do reszty!...
Pan Haraburda wciąż łapał ryby, a zawsze tak wypadało, że na jego barkasie z sieciami płynęło, chyląc się na pojazdach, radlując, lub lotrując żaglem okrętnicy dobrani — weseli, krotochwilni Mazurzy, milczący jak mruki Kaszubi i przekorne ćwiki Warmjaki, skorzy do wydrwinek i figlów uciesznych.
Coraz to inni okrętnicy wypływali na połowy, któremi się zabawiał pan Haraburda, tak, że poznał ich wszystkich, zrozumiał każdego i nie było już w załodze barona Palena żadnego chłopa polskiego, o którymby wszystkiego nie wiedział rycerz i nie przeznaczyłby go w duchu dla jakowej sprawy w przyszłości.
Bywalcy to byli, lecz sami nie lubili oglądać się poza siebie.
Przeważnie byli to łotrzykowie bitni, co tu i ówdzie po traktach grasowali lub w łodziach lotnych, zamieszkując pomorskie kresy, wyprawy na kupieckie szmagi czynili. Gdy kat im zajrzał już w oczy, zbiegli jak najdalej, aż się oparli o Filsandę i jej zbójeckiego władcę — barona Palena.
Niektórzy z tych, co pochodzili z Prus książęcych, z dawnych dominjów krzyżackich, gdzie nad bramami tkwiły herby — zaciśnięta pięść na tarczy, popełnili morderstwa okrutne. Zrozpaczeni surowością i znęcaniem się potomków krzyżackich, ten i ów gardła